Kategoria: Dzieci na emigracji w Kanadzie

Sporo tutaj o naszych chłopakach. Znajdziecie posty o tym, jak uczeń szkoły podstawowej oraz przedszkolak dają sobie radę z kanadyjską oświatą.

Jest trochę lukru i trochę goryczy. Rzeczywistość każdego rodzica. I trochę o tym, jak pomóc dzieciom odnaleźć się na emigracji.

A jeśli wolisz oglądać, to październikowy live na Facebooku Kanada się nada też był o oświacie w BC:  żłobku, przedszkolu, szkole podstawowej i szkole średniej.

  • No to siup czyli ciąża i poród w Vancouver

    Po napisaniu pierwszego posta o małym dziecku w Vancouver, czułam mocny niedosyt. Ba, czułam, że trochę jestem z tobą nieszczera, bo opowiadam ci o czymś, czego sama nie doświadczyłam. I mimo, że tamten post poruszał głównie finansowo-prawne zagadnienia, to jednak temat jest niepełny bez autentycznych wspomnień młodych matek.

    Więc dzisiaj więcej o ciąży w Kanadzie, a konkretnie w Vancouver.

    I jako bonus podział na placówki przedszkolno – żłobkowe w Vancouver.

    Pierwszą część o małym dziecku i o tym, jak moja kanadyjska koleżanka przygotowuje się na bycie matką poczytasz w tym poście. Chciałam przekazać jej emocje i jej rozmyślania. Chciałam też dowiedzieć się, co jest najtrudniejsze w życiu młodej matki, Polki w Vancouver.

    Po publikacji posta, popytałam na naszej grupie Polskie Matki w Vancouver, na Facebooku, i na podstawie wypowiedzi dziewczyn przygotowałam ten artykuł. Przeczytasz cytaty matek z grupy i trochę informacji porządkowych.

    Mam nadzieje, że pomogę. A jeśli masz jakieś pytania lub doświadczenia, podziel się nimi w komentarzu, a jakaś przyszła matka ci za to podziękuje!

    Ciąża, prowadzenie ciąży i poród w Vancouver w oczach Polek.

    Kto prowadzi ciąże ?

    Najpopularniejsza opcja w Polsce to prowadzenie ciąży pod okiem ginekologa (może być ten sam, co w szpitalu, w którym jest planowany poród).

    W Vancouver kobieta w ciąży jest pod opieką położnej. To one opiekują się przyszłą matką i prowadzą niezagrożone ciąże. Więcej o tym, jak wygląda taki model opieki przeczytasz tutaj: http://www.bcwomens.ca/our-services/pregnancy-prenatal-care/midwifery-care.

    Do ginekologa, jeżeli jest się w ciaży, nie trzeba skierowania. Można sie samemu skierować. To samo jest z położną. Moje dwie ciaże były prowadzone tutaj przez położne i to było naprawdę bardzo pozytywne doświadczenie.

    Opieka położnej jest finasowana przez ubezpiecznie Medical Service Plan (o MSP i o ubezpieczeniu zdrowotnym przeczytasz w poście o służbie zdrowia).

    Świetną sprawą jest prowadzenie ciąży u położnej. Wiem od dziewczyn, które tu rodziły że bardzo sobie chwalą, bo ta sama położna prowadzi ciążę, zleca badania, przyjmuje poród (w szpitalu lub w domu) i odwiedza w połogu, pomaga w laktacji. Fajnie jest rodzić z kimś, kogo sie zna i nie jest to przypadkowa osoba na dyżurze.

    Czasami jest więcej niż jedna położna, która prowadzi ciążę. Wyszukaj w Google hasło: midwifery clinics in Vancouver, i zobacz, jaki model pasuje ci bardziej.

    niezastąpione położne prowadzą ciąże i poród w vancouver

    W ciąży korzystałam z usług South hill birth program. Tam ciąże prowadzą położne. Założenie jest takie, że w czasie ciąży widujesz się tam z dwoma położnymi, żeby właśnie nie było ze stale ktoś obcy. Miałam szczęście, bo większość ciąży widywałam jedna położna która mi bardzo podpasowała i potem jeszcze trafiłam na nią w szpitalu przy porodzie.

    Dobre relacje z położnymi pamięta się długo:

    Ja zaczynałam ciążę w Vancouver z położnymi, potem wyleciałam na trochę do Polski i tam rodziłam. No i właśnie najbardziej było mi szkoda w całej ciąży tych moich położnych cudownych stąd, mimo że ledwie byłam na dwóch wizytach.

    Kto to jest doula?

    Doula to dziewczyna, która jest przy młodej matce przed porodem, w trakcie i po. Pomaga jej i dzieli się swoim doświadczeniem macierzyńskim. Ja w Polsce nie korzystałam, a widzę, że taka usługa jest coraz popularniejsza.

    Kult douli trochę mnie zmieszał, bo wszyscy tak doradzali i mówili jakie to doule są przydatne i potrzebne, ale się nie zdecydowałam i w sumie dobrze wyszło. Mąż mi się spisał, a pielęgniarka na sali porodowej była całkiem spoko mimo że młoda i mało doświadczona (zawsze jedna pielęgniarka siedzi, a położna lata po pokojach i sprawdza jak postęp, potem na sam poród przychodzi).

    Badania w ciąży – lepiej mniej czy więcej?

    Mówi się, że ciąża to nie choroba, a jednak w ciąży, w Polsce jest się cały czas u lekarza. Nie wiem, czy to dobrze, że polska opieka nad ciężarną jest mocno zmedykalizowana. Ale wiem, że każda przyszła mama ma inne potrzeby i wymagania.

    Jedne kobiety chcą jak najmniej interwencji ginekologa, a internetu nie sprawdzają z obawy, że na pewno wyczytają jakaś chorobę (to o mnie). Inne mamy wolą wiedzieć więcej i być często badane, żeby czuć się bezpieczne.

    Dziewczyny z Vancouver też różnią się w swoich wrażeniach z prowadzenia ciąży.

    • Mniej badań w ciąży niektórym mamom się podoba:

    Badań rzeczywiście nie zlecają zbyt dużo (w porównaniu do Polski) ale mi to zupełnie nie przeszkadzało, bo jak zdrowa ciąża, to po co drążyć.

    Miałam doświadczenie z Anglii gdzie jeszcze mniej się musiałam ciążą przejmować (w Anglii nawet mi cukru nie sprawdzali, a krew na badania pobierała mi położna na rutynowej wizycie, więc nie musiałam chodzić do żadnego life lab ). W Vancouver miałam zlecone jakieś dodatkowe usg i to chyba ze dwa, z jakichś tam „na wszelki” powodów.

    • Komentarze innych mam pokazują, że nie każdej rodzinie odpowiada ilość zleconych badań oraz opieka położnej w Vancouver.

    Ja osobiście nie byłam zadowolona z prowadzenia ciąży w Vancouver. Była to moja pierwsza ciąża. Wydaje mi się, że jest bardzo mało badań, dwa usg na całe 9 miesięcy. Żeby dowiedzieć się, jaka jest płeć dziecka, trzeba czekać cały tydzień aż lekarz dostanie wyniki usg, ponieważ pani, która robi usg nie może nic powiedzieć.

    Też nie byłam zadowolona. Tę samą położną spotkałam może dwa razy przez całą ciążę. Tak to co wizyta ktoś inny w klinice.

    Ja się czułam mocno niezaopiekowana w ciąży. O co by człowiek nie zapytał słyszał, że to normalne.

    Wspomnienia z porodu w Vancouver

    Sam poród, pobyt w szpitalu (BC woman) i podejście do mamy, dziecka i taty — wszystko na plusie.

    [Poród w ] BC Women’s Hospital oceniam bardzo dobrze. Organizacja szpitala i podejście do kobiety i dziecka mają cudowne.

    Jak mi skurcze ustały, to mnie położna wzięła na spacer po oddziale, kazała robić po drodze przysiady i zaprowadziła do kuchni po lody na patyku. Pomogło, poszłam rodzic. Plan porodu robiłam, ale nikt go chyba nie czytał za bardzo. Choć też nie miałam żadnych szczególnych życzeń…

    Dla przyjezdnych z Polski zaskoczeniem może być też to, że można wyjść ze szpitala już kilka godzin po porodzie.

    A co poza tym?Ciąża i poród to dopiero początek

    Pomoc w oswojeniu emocji

    Macierzyństwo jest trudne, a macierzyństwo na emigracji jest jeszcze trudniejsze. Więc nie bądź ze swoimi potrzebami i wątpliwościami sama. Dziewczyny mówią, że jak się poszuka, to jest dużo miejsc, gdzie przyszłe i młode matki mogą dostać wsparcie.

    Były grupy wsparcia i milion innych grup na które nie chodziłam, pytali o moje emocje i zdrowie psychiczne.

    Poszukaj w Google pod: Evergreen Health Centres .

    Mija sześć lat, odkąd jestem matką na emigracji w Kanadzie. Dwa lata temu pisałam, że czasami jest mi łatwiej, czasami trudniej. Dzisiaj wiem, że dzięki emigracji i Kanadzie jestem bardziej świadoma siebie, swoich potrzeb i emocji. Wiem też znacznie więcej o takim codziennym, kanadyjskim życiu, więc mniej się stresuję nieznanym.

    Żłobek, przedszkole i inne cuda…

    O żłobek i przedszkole zahaczyliśmy, bo młodszy syn miał 2,5 roku, kiedy przylecieliśmy do Vancouver. O naszych doświadczeniach przeczytasz w poprzednim poście o małym dziecku i tutaj:

    1. Kanadyjskie daycare w Vancouver – w naszym przypadku to był żłobek całodzienny, dla dzieci 2,5 -5 lat, z wyżywieniem
    2. Preschool czyli przedszkole w Vancouver – nasze przedszkole działało kilka godzin dziennie, przez 2-3 dni w tygodniu, i przyjmowało dzieci od 2 do 5 lat. Bez wyżywienia.

    W Polsce to było łatwo. Najpierw żłobek, potem przedszkole. Żłobek i przedszkole mogło być państwowe lub prywatne. Państwowe placówki podlegały odpowiedniemu ministerstwu, prywatne już niekoniecznie.

    W Kanadzie, w każdej prowinji może być inaczej, bo edukacja jest regulowana na szczeblu prowincjonalnym i terytorialnym ( o tak, taki na przykład terytorialny rząd Nunavat, ma duży wpływ na to, edukację inuckich dzieci, które uczą się w szkołach inuickiego języka. To jedyne miejsce w Kanadzie z inuickim w szkołach). A piszę ci o tym, żeby było jasne, że moje doświadczenia z przedszkolami i żłobkami są z Vancouver. I czasam nawet w Lower Mainland, czyli miejscowościach w okolicach Vancouver jest inaczej niż w Vancouver.

    opiekA nad dziećmi w osobnym pomieszczeniu (nie domu) – Child care center.

    Najczęściej licencjowana, czyli jest jakaś kontrola nad takim żłobkiem / przedszkolem

    • Full-Day Care (0 – 3 lata) Opieka całodniowa, zazwyczaj 12 dzieci w grupie, jeden opiekun na 4 dzieci. Zwykle działa cały rok, bez ferii wiosennych, letnich i bożonarodzeniowych.
    • Full-Day Care (2.5 – do zerówki) Opieka całodniowa, zazwyczaj 25 dzieci w grupie, jeden opiekun na 8 dzieci. Zwykle działa cały rok, bez ferii wiosennych, letnich i bożonarodzeniowych.
    • Pre-School (2.5 – do zerówki)Program na pół dnia, 4 godziny lub mniej. Zajęcia poranne lub popołudniowe. zazwyczaj 20 dzieci w grupie, jeden opiekun na 10 dzieci. Zwykle działają tylko w czasie roku szkolnego i mają przerwy na ferie.
    • Before and / or After School (5 – 12 lat)Świetlina przed i poszkolna. Nie musi być przy każdej szkole. Nie zawsze przyjmnie wszystkie dzieci (czasami są listy oczekujacych). 1 opiekun na 10 dzieci. Prowadzą zajęcia w trakcie dni wolnych od szkoły.
    • Multi-Age Child Care (0 – 12 lat )Mniejsza grupa dzieci – 8, i jeden opiekun.
    • Occasional Child Care ( 18 miesięcy – do zerówki)Opieka nad dzieckiem na część etatu lub na wezwanie. Zwykle maksimum to 40 godzin miesięcznie i nie więcej niż 8 godzin na dzień.

    Home Child Care czyli opieka nad dzieci w domu opieuna

    • Licensed Family Child Care (0 – 12 lat )maksimum 7 dzieci;
    • Registered License-Not-Required Family Child Care (0 – 12 lat)Opiekunowie są zarejestrowani w Child Care Resource i spełniają pewne, określone standardy wyznaczone przez prowincję. Opieka nad dwojgiem dzieci lub grupą rodzeństwa. Opiekun nie jest spokrewniony.
    • In-Home Multi-Age Child Care (0 – 12 lat)Maksymalnie 8 dzieci u domu opiekuna;

    Dwa słowa od młodej matki w Vancouver:

    I warto tez wspomnieć ze na miejsce w preschool czeka się kilka miesięcy a w daycare to i ponad rok , przynajmniej w mojej okolicy.

    To tyle na dziś. Mam nadzieję, że wiesz więcej, a ciąża i poród w Vancouver nie są już takie straszne.

    A jeśli potrzebujesz wsparcia, pożalić się komuś, wykrzyczeć czy pośmiać się w kobiecym gronie, przyjdź na nasze Polskie Babskie Spotkania. Będzie fajnie, zawsze jest!

    Serdeczności!

  • Matko bosko, czyli małe dziecko w Vancouver i o urlopie macierzyńskim w Kanadzie

    Nasze dzieci nie są już małe. W 2020 Krzysiek ma 13 lat, a Maciek 8 (“ale prawie dziewięć, mamo!” ). Do Kanady przyjechaliśmy, kiedy młodszy syn miał 2,5 roku.

    Nie przeżyliśmy tutaj porodu ani urlopu macierzyńskiego – synowie urodzili się w małym szpitalu w Polsce, w moim mieście rodzinnym. Pracowałam wtedy w Polsce na cały etat i miałam prawo do urlopu macierzyńskiego, zasiłku i nawet dodatkowego ubezpieczenia z pracy.

    Więc dlaczego dzisiaj piszę o małym dziecku w Vancouver i macierzyńskim w Kanadzie?

    Zainspirowała mnie rozmowa z koleżanką z pracy. Dziewczyna poprosiła o dyskrecję, więc bez imion będzie. (chociaż wątpię, że ktokolwiek z mojej agencji czyta bloga).

    Koleżanka jest Kanadyjką, dobrze zarabia na wyższym managerskim stanowisku, ma wieloletniego partnera, z którym wynajmuje mieszkanie w Vancouver.

    Marzy o dziecku, a nawet dzieciach!

    Zdziwiłam się trochę, bo zwykle nie słyszę takich wyznań, nawet na naszych Polskich Babskich Spotkaniach (na których mówimy sobie na prawdę dużo!) W pracy, jeśli któraś dziewczyna się dzieli mocno osobistą informacją, to raczej, że mówi, że dzieci mieć nie chce.

    A ta właśnie koleżanka chce. Ale boi się. I chce się przygotować na te sytuacje, zaplanować, co się da.

    Od słowa do słowa dowiedziałam się, jak planowanie ciąży i małego dziecka wygląda w jej wykonaniu.

    Oszczędzanie pieniędzy, czyli najpierw policz, czy stać cię na dziecko

    Brzmi może brutalnie, ale pieniądze to najważniejszy temat na liście przygotowań na dziecko mojej koleżanki. Dlaczego? Urodzenie dziecka to duży wydatek, a dochody podczas urlopu macierzyńskiego (czyli zasiłek macierzyński) prawie nigdy nie stanowią 100% pensji sprzed ciąży.

    Dlatego warto przeliczyć, na ile pieniędzy matka może liczyć. Część wypłaci rząd, a część być może pokryje pracodawca.

    Poszperałam trochę w internecie i w naszej polityce firmowej – poniżej znajdziesz kilka przydatnych informacji i linków.

    Podaję ci informację według mojego rozumienia i najlepszej wiedzy. ALE mogę się mylić, bo nie prowadziłam ciąży w Vancouver. Jeśli znajdziesz błąd, daj mi proszę znać w komentarzu, a ktoś ci podziękuje za aktualne informacje.

    Zasiłek macierzyński i rodzicielski

    Na stronie canada.ca (najlepsze źródło informacji o Kanadzie) znajdziesz kalkulator zasiłku macierzyńskiego (EI maternity and parental benefit).

    Na wysokość zasiłku wpływa twoje miejsce zamieszkania, od którego zależy, ile musisz pracować, żeby kwalifikować się do zasiłku (insurable hours) oraz dochody “oskładkowane” (jak powiedzieć po polsku: insurable earnings ?!): m.in. pensja, dodatkowe świadczenia pieniężne typu prowizje, napiwki, dodatki.

    Jesteś uprawniona do pobierania zasiłku macierzyńskiego jeśli:

    • w twojej pracy odkłada się składki;
    • kwalifikujesz się, żeby otrzymać świadczenia wypłacane w wypadku utraty pracy (employment insurance – EI)
    • Twoja zwykła tygodniowa pensja została zmniejszona o 40%
    • przepracowałaś minimum 600 godzin w wymiarze godzin potrzebnym do uzyskania składek IE, w wymaganym okresie

    W momencie aplikowania o zasiłek wypłacany przez rząd, wybierasz jedną z dwóch opcji:

    1. Standardowy czas otrzymywania zasiłku: Standard parental benefits płatne tygodniowo w wysokości 55% twoich średnich, tygodniowych dochodów brutto podlegających ubezpieczeniu (insurable earnings), w maksymalnej wysokości $543 na tydzień, wypłacane przez 35 tygodni.
    2. Rozszerzony czas otrzymywania zasiłku: Extended parental benefits płatne tygodniowo w wysokości 33% twoich średnich, tygodniowych dochodów brutto podlegających ubezpieczeniu (insurable earnings), w maksymalnej wysokości $326 na tydzień, wypłacane prze 61 tygodni.

    Często w firmach oferuje się dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne (extended medical / dental benefit). Sprawdź w swojej pracy, czy będzie ci to przysługiwało na urlopie macierzyńskim. Pamiętaj, że to od pracodawcy zależy, czy wszystkie dodatkowe świadczenia, które otrzymujesz z tytułu swojej pracy, będą ci nadal przysługiwać podczas urlopu.

    W naszej firmie dla pracowników z dłuższym stażem podwyższa się dodatkowo wysokość tygodniowych świadczeń do 90% wynagrodzenia sprzed porodu. Sprawdź w swoim dziale HR, jak to wygląda.

    A jeśli do Kanady przyjeżdżacie, bo mąż dostał pracę, niech wtedy on sprawdzi w soim dziale kadr, jak to wygląda. Kiedy negocjuje swój kontrakt (ofertę pracy), może również popytać o to i owo, jeśli planujecie powiększenie rodziny

    Urlop macierzyński czy rodzicielski? Ogólne uwagi

    • Urlop macierzyński czyli Maternity Leave, przysługuje matce biologicznej. Najwcześniej można rozpocząć go na 12 tygodni przed planowanym porodem, a skończyć nie później niż 17 tygodni po porodzie.
    • Urlop wychowawczy (rodzicielski) czyli Parental Leave, przysługuje obojgu rodzicom. Jest wypłacany w dwóch formach: standardowej i rozszerzonej.

    Jak widzisz, urlop macierzyński i urlop wychowawczy rządzą się innymi zasadami niż w Polsce. Wiele spraw jest regulowanych przez wewnętrzną politykę firmy, a nie przez państwowe przepisy.

    Pracodawca nie ma wymogu zapewnić ciągłości zatrudnienia po urlopie. I takie historie też słyszałam – że matka po powrocie do pracy chciała zmniejszyć etat, a w odpowiedzi została zwolniona 🙁

    Przylecieć, żeby urodzić dziecko w kanadzie…

    Mała dygresja. Temat turystyki urodzeniowej (birth tourism) mojej koleżanki akurat nie interesował, ale wczytując się w internety, trafiłam na to zagadnienie.

    Na początek krótka anegdotka z naszego życia. Mogłam dzieci urodzić w Warszawie, zdecydowałam się zrobić to w Międzyrzeczu. Dlaczego? Bo wiedziałam, że moi rodzice pomogą nam w ogarnianiu codzienności. Dlatego postanowiliśmy wprowadzić się do mojego domu rodzinnego na kilka pierwszych tygodni po porodzie.

    To była świetna decyzja. Wiem, wiem, nie każdy ma tę możliwość, nie każdy chce wychowanie dziecka dzielić z dziadkami. Rozumiem doskonale. Ale jeśli w Waszej rodzinie to możliwe, ja polecam tę opcję.

    Urodzenie dzieci poza Warszawą wywołało pewne zdziwienie wśród rodziny męża. No jak to, chłopaki nie będą mieli wpisanego warszawskiego adresu urodzenia? Kiedyś, żeby zdobyć meldunek warszawski, trzeba się było w Warszawie urodzić. Stąd może przekonanie, że miejsce urodzenia jest ważne.

    Dziś w Polsce nie ma to znaczenia.

    Ale w Kanadzie wciąż ważne jest prawo ziemi, czyli dziecko urodzone w Kanadzie ma prawo do kanadyjskiego obywatelstwa. Stanie się tak również jeśli jego rodzice nie mają prawa do legalnego pobytu w Kanadzie. Nawet jeśli zdecydowali się przyjechać do Kanady tylko po to, żeby urodzić tutaj dziecko.

    Czy jest to uczciwe, zasadne, opłacalne, to już każdy musi zdecydować sam. Dziecko urodzone w Kanadzie otrzyma kanadyjskie obywatelstwo, ale to wcale nie oznacza, że rodzice tego dziecka dostaną kanadyjski paszport z automatu.

    Co więcej, cała rodzina może nie mieć prawa do pobytu na terenie Kanady. Jeśli nie masz prawa do pobytu turystycznego, ważnej wizy studenckiej czy pracowniczej, sam fakt, że twoje dziecko jest Kanadyjczykiem, nie umożliwi wam życia w Kanadzie.

    Dziecko z kanadyjskim paszportem będzie mogło w przyszłości zamieszkać w Kanadzie, ale czy jego rodzice przybędą z nim – to już inny problem. Takie sytuacje emigracyjne reguluje między innymi program imigracyjny: sponsorowanie rodzin (Family Sponsorship).

    Czy w Kanadzie są świadczenia socjalne? 500 + wpadnie czy nie?

    To dalej będzie znowu o pieniądzach. A skoro pieniądze, to emocje, i sławetne 500plus, które ma (podobno) wpływać na zwiększenie dzietności.

    Od razu ci powiem, że jeśli liczysz na tzw. socjal na dziecko, to Kanada nie jest Twoim kierunkiem emigracji.

    Owszem, są świadczenia na dziecko, ale zależne są od dochodu i z pewnością nie wystarczą jako główne źródło utrzymania.

    Sprawdź przed wyjazdem zasady ogólne, a potem poszukaj wytycznych dla danej prowincji:

    1. Zacznij od przeczytania o Canada Child Benefit na tej stronie rządowej: https://www.canada.ca/en/revenue-agency/services/child-family-benefits/canada-child-benefit-overview.html . To jest świadczenie rodzinne wypłacane przez rząd federalny.
    2. Dla Vancouver i Kolumbii Brytyjskiej informacje o dodatkach na dziecko znajdziesz na tej stronie: https://www.canada.ca/en/revenue-agency/services/child-family-benefits/provincial-territorial-programs/province-british-columbia.html

    Najszybszym sposobem, żeby wypełnić wniosek o te ( i inne świadczenia lub dodatki) jest założenie konta w serwisie kanadyjskiego urzędu skarbowego, czyli Canada Revenue Agency. My Account założysz na tej stronie: https://www.canada.ca/en/revenue-agency/services/e-services/e-services-individuals/account-individuals.html

    Dość o prawach i pieniądzach. Teraz trochę o innych sprawach, które trzeba ogarnąć z małym dzieckiem

    Ciąża i poród. Jak i gdzie?

    Na ten temat jest drugi wpis z tej serii, a znajdziesz go tutaj: https://kanadasienada.pl/ciaza-i-porod-w-vancouver/ . Jest naszpikowany wspomnieniami i radami Polek z Vancouver. Na pewno się przyda!

    Pomocne informacje o ciąży znajdziesz na stronie canada.ca. Jest tam m.in. poradnik o tym, jak być zdrową w ciąży.

    Zapytałam moje niezawodne Polki na grupie fejsbukowej. Koleżanka – położna tak pisze:

    Ja bym dodała ze swojej perspektywy ze świetna sprawa jest prowadzenie ciąży u poloznej. Wiem od dziewczyn które tu rodziły ze bardzo sobie chwała bo ta sama położna prowadzi ciąże, zleca badania, przyjmuje poród (w szpitalu lub w domu) i odwiedza w połogu, pomaga w laktacji. Fajnie jest rodzic z kimś kogo sie zna i nie jest to przypadkowa osoba na dyżurze. Plus jest to wsparcie w początkach macierzyństwa. Ekstra bajer zupełnie inny model niż w Polsce. 

    Rodzicielkie gadżety

    Nie śledzę na bieżąco trendów rodzicielskich, ale z dużym prawdopodobieństwem mogę powiedzieć – wśród rodziców rządzi Amazon!

    Przez 6 lat, kiedy mieszkamy w dzielnicy Mount Pleasant, widziałam dwa sklepy z modnymi akcesoriami dzieciowymi. Oba już się zamknęły.

    Czyli rodzice zaopatrują się gdzie indziej. Gdzie? Na Amazonie!

    Można oczywiście (i tę metodę polecamy) kupować rzeczy używane. W Vancouver jest kilka sklepów Armii Zbawienia (Salvation Army Trift Store), są mniejsze “używańce”, są w końcu lokalne grupy sprzedażowe na Facebooku. Także i my, polskie mamy, mamy swoją grupę. Dołącz do nas.

    Dwie rzeczy mi się na oczy rzuciły:

    1. Wózek typu gondola znany mi z Polski, w Vancouver jest jakby mniej popularny. No weź, zapomnij, nie widziałam żadnej gondoli, szerokiej i głębokiej jak nasza emmaljunga (czy fakt, że pamiętam nazwę wózka Krzyśka to jednak nie jest dowód na jakieś skrzywienie? hmmm). Najczęstszy widok na ulicach w naszej hipsterskiej dzielnicy, to fotelik wpięty w ramę spacerówki.
    2. Za to chusty są. (I teraz wzruszenie, bo ostatni raz dziecko w chuście miałam 5 lat temu. A pamiętam czasy, kiedy na chusty dla Krzyśka wydaliśmy majątek, i trzeba było prosić dziewczynę z Niemiec, żeby dla nas specjalnie zrobiła aukcję na Allegro. Koniec offtopa). Nosidełka dla dzieci też widziałam w Vancouver. Rządzi Ergo Baby i Tula. Widziałam też wisiadła Babybjorn. 99% rodziców nosi małe dzieci z przodu, dydnające biednie. Ja nie z tych, co to zwrócą uwagę młodej matce, że krzywdę dziecku robi, bo to niefizjologiczne ustawienie. Ale na blogu swoim własnym mogę napisać: Przodem do świata dziecka nie noś. (I tak blog Kanada się nada wpadł w nurt blogów parentingowych. Może mi statystki podskoczą, co?)

    Żłobek i przedszkole

    W Vancouver brakuje miejsc w przedszkolach i żłobkach. Szukając miejsca dla swojego dziecka, wpisuj w Google:

    1. daycare – żłobko-przedszkola całodzienne i funkcjonujące przez cały tydzień. Przyjmują dzieci już od kilku miesięcy, chociaż zwykle mają max dwa miejsca dla takich maluchów. W daycare zazwyczaj jest wyżwienie, ale bardzo wiele zaley od dzielnicy Vancouver czy miejscowości w Lower Mainland (dostałam informację od czytelniczki na Facebooku, że w Mission, Burnaby i Surrey w daycare nie ma wyżywienia). Nasze doświadczenia z 2014 znajdziesz w tym poście.
    2. preschool – zajęcia przedszkolne, zwykle kilka godzin, dwa-trzy dni w tygodniu. To zajęcia dla starszych dzieci, od dwóch lat wzwyż. Maciek i jego preschool, do którego chodził dwa lata, zanim poszedł do szkoły podstawowej, opisałam w tym poście.

    Rozróżnienie pomiędzy daycare a preschool nie jest wyraźne. Może trafisz na placówki, które będą hybrydami tych dwóch miejsc. Słuchaj swojej intuicji, popytaj na placu zabaw czy na zajęciach w bibliotece (mówiłam już, że biblioteka w Vancouver to nasze ulubione miejsce?).

    Wybierz się na spacer po swojej okolicy i po prostu pytaj bezpośrednio w żłobkach czy przedszkolach. Wiele z nich prowadzi jakąś listę chętnych, i być może twoje zainteresowanie sprawi, że wskoczysz na wyższe miejsce na liście. Tylko nie przychodź w trakcie drzemki dzieci. Najlepiej wstępować nieco po otwarciu przedszkola, albo tuż przed odbiorem dzieci.

    Z Polski pamiętam wyczekiwanie na start systemu rejestracji dzieci do przedszkoli. Jak się system wieszał i wszyscy rodzicie w biurze chodzili wkurzeni. Pamiętam koczowanie przed żłobkiem, żeby być tuż po otwarciu i złożyć podanie o przyjęcie. Nie wiem, czy nadal jest tak ekstremalnie, ale emocji pewnie nie brakuje.

    Przygotuj się na podobne emocje w Vanvcouver. Ja nie straszę, ja przygotowuję 😀

    A jeśli możesz lub chcesz zostać z dzieckiem w domu, przeczytaj ten post o pięciu fajnych miejscówkach dla rodziców z dziećmi w Vancouver. My polecamy zwłaszcza program strong start, dostępny w większości szkół podstawowych.

    Niestety z powodu braku żłobków i przedszkoli sporo Kanadyjek nie wraca do pracy.

    Emigranci radzą sobie jeszcze w inny sposób – niektórzy na kilka lat wysyłają dzieci do dziadków, do kraju pochodzenia. Mam taką koleżankę, Julie, Chinkę, która swojego syna widziała kilka razy podczas jego pierwszych trzech lat życia. Wysyłanie dzieci do dziadków nie jest związane tylko z brakiem opieki, bo rodzice pracują. Często chodzi o naukę języka i życia w kraju pochodzenia. Ale to temat na zupełnie inny post…

    Zapytałam młode matki na naszych Babskich Spotkaniach, co jest największym ich wyzwaniem w życiu z małym dzieckiem w Vancouver

    Dziewczyny napisały mi to samo. Bez umawiania się!

    Największe wyzwanie w rodzicielstwie na emigracji w Vancouver to samotność i brak pomocy.

    Doskonale pamiętam, że kiedy w 2007 roku urodził się Krzysiek, moim dominującym uczuciem była samotność. I niewiedza. Miałam poczucie totalnej izolacji. To uczucie zabiera jakieś 98% tego, czego doświadcza każdy rodzic. A zwłaszcza matka pierwszego dziecka.

    Jesteś w ciąży, niedawno urodziłaś dziecko, i jeszcze do tego przechodzisz przez emigracyjny szok kulturowy. To wszystko duże wyzwania emocjonalne, mocne obciążenie i nic dziwnego, że jest bardzo ciężko.

    Pamiętaj, żeby dać sobie prawo do tego, że nie jesteś perfekcyjna i że “nie ogarniasz”.

    W Vancouver znajdziesz sporo miejsc i inicjatyw, które pomogą Ci poczuć się mniej “samotnie”. Może spotkasz koleżanki i stworzysz swój krąg wsparcia? A wtedy już z górki – tematy do rozmowy się znajdą.

    Dobre rady od mam w Vancouver:

    Polecam chodzić na zajęcia w community centers na tzw Baby time, story time I inne zeby poznać inne mamy i nawiązać kontakty. No i oczywiście jest grupa polskich mam gdzie można sie nawzajem wesprzeć. Mnie bardzo pomogła nawiązać znajomosci i mam dzięki temu przyjaźnie z wieloma fajnymi rodzinami. Bo ta samotność o której piszesz jest na prawdę trudna gdy nakłada sie na samotne macierzyństwo (czyt bez dodatkowej rodziny). Młode mamy obowiązkowo powinny planować sobie czas na wyjścia tylko dla siebie z koleżankami i oddawać malucha ojcom aby nie zwariować 🙂 i to bez wyrzutów sumienia!! Bo jak sobie nie zaplanujesz to sie nie zdarzy 🙂

    Nie namawiam cię na sprowadzenie pomocy z Polski w postaci mamy, teściowej czy babci. Wiem, że niektóre rodziny chwalą sobie takie rozwiązanie, ale nie zawsze się sprawdza. Odwiedziny rodziny, nawet pełnej najlepszych chęci, warto dobrze przemyśleć.

    My od kilku lat zapraszamy moich rodziców na marzec do Vancouver. I nie jest to najpiękniejsza pora roku, ale w przypadku naszej rodziny ten czas sprawdza się dobrze. Akurat trwają ferie wiosenne i można wziąć kilka dni urlopu. Nasi synowie z dziadkami na spokojnie spacerują po mieście, albo grają w planszówki. A my nie musimy z wywieszonym językiem odstawiać dzieci co rano na półkolonie (spring camps).

    Biet dla dwójga dziadków Berlin – Vancouver – Berlin kosztuje około 1400CAD, zaś koszt półkolonii (takich bardziej wypasionych, sprofilowanych) to wydatek około 300CAD za tydzień, za jedno dziecko.

    Nam się kalkuluje. Finansowo i emocjonalnie.

    Sama oceń, co zadziała w waszym przypadku.

    Serdeczności!

  • Wysłałam synów do dziadków i bardzo się cieszę! Dzieci na wakacjach w Polsce – zalety

    Wysłałam synów do dziadków i bardzo się cieszę! Dzieci na wakacjach w Polsce – zalety

    Wakacje się skończyły, życie wróciło na normalne, pospieszne tory. Do Vancouver wrócili nasi synowi, którzy lato 2019 (podobnie jak w 2015 roku) spędzali z dziadkami w Polsce.

    Do Polski latamy często. W 2018 byliśmy aż 3 razy. Podróż jest droga i daleka, i pewnie “bardziej się opłaca” lecieć na Hawaje albo do Meksyku. Ale ja nie myślę w ten sposób – to, co czuję, kiedy jestem z rodziną w Polsce, nie ma ceny.

    Chcę, żeby nasi synowie podobnie odczuwali Polskę i rodzinę w Polsce.

    Przez 10 miesięcy w roku to Kanada króluje w ich codzienności, więc te wyjazdy wakacyjne to jedyna okazja, żeby nauczyć się Polski – ich kraju pochodzenia.

    Na razie znają Polskę z:

    • z opowieści rodziców i dziadków;
    • z opowieści ogólnej: szkoła, książki (w tym szkolne podręczniki, ale o tym może innym razem…);
    • i właśnie z czasu wakacyjnego, z nami lub bez nas.

    Chcę napisać o korzyściach, jakie ma cała rodzina, kiedy dzieci mieszkające na stałe w Kanadzie są na wakacjach w Polsce.

    Mam nadzieję, że skorzystasz – może nie wszystkie zalety wymienione przeze mnie okażą się oczywiste?

    A na końcu wpisu jeszcze kilka słów, jak taki wyjazd ogarnąć.

    Na początek wielkie pozytywne zaskoczenie czyli:

    Komunikacja z nastolatkiem i nieoczekiwany benefit- rozmowy na Skypie.

    Rozmowy przez Skype wydawać się mogą nieprawdziwą rozmową. Wiadomo, od ruszania komórką boli głowa. Słowa czasami brzmią sztucznie. Coś miga, trzeszczy, w Polsce jest ciemno (zimą), w Vancouver jest jasno. Wygodne to to nie jest.

    Ale mimo to w te wakacje doceniłam Skype bo:

    Rozmowy na Skypie są świetne żeby zmusić dzieci, a zwłaszcza chłopców do komunikacji.

    Dzwoniliśmy do synów regularnie, a co więcej, Krzysiek (lat 12) sam inicjował te rozmowy! Miał komórkę ze sobą i do mnie dzwonił, jak tylko się obudziłam.

    I mimo odległości rozmowa toczyła się wtedy naturalnie! A jak świetnie poprawiła się komunikacja! Wielokrotne powtarzanie zdań, konieczność gawędzenia, zmusza do mówienia, czy się chce czy nie.

    To dobra okazja, żeby spokojnie porozmawiać z dzieckiem, nawet jeśli ta rozmowa odbywa się w niewygodnych warunkach.

    Z nastolatkiem na Skypie rozmawia mi się dużo łatwiej, niż z nastolatkiem bez Skypa.

    Poprosiłam też Krzyśka, żeby co wieczór napisał mi przez telefon kilka zdań po polsku o tym, co zrobili, gdzie byli, co jedli (tą infromacją dzielił się najczęściej, hehe). W ten, zupełnie nieinwazyjny, nieszkolny sposób ćwiczył pisanie po polsku, na komórce. I odsyłałam sparafrazowane zdania, powtarzając wyrazy, które napisał błędnie.

    O wiele łatwiej było mi namówić nastolatka na takie pisanie – mówienie, niż prosić o to, żeby się trochę pouczył.

    A skoro o języku i nauce. Wakacje w Polsce to jedna wielka przyjemna lekcja polskiego!

    Język polski – do przodu!

    Utrzymanie i rozwijanie języka polskiego u Krzyśka i Maćka to jeden z moich priorytetów rodzicielskich na emigracji. Wiele rzeczy odpuszczam (ah, ta cudowna magia olewania). Ale akurat język polski jest dla mnie super ważny.

    Dlatego z zachwytem przysłuchuję się młodszemu synowi – przez dwa miesiące fajnie nadgonił komunikację po polsku.

    Cieszy mnie zwłaszcza postęp w pisaniu! Znajomość polskiego to nie jest tylko mówienie po polsku. To także pisanie i czytanie w tym języku. Samo rozmawianie z dzieckiem po polsku w Kanadzie nie wyćwiczy tych dwóch umiejętności.

    Tutaj akurat z pomocą przyszły babcie – poprosiłam je, żeby codziennie z Maćkiem pisały/czytały krótki tekst. Nic wielkiego, maks 10-15 minut. Ale ponieważ robił te zdania z babciami w Polsce, to był zmuszony do mówienia po polsku tylko. I fajnie!

    Nie samym językiem wakacje stoją, a wakacje w Polsce to:

    Poznanie Polski – historia, tradycja, kultura!

    Pierwszy nasz urlop w Polsce, po roku mieszkania w Kanadzie, był wycieczką objazdową po ciekawych (naszym zdaniem) polskich miastach. Bardzo nam się ten wyjazd udał. Napatrzyliśmy się na to, co jest rzadkością w Kanadzie – starówki, historyczne miejsca, muzea.

    Szczegóły znajdziesz w poście z 2015 roku. Polecamy szeroko taką wycieczkę z dziećmi!

    W wakacje 2019 chłopaki pojechali z dziadkami pod Grunwald i …. przepadli z kretesem. Od czasu obejrzenia inscenizacji bitwy Krzysiek przeczytał chyba z 15 książek historycznych. A słowniczek Maćka wzbogacił się o takie polskie słowa, jak: kolczuga, topór, napierśnik, kołczan czy przyłbica 😀

    Opowiadali nam o Grunwaldzie z taką ekscytacją, że nie ma zmiłuj się, w przyszłym roku jedziemy tam wszyscy!

    Oprócz Grunwaldu było zwiedzanie Warszawy, Szczecina, Łodzi. Cieszę się, że dzieci na wakacjach w Polsce mogły poznać te miasta, w których mieszka ich rodzina, gdzie ich kuzynowie codziennie chodzą do szkoły, a wujek z ciocią jeżdżą do pracy.

    Dzięki temu znają Polskę codzienną, a nie podkolorowaną folklorem i tym polonijnym sentymentem, który, nie ma co kryć, jest obecny na każdym wydarzeniu polonijnym (zwłaszcza organizowanym przez starszą stażem Polonię).

    Codzienna Polska na wakacjach pozwala dostrzec i zalety, i wady. Dzieci oswajają się z takim obrazem świata, gdzie każdy medal ma dwie strony. I o to mi chodzi!

    Odwaga i odpowiedzialność – są tam sami, chociaż z dziadkami

    Jakby nie patrzeć, byli na wakacjach sami, bez mamy i bez taty.

    Widzę po Krzyśku wzrost odpowiedzialności za młodszego brata. Są też odważniejsi. Z dala od mamy i taty muszą być odważni.

    Nie jestem rodzicem helikopterowym – inaczej umierałabym ze strachu, nie wiedząc, co się z dziećmi dzieje. Kazałabym szczegółowo raportować, gdzie są i co robią. Na szczęście rozumiem, że odpowiedzialności wśród dzieci nie da się zbudować inaczej niż im na tę odpowiedzialność pozwalając.

    Bywały dni, że nie wiedziałam, czy synowie są w Polsce czy w Czechach. Ale wierzyłam i wiedziałam, że ich aktualni opiekunowie dadzą sobie świetnie radę.

    Strachy są tylko w mojej głowie. Czas najwyższy się ich pozbyć!

    Z odpowiedzialnością łączy się jeszcze jedna korzyść. Zwiększa się poziom wiedzy finansowej. Dzieci dostają jakieś drobne (albo i większe) kieszonkowe od rodziny i sobie nimi gospodarują. U nas wszystkie prezenty pieniężne w złotówkach będą przewalutowane na dolary i wpłacone na konto każdego syna. Ale żeby do tego doszło, synowie muszą podsumować swoje zasoby i pilnować zrobienia przelewu.

    To świetna okazja do porozmawiania o walutach różnych krajów, a także o możliwościach nabywczych w Kanadzie i w Polsce!

    Relacja dziadkowie – wnukowie. A korzystają rodzice

    Pewnie nie muszę cię specjalnie przekonywać do tego, że wnukowie mogą od dziadków dostać wiele dobrego. Uczucia, nauka, życiowa mądrość.

    Dziadkowie wychowują młodsze pokolenia inaczej niż rodzice. To świetna i rozwijająca wszystkich relacja, o ile poglądy dziadków nie stoją w sprzeczności z zasadami rodziców (takie rzeczy warto ustalić na początku wizyty!).

    Bardzo, bardzo mnie cieszy, że rolę “Złego policjanta”, który od 12 lat woła co noc: umyłeś zęby, synku? przejęli na okres wakacji dziadkowie.

    Dla mnie to wielka ulga emocjonalna. I sprzyja też mojej relacji z synami – bo w końcu nie tylko mama i tata są tacy zasadniczy. Dziadkowie też potrafią wymagać (a nie tylko słodyczami rozpieszczać)!

    A wujostwo? O, ci to dopiero dostają szkołę życia. Część naszego rodzeństwa nie ma jeszcze własnych dzieci, więc pobyt Krzyśka i Maćka u nich to całkiem ciekawe doświadczenie. I procentuje po obu stronach!

    Oczywiście, opisuję to, co dzieje się w mojej rodzinie. W twojej rodzinie może działać to zupełnie inaczej. I też dobrze!

    The best summer ever!

    Szczęśliwi, zrelaksowani rodzice to szczęśliwe dzieci!

    Dzięki wakacjom tylko we dwoje poznaliśmy się z Kubą jeszcze lepiej. Zachwyciliśmy się sobą i utwierdziliśmy w przekonaniu, że jest nam dobrze.

    Jesteśmy szczęściarzami. Jako dwudziestolatkowie nie mieliśmy okazji podróżować i odkrywać inne kraje. Nie było czasu na cieszenie się sobą, bo studia, synowie, praca, kredyt.

    Lato 2019 wynagrodziło nam te wszystkie lata, kiedy mieliśmy dla siebie mało czasu. Warto było czekać!

    Byłam na masażu (nie pomógł), byłam w górach (pomogło), byliśmy blisko siebie (ekhm ekhm 😀 ).

    Nie znoszę gotować, więc nie gotowałam, bo jak nie ma dzieci, to mogę być nieodpowiedzialna i zamiast gotowania, leżeć na macie do jogi (bardzo lubię!)

    Rodzicielstwo to pasmo bezustannych, małych decyzji i mikrospraw. Bombardują mój mózg od rana do wieczora. Nie jest łatwo w codzienności rodzica wpaść we flow, czyli taki stan głębokiego skupienia się na jednej rzeczy, na jednym rozwiązaniu.

    Dzięki pobytowi synów w Polsce odpoczął mój mózg – on też od czasu do czasu musi mieć szansę na wakacje! Udało mi się siedzieć na kanapie i długo myśleć o jednej, ważnej rzeczy. Albo pracować bez przerwy. Chodziliśmy na spacery w milczeniu.

    Spokój i cisza są towarem deficytowym, kiedy wokół są dzieci. Cieszę się, że dzięki wakacjom synów w Polsce mogłam sobie pozwolić na ten, jakby nie patrzeć, luksus 🙂

    Wyjazd dzieci do Polski wcale nie jest taki trudny do ogarnięcia!

    Oczywiście wszystko zależy od dobrej woli, ale na spokojnie da się ogarnąć podróż dzieci za ocean.

    Samodzielna podróż dziecka bez opiekuna jest jeszcze przed nami

    Ale już kilka razy chłopaki lecieli bez rodziców (z dziadkami tylko), lub z jednym rodzicem.

    Zawsze mam wtedy przygotowany dokument po angielsku ( nie, nie podpisałam go w obecności notariusza). Na stronie rządowej przeczytasz szczegóły oraz zobaczysz przykłady takiego listu – dokumentu.

    Nigdy nie mieliśmy żadnych problemów na lotnisku. Ale wiem, że czasami oficerowie czy agenci na lotnisku lubią zapytać o zgodę obojga rodziców na podróż dziecka. Koniecznie sprawdź regulacje w danym kraju przed podróżą (tak, także jeśli masz tylko przesiadkę, sprawdź kraj tranzytowy).

    Kupowanie biletów lotniczych kiedy dzieci lecą z innymi osobami

    To również nie jest takie trudne, ale jednak czasochłonne.

    Około 2 godzin zajęło mi skoordynowanie wszystkich przelotów na wakacje 2019. Wisiałam na telefonie z Air Canada, a miły pan w Montrealu starał się mi pomóc.

    Utrudnieniem był fakt, że Krzysiek skończył w sierpniu 12 lat, czyli wyleciał do Polski na bilecie dla dziecka, ale wracał już jako dorosły.

    Nie mogłabym sama ustawić takiej opcji podczas rezerwacji online – dlatego dzwoniłam do Air Canada i robiłam rezerwację z ich agentem (wszystko bezpłatnie, cena biletu taka sama, jak w przypadku samodzielnego rezerwowania).

    Koniec końców mieliśmy trzy bilety: jeden dla Kuby, jeden dla synów i jeden dla mnie. Zostały one połączone w systemie i przypisane miejsca koło siebie.

    Wyjazd dzieci na wakacje do Polski ma więcej zalet niż minusów

    Tak, oboje z Kubą tęskniliśmy i byliśmy wręcz ogłupieni ciszą, jaka panowała w domu. Po 6 tygodniach tylko we dwoje zdarzało nam się żałować, że wysłaliśmy chłopaków na tak długo.

    Ale dzisiaj, kiedy jesteśmy już razem, kiedy ta codzienność kanadyjska bywa mocno przygnębiająca, wtedy wracam myślami do lata tylko we dwoje i dziękuję, że miałam możliwość spędzić ten czas tylko z mężem.

    Więc jest dobrze.

    Czego i tobie życzę!

  • Matka polka kwoka helikopterowa zlądowała i pilnuje dzieci w Kanadzie. Ale że co?

    Cześć i czołem! Obiecałam na Facebooku, że wpis będzie o kosmetykach, ale jednak wyszło, że jeszcze nie teraz. Znowu napiszę o dzieciach w Kanadzie i o mnie, czyli ich matce.

    Jak jesteś tutaj pierwszy raz, to się poznajmy: ja jestem Kasia, mam 36 lat, #matkaoddekady, na stanie mam dwóch synów: Krzysiek, lat 11 i Maciek, sześciolatek. Nasza kanadyjska historia jest pod tym linkiem.

    Jak wyglądam kiedy piszę o dzieciach w Kanadzie?

    O synach piszę o 7:41 rano. Za oknem chmury na deszcz i śnieg, a w domu cisza, bo chłopaków nie ma.

    Nasi chłopcy spędzili ostatnią noc na “nocowance”, czyli sleepover u kolegów. Spali osobno, w różnych rodzinach. Dla Maćka to pierwsze takie doświadczenie, więc jest moc.

    Dzieci w Kanadzie (i w USA też!) często nocują poza domem. Naturalnie, nasi synowie muszą i tego doświadczyć!

    Dzieci w domu nie ma, jest cisza, ja sobie czytam o szwajcarskim nakazie nieodprowadzania dzieci do szkoły,

    Kuba przegląda emaile i widzi list od tutejszego kuratorium, i to wszystko razem do kupy natchnęło mnie do napisania tego posta.

    Chcę Wam opowiedzieć, jak wygląda samodzielność naszych synów na tle kanadyjskiej codzienności i prawa.

    Najpierw o moim podejściu:

    Jestem matką, która przejmuje się bezpieczeństwem dzieci, ale jednocześnie szczerze wierzę w ich zdrowy rozsądek.

    Wiem, że wypadki się zdarzają, że pedofile czyhają wszędzie, nawet w ulubionym kraju świata, czy w uporządkowanej Szwajcarii. Wiem, że dzieci bywają mniej lub bardziej samodzielne, a rodzice mniej lub bardziej wytrzymali nerwowo.

    Chciałabym powiedzieć, że mam sposób na to, żeby lęki matki polki kwoki helikopterowej opanować. Ale nie mam. Sama się uczę.

    Aaaaa, a może Ty w ogóle nie wiesz, co to ta matka helikopter?

    Helikopterowy rodzic to taki, który mało dziecku pozwala na samodzielność, a wiele spraw za dziecko rozwiązuje i je przed życiem chroni. W imię bezpieczeństwa, troski, miłości.

    Ja, rzecz jasna, jestem trochę helikopterem, trochę kwoką, a trochę rodzicem uświadomionym i dzikim.

    Zresztą te wszystkie łatki przyklejane rodzicom nie mają sensu, moim zdaniem, bo nie ma tak, że każdy jest taki sam przez całe życie. Dzieci rosną, helikoptery maleją, matki kwoki odchodzą do swoich zajęć. Przynajmniej te, które znam. 

    Kiedy zaczynaliśmy z Kubą bycie rodzicami, nikt nam nie powiedział, że będziemy musieli myśleć o takich sprawach. Odpowiadać na pytania, kiedy dziecko jest już wystarczająco duże na coś, kiedy może o czymś samo zdecydować. Gdzieś pójść samodzielnie, wyjść niepilnowane, przestać trzymać się tej mojej, przysłowiowej spódnicy.

    Nasi rodzice nie przeprowadzali z nami rozmów ostrzegawczych, bo kiedyś było łatwiej i bezpieczniej (podobno). Wszystkie dzieciaki latały z kluczami na szyi, kupowały oranżadę w paczuszkach i wisiały na trzepaku i czekały z młodszym bratem na mamę (pozdro dla brata Bartka, mego jedynego). 

    Ciężko powiedzieć, czy byłam jestem matką helikopterową. Chłopakom zostawiam dużo samodzielności, ale jednak dwa razy Krzysia w Polsce zgubiłam.

    Raz zgubił się w sklepie, ale poszedł do ekspedientki i mnie przywołali. Mandatu nie dostałam, i chyba łatki wyrodnej matki też nie. Byłam dumna, że sobie poradził, chociaż oczywiście popłakałam się i ja, widząc ślady łez na jego twarzy. Krzysiek miał wtedy 6 lat.

    Drugi raz, który był właściwie pierwszym, bo sprzed sklepowego incydentu, to było wtedy, kiedy ja kolejkowałam w aptece, a Krzyśkowi (lat 4)  się znudziło i wyszedł przed budynek. Po czym się zgubił. Ja odchodzę od kasy, a syna nie ma! Wypadłam jak szalona na zewnątrz, oczami duszy widzę porywacza małych chłopców. Oczywiście nawoływałam jak szalona, na dworze było już ciemno. Krzysiek płakał i krzyczał też, więc po krótkiej chwili, która dla mnie była wiecznością, się odnaleźliśmy w krzakach przed apteką. 

    Trzeci raz Krzysia zgubiło przedszkole, a szczegółach tej grubej sprawy pisałam tutaj.

    Potem była pierwsza klasa Krzysia, i chodzenie po bułki do sklepu za rogiem. Ja wywieszona przez okno, czekałam na niego, trochę zestrachana, a trochę dumna.

    Do szkoły był odprowadzany przez nas i przez nianię, bo ulica Obozowa w Warszawie ma i spory ruch samochodowy, i pędzące tramwaje, a nie ma sygnalizacji świetlnej (stan na 2011 rok).

    No, a potem to już wyjechaliśmy do Kanady.

    Jak to jest z tą samodzielnością dzieci w Kanadzie, kiedy matka je spod skrzydeł wypuszcza?

    Ha! Najdziwniejsze jest to, że kogo spytasz, to co innego Ci powie. Ja najczęściej googlam, ale nie wyskakują mi  fragmenty ustaw, tylko orzeczenia sądowe albo doniesienia prasowe.

    O co pytam internet najczęściej? Ile lat ma mieć dziecko, żeby mogło w Vancouver samodzielnie:

    • pójść do/ze szkoły
    • pójść po chleb do pobliskiego sklepu
    • pójść na plac zabaw z kolegami
    • przyprowadzić rodzeństwo
    • zostać w domu samo / z rodzeństwem
    • wziąć nóż, zrobić kanapkę, obiad odgrzać
    • pójść na basen
    • jeździć na rowerze
    • sprzedawać używane rzeczy i robić na nich kasę?

    Oczywiście pytam po angielsku i oczywiście dodaję nazwę prowincji, bo jak wiele różnych spraw, także i ta może być regulowana na szczeblu lokalnym.

    Pierwsze ważne zagadnienie rodzica posyłającego dziecko do podstawówki w Vancouver brzmi:

    Czy do szkoły dzieci chodzą nieodprowadzane przez dorosłych?

    I tak i nie. Przede wszystkim nie ma żadnego prawa, zapisu w kodeksie rodzinnym czy karnym, które to reguluje. Kuratorium może co najwyżej sugerować, ale decyzję podejmuje szkoła. 

    Możliwość samodzielnego przyjścia zależy m.in od tego, czy w szkole jest świetlica przed i po lekcjach, bo świetlica nie jest oczywistą sprawą i w wielu szkołach nie funkcjonuje. Liczy się także, czy do szkoły dzieci przyjeżdżają, czy przychodzą. 

    W naszej szkole dziecko może przychodzić i wychodzić samodzielnie, odkąd skończy 8 lat. Przynajmniej tak było w przypadku Krzysia – ja musiałam podpisać dokument, że się na to zgadzam. 

    W dokumencie nie było ani słowa o tym, czy 8letni Krzyś może swoje młodsze rodzeństwo przyprowadzić do domu, więc założyłam, że może.

    Ale jeśli poszukasz w Internecie, najczęściej trafisz na odpowiedź, że dopiero 12-13 latek może sam być na dworze czy opiekować się rodzeństwem.

    Wielu rodziców kanadyjskich ma swoje zdanie na temat tego, ile lat może mieć dziecko, żeby coś mogło….

    Kiedy w pracy powiedziałam, że Krzysiek (obecnie 11letni), przyprowadza ze szkoły Maćka (6letniego) i na mnie czekają razem w domu, to Michelle powiedziała, że mogę mieć problemu. Bo Krzysiek za młody, to raz. Po drugie, nie ma zrobionego kursu z “babysittingu”. Po trzecie, czy ja wiem, co na temat dzieci samych w domu myśli zarząd budynku (bo może się w ogóle nie zgadza). A po czwarte, żebym uważała na “życzliwych” donosicieli, którzy w trosce o bezpieczeństwo dzieci, zawiadomią kogo trzeba.

    Z kolei Sean, ojciec Logana, kolegi Krzysia, nie widzi problemu – ba, Logan samodzielnie odprowadza i przyprowadza Luka (lat6) i to jeszcze na czas! (Nasi synowie na pewno by się spóźniali). A mieszkają nawet dalej od szkoły niż my.

    Żeby pójść na basen samemu, wystarczy mieć 8 lat.

    To przynajmniej jest napisane na tablicy na basenie. A ile lat musi mieć dziecko, żeby mogło wypożyczać książki z biblioteki? Myślałby kto, że im młodsze, tym lepiej dla niego i dla całego społeczeństwa, prawda? Będzie oczytane, mądrzejsze.

    Ale nie. Dziecko może samo pójść na basen, jak ma 8 lat, ale nie jest wystarczająco samodzielne na wypożyczenie książki z biblioteki. Tak!

    Ale z biblioteką uważaj!

    Wiem to stąd, że jak Krzysiek miał 8 lat, to poszedł do biblioteki, która jest po drugiej stronie naszej ulicy i chodzimy do niej w kapciach.

    Syn został odprowadzony do domu przez panią bibliotekarkę, która poinformowała mnie, że to dziecko, moje dziecko, przebywało bez opieki dorosłego w bibliotece. Na to ja mówię, że wiem, sama go tam wysłałam. A pani bibliotekarka na to, że tak nie można, że dziecko musi mieć 9 lat co najmniej i że tylko dlatego nie zgłosiła tego na policję, bo Krzysiek znał adres domowy i można było przyprowadzić.

    Zdziwiłam się ogromnie i po raz kolejny przekonałam, że Kanada to kraj jak każdy inny.

    Samodzielne spacery to jedno, a co, jeśli dziecko chce się rowerem przejechać? Albo autobusem?

    Pamiętasz zdawanie na kartę rowerową w Polsce? W Vancouver nie ma takiej fajnej akcji. Widziałam dzieci z klasy Krzysia, które rowerem nie umieją jeździć. Siłą rzeczy mniej z nich jeździ samodzielnie rowerem, ale za to sporo z rodzicami, w samochodzie.

    Z samodzielną jazdą autobusem to była głośna, lokalna sprawa, jakiś czas temu. Kilkoro rodzeństwa, w wieku od 8 lat, jeździło do szkoły komunikacją miejską, aż tu nagle kierowca ich przestał wpuszczać. Przestraszył się odpowiedzialności.

    Nic się nie dzieciom stało, nie wydarzyła się żadna historia, ale skończyło się rozprawą sądową. Pracujący rodzic argumentował, że dzieci są na tyle rozsądne, że same mogą jeździć. Sąd jednak zakazał rodzicom pozwalać na samodzielne przejażdżki dzieci komunikacją miejską.

    Szkoda, ja bym już chętnie puściła Krzyśka autobusem do kolegi w sąsiedniej dzielnicy. Może za rok, jak skończy tutejszą podstawówkę?

    Ostatnia sprawa, która nas mocno dotyczy, to samodzielne zakupy dzieci.

    Często posyłam Krzyśka do pobliskiego sklepu. I zdaniem niektórych popełniam przy tym przynajmniej dwa wykroczenia: po pierwsze, sam nie powinien robić zakupów . Wciąż nie wiem, ile lat musi mieć tutejszy małoletni, żeby mógł dokonać wiążącej transakcji kupna-sprzedaży w sklepie. Z drugiej strony już przecież wczesnoszkolne dzieci sprzedają używane zabawki podczas wyprzedaży garażowych. Czy produkują lemoniadę i sprzedają w upalny dzień na rogu ulicy.

    Sprawa samodzielnych zakupów jest niejasna.

    Drugie wykroczenie, którego się dopuszczam posyłając Krzyśka, to dawanie mu mojej karty kredytowej celem zapłacenia za zakupy. I to już jest poważne oszustwo, a bank ma prawo pociągnąć mnie do odpowiedzialności. Wiem, jak to brzmi. Dlatego muszę pamiętać o tym, żeby dawać mu gotówkę.

    Bo jedno jest pewne. Zwracam uwagę na przepisy, oczywiście. Ale na życie zwracam jednak większą uwagę.

    I dzieci swoje zostawiam w domu, bo je znam. I im ufam. Krzysiek sam podgrzewa obiad, kroi chleb i ser na grzanki, wstawia pizzę do piekarnika. Niektórzy koledzy z jego klasy chodzi na kursy typu “home alone” (love Kevin! ;)). Na tych kursach dziecko dowie się, jak to jest być samemu w domu, czy jak posługiwać się nożem.

    Kiedy są sami, Krzyś czasami do mnie dzwoni, żebym przez telefon nakładła Maćkowi, że się źle zachowuje. Maciek wie, że nie może się wyrywać na ulicy Krzyśkowi, że mają razem wracać, najlepiej trzymając się za rękę. Że Maciek musi zadbać o to, żeby wszystko ze szkoły zabrać.

    Oczywiście, że się denerwuję. Jak na zegarku widzę 3:15, dzwonię zapytać, czy doszli do domu. Z każdym dniem jednak coraz mniej się boję, bo wierzę, że w ten sposób edukują się i moi synowie, i kanadyjscy sąsiedzi.

    Co chcę ci tymi wszystkimi historiami przekazać? Chyba to, że choćbyś nie wiem, jak się starała i helikopterowała, to pewne rzeczy się wydarzą, bo wymusi je życie.

    Nie ma znaczenia, w jakim kraju jesteś. Zrób research, popytaj znajomych, i porządnie poznaj swoje dzieci. I im zaufaj. To moje zasady.

    Ten list z kuratorium, który przeglądał Kuba, dotyczył sprawy 6letniej dziewczynki, którą obcy mężczyzna wywabił spod lokalnej szkoły i skrzywdził. Oczywiście serce mi krwawi, brak mi słów, żeby okazać jak bardzo współczuję i bardzo mocno przeżywam tę sytuację. Słucham żądań rodziców, żeby w szkołach był monitoring i płot.

    Ale ta sytucja, chociaż tragiczna, nie zmieni mojego podejścia do wypuszczania synów na samodzielność. Porozmawiam z nimi (zwłaszcza z Maćkiem) po raz kolejny. Będę ich ostrzegać i chronić, jak tylko mogę.

    Jestem bardzo ciekawa, co myślisz na ten temat. Może masz historię związaną z samodzielnością dzieci do opowiedzenia? Jeśli tak, podziel się w komentarzu, a ktoś Ci podziękuje!

    Serdeczności!

  • Dlaczego lubię kanadyjskie Halloween? Merry scary Halloween…

    Nie wszyscy lubią święto Halloween. Wśród tych nie-wszystkich trafiają się różni ludzie, a czasami też Polacy. Zwłaszcza tacy, co dopiero przyjechali, a świętowanie Halloween jest im obce. I trochę nie licujące się z powagą polskich Wszystkich Świętych, czy Zaduszek, które przecież u samego Mickiewicza były. 

    A Halloween to wesołe święto pełne przebierańców, dyń, trick or treat (chodzenia i zbierania słodyczy).

    Niektórzy nie lubią, nie obchodzą. Mają prawo, to ich sprawa.

    Można lubić i nie lubić, można rozumieć i nie rozumieć. W sumie jak ze wszystkim.

    W tym wpisie pozbierałam wszystkie nasze październikowo – listopadowe kanadyjskie wspomnienia, odkurzyłam je i spróbowałam napisać, dlaczego lubię kanadyjskie Halloween.

    Ja lubię święto Halloween. Chociaż nie co roku i nie wszędzie. Nie polubiłam amerykańskiego Halloween w Disneylandzie w 2017.

    No dobrze, to za co ja lubię to święto? Konkrety poniżej:

    Do Halloween dzieci przygotowują się wcześniej, śpiewając różne, miejscami ponure piosenki.

    Te piosenki trącą makabrą, to prawda, ale chłopaki przekręcają słowa i się wygłupiają. A przy okazji ćwiczą wyobraźnię słowną.

    A jak już jest po przygotowaniach i właściwie samo święto ma się już ku końcowi, to nasze chłopaki przejawiają niesamowitą kreatywność wraz z zacięciem biznesowym i ekonomicznym pazurem – na stole w kuchni handelek wymiankowy słodyczami trwa czasem i do północy.

    Przykładowe negocjacje: “Ja ci jednego Kit Kata, ty mi dwa lizaki”. I tak dalej. Maciek już wcale nie jest takim naiwnym przedszkolakiem, żeby miał się kreatywnemu nastolatkowi dać ocyganić na słodyczowym bazarku.

    Po pierwszym naszym kanadyjskim Halloween Krzysiek policzył, że ma około 50 cukierków i innych słodyczy. A wcale wtedy nie “chodziliśmy po domach”, tylko nasze trick-or-treat ograniczyło się do spaceru w okolicy i zaglądania do lokalnych sklepów, które miały kartkę z napisem: “tutaj w Halloween rozdajemy cukierki”.

    W kolejnych latach chłopaki znosili do domu całe torby słodyczy. 

    Na początku się wzbraniali wchodzić do obcych domów. Niepewność i brak odwagi brały górę.  Ale zachęceni przykładami kanadyjskich dzieci rozkręcili się szybko i śmiało stukali do drzwi.

    Mamy w naszej okolicy Mount Pleasant świetną ulicę, Dziesiątą, na której stoją piękne domy, niektóre już zabytkowe, i to właśnie tam nasi chłopcy najczęściej zbierają cukierki do toreb, a czasami wręcz torbiszczy.

    Ile jest wtedy przeliczania i okazji do kreatywnej wymiany!

    Typowym objawem zwiększonej kreatywności jest malowanie, przyozdabianie i wydrążanie większych i mniejszych dyń. Czyli robótki plastyczne, angażujące ręce.

    Lubię drążenie latarni czyli Jack-o-latternów, chociaż jest takie czasochłonne i oczywiście najwięcej roboty mają z tym zawsze rodzice.

    Ja jestem noga z gotowania, ale Kubie czasami się chce z tego dyniowego miąższu zrobić kopytka aka dyniowe gnocci. Robótka nie dość, że ręczna, to jeszcze kulinarna.

    Można też z dyni zrobić zupę (lubię, zwłaszcza z pokruszoną fetą) lub ciasto dyniowe (nie lubię).

    Ale najlepsza robótka ręczna to jest przygotowywanie kostiumu na Halloween.

    Pierwszym kostiumem Krzyśka, w październiku 2014, było przebranie strażaka.

    Pamiętam, że wrócił wtedy super dumny ze szkoły, bo jako jedyny miał własnoręcznie zrobiony strój. Koszt: 4.99 $ za każdy z kapelusz z One dollar store plus toonie (2$) za taśmę srebrzystą, która to wszystko trzymała w kupie.

    Co roku Krzysiek robi swój własny kostium. Był już kowboj i Flash, a w tym roku będzie Wiking. Wciąż szuka pomysłu na hełm w stylu Wikingów (podobno takie hełmy wcale nie miały rogów?!).

    dlaczego_lubie_kanadyjskie_halloween-Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady-halloween-costumes-pumpkins-decorations

    Jeszcze co do kulinariów – słodycze to też jedzenie, prawda? Tak, dzieci przynoszą ogromną ilość słodyczy do domu. Czasami wątpliwej jakości, a prawie zawsze niezdrowe, bo pełne cukru.

    Na szczęście spacery po domach to okazja, żeby ten cukier choć trochę “wychodzić”. Na dworze pobuszować.

    Ale na początku jesieni, zanim się zacznie Halloween, wybywasz po dynie.

    Można pójść do pobliskiego sklepu, ale po co, jak można pojechać na dyniową farmę. Jest sporo takich miejsc, zwykle podobnych, zwykle trzeba dojechać samochodem. 

    Dyniobranie to ciekawa sprawa, jak nie wiesz, gdzie iść z dzieckiem, zapisz się do tej grupy na FB : mamy z Vancouver i pytaj.

    My byliśmy m.in na Hazelmere Pumpkin Patch . I było całkiem przyjemnie.

    Weź kalosze, pianki marshmallow, torbę płócienną na dynie i kukurydzę, oraz ciepłą herbatę w termosie.

    I już możesz wyjść na jesienny dyniowy spacer, tak około 2-3 godzin. Polecam i zachęcam. Jak nie pada, to super, a jak pada, to jeszcze lepiej, przynajmniej błoto jest świeże.

    Na farmie dyniowej znajdziesz zwierzątka i traktor, i ognisko, i to wszystko za kilkanaście dolarów wstępu. Albo i zupełnie bezpłatnie.

    A co można zrobić z dynią?

    Ja od Kanadyjczyka (z Ontario) usłyszałam dwie opcje:

    • utylizacja dyni na luzaka a’la bunt nastolatka czyli ciepnąć dynią o ziemię i zrobić plask (hmmmm…..);
    • spożytkowanie wnętrza dyni w celach okołospożywczych, czyli np. na kopytka (ale wtedy oprócz dyni trzeba mieć jeszcze męża, który umie robić kopytka).

    I taki pumpkin patch w czasie Halloween może Cię porządnie postraszyć. Jak lubisz się bać, to wybierz się wieczorem, jest straszniej. 

    Na pumpkin patch możesz całą złość i stres wyskakać w błocie. Tylko kalosze zabierz! A jak skanie nie pomoże, to weź dynie, podnieś wysoko i plaśnij z rozmachem o ziemię. Co za uczucie! Co za ulga!

    A jeśli nie lubisz dyni, to może pobawisz się wśród kukurydzy? Wleź w pole kukurydzy i się zgub w labiryncie (corn maze)!

    My pojechaliśmy do takiego w Surrey (około 40 minut samochodem, komunikacja miejska niestety nie dojeżdża, bo to w polu).

    Łatwo wejść (około 20 $ za rodzinę), trudniej wyjść, bo kierunek wyznaczają odpowiedzi na pytania. Zdaniem gospodarzy pytania są trywialne, ale ja bym dyskutowała (np. która z drużyn piłki nożnej uczestniczyła we wszystkich mundialach). Pytania są w punktach kontrolnych, wybierasz odpowiedź  i na tej podstawie idziesz w prawo, lewo, albo w kółko.

    W naszym labiryncie były dwie platformy widokowe, które służyły pomocą w określeniu dalszego kierunku, jakby jednak pytania pokonały zwiedzających. 

    Zobaczcie sami, jak super taki labirynt wygląda z góry.

    No nie mówicie mi, że to nie jest fajne! A w czasie Halloween w takich miejscach są dodatkowe atrakcje – szukaj informacji na stronach gospodarstw i na Instagramie!

    Dobra, zostawiam dyniobranie i kukurydziane labirynty, a przechodzę do clue Halloween czyli spaceru po domach, żeby pozbierać cukierki.

    To właśnie cukierki wzbudzają najwięcej kontrowersji wśród rodziców. Też uważam, że większość słodyczy rozdawanych dzieciom to śmieciowe słodycze, bardzo słabej jakości.

    Ale samo zbieranie słodyczy, ten spacer pomiędzy domami, z całymi gromadami innych, roześmianych dzieci, ten spacer lubię bardzo. Nawet jak pada.

    Bo w żadnym innym dniu dzieci nie są takie szczęśliwe, jak właśnie wtedy.

    W Kandadzie nie obchodzi się Dnia Dziecka 1 czerwca, właściwie to żadnego dnia się nie obchodzi, więc to Halloween to oprócz Bożego Narodzenia i urodzin jedyne prawdziwie dziecięce święto.

    W 2015 roku Krzysiek pierwszy raz miał okazję doświadczyć tego, co każde amerykańskie dziecko zna od dzieciństwa. Na początku się wzbraniał, niepewność i brak odwagi brały górę.  Ale zachęcony przykładem najlepszego swego kolegi z klasy, Logana, rozkręcił się i śmiało stukał do drzwi.

    Mamy w naszej okolicy Mount Pleasant świetną ulicę, Dziesiątą, na której stoją piękne domy, niektóre już zabytkowe, i to właśnie tam chłopcy przebrani za żołnierza (Krzyś) oraz Indiana Jones (Logan) zaczęli zbieranie cukierków do toreb, a czasami wręcz torbiszczy.

    Sean, tata Logana, powiedział mi, że niewielu właścicieli domów nie przygotowuje słodyczy. Często sami są przebrani, stojąc w drzwiach i witając dzieci chodzące w mniejszych lub większych grupkach. A jak się słodycze skończą, wywieszają karteczkę ran out of candy

    Na początku naszego pobytu tutaj śmieszyło mnie, że i dorośli się przebierają, ale teraz myślę, że to jest fajne.

    Sama nie szaleję z kostiumem, ot, jakiś kapelusz pożyczę od chłopaków, ale podoba mi się, że niektórzy dorośli mocno się angażują. Czasami całe rodziny mają podobne przebrania  – i to wygląda mocno efektownie.

    Bardzo lubię Halloweenowy spacer wśród roześmianych ludzi.

    I nawet czołgające się Zombie czy wylewające się flaki na trawniku mi nie przeszkadzają.

    Jeśli się krępujesz z dzieckiem chodzi i stukać do domów obcych ludzi, zawsze możesz się przejść po sklepach.

    Wielu właścicieli mniejszych i większych biznesów w ostatnim dniu października rozdaje słodycze zza lady, na hasło: trick or treat.  Tak, jak napisałam wcześniej to spacer po sklepach był naszym pierwszym doświadczeniem z Halloween w Kanadzie, bo na początku nie byłam zupełnie przekonana do “żebrania po ludziach”.

    i jeszcze zupełnie osobiście i głęboko lubię kanadyjskie Halloween, bo w 2014 to na halloweenowej zabawie przygarnęli nas pierwsi Kanadyjczycy.

    Wtedy, w 2014,  poszliśmy całą rodzinę na imprezę halołinową, która była w …. kościele.

    To taki fajny kościół protestancki, Tenth church,  gdzie Krzysiek chodził na zajęcia we wrześniu 2014, kiedy przyjechaliśmy do Vancouver i okazało się, że nauczyciele strajkują, a lekcje odwołane.

    Wtedy zapisaliśmy Krzyśka na półkolonie (day camps) właśnie do tego kościoła.

    Dostaliśmy zaproszenie na zabawę w Halloween, i kiedy przyszliśmy,  było nam tak miło i przytulnie, bo nas pamiętano!

    Dla nowoprzybyłych, bez rodziny, zziębniętych i wystraszonych Polaków, takie dopytywanie się, co u nas było jak plasterek rozgrzewający na ściśnięte tęsknotą serce.

    I chociaż nam z kościołem nie zawsze jest po drodze, z kościelnymi świętami również, to, paradoksalnie kanadyjskie Halloween już zawsze będzie mi się kojarzyło właśnie z życzliwością doznaną w kościele.

    Fajne to święto, pozytywne, choć miejscami robi się niedobrze od robaków, kościotrupów i tablic nagrobnych.

    Kończę post, zerkając przez okno. A tam puszczają fajerwerki i dorośli przemykają wymalowani i poprzebierani za zombiaki, wampiry, mumie, wyśmienicie się bawiąc.

    A Ty? Lubisz? Nie lubisz? Daj znać w komentarzu!

    Serdeczności!

  • Jedna rzecz, która mnie bardzo wkurza w kanadyjskiej szkole synów

    Dzisiejszej nocy ciężko mi było spać. Przylecieliśmy do Vancouver dwa dni temu, więc łatwo wytłumaczyć bezsenność zmianą czasu i koniecznością przyzwyczajenia się do czasu kanadyjskiego.

    Ale jest jedna sprawa, mocno nieciekawa, która mi spędza sen z powiek. I nie ma nic wspólnego z jetlagiem.

    Zaczął się kolejny rok szkolny, a wraz z rozpoczęciem przypomniała mi się ta jedna rzecz, która mnie bardzo wkurza w kanadyjskiej szkole chłopaków.

    Żeby opisać sprawę jednym zdaniem: chodzi o coroczne przemieszczanie uczniów w klasach. (zastrzeżenie: nie wiem, czy tak jest w każdej kanadyjskiej szkole)

    Nie jest tak, jak w szkole polskiej, że zaczynasz zerówkę/pierwszą klasę z grupą dzieci i po kilku latach z większością tych dzieci  szkołę kończysz.

    O nie!

    W naszej szkole, co roku przez pierwsze kilka dni jest obserwacja zachowania dzieci, a potem różne przetasowania pomiędzy klasami.

    No dobrze, to przetasowania są i co z tego wynika?

    Jednym ze skutków takich przetasowań i mieszania dzieci jest brak stałych klas stworzonych według roczników.

    Nigdy nie wiem, jaka jest aktualna klasa chłopaków

    Krzysiek już od kilku lat jest w klasie łączącej dzieci z wyższego i niższego rocznika. Jest mu obojętne, czy klasa jest 6 czy 5/6 czy 6/7. 

    Nam, czyli rodzicom, taka sytuacja przeszkadza w stopniu umiarkowanym, bo widzę plusy uczenia się młodszych i starszych dzieci w tej samej klasie.

    Pamiętam, że podobny system działał w żłobku Maćka i ten pomysł nam się podobał. Dzieci wspierały się nawzajem i uczyły od siebie

    Jest oczywiście i minus, ale nie wiem, czy to nie tylko moje wyobrażenie – brak wyrównanego poziomu w nauce.

    I proszę, nie zrozumcie mnie źle, daleka jestem od wyciskania, ile się da z dzieci, żeby tylko wyniki końcowe były dobre. Opieram się tylko i wyłącznie na tym, co widzę u Krzyśka, który, przypomnę, ma lat 11 (wrzesień 2018).

    Czasami Krzyś jeszcze opowie mi, co się dzieje w jego klasie.

    Lubi matematykę. Kuba dodatkowo od czasu do czasu przerabia z nim zadania, bo akurat na matematykę kładziemy duży nacisk. W klasie kanadyjskiej jest więc Krzysiek zwykle do przodu z matematyką, chociaż w podstawówce polskiej byłby średniakiem. I nie ma co robić, bo kiedy on skończy swoje zadania, to kanadyjskie dzieci z niższego rocznika, wciąż pracują. A jeśli z kolei zabierze się za zadania z wyższej klasy, bywa, że nie rozumie, o co chodzi.

    I w takiej sytuacji prowadzenie lekcji jest, moim zdaniem, wyzwaniem dla nauczyciela.

    Tak, wiem, że przez wiele lat tak funkcjonowało nauczanie – wszystkie dzieci w jednej klasie i jeden nauczyciel od wszystkich przedmiotów. Ja byłam uczona inaczej i może dlatego teraz, jako rodzic, odczuwam dyskomfort.

    Ale takie wymieszanie poziomu i lat dzieci, to nie jest jeszcze to, co mnie najbardziej wkurza w kanadyjskiej szkole chłopaków.

    Najbardziej mnie wkurza rozdzielanie dzieci, które są zaprzyjaźnione.

    I tak, nie wierzę w to, że po 4 latach w Kanadzie doszło i do tego.

    Od czterech lat do naszej rejonowej podstawówki chodzi Krzysiek. Przyleciał do Kanady jako 7latek, zaczął drugą klasę z małą znajomością angielskiego. Słowem: było trudno (kliknij, żeby przeczytać więcej o emocjach dzieci na początku emigracji).

    Po zaserwowaniu własnemu dziecku wstrząsu emigracyjnego, starałam się zapewnić mu jakieś bezpieczeństwo emocjonalne. U dzieci najlepiej sprawdzają się w takiej roli wypróbowani koledzy. I Krzysiek takiego ma: Logana.

    Co roku proszę nauczycieli (którzy też się zmieniają), żeby Krzysia z Loganem nie rozdzielać.

    Proszę, że nawet jeśli różnią się poziomem nauczania (a nie za bardzo się różnią, chociaż Logan to rodowity Kanadyjczyk), to żeby ze względu na ich zażyłość, wzajemne wspieranie się w szkole i łatwość, z jaką my rozmawiamy z rodzicami Logana, zostawić chłopców razem w jednej klasie.

    I co roku spotykam łagodną acz stanowczą odpowiedź: “być może spełnimy tę prośbę, a być może nie. Napisz Kate, jakieś podanie, a być może dyrektor spojrzy na nie przychylnie”.

    Co roku, od czterech lat, Krzyś w czasie wakacji zamartwia się po swojemu: “mamo, a czy Logan będzie ze mną w klasie”.

    A ja co roku zaciskam piąchy, nie rozumiejąc akurat tej szkolnej polityki.

    W tym roku pierwszą klasę zaczął Maciek. W zerówce był z różnymi kolegami, także takimi z przedszkola. Chodził do klasy z bratem Logana, Lukiem. I też się z nim zaprzyjaźnił.

    Nie dziwcie się zatem, że pod koniec czerwca 2018 poprosiłam nauczycielkę, żeby nie rozdzielać Maćka i Luka. Są kolegami, są w końcu braćmi najlepszych przyjaciół. Często organizujemy im wyjścia razem, wspólne zabawianki czy półkolonie. Nauczycielki odpowiedziały mi starą śpiewką: może tak, może nie.

    Maciek wczoraj został przypisany do klasy pierwszo-drugiej, w której nie ma Luka. Nie ma żadnego dziecka, które zna z przedszkola.

    Poszłam do dyrektora. Zapytałam się, dlaczego? Po co? Nasze chłopaki, jak każde emigracyjne dziecko, mają pod górę, kiedy my, rodzice, staramy się żyć “na dwa kraje”. W Kanadzie nasze chłopaki mają przyjaciół, w Polsce rodzinę. I dlaczego nie może tak zostać? To buduje ich świat.

    Odpowiedź dyrektora: “zdecydowały nauczycielki”.

    Poszłam do nauczycielek. Odpowiedź nauczycielek: “my nie możemy nic zrobić, tylko dyrektor.” (cooooo????)

    Poprosiłam o zmianę klasy. Zostałam zapytana, czy to moja prośba, czy Maćka. Ba, dyrektor zapytał Maćka, co on o tym myśli. Zapytał moje 6letniego, umęczonego lotem, spłakanego syna, czy chce być w klasie ze starym przyjacielem, czy chce poznawać nowych przyjaciół.

    Bo w rozdzielaniu dzieci podobno o to chodzi: żeby poznać inne dzieci, żeby się za bardzo nie zaprzyjaźnić w zamkniętym gronie. To dobrze wpływa na rozwój dzieci.

    Noż k….wa mać!

    Jestem innego zdania. Rozumiem rację in toto, ale proszę o elastyczne podejście akurat w naszym przypadku, bo znam moje dzieci. Znam je lepiej niż dyrektor czy nauczyciel szkoły. Tak, znam.

    Być może dlatego Kuba i ja mało rozumiemy społeczeństwo kanadyjskie. Mało rezonujemy z emocjami Kanadyjczyków.

    To nie jest nasze podejście do nawiązywania relacji międzyludzkich. Tęsknimy za ludźmi, których znamy “od przedszkola”, z którymi zjadło się beczkę soli.

    zobacz, jak ja radzę sobie z przyjaźnią w Kanadzie

    Moim zdaniem bardzo trudno jest zaprzyjaźnić, wiedząc, że to tylko tymczasowe.

    Że tego kolegi po roku nie będzie w klasie, ale nie dlatego, że życie tak zdecydowało. Tylko rozdzielamy was, bo tak! Szkoła decyduje.

    A może właśnie o to chodzi?

    Żeby wychować pokolenie, które będzie reagowało na życie tymczasowo: chwilowe relacje, szybkie zmiany, fast life. Nic na poważnie, dogłębnie, mocno.

    Kochani, ja wiem, że każdy żyje według swoich zasad. Że jak się nie podoba, to nie ma co pisać na blogu, tylko trzeba coś zmienić.

    Może niejedna z Was (matek) myśli, że pomysł z corocznym rozdzielaniem dzieci jest właściwy, bo w przypadku Waszych dzieci się sprawdził.

    Cieszę się, że u Was działa.

    U nas nie działa. Jest smutek, jest żal i jest obawa.

    Wynegocjowałam z dyrektorem tydzień obserwacji. Być może to on ma racje, ma w końcu dyplom z pedagogiki. Ale ekspertem od mojego dziecka jestem ja. Myślałam, że kanadyjski system oświatowy rozumie to lepiej niż polski. A wychodzi na to, że nie.

    I co teraz?

    Nie wiem, zobaczymy. Jeśli masz dla mnie jaką radę, chętnie przeczytam.

    I dziękuję Ci, że przeczytałeś ten wpis.

    Jeśli myślisz o emigracji z dzieckiem, koniecznie poczytaj więcej o doświadczeniach naszych chłopaków (link do kategorii: dziecko w Vancouver)

    Serdeczności!

  • Kanadyjskie playdate – instrukcja obsługi

    To dzisiaj będzie o playdates, bo to świetna sprawa, opanowana przeze mnie, nieskromnie się chwalnę, na master level 😉

    Nie wiem, jak zgrabnie przetłumaczyć playdate: zabawianka? Bawowisko? Bawienie się nie brzmi tak dobrze. Masz na to zgrabniejszą nazwę? To się podziel w komentarzu!

    Wiesz, co to jest kanadyjskie playdate? Jak nie, podaję instrukcję obsługi.

    Co to playdate? Zwykle playdate to jest zabawa typu drop-off czyli zostawiasz dziecko u gospodarza playdate. Bywa jednak różnie – lepiej się upewnij, bo może zostaniesz zaproszona na kawę, a w tym czasie miałaś już coś zaplanowane. Zwłaszcza jak to jest pierwsze playdate, warto się upewnić.

    • Wstęp: napisane jako instrukcja obsługi dla dzieci w wieku od 5 do 11 lat.
    • Moja naczelna rada: najlepsze playdate jest u kogoś innego, hehe.
    • Główny cel rodzica: udane playdate jest wtedy, kiedy dzieci się sobą zajmują, a ja mogę wypić kawę (rano), wino herbatę (po południu) i się nie wtrącać do zabawy.

    Ok, to szczegóły: kanadyjskie playdate i jego instrukcja obsługi:

    • Nie czekaj, aż ktoś wymyśli playdate i zaprosi Twoje dzieci. Zaproś sama jakieś dziecko, a Twoje dziecko Ci za to podziękuje. Może nie słowami, może nie wprost, ale co tam, szczęśliwe będzie.
    • Playdate to nie jest party, to nie jest przyjęcie, to jest spotkanie, zabawa dzieci w domu lub na dworze pod okiem dorosłego. Więc wiesz, myśl o tym, jako o czasie dla dziecka, nawet jeśli chcesz, żeby dzieci zajęły się sobą i dały Ci spokój.
    • Playdate zwykle trwa od 2 do 4 godzin. Reguła taka: im młodsze dziecko, tym krócej, im młodsze dzieci, tym mniej ich naraz zapraszam.
    • No i oczywiście warunki lokalowe też są ważne. Nasze są więcej niż mikre, więc często wyprowadzam playdate do parku, a jak pada, to do biblioteki. Godzinkę mam z głowy.
    • Przekąski czy obiad warto mieć, zwłaszcza jak gościsz playdate u siebie, po szkole od razu, wiadomo, dzieci głodne. Jak wiem, że mam playdate, nie robię kotletów, tylko dania neutralne smakowo, ale nie bez smaku. Najczęściej naleśniki, ale nie pancakes, bo te są śniadaniowe, tylko crepes. Do tego sporo świeżych owoców, sok i woda. Część dzieci na zabawianki przynosi własne lunch’e – z doświadczenia wiem, że dzieci z alergią tak robią, bądź jeśli zabawianka jest zaplanowana na więcej niż 4 godziny.
    • Zasadę mam jedną – pierwsza godzina zabawy bez elektroniki, xboxa, ipada.  Byłam świadkiem, że dziecko nie chce przyjść do innego na zabawę, bo nie będzie grało na ipadzie, ale to mój dom, moje zasady, i na wszystko jest czas. Najpierw jest zabawa analogowa. Zwykle lego, samochodziki, kolejka, może rysowanie.
    • Jak goszczę czwórkę dzieci – czyli i starszy, i młodszy mają gości, staram się porozdzielać towarzystwo. Moje chłopaki mają wspólny pokój, wszyscy bawią się w nim wspólnie jakieś 20 minut do pół godziny, a potem wiem, że mają dość. Młodszych zabieram na dwór, albo starszych wysyłam do biblioteki. Na chwilę. Wracają i znowu się zgodnie bawią (no dobra, dość zgodnie).
    • Jedzenie jemy przy stole. Zawsze pytam o alergie, wiem, którzy koledzy mają epipeny* przy sobie, mam numer telefonu do rodzica i ustaloną mniej więcej godzinę, o której dziecko zostanie odebrane. Jak się spóźniam, to piszę smsa.

    *epipen czyli epinefryna w pojemniku w kształcie długopisu, którą dzieci uczulone noszą przy sobie. To mój największy stres, od razu się przyznam. Pamiętam, jak mi Sean pierwszy raz powierzył 3,5letniego  Luka na playdate, wręczył EpiPen i powiedział: don’t kill my kid! Grubo!

    • Nie mam zasady co do języka, w jakim się dzieci bawią. Pewnie, najlepiej by było, żeby z Polakami mówiły po polsku, ale często, gęsto, przechodzą na angielski, bo tak łatwiej. Wiecie, że jeśli chodzi o język polski, jestem #groźnawoźna, ale staram się dzieciom do zabawy nie wtrącać. Chociaż od czasu do czasu uwagi puszczam, że mogliby po polsku rozmawiać. (Walczę z tą upierdliwością u siebie, oj walczę)

    Odmianą playdate jest sleepover czyli nocowanka*.

    *słowo nocowanka, takie smaczne bardzo, zawdzięczam polskiej sąsiadce, Matyldzie. Pozdro, jeśli czytasz!

    Co w takim przypadku?

    Upewnij się, jak dziecko będzie spało u gospodarza – czy na czyimś łóżku, czy na materacu, czy na karimacie. Nie chodzi o fochy i księżniczkowanie, tylko o przygotowanie pościeli tak, żeby gospodyni nocowanki nie miała problemu. Ja daję poduszkę i śpiwór, zapakowane w twarzową niebieską torbę z Ikea.

    Dziecko niech ma w plecaku zmiana bielizny, szczoteczka i przytulanka.

    Jak ktoś nocuje u Krzysia, to Maciek śpi z nami, a gość na łóżku Maćka. Jedną noc można się przemęczyć, a co!

    Nasza najciekawsza nocowanka czyli strach-story

    Sobota, rano, około 7, dzwoni Katie, mama Logana i przestraszonym głosem pyta się, czy Krzysiek przyjechał do nich bez zęba, bo nie pamięta, a teraz już nie ma. Zęba, nie Krzyśka.

    Krzysiek miał wtedy trochę ponad 7 lat, to była jedna z pierwszych nocowanek, stresik był, nie powiem.

    Mówię, że przyjechał z kompletem zębów.

    Katie, no to mu wypadł, i nie mogą znaleźć, może połknął. Ja,hmmm, ok, chyba nic takiego, przecież od połykania zębów się nie umiera (chyba).

    Nocowanka szybko się skończyła, a ząb się znalazł, w śpiworze, w domu podczas inspekcji przed praniem.

    Chyba tyle. Przeczytaj, zapamiętaj, nie zginiesz podczas playdate a i dzieci będą zadowolone 😀

  • Jak się NIE przygotowywać na emigrację z dzieckiem do Kanady.

    Emigracja To dla dziecka (szczególnie w wieku szkolnym) stres porównywalny z rozwodem rodziców. Wiedziałeś o tym?

    Bo nam to nawet do głowy nie przyszło!

    “Jakoś to będzie”, myśleliśmy. No i było. Jakoś. A głównie byle jak.

    Dlatego dziś chcę trochę o tym napisać.

    Czego my nie zrobiliśmy, a powinniśmy. I jak już na miejscu radziliśmy sobie z oswajaniem kanadyjskich emocji u dziecka szkolnego.

    Jak się NIE przygotowywać, a dobrze przygotować na emigrację z dzieckiem do Kanady.

    Jest listopad 2017. Mijają trzy lata od momentu od naszego przyjazdu do Kanady. Trzy lata temu Krzysiek (starszy syn) zaczął kanadyjską podstawówkę.

    Rozpoczęcie życia w Kanadzie nie przyszło Krzysiowi łatwo. Zupełnia zmiana miejsca zamieszkania, kontynentu, wyrwanie go z korzeniami z polskiej szkoły, którą już zdążył poznać.

    Ogromny stres, bo język inny, koledzy wyglądają inaczej, nawet zwykły berek, to nie berek, tylko tag. Zwyczaje inne, jedzenie inne, mamo, co to są te paski zielonego papieru, które koledzy jedzą na przerwie?

    Przeczytaj, co zrobiliśmy my, a Ty nie powinnieneś. I będzie Ci łatwiej z dzieckiem wyjechać.


    #1 błąd- nie myśleliśmy, że to w ogóle jest jakiś temat do ogarnięcia, ta emigracja z dziećmi

    Coraz częściej na emigrację decydują się rodziny z dziećmi starszymi. Te dzieci mają już swoje pooukładane życie. Tak, 7latek jak najbardziej ma swoje zdanie, przyzwyczajenia. Ba, nawet 3 latek je ma, ale jednak zmianę przeżyje trochę łagodniej (z naciskiem na trochę, bo wiadomo, zależy od dziecka)

    U nas w momencie podjęcia decyzji o wyjeździe było zero rozeznania w temacie, zero czytania blogów parentingowych rodziców od lat mieszkających za granicą.

    Nie polecamy takiego podejścia.

    Przygotuj się, przeczytaj co możesz o życiu z dzieckiem w kraju, do którego się wybierasz.

    Czytaj blogi i pytaj na forach / grupach facebookowych. Im bardziej szczegółowe pytanie, tym większa szansa, że znajdziesz pomocną odpowiedź.

    Zamiast pisać: mam dziecko i chcę wyjechać do Kanady, warto?, lepiej zapytaj: mój syn ma 10lat, nie mówi po angielsku, chcemy się przeprowadzić do Vancouver, jaką dzielnicę i szkołę polecacie?

    Znasz te wpisy o życiu dzieci w Vancouver?


    #2 błąd – nie przygotowaliśmy Krzyśka na język angielski

    Pierwsza myśl w temacie emigracji do Kanady z dzieckiem była taka: ojeju co z angielskim Krzysia?

    Latem 2014, powinnam była  wymyślić dla chłopaków jakieś krótkie półkolonie, zajęcia z angielskim.

    Jednak nie pociągnęłam tej myśli, taka uspokojona ogólnie panującym przekonaniem, że dziecko się samo języka nauczy.

    I rzeczywiście się nauczył, ale jakim kosztem? Wielu emocji, wstydu, strachu, buntu, złości.

    Zadbaj o angielski przed wyjazdem. Nawet jak dziecko miało angielski w szkole, spróbuj załatwić mu anglojęzycznego kolegę, może przez Skype, może pen-pala, a może zwyczajnie może z Tobą poćwiczyć kilka zdań.

    Polecem szczególnie ćwiczyć różne pytania: Gdzie jest łazienka? Gdzie mogę się napić wody? oraz podstawowe zwroty: nie rozumiem, mam na imię, chcę się z Wami bawić, ale nie wiem, jak.

    Nieznajomość języka boli tak samo dorosłego, który nie rozumie, co do niego mówi ekspedientka w sklepie, jak i dziecko, które widzi rozbawienie na twarzy rówieśnika, bo na pytanie: What’s your name? odpowiedziało: yes, yes.


    #3 błąd- nie rozmawialiśmy z Krzysiem o Kanadzie

    Powinniśmy byli przeczytać o mieszkaniu w Vancouver. Sami nie wiedzieliśmy, kto tutaj mieszka, że jest tak liczna mniejszość azjatycka i co to oznacza.

    A to oznacza np inne zwyczaje i święta w szkole, choćby Chiński Nowy Rok czy Halloween.

    Niby dzieci wiedzą, o co chodzi, ale czy Ty wiesz, na czym polega trick-or-treat? I gdzie dziecko poprowadzić, jak? I jak ma poprosić o cukierek?

    Wszystkie te drobiazgi, które kanadyjskie dzieci wyssały z mlekiem matki, dla 7latka są nowe. A skoro nowe, to budzące niepokój i bunt.

    A szkoda, żeby mieszkając w Kanadzie, dziecko nie miało doświadczeń właściwych kanadyjskim dzieciom.

    W końcu także o to chodzi w emigracji, prawda? Żeby innego życia spóbować.

    Zatem o tym innym życiu trzeba z dziećmi rozmawiać wcześniej.

    Nasza ulubiona pomoc teraz: książka Mapy (żałuję, że nie zaczęliśmy rozmawiać o tej książce przed przyjazdem). Strony z Polską i Kanadą są już tak wytarte i popisane, że pewnie przyjdzie czas na nowy egzemplarz.

    Przygotowujesz się na re-emigrację do Polski z dzieckiem, które nie mówi po polsku? Wiesz, że Mapy są też po angielsku? Polecam z pełnym przekonaniem!


    #4 błąd – nie ustaliliśmy zawartości walizki, co się przeprowadza, a co zostaje i co z tym robimy?

    W walizce chłopaków przyleciały tylko klocki Lego. A mogły na przykład zdjęcia ze wspólnych wakacji z dziadkami, czy pościel pachnąca warszawskim domem (nasze chłopaki są mocno wrażliwe na zapachy).

    Wystarczyło się zapytać, a nie autorytatywnie zdecydować (to ja decydowałam, czyli zero cierpliwości, bo pakowanie jest be i byle szybciej), to warto, bo dobra, droga zabawka (zestaw drewnianych kolejek).

    Część zabawek po prostu rozdałam. Nie zawsze informując chłopaków, co się z nimi stało. Kolejny nieprzemyślany ruch z mojej strony. No bo co zrobić, kiedy po roku padnie pytanie o ulubiony jeździk? Dziecko pamięta, że był, nie pamięta, że się z nim rozstał.

    Lepiej wspólnie zdecydujcie, co się dzieje z wszystkimi rzeczami dziecka przed emigracją.

    Dyskusja z dwulatkiem nad każdym samochodzikiem nie jest łatwa, ale przynajmniej niech wie, co się stanie z rzeczami, które mają dla niego większe znaczenie.

    Jeśli masz zwierzaka, warto dołożyć wszyskich starań, żeby przeprowadził się z Wami. To w końcu domownik, prawda? Rozstanie z nim dodatkowo przygnębi dzieci i mało przychylnie nastroi do wyjazdu. Pomocne informacje o przewozie zwierząt do Kanady znajdziesz pod tym linkiem.


    #5 błąd – średnio trafiliśmy z czasem przeprowadzki

    Myślałam, że jak przyjedziemy na tydzień przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego, to będzie wystarczająco dużo czasu na ogarnięcie się i ogarnięcie emocji.

    I znowu zonk – za mało było wspólnych dni, żeby Vancouver choć trochę poznać, niespiesznie się rozejrzeć, powoli zaprzyjaźnić.

    Jeśli wiesz, że taktyka rzucania na głęboką wodę dobrze zrobi Twojemu dziecku, nie ma znaczenia, kiedy zacznie szkołę. Ale mało znam takich dzieci.

    Dzisiaj wiem, że lepiej byśmy zrobili przylatując na wakacje do Kanady i dając chłopakom więcej czasu na spokojne rozejrzenie się po nowym otoczeniu.

    Przekonałam się, że w przypadku naszej rodziny robienie wszystkiego od razu i jak najszybciej nie zdaje egzaminu, bo w dłuższej perspektywie płaci się wyższe koszty.

    Tak było z zapisaniem Maćka do żłobka daycare – zaczął chodzić niemalże od początku pobytu w Vancouver, na cały dzień. Przyzwyczaił się, bo człowiek się może przyzwyczaić do wszystkiego, ale dobrze mu to nie zrobiło. Dopiero po roku, kiedy zamieniliśmy całodniowy daycare na kilkugodzinne preschool dwa razy w tygodniu, Maciek wyraźnie poweselał.

    Mogłabym tak jeszcze tę listę wydłużać, ale co się będę jako rodzic biczować ;). Było, minęło.

    Chętnie za to posłucham, jakie Ty masz doświadczenia w emigracji z dziećmi. Daj znać w komentarzu, a ktoś Ci podziękuje.

    A jeśli dopiero myślisz o wyjeździe, pytaj.

    I powodzenia!


    Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.
  • Po polskiemu online – nauka języka polskiego w Kanadzie. Nasze doświadczenia

    Nie będę cię w tym wpisie przekonywać, że musisz posyłać swoje dziecko na naukę polskiego. Mam alergię na wszelkiego rodzaju polecenia rodzicielskie i rady parentingowe (chociaż ostatni post był mocno rodzicielstwem podlany).

    Sam(a) wiesz, czego potrzebuje twoja rodzina, to twoje dziecko i nic mi do tego, czy mówi/nie mówi/jak mówi po polsku.

    Chętnie podzielę się za to naszym doświadczeniem z nauką języka polskiego w Kanadzie. Na wypadek, jeśli ten temat byłby dla ciebie równie ważny, jak jest dla mnie.

    Wszyscy mówią emigrantom: ucz swoje dziecko języka kraju pochodzenia, dbaj o jego polski, dwujęzyczność to wielki dar.

    Mało kto powie ci, jak to zrobić. A nawet jak już ktoś powie, to wcale nie oznacza, że te metody będą działać w nauce akurat twojego dziecka. Ale próbować warto, c’nie?

    Ten wpis ukazuje się, kiedy Krzyś zdaje egzamin kończący czwartą klasę polskiej szkoły online, w programie uzupełniającym (18/8/2017).

    Przeczytaj, jak wyglądają nasze doświadczenia z nauką języka polskiego w Kanadzie.

    Nie znalazłam wiele informacji w internecie, jak codziennie organizować sobie naukę z dzieckiem, które jest na różnych stadiach rozwoju języka.  A jak masz więcej dzieci, o panie, toż to robota na dwa i pół etatu na stażu bezpłatnym. I nie licz na wdzięczność dzieci, przynajmniej nie od razu, a kto wie, czy w ogóle.

    Ostrzegłam? No! To teraz będzie mięsko czyli konkretnie jak jest u nas (stan liczebny dzieci: Krzyś 10 lat i Maciek 5 lat)

    Zanim opiszemy online, będzie offtop offline (hehehe)

    Nauka języka polskiego w szkole stacjonarnej

    W wielu miejscach za granicą są polskie szkoły (zwykle sobotnie) lub szkoły mające język polski w curriculum. Możesz nie cieszyć, się faktem, że masz w około wielu Polaków, ale dzięki temu masz więcej szkół polskich (przypuszczalnie). No chyba, że ten fakt cię nie rusza (to wtedy co ty robisz w tym wpisie, hę?)

    Także w Vancouver jest polska sobotnia szkoła, przy kościele parafialnym. Ale my nie posyłamy tam chłopaków ponieważ:

    • szkoła trwa kilka godzin w sobotę, a ja nie chcę weekendu przeznaczać na naukę ciurkiem od rana (i dojazdy);
    • nie przekonuje mnie materiał i sposób nauczania (ale przyznaję, wiedzę mam tylko ze słyszenia);
    • wolałabym, żeby szkoła była przy organizacji neutralnej światopoglądowo;

    Kasia, mama w uk, była taka dobra i poopowiadała mi trochę któregoś razu na Skypie o swojej sobotniej szkole w Anglii. Takiej super szkole, co dostała nagrodę, a powinna co najmniej dwie!

    I gdybym taką szkołę miała w Vancouver, być może chłopaki by do niej chodzili. Ale nie mam.


    No dobrze, ustaliliśmy już, że idziemy w formy nauki online. Poniżej trochę o szkołach (programach), które to umożliwiają (lub umożliwiały)

    Nauka języka polskiego online

    Jeśli znasz wpis o naszych początkach z nauką online, to wiesz, że wybraliśmy ten sposób, żeby zachować ciągłość w polskiej edukacji, bo planowaliśmy wrócić do Polski po roku pobytu w Kanadzie.

    Potem kontynuowaliśmy tę formę nauki niejako siłą rozpędu.

    #1

    Ośrodek Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą; ORPEG

    • bezpłatna;
    • pierwsze wrażenia w drugiej klasie opisaliśmy trzy lata temu;
    • dostaje się świadectwa polskiej szkoły, można wypożyczyć podręcznik (przysłano nam je do Vancouver), uczeń ma legitymację.

    Nasze uwagi po trzech latach nauki:

    Za dużo materiału nieprzystosowanego dla dziecka, które ma język polski jako język obcy, jako drugi język.

    Krzyś przyjechał do Kanady jako siedmiolatek czytający, piszący i mówiący po polsku bez akcentu. Ale dla niego słowa palisada czy podział wypowiedzeń ze względu na cel to są pojęcia tak abstrakcyjne jak…. dla każdego innego dziecka w Polsce (tak, materiał szkoły podstawowej polskiej jest przeładowany i niedostosowany do rozwoju emocjonalnego dziecka, jeśli polski rodzic w Polsce ma z tym problem, to co mają powiedzieć rodzice pracujący i mieszkający za granicą?).

    → Co roku Krzyś wykonał pięć prac kontrolnych (wysyłane skanem) oraz zdawał egzaminy ( w Warszawie), żeby przejść do następnej klasy. W klasach 1-3 egzamin był jeden (termin ustalaliśmy wcześniej, było sporo do wyboru), teraz ma dwa jednego dnia (jeden o 8 rano, drugi o 12). Można było mieć egzaminy rozłożone na kilka dni.

    → Lekcje pojawiają się na koncie ucznia na platformie, w formie plików pdf (prezentacja) i ćwiczeń do wydrukowania. Całość materiału oparta została na podręcznikach dla polskich dzieci w Polsce. Szkoda, że nie było dostępu do wszystkich lekcji od początku roku – łatwiej byłoby przygotować sobie plan nauczania.

    → Dzieci mogły uczestniczyć w webinariach. Co dwa tygodnie był język polski, wiedza o Polsce (historia oraz przyroda), a także dodatkowe zajęcia z ortografii. Ze względu na różnice czasowe, Krzyś od dwóch lat nie bierze udziału na żywo w tych webinariach (odsłuchujemy je potem, albo i nie, bo niestety często są nudnym odczytaniem przez nauczyciela punktów z prezentacji).

    → Są dyżury nauczycieli, ale na żaden jeszcze nie trafiliśmy.

    #2

    Polskie Szkoły Internetowe Libratus

    • bezpłatna;
    • w tej szkole Maciek zaczyna zerówkę we wrześniu 2017. Jestem bardzo ciekawa, jak będzie wyglądała ta nauka i planuję napisać posta porównawczego.
    • do tej pory otrzymaliśmy informację o webinariach dodatkowych dla dziecka i dla rodzica (dotyczących m.in. metodyki), a otwarte wykłady można zobaczyć na ich kanale.
    • egzaminy można zdawać w innych miastach niż Warszawa, a także za granicą;
    • z informacji na stronie wynika, że szkoła nie prowadzi już naboru na rok szkolny 2017/2018. Zapraszają do swojego drugiego projektu – Polonijki (zerknij poniżej po informacjie o naszych wrażeniach z lekcji demo);

    #3

    Polonijna Szkoła Podstawowa Polonijka

    • płatna – aktualnie trwa promocja – 50% czesnego;
    • zanim zdecydujesz się na naukę w tej formie, masz dostęp do lekcji demo;
    • szkoła proponuje naukę dla dzieci w wieku od 5 do 15 lat, które po zweryfikowaniu poziomu języka realizują program danej klasy i korzystają z opracowanych materiałów;
    • ciekawa i wcześniej nam nieznana opcja: Kolega z ławki. Miałeś pen pala w dzieciństwie? No właśnie, teraz twoje dziecko może mieć takiego kolegę. Taki prosty pomysł, a jaki skuteczny we wzajemnej motywacji. Brawo za zachęcanie do uczenia się wspólnie z innymi – umiejętności miękkie są ważniejsze niż nauka dat czy reguł gramatycznych;
    • podoba mi się opcja wyboru przedmiotów, których będzie uczyło się dziecko – to dobry pomysł dla zapracowanych rodziców, którym bardziej niż na realizowaniu podstawy programowej, zależy na kontakcie z językiem polskim, nawet jeśli miałaby to być tylko jedna godzina tygodniowo;
    • strona internetowa i platforma są ładne i przejrzyste w obsłudze. Nie przeładowana dodatkowymi treściami i przy stronie oraz platformie ORPEG, Polonijka wypada na plus;
    • pełen kurs, podzielony na 35 tygodni, jest dostępny przez cały rok, co znowu pozwala uniknąć nerwowego sprawdzania, czy są na pewno wszystkie prezentacje potrzebne do wykonania prac kontrolnych (których to prac kontrolnych nie ma, ergo  mniej stresu dla dziecka);
    • lekcje odbywają się  raz w tygodniu (webinaria), a także dodatkowo są spotkania w małych trzyosobowych grupach;
    • na koniec roku szkolnego uczeń może podejść do egzaminu, ale nie musi. Dostanie certyfikat opisujący jego umiejętności. My akurat lubimy ten dodatkowy powód, żeby w wakacje odwiedzić Polskę na egzamin stacjonarny, ale umówmy się, przylot z Kanady tylko na egzamin to spore wyzwanie (i koszt).

    Nasze uwagi po lekcji testowej (porównując z ORPEG):

    → Dobrze, że wszystkie informacje są dostępne bezpośrednio w module, że nie trzeba całości prezentacji ściągać (w ORPEG czasami mieliśmy aż 60 stron prezentacji do przeczytania, halo Hela, to za dużo!).

    → Rodzic jest dużo bardziej prowadzony za rękę niż w ORPEG:

    • Na początku lekcji jest agenda (chociaż ja proszę, po co rodzicom pisać: doskonalimy umiejętność syntezy słuchowo-wzrokowej, hę?).
    • Później czytelny podział na to, co robimy: czytamy, piszemy. 
    • Są także przykłady pytań, które rodzic może zadać dzieciom. Spore ułatwienie dla rodzica, który musi sam dziecku opowiedzieć materiał, a nie wie, od czego zacząć (w ORPEG mamy po prostu załączone materiały, brakuje scenariusza, jak ten materiał przerobić ).

    → Treści interaktywne są wklejone bezpośrednio w lekcję, a nie dodatkowo, a więc nie trzeba przerywać czytania prezentacji, żeby np. posłuchać proponowanej piosenki.

    → Chłopakom podobało się, że nauka odbywa się nie tylko poprzez odczytywanie prezentacji, ale można obejrzeć filmy, zagrać w grę edukacyjną, zobaczyć treści multimedialne inne niż nudne pdfy.

    Zapowiada się ciekawie, bo dzięki takiej platformie zamiast uczyć się polskiego z dzieckiem, będziesz się z nim po prostu po polsku bawił. Zacieram ręce na zerówkę Maćka i mam nadzieję, że będzie nam coraz łatwiej z językiem polskim.

    Tak, wiem, że ta nauka kosztuje. Ale halo, serio na naukę języka obcego polskiego będziesz skąpił?

    Sam zobacz: w Anglii punktuje się znajomość polskiego jako języka obcego i można go w tej formie zdawać na egzaminach. O ile łatwiej się jest przygotować z języka, którym mówią rodzice i dziadkowie? Nie wiem, jak to wygląda w Kanadzie, bo rozkminianie edukacji ponadpodstawowej jeszcze przede mną (a co myślę obecnie, opisałam w tym poście). Jeśli jednak zostaniemy w Kanadzie na stałe, chcę, żeby chłopaki biegle posługiwali się językiem polskim. Tak jak, gdybyśmy byli w Polsce, chciałabym, żeby super znali angielski.

    I proszę mi tutaj nie pisać, że język polski niepotrzebny. Znajomość każdego, nawet najmniej popularnego języka jest super bonusem, to piszę ja, hungarysta z wykształcenia. I nigdy nie wiesz, czy język polski się twojemu dziecku nie przyda.

    Patrz, miało nie być moralizatorstwa i uwag parentingowych, ale jednak nie mogłam się powstrzymać 😉

    Jeśli masz swoje doświadczenia z nauką polskiego online, podziel się linkiem w komentarzu, a ktoś ci podziękuje.


    Ps. Ten post jest pierwszym sponsorowanym tekstem na blogu.

    PS2. Jeśli to jakoś wpłynęło na odbiór tekstu, śmiało mi napisz: Kaśka, nie idź tą drogą!

    I koniecznie trzymaj kciuki za Krzysia!

  • 10 lat Krzysia i mama od dekady czyli jak wygrałam 33 mega paczki pieluch.

    Uwaga, uwaga, uczciwie przestrzegam, tekst jest typowo lajfstajlowy (czyli ogólnie o życiu), a nawet parentingowy (czyli szczególnie o rodzicielstwie i dzieciach). Wyklikany głównie na komórce, trochę na tatowym komputerze, bo zapomniałam kabla od swojego laptopa do Polski zabrać. 

    Tym razem mało o Kanadzie, a dużo o nas, i to historycznie, a miejscami histerycznie (zwłaszcza tam dalej, o pieluchach)

    Sierpień 2017 to miesiąc Krzysia, trzeciego w kolejności w ekipie Kanada się nada, chłopca poważnego bo 10letniego. Większość jego życia upłynęła w Polsce, ale, mogę to napisać z pełnym przekonaniem, w Kanadzie znalazł swoje miejsce.

    Opowiem jego historię, dobrze? Zapraszam na 10 lat Krzysia

    Pamiętam, że kiedy Krzyś się urodził, w szpitalu było spokojnie, a na zewnątrz trwał gorący sierpień.

    Nie byłam specjalnie zestresowana, bo jedyne wiadomości okołoporodowe (w dawce nieprzytłaczającej) z polskich szpitali były wtedy dostępne na forum gazeta.pl, a o blogach parentingowych mało kto słyszał. Ja w każdym razie nie.

    Zdjęć z tamtego czasu, pierwszego roku, mam niewiele i w dodatku na wszystkich jesteśmy w chustach i miękkich nosidłach.

    W 2007 roku nie było sklepów z chustami do noszenia dzieci, pieluszkami wielorazowymi i wszystkim tym, co dzisiaj jest dostępne na wyciągnięcie ręki. Pierwszą chustę zamawiałam u Kasi z Niemiec, która wystawiała specjalne aukcje na allegro, żebyśmy mogli  ją kupić.

    Dwa pierwsze lata to był czas kończenia studiów i chustoześwirowania. Miałam około 10 chust, różnych, kolorowych, z lnem, z wełną, z jedwabiem. Kupiłam pierwszą edycję Pawi Didymosa,kiedy jeszcze nie kosztowały czterocyfrowo. Nosiłam w pierwszym kaszmirze i miałam nosidło uszyte na wzór niemieckiego nosidła Manduca. Nie miałam wózka. Tzn. był, ale u dziadków, bo Kuba i ja nosiliśmy Krzyśka w chuście.

    Pracę magisterską pisałam z rocznym synkiem, codziennie pomiędzy 21 a 22:30 spał w miarę twardo. W innym czasie spał typowo, czyli ku-rozpaczy-rodzica-nie-przesypiam-nocy.

    Jeszcze pięć lat temu, będąc w drugiej ciąży, wrzucałam Krzysia w chuście na plecy. Teraz ma 10 lat, brak wad postawy, biega jak szalony i nadal lubi się przytulać. Wierzę, że w dużej mierze dzięki chustom.

    Także dzięki chustom zabraliśmy go w góry, kiedy miał 8 miesięcy (mieszkaliśmy w namiocie koło Domu na Łąkach ❤). Padało prawie cały czas, ale to nic.

    Skoro o wycieczkach, to w chuście pojechał do pierwszego w Warszawie kina, które organizowało seans dla mam z dzieckiem, na Imielin. Teraz takie atrakcje znajdziesz w wielu miejscach, ale 10 lat temu musiałam się nieźle nagimnastykować w komunikacji miejskiej, żeby z Woli przetransportować się 15 km na południe Warszawy.

    Dzięki chustom wreszcie poznałam inne mamy, bo jakoś wśród najbliższych koleżanek jeszcze dzieci nie było (teraz są za to, więc piąteczka kochane dziewczyny, najlepsze się jeszcze wydarzy). Spotykałyśmy się w kościele Świętej Anny, a potem na bardziej zorganizowanych brykankach  w Fundacji Sto Pociech (patrzę, że ta fundacja to równolatka Krzysia, też obchodzi 10te urodziny). Pojawiały się pierwsze doradczynie noszenia w chustach i wielopieluchowania.

    To właśnie na chustowych spotkaniach, wśród nieznanych mi wcześniej kobiet z dziećmi, odkryłam, jak wielką moc mają kobiece grupy wsparcia. Może dlatego tak bliskie mi są nasze Polskie Babskie Spotkania

    Kiedy Krzyś miał 13 miesięcy, żeby odzyskać trochę równowagi i zakończyć karmienie, pojechałam sama w góry, na kilka dni, z ludźmi z Studenckiego Koła Przewodników Beskidzkich.

    Kiedy miał 15 miesięcy, a ja byłam świeżo po obronie mojego mało praktycznego dyplomu, wynajęłam na dwa tygodnie nianię i poszłam na staż- testowanie oprogramowania. Poczekałam jednak z pracowaniem na poważnie do drugich urodzin Krzysia.

    Rok 2009, wrzesień, Krzyś zaczął chodzić do żłobka państwowego. Po żłobku chodził jeszcze do przedszkola państwowego, które któregoś pięknego wiosennego dnia przyprawiło mnie niemal o zawał. Wracam z pracy, jestem już pod przedszkolem, a tu patrzę, trzyletni Krzyś siedzi sobie spokojnie na schodkach przed wejściem. Sam!

    Okazało się, że panie pomyliły się i wysłały do rodzica nie tego Krzysia, co trzeba, pan woźny się nie zorientował w pomyłce, a dorośli gdzieś zniknęli. Trzylatek zdezorientowany gdzie mama?, wyszedł przed przedszkole, poczekać.

    Do teraz nie wiem, ile tam na mnie czekał. I oddycham z ulgą, że nie poszedł sam w świat. I smutno mi, że nikt na ulicy nie zwrócił na małego chłopca uwagi (choć może słabo go widzieli, schody były ukryte w cieniu).

    Po tej akcji zabrałam Krzysia z przedszkola następnego dnia.

    W kolejnym roku przed-szkolnym poszedł do placówki katolickiej (na warszawskiej Woli jest całkiem sporo różnych placówek, i montessori, i waldorfska i żydowska też). Z tego okresu pamiętam zabawną sytuację. Stoję w kuchni i gotuję, a pięcioletni Krzyś bawi się na podłodze. Coś układa, klocki, misie, takie tam.

    Nagle słyszę: Któryś za nas cierpiał rany…. Takie podśpiewywanie przedszkolaka podczas zabawy. Nie powiem, lekko mi się włos zjeżył na karku, złowieszczo to brzmiało, takim ponurym głosem wyśpiewywane.

    Ale anegdotka pyszna została na całe życie 😉

    A potem to już szkoła. Krzyś poszedł jako 6latek, wtedy mieliśmy wybór, czy zostawić w przedszkolu, czy posłać do pierwszej klasy. Poszliśmy na rozmowy do poradni psychologiczno-pedagogicznej. Dwie informacje, których mi wtedy udzielono:

    1. edukacyjnie zaawansowany aż miło;
    2. koniecznie znaleźć sposób, żeby miał przyjaciela w swoim wieku.

    Z tym przyjacielem to było trudno, bo w pierwszej klasie szkoły muzycznej było 4 chłopców li i jedynie, w dodatku z odległych dzielnic Warszawy. Nie ceniłam wtedy playdates, tak jak teraz.

    I chociaż nam nikt w dzieciństwie przyjaciół nie organizował, to dzisiejszym dzieciom jest trudniej czas na kolegów znaleźć, z powodu nadmiaru zajęć. Stąd rada mądrej pani psycholog, żeby rodzic pomógł zorganizować przestrzeń na koleżeństwo dziecka. Make sense, jak dla mnie.

    Szkoła muzyczna to wielkie wyzwanie dla dzieci nie-muzyków. Dużo nauki także dla rodzica, żeby dziecku w nauce pomóc. Ale też wszystkie umiejętności muzyczne Krzyś nabył właśnie wtedy i mimo indywidualnej nauki gitary w Vancouver, nie zwiększyły się one znacząco.

    Dlaczego posłaliśmy Krzysia do szkoły muzycznej? Powody są dwa:

    1. chciał grać na gitarze;
    2. to szkoła najbliższa naszego warszawskiego mieszkania

    Poszedł na egzamin wstępny, zaśpiewał, wyklaskał rytm, napisał, co trzeba, i został przyjęty.

    A po pierwszej klasie wyjechaliśmy do Kanady

    O kanadyjskich przeżyciach Krzyśka przeczytasz w poniższych wpisach:

    1. Pierwsze kanadyjskie emocje
    2. Polska lekcja w systemie orpeg.pl
    3. Żłobek i szkoła – pierwsze wrażenie

    I na koniec smaczek o tych pieluchach. W 2007 wygrałam 33 megapaczki pieluch Huggies. Oraz pakiet szczepionek skojarzonych dla Krzysia.

    Na dwa miesiące przed narodzinami Krzysia, magazyn dla rodziców (zabijcie mnie, nie pamiętam, który) ogłosił konkurs na tekst listu do swojego dziecka. Napisałam wtedy list do mojego synka, poniekąd romantyczny.

    List się spodobał, pieluchy przyjechały wielkim kontenerem, a my zaoszczędziliśmy sporo pieniędzy. Pamiętam, że w kolejnej edycji można było wygrać voucher na…. poród w prywatnym szpitalu.

    OSTRZEŻENIE: Dziś, jak czytam ten list, to jest lekki zgrzyt zębów, więc ten tego, przygotuj się na dużą dawkę sentymentalnych określeń,  ( pamiętam, że wtedy czytałam “Marie jego życia” Barbary Wachowicz oraz listy Sienkiewicza.).

    w Warszawie dn. 24 czerwca

    “Najmilszy Syneczku, pierwsze moje na tym świecie kochanie,

    Jeszcze dwa miesiące a będziesz z nami, maluszku kochany, serca i duszy pociecho. Wzruszonam do głębi, myślą biegnę do Ciebie, który codziennie budzisz się i zasypiasz pod moim sercem, tak blisko a jednocześnie tak daleko. Wyimaginowany obraz Twój  wszystkie myśli moje i uczucia ogradza, kochana moja dziecinko.

    Wraz z Twoim tatą jesteśmy przeszczęśliwi, cherubinie nasz jasnowłosy, że narodzisz się w piękny, złocisty sierpniowy dzień jako owoc naszej miłości i czci wzajemnej i ozdoba naszej rodziny. Może będzie to święto Matki Boskiej Zielnej, pachnące miętą i świeżym drożdżowym ciastem Twojej prababci, Krzysiu mój jedyny. Datę tę sam doktor oznaczył i teraz cała rodzina rozmyśla nad konceptem, jak zaprowadzić porządek, kiedy się pojawisz, bo będą to też urodziny mojego papy, Twojego dziadka i imieniny wuja Twojego zarazem.

    Dla wszystkich jesteś już teraz promyczkiem, aniołkiem, duszyczką, a zdaniem doktora już teraz słyniesz z prawdziwie męskiej urody. A wiesz, że w ogrodzie dziadkowym, kiedy lato uczyni się zupełnie, rozkwitnie, dzieje się taki widok prześliczny, jakiego cała Polska nie ma? Dziadek nie może się doczekać, kiedy zbadasz najniedostępniejsze tajemnice ogrodu i  domu, który kocha ludzi i kocha też Ciebie.

    Już teraz sama myśl o Tobie sprawia w rodzinie kolosalną radość. Serca biją nam głośno na samą wzmiankę o Tobie, jesteś dla nas ładunkiem dobroci i miłości bezustannym.

    A do tego czasu muszę się, skarbeńku cudowny, kontentować jedynie radami i  opowieściami doktora, i krzepić nadzieją niedalekiego przecież naszego spotkania, kiedy Twój uśmiech opromieni cały Twój pokój, już wyszykowany, śliczny, jasny, południowy.

    Ciężkie jest to oczekiwanie, kiedy z trudem przychodzi mi stać i siedzieć, bo taki jesteś cały poruszony we mnie. Siłę mam jeno aby rozmyślać nad Tobą, moje złoto malutkie, najdroższe, kochane. Chciałbym otulić Cię dłonią niewidzialnej opieki i usunąć z Twej drogi wszelkie nieszczęścia i smutki. Bylebyś miał tam i tu słońce i ciepło i spokój! Niech Ci go nigdy nikt nie mąci. „Jaki będziesz, kim będziesz w swym męskim życiu ?” od tego pytania nie mogę myśli oderwać. Choć pełna jestem dobrych przeczuć  na przyszłość.

    Mam tylko nadzieję, że będziesz szczęśliwy, bo z mojego szczęścia Tyś pierwszy syneczku kochany.

    Trudno jest mi oderwać się od listownej rozmowy z Tobą, maluszku. W snach codziennie się odwiedzamy, oczom moim jawi się Twój wizerunek, ujmuję  Cię za rękę, za wszystkie paluszki, tulę do serca. Chciałbym Cię wycałować, popatrzeć już na Twoja buzię, nakarmić się Twoim widokiem, rącząt, nóżek, mój mały zdrowasiński. Już na wieki oplotłeś mi się dookoła serca….
    Kocham Cię przeogromnie.
    Twoja Mama”

    Byłabym zapomniała, kogoś może ciekawić, skąd imię Krzyś? Umówiliśmy się z Kubą, że każde z nas przygotuje listę imion męskich i potem sobie przedyskutujemy te, które są na obu listach. Na mojej było około 12 imion: Ignaś, Jaś, Staś i Krzyś, jakoś tak w środku listy. Na Kuby liście było… tylko jedno imię. Zgadnij, jakie 😉

    No i jest Krzyś.

    A co do pochodzenia hashtagu #momfromdecade. To koleżanka kanadyjska, niania kolegi Maćka, nazwała mnie mamą od dekady. Nie wiem, czemu, ale brzmi to doniośle, wręcz jakby kto w dzwon bił. Miło mi.

    100 lat Synku!

    PS. Daj znać w komentarzu, czy takie, mocno osobiste posty powinny pojawiać się częściej?

    Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.