Kategoria: Praca w Kanadzie

Jak pracować w Kanadzie?
to kategoria, gdzie znajdziecie posty opisujące nasze osobiste doświadczenia jako pracowników mniej lub bardziej wykwalifikowanych, którzy próbują się odnaleźć na kanadyjskim rynku pracy. Napisaliśmy trochę informacji praktycznych o tym, jak pracy szukać, jak się przygotować do rozmowy kwalifikacyjnej i czy to w ogóle ma sens.

Zacznij od tej strony: https://kanadasienada.pl/poradnik-praca-kanadzie/

  • Jak pokonałam 300 osób i dostałam pracę, czyli jak wyglądała moja praca w Kanadzie. Rekrutacja

    Zapytałam na Facebooku, czy znowu znowu o tym pisać. Mówić, jak wyglądała moja praca w Kanadzie. Odpowiedzieliście: pisz, Kate, pisz!

    Zatem jest – to będzie historia o tym, jak moje CV zostało wybrane spośród 300 innych i dostałam pracę w agencji interaktywnej.

    Pierwszy post, jak wygląda Kuby i moja praca w Kanadzie napisałam na blogu siódmego lutego, w 2015 roku.

    Pracować zaczęłam na początku marca 2015.

    Dzisiaj już tamtego posta nie znajdziecie, chociaż treści posłużyły mi w innych wpisach.

    O pracy napisałam mini poradnik, opisywałam swoje doświadczenia z tutejszą agencją zatrudnienia, pisałam, jak powinno wyglądać kanadyjskie resume, odpowiadałam na zarzut, że nie da się znaleźć pracy bez kanadyjskiego wykształcenia / doświadczenia i dzieliłam się z Wami historią – przestrogą, jak nie dać się nabrać naciągaczom obiecującym pracę w Kanadzie.

    Pisałam tam o moim niestandardowym podejściu do rekrutacji, czyli co wyszło, kiedy połączyłam czynnik “wyróżnij się, albo zgiń”, trochę odwagi i znajomość, kogo trzeba.

    A jeśli interesuje cię konkretnie temat pracy w IT, zajrzyj na mój drugi blog, Kasia i kod.

    Piszę o tym, jak w Vancouver zmieniam branżę na IT.

    A właściwie już zmieniłam, bo odkąd skończyłam lokalną szkołę – bootcamp programistyczny, przygotowuję strony internetowe, a od trzech tygodni pracuję jako web project coordinator w tutejszej agencji interaktywnej.

    Rzut okiem na branżę IT w Vancouver

    W związku z programowaniem i faktem, że Vancouver jest siedzibą zarówno start upów, jak i dużych firm technologicznych, czasami dostaję od Was pytania właśnie o to, jak znaleźć pracę w sektorze IT.

    Czasami jesteście rozczarowani nieudanym szukaniem pracy, a przecież mówi się, że programistów brakuje. Zawsze jest dla nich praca w Kanadzie (podobno).

    Więc jak to jest, że nie przyjmują w Kanadzie wszystkich, którzy skończyli przyspieszone kursy programowania?

    Miała być praca, miał być Canadian dream, a nie ma.

    Ja też myślałam podobnie – że będzie łatwo i praca w Kanadzie sama mnie znajdzie.

    Już w 2015 roku czytając ogłoszenia o pracę w Vancovuer wyszło mi, że najlepiej na rynku pracy się mają osoby z zacięciem internetowo-techniczno-programistycznym.

    Vancouver opisywano jako nową Dolina Krzemowa, wabiącą ułatwieniami podatkowymi, a nawet pierwszym na świecie programem emigracyjnym dla start-upów.

    Start-upy w Vancouver mają biuro-lofty w najstarszej, historycznej części miasta, rozdają na wejściu laptopy z jabłuszkiem i codziennie o 13:55 robią joga-przerwę dla wszystkich pracowników.

    Potrzebują inżynierów, deweloperów, komputerowców, marketingowców i osób do odbierania telefonu.

    Oferują usługi księgowe, marketingowe, systemy obsługi klienta, a nawet dowozy jedzenia.

    Czyli wygląda na to, że jest praca w Kanadzie dla tych, którzy mogą pomóc pracować innym w Kanadzie 😀 (czyli obsługując już istniejące firmy).

    W Vancouver jest  i Amazon, i Microsoft, i wiele studiów filmowych przygotowujących efekty specjalne do filmów.

    I oni także bardzo potrzebują ludzi. Często organizują targi pracy i pewnie stąd przekonanie, że praca w Kanadzie jest dla każdego.

    Duże firmy rzadko jednak szukają juniorów, a jak już szukają, to na jedno miejsce zgłasza się ogromna liczba kandydatów.

    I wtedy właśnie przydaje się strategia: “wyróżnij się, albo zgiń”.

    To teraz opiszę case study, jak aplikowałam do pracy w agencji interaktywnej, w Vancouver.

    Wiem, że pokonałam 300 innych resume, więc jest szansa, że postępując podobnie, też pracę dostaniesz.

    Wrzesień 2018 – co wiedziałam i jak zaczęłam szukanie pracy?

    Osób z doświadczeniem juniora, dopiero zaczynających, jest całkiem sporo, i wiele z nich ma takie samo portfolio programistyczne. Wiele lokalnych szkół uczy programowania.

    Bootcampy nie mają możliwości wysłania studenta na praktykę (co-op), więc taka forma “wbicia się do firmy” nie zadziała.

    Wiedziałam, że muszę się wyróżnić. Że muszę zrobić coś inaczej niż wszyscy. I że chcę wykorzystać swoje dotychczasowe doświadczenie zawodowe , spoza IT,  kiedy w Polsce pracowałam jako specjalista i lider projetków w branży outsourcingu finansowego.

    Postanowiłam, że będę aplikować na stanowiska w agencjach, gdzie potrzebują trochę dewelopera WordPressa, a trochę menadżera projektu.

    Chciałam też pokazać, że mimo, iż na etacie nie pracuję od 2016 roku, to jednak cały czas jestem aktywna zawodowo i uczę się nowych rzeczy.

    Najpierw poprawiłam swój LinkedIn i zbudowałam swoją stronę-portfolio po angielsku.

    Wiesz, że na LinkedInie możesz dodawać całkiem sporo informacji o sobie?

    Są zdjęcia, linki, można publikować posty i komentować posty innych. Ja postarałam się, żeby w mojej sieci kontaktów mieć te 500 osób (mniej osób wygląda po prostu biednie).

    Stworzyłam również stronę firmową na LinkedInie, dla tego okresu, kiedy pracowałam jako freelancer – dzięki temu wyświetla się mi małe logo (nie chcę się zagłębiać w szczegóły techniczne, ale to nic wielkiego, spokojnie ogarniesz).

    Do tworzenia wszystkich grafik od zawsze używam darmowego programu canva.com.

    Żeby mieć co zalinkować do LinkedIna (hehehe), zbudowałam na Jekyllu prostą stronę po angielsku, pokazującą moje prace. Wybrałam gotowy motyw i  zmodyfikowałam pliki.

    Jeśli jesteś osobą nietechniczą, taką stronę możesz “wyklikać” inaczej – za chwilę pokażę ci, jak.

    Ale zanim to, to jeszcze słówko o tym, dlaczego to portfolio było takie istotne. Nie chodzi o pochwalenie się projektami, których przecież mam dość mało i w dodatku większość to prace ze szkoły kodowania.

    Chciałam mieć portofolio, żeby się wyróżnić. Dać się zapamiętać.

    Na spotkaniu absolwentów Talent Connect, które odbyło się w miesiąc po zakończeniu bootcampu, jako jedyna miałam  portfolio.

    Od początku września 2018 czytałam ogłoszenia o pracę. I sprawdzałam, kogo z firmy, która mnie interesuje, mogę dodać do mojej sieci kontaktów.

    Nie czekałam, aż skończę kodować portfolio, tylko przeglądałam glassdoor, indeed i strony firmowe na LinkedInie (i je follołowałam).

    Kiedy znalazłam interesujące mnie ogłoszenie, zaczepiałam na LinkedInie osobę pracującą w tej firmie i pytałam, czy może się ze mną spotkać na kawę / lunch.

    Starałam się, aby prośba nie była nachalna, ale osobista, miła i w miarę szczegółowa.

    Przykładowe “zaczepki”:

    Hi Jane Doe, I came across your LinkedIn profile while I was reading about startups at Daily Hive https://bit.ly/2MPAv0I , and I wanted to say ‘hello’. I got caught by the product your company (tutaj była nazwa firmy) owns (wow!), and I wonder if we might talk someday. Nice to meet you! PS. I am also a RED grad, from Web Dev 🙂
    Hi Jane Doe, I came across your LinkedIn profile and I wanted to say ‘hi’. I am RED grad too, from Web Development. I wonder if I could ask you about your company (tutaj była nazwa firmy) – I would like to apply for Web Developer there. Do you think we could chat someday? Have a great day and nice to meet you! Kate

    Wysłałam pytania-zaproszenia do około 10 osób. Nie odpowiedziała mi jedna.

    Z tych 10, z czterema spotkałam się na kawie albo lunchu (zawsze proponowałam, że to ja zapłacę, bo chcę w ten sposób odwdzięczyć się za poświęcony mi czas).

    Takie spotkania nazywają się informal interviews i są bardzo pomocnym źródłem wiedzy o firmie. Na spokojnie pytałam o rzeczy, których zwykle nie dowiesz się podczas normalnej rekrutacji i zawsze prosiłam, czy mogę przesłać swoje resume i usłyszeć uwagi od tej osoby.

    Na 4 osoby, jedna nie zgodziła się, żeby pośredniczyć w przesłaniu mojego CV wyżej.

    Te rozmowy, spotkania, dopytywanie się później i dziękowanie za czas zajęło mi całkiem sporo września i początek października.

    Na Google drive założyłam sobie podkatalogi, w których trzymałam kopię ogłoszenia, kopię mojej aplikacji i notatkę.

    To wszystko było znacznie bardziej wymagające niż po prostu wysłanie setek takich samych resume z nadzieją, że któryś zostanie wyłowiony ze stosu innych i zostanę zaproszona na rozmowę.

    Może taka strategia ma szansę, ale ja w nią słabo wierzę (zwłaszcza odkąd dowiedziałam się, że do mojej agencji na moje stanowisko zaaplikowało 300 innych kandydatów).

    Dlatego wyróżniam też moje CV. Nie tylko piszę je zawsze od nowa i konkretnie pod daną firmę, ale także personalizuję je tak, żeby pasowało do brandingu firmy, do której aplikuję.

    Nie potrzeba wcale wielkich umiejętności graficznych.

    Ja mam dwie wtyczki do przeglądarki Chrome, które mi pokazują czcionki i kolory na stronie.

    Potem, w canva.com, modyfikowałam konkretny szablon resume, używając kolorów i fontów tej firmy.

    rektrutacja do pracy w kanadyjskiej agencji czyli jak pokonalam 300 innych cv_Kanada się nada blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady

    Na zdjęciu znajdziesz fragment strony agencji (góra zdjęcia) zestawiony z moim resume.

    Zrobiłam też trzy strony lądowania w darmowym programie Unbounce. Każda z tych stron była moją wizytówką – resume.

    To znowu ekstra zajęcie, wymagające czasu, ale są z tego oczywiste korzyści: nauczysz się tego narzędzia i możesz podczas rozmowy zabłysnąć.

    To również sposób, żeby w miarę szybko zbudować stronę typu “o mnie”, jeśli nie masz swojego portfolio.

    Unbounce to program szeroko używany w agencjach marketingowych i jego znajomość się przydaje!

    Poniżej znajdziesz zrzut takiej strony, a tutaj możesz ją sobie podejrzeć w sieci.

    kate-jeziorska-laning-page-for -interview-proces

    Z trzech firm, do których wysłałam linki, na rozmowę zaprosiła mnie jedna.

    Rozmowy czyli interview, czyli co myśli o tobie pies. I cały zespół przy okazji też.

    Teraz kilka wspomnień z rozmów o pracę.

    Miałam łącznie trzy interview w siedzibach firm. To pierwszy etap, który następuje po przeczytaniu resume i telefonie od pań z HR.

    W każdym biurze, gdzie byłam, na wejściu witały mnie psy.

    Nie mam nic przeciwko psom, ale jak jeden z nich się rozszczekał maksymalnie, to po pierwsze, się przestraszyłam. A potem obróciłam całą sytuację w żart, mówiąć “oho, to pierwszy test kwalifikacyjny oblałam ;)”.

    Na jednej rozmowie byłam przepytywana przez cały zespół.

    Siedzieliśmy sobie na poduszkach na podłodze, a ludzie zadawali mi pytania. Oczywiście nie kojarzyłam wszystkich osób (nie ma szansy zapamiętać składu firmy, chociaż zawsze przed rozmową sprawdzam profil przepytującego mnie mendżera na LinkedInie).

    Padły pytania o to, czy jestem #coffeeteam czy #teateam (odpowiedziałam, że wolę herbatę, a po rozmowie sprawdziłam na Instagramie, że ta firma ma własną markę kawy. Ups!).

    Pytano mnie, o to jaki film lubię najbardziej (podałam pierwszy lepszy: “Titanic”. Na co Krzysiek, lat jedenaście i pół, powiedział mi później: “no co ty mamo, tego nikt nie zna!”) – więc zawsze odpowiadaj “Władza Pierścieni” (hehehe).

    Były pytania o czas wolny, o sposoby na stres, o sposoby na upierdliwego klienta (sic!) i całe mnóstwo innych zagadnień.

    Te rozmowy mają na celu sprawdzić, czy pasujesz do zespołu, czy jesteś cultural fit.

    Jak nie wiesz, czy pasujesz, sprawdź, co firma publikuje na Instagramie – to tam najczęściej są migawki z codziennego życia w pracy i po pracy.

    I jak już mnie tak przemaglowano, to zawsze na końcu proszę, żeby osoby pytające powiedziały coś o sobie.

    Bo ja chcę wiedzieć coś o nich, skoro one miały szanse wypytać mnie. Poza tym, każdy lubi się trochę sobą pochwalić, zwłaszcza w sytuacji, kiedy to nie on jest przepytywany.

    Inne okazja do rozmów nadarzyła się wkrótce potem.

    Masowe spotkanie w realu, czyli konferencja, gdzie jedni szukają pracy, a inni szukają ludzi do pracy.

    W październiku 2018 w Vancouver odbył się WordCamp, czyli konferencja techniczna dla osób pracujących z WordPressem.

    Wiedziałam, że ta konferencja to moja kolejna szansa na znalezienie pracy. Pisałam o swoich wrażeniach na blogu kasiaikod.pl, więc tutaj tylko kilka słów w temacie rekrutacji.

    Przed wydarzeniem znowu zaczepiałam nieznane mi osoby na LinkedInie, z pytaniem, czy będą na WordCampie i jeśli tak, to proponowałam, żebyśmy się spotkali. 

    Napisałam też do osób z różnych agencji, do których wysłałam resume, że będę i że przyjdę się przywitać, jeśli i one będą.

    Co zrobiłam na tej konferencji?

    Pamiętam, jak stałam w rzędzie krzeseł za dziewczyną (moją obecną szefową), której wtedy nie znałam.

    Wiedziałam, że to ona. Widziałam, jak rozmawiała ze znajomymi, całkowicie tym pochłonięta. Bardzo, bardzo wiele energii mnie kosztowało, żeby do niej podejść, usiąść obok, zwrócić na siebie jej uwagę i zacząć rozmowę.

    Czułam, że się narzucam, że jestem nachalna i niegrzeczna, a jednocześnie przecież właśnie miała miejsce moja rozmowa kwalifikacyjna. Musiałam się skupić, zebrać w sobie, pokonać wszystkie wewnętrzne bariery i z uśmiechem zacząć rozmowę.

    Właściwie tamten dzień i całą moją strategię rekrutacji podsumować mogę stwierdzeniem, że:

    Bezustannie ćwiczę odwagę, uśmiech i networking. Jeśli praca w Kanadzie jest Twoim celem i marzeniem, też tak rób!

    Zaczepianie ludzi, pisanie do nich później emaili z pytaniem, czy moje resume zostało przesłane dalej, co mogę zrobić, jest stresujące, niekomfortowe i wymaga odwagi.

    Każdy taki email z prośbą to była próba. Wiele razy myślałam: po co mi to, przecież nie muszę na siłę szukać pracy, nie chcę się “prosić”.

    Ale takie są dzisiejsze wymagania i jeśli chcesz im sprostać, wysiłek jest niezbędny.

    Tamta rozmowa na WordCampie zaowocowała tym, że Anna mnie zapamiętała.

    Powiedziała, że zapyta w HR, żeby przeprowadzili ze mną pierwsze interview przez telefon. I rzeczywiście, telefon zadzwonił dwa dni później.

    Mam dla ciebie jeszcze jeden przykład mojego zagrania vabank.

    Agencja szukała front-end dewelopera, a ich ogłoszenie zawierało zdjęcie Batmana na jednorożcu oraz zapewnienie, że co piątek są w biurze wojny na rzutki (nerf guns). No co, nie każda praca w Kanadzie musi być śmiertelnie poważna, c’nie?

    Pierwsza moja myśl: “oho, jak wy tak, to ja tak!” i wysłałam im resume z listem motywacyjnym takiej treści:

    Hi,

    So I have about 30 seconds to get your attention before you delete this cover letter. Here goes the most important facts:

    I am not a typical frontend developer, but I believe you are not a typical agency. I transitioned from finance to IT. Why? Because finance is boring and I want to see humans behind numbers.

    I know WordPress from clients perspective – I worked with this CMS long before I even thought about becoming a frontend developer. I am blogging on WP since 2014, constantly growing my audience. RED Academy taught me how to code. Now I am coding websites that sell a business. Or I code just for fun.

    I am extremely positive – ask one of more than 150 women I listened to and supported since 2016 on my monthly meeting at MP Neighbourhood House.

    I think Unikitty does not like the fact that Batman is riding a unicorn on your job adv. But I might be mistaken – humanum est errare.

    I am used to Nerf guns – I might not be playing them, but I know someone who does.

    That’s all I’ve got. Can we talk in person?

    Thank you for your time and all the best,
    Kate

    Ten list wysłałam o 23 wieczorem w czwartek, w piątek o 9 rano zadzwoniła dziewczyna z HR, że ja “made her day” i czy mogę przyjść na rozmowę, bo ewidetnie pasuję do zespołu.

    Czyli widzisz – to, czy pasujesz, jest równie ważne, a nawet ważniejsze niż to, czy umiesz kodować.

    Mój proces rekrutacji do pracy w Kanadzie podsumowany w kilku krokach.

    Na wypadek jakby cały post to było za dużo mam dla ciebie wersję: too long, don’t read.

    Buduję portfolio – zaczepiam – wysyłam aplikacje / chodzę na targi, konferencje, kawę – emailowo pytam, jaki jest status aplikacji – dostaję pytanie z dostępnością celem umówienia rozmowy telefonicznej, tzw. screening interview – pierwsza rozmowa, zwykle z HR – druga rozmowa on-site (z menadżerem albo kilkoma, albo i z całym zespołem) – przedstawienie oferty zatrudnienia.

    Nie dostałam żadnej odpowiedzi na moje resume wysłane na adres ogólny typu career@company.com.

    Skoro na te skrzynki przychodzi kilka setek resume, szansa, że to właśnie moje zostanie wyłowione z tej sterty jest bliska zeru.

    Polecam kontakt osobisty, mówię, że nie obędzie się bez wysiłku, ale jak się już uda, to poczucie zwycięstwa jest o-sza-ła-mnia-ją-ce!

    I szczęścia też  Ci życzę – nawet najlepiej opracowany plan potrzebuje odrobiny szczęścia!

    Serdeczności! (a na blogu kasiaikod.pl przeczytasz wrażenia z pierwszego tygodnia mojej pracy.)


    Daj znać, czy masz jakieś pytania. Serdeczości!

    A może podzielisz się swoją historią – ci, którzy myślą o wyjeździe do Kanady i czytają te posty z pewnością ci za to podziękują!

  • Dam pracę w Kanadzie. Ale najpierw Ty dasz mi pieniądze. Dużo pieniędzy!

    Jest taka sprawa, mocno nieciekawa. Chociaż może samo hasło “Dam pracę” w Kanadzie podejrzeń nie wzbudza, to jednak jest w tym haczyk!

    Może trafiłeś na tę stronę, wpisując w Google hasła: praca w Kanadzie dla Polaków, jak dostać pracę w Kanadzie, lub coś podobnego. Sporo o pracy w Vancouver napisałam, wszystko opierając o nasze doświadczenia. Wiem, że te strony są często czytane.

    Ale okazuje się, że wciąż brakuje informacji o pewnej pracowej sprawie.

    Nie pisałam wcześniej, bo, no cóż, nie przewidziałam, że taki problem może się wydarzyć. Tak, to moja ignorancja, bo znane mi firmy, które ściągają ludzi do pracy w Vancouver, to nie pośrednicy, ale firmy docelowej pracy. Takie firmy mają albo swoje własne działy prawno-imigracyjne,  albo korzystają z usług wyspecjalizowanych headhunterów, czy organizują swoje wydarzenia rekrutacyjne.

    I nigdy nie biorą pieniędzy od kandydatów do pracy.

    Tak było w naszym przypadku. Firma Scanline, w której pracował Kuba, załatwiła wszystkie papiery emigracyjne, potrzebne do uzyskania pozwolenia na pracę i przedstawiła kontrakt pracy. Wszystko zanim wsiedliśmy do samolotu. I bez zapłacenia ani grosza z naszej strony.

    Dlaczego teraz taki wpis?

    Po ostatnim Polskim Babskim Spotkaniu zostało mi kategorycznie powiedziane (dzięki Ola!), że muszę napisać wpis o nieuczciwych firmach, które oferują pracę w Kanadzie, biorąc od nieświadomych Polaków pieniądze. Grube pieniądze!

    Mówią Ci, nęcą: Dam pracę w Kanadzie, no jak, nie chcesz? Ale najpierw poproszę opłatę.

    First things first:

    1. Nie podam w tym wpisie żadnych nazwisk, ani nazwy firmy, która padła na spotkaniu. Bo nasze spotkania to jest bezpieczne miejsce, co na nim powiedziane, to na nim zostaje. Napiszę tylko, że agencja, która miała znaleźć zatrudnienie, nie miała wczoraj (08/02/2018) działającej strony internetowej. To nie wróży najlepiej i nie mam jak sprawdzić szczegółów.
    2. Ta konkretna sytuacja dotyczyła obietnicy znalezienia pracy w sektorze hospitality, czyli jako barmana, kelnerki, sprzedawcy, w Vancouver, na ważnej wizie w ramach International Experience Canada (wiza ta pozwala przez rok legalnie pracować w dowolnym miejscu w Kanadzie). Wymaganie zapłaty za znalezienie takiej pracy jest moim zdaniem nadużyciem agencji i wykorzystaniem niewiedzy Polaków, bo ogłoszeń o pracy w tym sektorze jest w Vancouver sporo. Spokojnie da radę znaleźć taką pracę bez pośrednika, bez płacenia.

    To teraz jeszcze:

    • W sieci pewnie natkniesz się na wiele firm, które będą oferowały pomoc w emigracji do Kanady oraz pomoc w znalezieniu pracy. Czasami są to duże organizacje, które wyglądem strony internetowej  oraz zamieszczonymi opiniami klientów wzbudzą Twoje zaufanie. Czasami ktoś poleci kogoś sprawdzonego. Zanim podpiszesz z kimś umowę i zapłacisz, zastanów się dobrze.
    • Nieuczciwa agencja będzie chciała od Ciebie pieniądze. Co jest nielegalne, bo w Polsce pośrednik nie może żądać pieniędzy za znalezienie pracy. Ale takie firmy nie są w ciemię bite – być może zaproponują umowę, w której będzie napisane, że płacisz za konsultacje, za pomoc i opiekę, a nie ma zapisu czarno na białym: Firma XYZ zobowiązuje się, że pan Jak Kowalski dostanie pracę u pracodawcy kanadyjskiego, w wymiarze godzin takimowakim, za kwotę takąiśmaką, od dnia…. do dnia….. Nie napiszą, że zagwarantują Ci pracę, bo to nie od nich zależy, tylko od kanadyjskich pracodawców, którzy przecież mogą Cię nie chcieć, no i co polska firma winna? Agencja pomagała jak umiała, ale się nie udało. No ale jeśli nic Ci nie gwarantują ani za nic nie odpowiadają, zastanów się, czy chcesz za to płacić. Zastanów się dobrze!
    • Być może zaproponuje, że pomoże Ci przygotować CV, czyli kanadyjskie resume, że będzie w Twoim imieniu wyszukiwała oferty pracy i Cię umawiała na rozmowy. Takie same rzeczy masz za darmo w państwowym, prowincjonalnym ośrodku pracy. W Vancouver jest to WorkBC. [I tak, na ich stronie jest napisane, że świadczą usługi dla obywateli i stałych rezydentów. Nie odeślą Cię z kwitkiem, pomogą, albo chociaż pokierują, dokąd możesz iść po pomoc, jeśli nie jesteś jeszcze obywatelem czy stałym rezydentem w Kanadzie. Są settelment agencies, są biblioteki i community center, są w końcu agencje komercyjne, szukające pracowników do niewykwalifikowanych zadań. Żadna nie weźmie od Ciebie pieniędzy, a być może pomoże. (przeczytaj też ten stary wpis o tym, jak się przygotować na wyjazd do Kanady)]

    Ważna rzecz: praca w Kanadzie, a emigracja na stałe to nie jest to samo.

    Sama praca nie oznacza, że będziesz mógł na zawsze zostać w Kanadzie.

    Jeśli ktoś mówi: dam Ci pracę w Kanadzie, to zapytaj: no dobrze, ale co, jak mnie zwolnią? Albo jak będę chciał pracować gdzie indziej? Albo jak będę chciał mieszkać gdzie indziej? A jak mi się skończy umowa o pracę, to co?

    Nie płać, jak nie wiesz, co będzie dalej.

    • Masz prawo nie znać przepisów imigracyjnych. Ba, nikt ich wszystkich nie zna. Ci, którzy wiedzą więcej mają prawo brać za to pieniądze, normalka. Ale zawsze dowiaduj się, za co płacisz!
    • Nie mówię, że wszystkie  organizacje, które pomagają w emigracji są nieuczciwe i niepotrzebne. Do mnie osobiście nikt nigdy nie napisał, oferując mi pomoc w znalezieniu pracy.
    • Ciężko jest mi również wypowiadać się w sprawie doradców imigracyjnych, na ile oni zajmują się również pośrednictwem pracy i czy biorą za to pieniądze. Nie słyszałam o takich praktykach. Ja nie polecam żadnych konsultantów emigracyjnych, bo z żadnym nie miałam do czynienia. Ale inni dzielą się swoim doświadczeniem w internecie i już będzie Ci łatwiej oszacować opłacalność współpracy z doradcą.

    Ok, to co zrobić? Jak żyć?

    Jeśli jesteś zupełnie, zupełnie na początku, zaświtała Ci myśl: wyjadę do Kanady, a żeby się tam utrzymać, muszę mieć pracę, to zacznij, zawsze zacznij, od przeczytania wszystkiego, co znajdziesz w internecie o emigracji do Kanady.

    Przeznacz dużo czasu i przygotuj się.

    Teraz jest nas na prawdę całkiem sporo, blogerów piszących o emigracji do Kanady, i vlogerów, pokazujących, jak tutaj jest.

    Nie znam wszystkich, ale osobiście wierzę, że działamy według naszej najlepszej wiedzy, poświęcając swój czas i dzieląc się swoją wiedzą, żeby Tobie było łatwiej.

    Masz dostęp do masy, ogromu informacji za darmo! Korzystaj, użyj mózgu, wysil się trochę, czytaj, słuchaj i pytaj.

    Kiedy to piszę, czyli w lutym 2018, prężnie działają dwie grupy facebookowe dotyczące emigracji do Kanady, gdzie dużo ludzi wymienia się informacjami.

    Możesz sprawdzić, kim jesteśmy, możesz podejrzeć, o czym piszemy, i koniecznie to zrób, zanim zaufasz komuś i zapłacisz mu za to potężne pieniądze.

    Wystarczy prześledzić kilka postów, poczytać stronę Pawła, który postawił ją specjalnie po to, żeby najpopularniejsze zagadnienia emigracyjne zebrać w jednym miejscu, i użyć mózgu (jak nie wiesz, jak, pytaj mądrzejszych, nie ma się co wstydzić, wstydem jest kraść i kłamać, a nie dopytywać się o rzeczy ważne)

    A jeśli już po ptokach i nie wiesz, co robić, i jesteś zagubiony i wszystko okazało się nietakie, umów się z kimś, z jakimś Polakiem pogadaj w Vancouver. Z jednym, z drugim, z trzecim.

    Jak jesteś dziewczyną w Vancouver, przyjdź na Babskie Spotkanie. Napisz do blogera, poradź się, użyj mózgu!

    Jeszcze jedno – każdy popełnia błędy, każdy się może dać ogłupić, chcieć skorzystać z pomocy, wtopić pieniądze.

    Może myślisz, co za głupota, ja bym się nie nabrał, to rozbój w biały dzień.

    Cieszę się, że nikt Cię nie wykorzystał. Ale nie myśl źle o tych, którzy nie mieli tyle szczęścia. Pomóż im, jak możesz.

    Wiem, że ten wpis nie jest miły i ładny. Wierzę jednak, że jest potrzebny. Jeśli go przeczytałeś, powiedz, co myślisz. Może wiesz więcej, może masz swoją historię. Podziel się, a ktoś inny Ci podziękuje.

    Nie będę udawać, że wiem wszystko, ani o tej konkretnej sytuacji, ani o takich praktykach. Dlatego pytaj też innych, nie wierz ślepo mi, użyj mózgu. A jeśli się pomyliłam, napisz mi to. 

    I powodzenia z Twoim planem na Kanadę!


  • #kasiaikod czyli każdy chce być programistą + nie dostałam pracy w kanadyjskim startupie

    Ja też chcę być programistką. Wciąż 😉

    To nie jest typowy wpis podsumowujący, bo nie znajdziesz tu listy porażek i sukcesów, a także refleksji, jak wyciągniętą z (nie)powodzeń naukę wykorzystam w 2018.

    Trochę o nieudawaniu się będzie. I trochę o planach.

    rok 2017 zaczęłam z hasłem: rok-krok w stronę IT

    Planowałam pisać o tym regularnie.

    Po drodze więcej było kroków w bok niż rzeczywiście planu.

    Ale nie będę się zadręczać, że wyszło jak wyszło, najwyraźniej nie wiedziałam, czego chcę i dlatego poszło to w takim kierunku. Rozdrobniło się, wsiąkło, uciekło.

    Przejrzałam tak wiele tutoriali, że nie dam rady ich wymienić. A na blogu o Kanadzie niepotrzebna taka wiedza.

    Kibicowałam wielu dziewczynom, które postanowiły zostać programistkami i założyły blogi. Grupy wsparcia, wyzwania, linki do bezpłatnych albo bardzo tanich kursów, wszystko to wirowało wokół mnie, powodując mętlik i zniechęcając.

    Niby wiedziałam, czego chcę, ale tak na prawdę, to nie wiedziałam

    Chciałam umieć programować, żeby móc pracować zdalnie.

    Chciałam uniezależnić siebie od kraju zamieszkania i wymagań formalnych dotyczących zawodu. Chciałam ogarniać chłopaków, bo model rodziny, gdzie Kuba pracuje od 9:00 do 20:00, a ja do 17:00-18:00 mi nie odpowiada. Wiem, bo przerabiałam. Kiedy pracowałam dla Accenture Canada, Krzysiek i Maciek mocno to odczuwali. Nie chcę więcej.

    Jednocześnie w 2017 szukałam pracy na pół etatu, w mniejszym wymiarze, na miejscu, w Kanadzie, poświęciłam sporo czasu, żeby poprawić swój profil na LinkedIn. Wyszukiwałam oferty w małych firmach, mając nadzieję, że są bardziej elastyczne i nawet jeśli nie zostanę programistą, to kimś zostanę.

    Myślałam, że działając dwutorowo, zabezpieczam się.

    złożyłam aplikację na stanowisko Support Coach w kanadyjskim startupie Unbounce

    W Unbounce rozwijają aplikację do tworzenia stron typu landing page (rodzaj strony internetowej, która ma zachęcić odwiedzającego do konkretnego działania: zakupu, zapisania się na listę emailową, ściągnięcia e-booka).

    W ramach rekrutacji miałam stworzyć własną landing page.

    Zbudowałam stronę korzystając z aplikacji Unbounce i nadałam jej styl, używając HTML i CSS.

    Przeszłam pierwszy etap rozmowy kwalifikacyjnej.

    Pracy nie dostałam.

    I tak, byłam smutna i przygnębiona, i jesień wcale nie pomagała.

    Ponownie się pogubiłam i ponownie się wkurzałam, bo koniec roku nadchodził, a ja nadal nie wiem, czego chcę i w którą stronę pójść.

    Nauka programowania nie szła mi w ogóle, bo miałam wrażenie, że jestem na etapie kopiuj-wklej i sama nie mogę się z niego wygrzebać.

    Wiele razy usłyszałam: będzie dużo upadków i niepowodzeń. Więc nie pytaj się, kiedy skończysz, tylko zacznij. I zacznij znowu. I jeszcze raz.

    Nie zliczę, ile razy zaczynałam. To wie chyba tylko mój kalendarz, a i tak nie najlepiej, bo wyrywam kartki z niego, jak się wkurzę.

    W szeroko rozumianym temacie: chcę się nauczyć programowania, mam rozgrzebane trzy kierunki: Web-Design, Web-Developer i WordPress Developer.

    Wiem, powinnam skończyć najpierw jeden, ale co tylko oglądam jakiś tutorial, zaraz bym chciała w praktyce wykorzystywać np. funkcjonalność wtyczki, jej wygląd.

    I tak sięgam sobie to tu, to tam, wyciągając po kawałku i załamując ręce, że nie wygląda to ładnie.

    Bo zbudowanie strony dla kogoś to nie tylko jej zakodowanie.

    To wymyślenie jej funkcji, wyglądu, reakcji z czytelnikami. Wszystkiego trochę, i UX, i UI, i web design, i  deweloperka, i content marketing, i sama jeszcze nie wiem, co.

    Dużo tego. Za dużo do ogarnięcia na jedną taką, całkiem zwyczajną trzydziestokilkulatkę, która chce coś robić na komputerze.

    Chcę, żeby 2018 wyglądał trochę inaczej.

    Cały czas się uczę i nigdy nie przestanę, ale nie stawiam sobie już celu: znać Java Script na takim i owakim poziomie.

    Mój cel to: zrobić stronę dla kogoś. Taką, jaką ktoś chce. Żeby mu się podobała.

    Pisać o konkretnych projektach i czego się na ich podstawie uczę.

    Będzie szło wolno. Jak to w wielu przypadkach bywa, plany sobie, życie sobie.

    Ale nie o to chodzi.

    Na pewno będę cały czas czytać, co inni robią, i uczyć się na ich przykładach.

    Podglądać dziewczyny, matki, które już prowadzą własne biznesy w oparciu o umiejętności programistyczne.

    Trochę już takich przykładów dobrych praktyk znam i pisałam o nich w pierwszej połowie roku.

    I będę pisać o tym, jak co robię. Ale już nie na blogu kanadyjskim.

    Do ćwiczenia będzie inna strona, inny blog.

    Już wkrótce. Będę tam pisać o tworzeniu motywu w WordPressie, kodowaniu strony internetowej, podstawach wyglądu strony.  Jak ja się tego uczę i jak to testuję. 

    Blog Kanada się nada jest (z)budowany przeze mnie na zupełnie darmowych elementach.

    Płatny motyw rozwiązałby wiele rzeczy, ale jednocześnie nie nauczyłabym się tak wiele, rozgryzając, dlaczego nie działa i nie wygląda, tak jak bym chciała.

    Chcę to wszystko ogarniać. Małymi kroczkami, ale wszystko: design, deweloperkę, przekłuwanie tego w swój biznes.

    Będzie i trochę Photoshopa, i pisanie motywu WordPressa z wykorzystaniem underscores, i testowanie płatnych rozwiązań: Divi oraz Genesis Framework.

    Jestem mądrzejsza niż w zeszłym roku w styczniu. I za to jestem sobie wdzięczna.

    PS. Zawsze się podśmiewywałam z akcji w rodzaju “nowy rok=nowa ja”, a tu proszę, kupiłam sobie pierwszą w życiu szminkę. I pierwszy raz od 35 lat będę malować usta. A co! Rytualnie i na okrągło. I na różowo. Siuuuuu!

    A Ty co robisz? Napisz w komentarzu, jak Ci minął 2017 i zaczął się 2018. I czy malujesz usta? 😉

  • Jak w Kanadzie oszczędzamy, kupujemy i wydajemy

    Jak w Kanadzie oszczędzamy, kupujemy i wydajemy

    Kilkakrotnie zastanawiałam się, jak ugryźć pisanie o pieniądzach. Temat ciekawi wielu. Wiadomo, bez pieniędzy się nie da. Kanada czy nie Kanada (się nada; wiem, głupie, nie mogłam się powstrzymać, ja uwielbiam bzdurne rymowanki)

    W mailach do nas temat finansowy przewija się najczęściej.

    Pytacie o koszty życia w Kanadzie, w Vancouver, o to, ile nasza czteroosobowa rodzina wydaje i jak jest nasz status materialny.

    Musiałam w końcu napisać o tych górach dolarów, do których mi tylko złotych grabi brakuje (do grabienia tychże).

    I pewnie będę tutaj dopisywać kolejne “mądrości”. Więc ustaw sobie jakieś przypomnienie, czy cuś, żeby co jakiś czas sprawdzić, ile to Jeziorska wydała.

    Zwłaszcza po ostatnim piątku, kiedy radośnie nie przeczytałam polisy ubezpieczeniowej i 150 CAD poszło na króciuchną wizytę u dentysty…
    Ej, miało być jak w Kanadzie oszczędzamy, kupujemy i wydajemy a nie o dentyście.

    Nie jest mi łatwo dzielić się wiadomościami finansowymi z dwóch powodów:

    • nie potrafię szczerze i bez wewnętrznej blokady pisać publicznie o zarobkach i wydatkach. W tej kwestii niedoścignionym wzorem jest dla mnie Michał z bloga jakoszczedzacpieniadze.pl – guru finansów osobistych i mistrz transparentności w gospodarowaniu pieniędzmi. Mi zawsze wychodzi tak trochę głupawo i wstydliwie.
    • nie prowadzę budżetu jako takiego, choć wspomniamy Michał pokazuje, że to dobry przykład. Więc nie mam jak ci konkretnych paragonów pokazać. [ja tu tylko sprzątam]

    Ten wpis ukazuje się teraz nieprzypadkowo.

    Kilka dni temu (a jest początek lipca 2017) bank, w którym mamy kredyt hipoteczny na mieszkanie w Warszawie (od 2011), podzielił się z nami dobrą wiadomością – została nam 1/3 całości do spłacenia!

    Jupi, szampan i kokosanki, jest co świętować, bo kredyt wisi nad nami jak miecz Damoklesa. Ale już trochę mniej dynda.

    Mimo dobrej informacji, nie jestem specjalnie radosna, bo mój udział w spłacie od czasu przyjazdu do Kanady był, niestety, więcej niż minimalny.

    Pracowałam, owszem, ale krótko.

    Taka już jestem, że lubię mieć swoje pieniądze i być współodpowiedzialną za finanse. A w Vancouver zarabianie mi nie wychodzi.

    Tak sobie podyskutowaliśmy z Kubą na tematy (nie)zasadnicze, czyli o tym, na ile Kanada sprawdziła nam się jako kraj emigracji zarobkowej.

    Przed przylotem podstawowe wyliczenia wskazywały, że sięgniemy po polskie oszczędności zaraz na początku.

    Liczyliśmy się z tym, że przyjdzie nam wydać wszystkie nasze dotychczas oszczędzone pieniądze, żeby zrealizować pomysł na Kanadę.

    Pensja Kuby, który, przypominam, został tutaj ściągnięty jako pracownik wysokowykwalifikowany, na papierze wyglądała zachęcająco.  

    Ale Vancouver okazało się być bardzo drogim miastem do życia dla czteroosobowej rodziny. To jest jak stały motyw życia w tym mieście – najlepsze miasto, a jednocześnie mało kogo stać na cokolwiek.

    Udało nam się nie ruszyć polskich pieniędzy i do dziś utrzymujemy się z pensji Kuby plus co miesiąc spłacamy zobowiązanie hipoteczne z Polski.

    Mieszkanie w Warszawie wynajmujemy, ale rata kredytu i inne wydatki mieszkaniowe (podatek, ubezpieczenie, opłata roczna, czynsz) są wyższe niż kwota wynajmu.

    Na krótko nasz budżet zasilała moja kanadyjska pensja (około 20 tys. CAD brutto rocznie). W tym momencie wynagrodzenie roczne Kuby to trochę ponad 100tys. CAD brutto.

    Edit z 2019 – od kilku miesięcy pracuję a agencji interaktywnej i moja pensja to 45000 CAD rocznie.

    Tutaj sprawdzisz, ile wynosi średnia dla software engineer w Kanadzie.


    Co kupujemy i jak żyjemy, żeby mieć na ratę kredytu?

    1. Wydatki na mieszkanie

    Gdzie mieszkamy?

    Od września 2014 roku mieszkamy w tym samym miejscu. Wynajmujemy od sympatycznej profesorki. Mieszkanie jest małe, ma dwie sypialnie, standard średni, wyposażenie stare. A miejscami bardzo stare.

    Płacimy 1800 CAD. To jest mało jak na takie samo mieszkanie w naszej okolicy. Teraz podobne w naszym bloku może kosztować nawet 600 CAD więcej.

    Płacimy mniej niż stawka rynkowa bynajmniej nie z powodu sympatii do nas. Właścicielka nie może nam podnieść czynszu więcej niż 5% miesiącznej kwoty, co roku. Gdybyśmy się wprowadzili, wtedy mogłaby wynająć to mieszkanie za więcej.

    Szukasz mieszkania w Vancouver? Przeczytaj te wpisy:

    Naszą największą oszczędnością na kanadyjskim mieszkaniu jest rzadkie przeprowadzanie się.

    Wyposażenie mieszkania

    Jakaś dziwna jestem, bo nawet nam nie przyszło do głowy nadawać mienia przesiedleńczego (mniam, co za słowo).

    Z Polski przywiozłam tylko ulubioną miskę oraz kilka poszewek na poduszki, żeby nam pachniało domem.

    Emigracja radośnie uwolniła mnie od wielu rzeczy, nawet nie pytając o zdanie.

    Trzy lata później nadal mamy niewiele sprzętów (nie mamy odkurzacza ani żelazka, ale mamy perlator do wody gazowanej).

    Zakupy robimy:

    • w Ikea  i Canadian Tire;
    • w sklepach z używanymi rzeczami – Thrift Store, Salvation Army, Consignment Store. W niektórych sklepach można oddać niepotrzebne rzeczy, ubrania, książki, a dostać w zamian kupon zniżkowy);
    • na wyprzedażach garażowych (Yard Sale, Garage Sale – informacje o nich są na Craigslist albo na tabliczkach przy drogach);
    • na Craigslist (także sekcja free stuff). Sama też tam sprzedaję (dobra, raz coś sprzedałam) Craigslit to taki ubogi krewny Allegro i może mu buty czyścić (temu Allegru).
    • w One dollar store / Dollarama (uważaj jednak, jakość potrafi być bardzo kiepska, lepiej założyć, że to rzecz jednorazowa);

    Nie mamy oporów przed powtórnym wykorzystaniem rzeczy, oddanych/sprzedawanych przez kogoś. Tak zachowywaliśmy się w Polsce i Kanada tego nie zmieniła.

    Do tej pory wydaliśmy na wyposażenie około 2000 CAD.

    2. Jak kupujemy ubrania?

    Najczęściej przywozimy je z Polski. Nie lubię kupować ubrań, więc mamy ich mało. Podejrzewam, że spokojnie mieszczą się w pojęciu capsule wardrobe.

    Życie mamy intensywne i często na zewnątrz więc ubrania codzienne szybko się zużywają. Rzadko kupuję rzeczy markowe, głównie buty.

    • Dla chłopaków jest najłatwiej, bo często dostajemy w spadku po starszych kuzynach.
      • W Lidlu poluję zawsze na dresy (kupuję od razu po 3-5 kompletów) , bo to ulubione spodnie dzieci (i Kanadyjczyków).
      • Kupuję w Tesco, w Biedronce, w dużych supermarketach, a także na tchibo.pl. Głównie z wygody – dyskonty są w każdej miejscowości, a ja jestem leniwa.
    • Część ubrań (kurtki około $40-50) i butów ($20-30) dla nas kupuję używane w Sport’s Junkies
      (turystyczne)  albo do codziennego użytku marki Joe Fresh (mamy do nich czasami kupony zniżkowe od ubezpieczyciela ICBC, około 20 CAD).
    • Kuba w Polsce wpada do Decathlonu na 2 godziny i wychodzi stamtąd z walizką ubrań na kolejny kanadyjski sezon (około 600 zł). Buty też z Polski. Raz kupił buty w Vancouver i żałował.

    Najwięcej oszczędzamy nie wydając. Proste? Proste!

    Zakupy w Polsce dla mnie i chłopaków  to jak na razie około 500-800 zł w czasie jednego wyjazdu.

    W Kanadzie wydałam do tej pory może z 500 CAD na ubrania. No i 250CAD na kalosze Hunter (które moim zdaniem nie powinny tyle kosztować, bo są… zwykłe. )

    3. Jedzenie i zakupy do domu 

    W Polsce większość rzeczy zamawialiśmy z Tesco z dostawą do domu. Warzywa i owoce kupowaliśmy na bazarku dzielnicowym.

    Spróbuj w Vancouver zamówić artykuły spożywcze online! Tyle, ile się naklikałam na saveonfoods.ca, żeby nic nie kupić w końcu, to (nie) moje.

    • kupujemy raz w tygodniu, raz na dwa tygodnie w Costco. Mają tam wielkie paczki jedzenia, no nie wiem, jak liczna musiałaby być rodzina, żeby to wszystko zjeść, kiedy jest świeże.  Wydajemy średnio 300 CAD co dwa tygodnie;
    • czego mi zabraknie lub potrzebne świeże kupuję w najbliższym Buy Low Food – zwykle 2-3 razy w tygodniu, wydaję około 40 CAD;
    • mamy kartę do Shoppers Drug Mart i średnio raz w tygodniu / dwa tygodnie posyłam tam Krzyśka to po mleko, to po masło  z gotówką do 10 CAD. Robiąc zakupy dostajesz punkty, które możesz wymienić na zniżkę przy zakupach. My mamy do odebrania jakieś 80 CAD za rok kupowania;
    • okazjonalnie kupuję w polskim sklepie. Odkąd Kuba zaczął robić twaróg, a chleb sam piecze, nie mam potrzeby. Polsko smakującą kiełbasę na ognisko mamy z Costco, pierogi ruskie mamy z Buy Low Food albo z imprezy w kościele, a na schabowe przylatujemy do Polski;

    4. A co z rozrywką? Sport, wycieczki, outdoor

    Tak już mamy, że uwielbiamy bycie na dworze. Narty, kempingi, rowery, to jest coś, na co wydajemy sporo pieniędzy.

    • zajęcia sportowe – płacimy za chłopaków naukę pływania i naukę jazdy na łyżwach (240 CAD na pół roku, zajęcia na miejskich obiektach. Na UBC zapłacisz więcej). Od dwóch sezonów mamy karnety na narty (rodzinny 900 CAD, kupiony w promocji Early Birds, bo potem jest dwa razy droższy);
    • sprzęt sportowy kupujemy używany lub na promocjach. Kiedyś jedna Amerykanka podarowała Kubie rower. Kanadyjka poznana przypadkowo oddała nam łyżwy. Bywają promocje do 40% na sprzęt kempingowy w Canadian Tire. Jak raz kupiłam materac, który w innym sklepie kosztował mniej, zrobiłam zdjęcie ceny i wróciwszy do sklepu, poprosiłam o zwrot różnicy (oszczędność 15 CAD);
    • kempingi, wycieczki z nocowaniem w hotelach – kilka razy w roku wyjeżdżamy i chociaż staramy się rozsądnie wydawać, to jednak mamy zasadę, że na wakacjach hulaj dusza. Wolimy pojechać na jeden dzień i nie pilnować wydatków niż na dwa dni z kalkulatorem w ręku. Długi weekend (3 noce) na kempingu to koszt około 120 CAD dla dwóch rodzin i dwóch namiotów. Doba w hotelu kosztuje nas około 80 CAD. Jedzenie bierzemy ze sobą, ale też jak trafi się okazja, jemy coś miejscowego. Rzadko mamy plan zwiedzania i zazwyczaj wypoczywamy / wydajemy bez spiny;
    • nie chodzimy do kina, bo udało nam się kupić używany odtwarzacz DVD (20 CAD) oraz rzutnik w promocji na Amazonie (110 CAD). Oglądamy filmy wypożyczone z biblioteki. Wielkim plusem jest to, że można je oglądać tylko jak jest ciemno, więc ciężko marnować czas za dnia. Telewizora nigdy nie mieliśmy i nie mamy nadal;
    • kupuję książki tylko do bazgrania lub nauki, zwykle po 1 CAD w sklepach z używanymi rzeczami. Całą resztę wypożyczam i jestem nieprzytomną wręcz fanką naszej biblioteki publicznej. Nie kupuję gazet w ogóle. W Polsce obowiązuje tryb wakacyjny i wydaję więcej na książki i gazety.
    • jeśli jadamy na mieście, to w weekendy lub na wycieczkach. Jednorazowy wydatek dla czterech osób to od 25 CAD (sushi) do 60 CAD (White Spot).
    • wyjazd do Polski – to jest największy wydatek w naszym wycieczkowym budżecie. Latamy do Polski w wakacje Lufthansą, bilet dla dorosłego to około 1200-1500 CAD. W Polsce większość czasu jesteśmy z rodziną, ale wypuszczamy się też na wycieczki.

    5. Szkoła i przedszkole

    • Żłobek dla Maćka (daycare) całodniowe w Vancouver, z pełnym wyżywieniem kosztowało 900 CAD/miesiąc. Płaciliśmy taką stawkę 6 miesięcy, potem spadła dla 3 latka do 750 CAD. Żłobek jest całoroczny, więc w pierwsze lato w Vancouver, kiedy chłopaki 2 miesiące spędzali z dziadkami w Polsce, także płaciliśmy. Łącznie od listopada 2014 do lutego 2016.
    • Przedszkole (preschool) kosztowało 290 CAD za trzy godziny dziennie, przez cztery dni w tygodniu. Przez ostatnie trzy miesiące Maciek chodził na dodatkowe trzy godziny popołudniu, za 300 CAD.
    • Krzyśka (i od września Maćka) szkoła podstawowa jest bezpłatna. Kupujemy tylko planer – rodzaj dzienniczka ucznia i płacimy za wycieczki. Całość zamknie się do 100 CAD za rok. Plus świetlica po szkole także 100 CAD dla jednego dziecka.

    Sposoby na obniżenie kosztów nauki i socjalizacji przy okazji:

    • Dla dzieci – playdates! U nas często budowanie z klocków (zamiast drogich warsztatów Lego Robotics) czy malowanie/ rysowanie (aternatywa dla zajęć z Arts Umbrella). Tydzień bez playdate to tydzień stracony;
    • Dla mnie – bezpłatne albo bardzo tanie warsztaty, teraz głównie o kodowaniu (organizowane przez Red Academy albo Lighthouse Lab).

    6. Inne wydatki:

    • Transport.
      • Samochód używany, który kupiliśmy w styczniu 2017, kosztował 5500 CAD, ubezpieczenie 160 CAD za miesiąc, paliwo około 100 CAD miesięcznie. Jeździmy na wycieczki oraz po mieście, kiedy leje deszcz.  Zanim kupiliśmy auto, korzystaliśmy z opcji carsharing w Modo (na trasy kilkudniowe) oraz Evo (na szybkie poruszanie się po mieście). Czasami korzystaliśmy z regularnych wypożyczalni: Budget i Enterprise.  Przez pierwsze dwa lata, wypożyczając samochód wydaliśmy rocznie 2400 CAD. Zanim kupiliśmy samochód tutaj, przeanalizowaliśmy nasz styl życia i policzyliśmy koszty. Absolutnie nie żałujemy, że kupiliśmy samochód, ale dwa lata pokazały nam, że można bez niego żyć i również zwiedzać Vancouver, a nawet wybrać się do Stanów.
      • Autobus – korzystałam z biletów miesięcznych, które potem mogłam odpisać od podatku; Więc koszt zerowy. Sprawdź, czy przepisy podatkowe nadal na to pozwalają.
      • Rower – mamy kilka, intensywnie używamy. Wydaliśmy około 1000 CAD na rowery, sprzętokołorowerowy i przeglądy przez ostatnie 3 lata. (Niestety, w styczniu 2019 jeden nam skradziono)
    •  Telefon Mój telefon kosztuje nas 40 CAD, ale poza Vancouver  jest martwy. Taki plan, co mi specjalnie nie przeszkadza, zwłaszcza w lesie. Telefon Kuby kosztuje 20 CAD (zero danych, bo nie potrzebuje). Internet w domu- 50 CAD;
    • Dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne 150 CAD na miesiąc; Uwaga, czytaj polisy! Albo chociaż ten post.

    O matulu, jaki długi ten post wyszedł i naszpikowany offtopami. Chyba tak już jest, że jak jak nie ma pieniędzy, to nie ma niczego, a jak są pieniądze, to jest wszystko. I trzeba to opisać. [mądrość życiowa by KKJ, mów mi Konfucjusz].

    Jeśli masz pytanie o inny konkret, jakiś wydatek lub sposób oszczędzania, który pominęłam, daj mi znać. Będę aktualizować post. Dzięki!

  • Szalony pomysł na poszukiwanie pracy w Kanadzie czyli kamon barbi letsgoł parti!

    Hahaha, nie ma to jak osoba bezrobotna (czyli ja) opisuje pomysł na poszukiwanie pracy w Kanadzie. Nie bój nic, poprzednie posty o pracy napisałam (w większości) będąc pełnoetatowym pracownikiem Accenture Canada, więc się mogłam wymądrzać.

    Ten post to historyczne czasy, wspomnienie z 2015. Przypominam sobie, jak znalazłam pierwszą kanadyjską pracę.

    Nasz młodszy syn, Maciek od miesiąca był w daycare (kanadyjski żłobek; więcej w temacie znajdziesz we wpisie o daycare/preschool).

    Ja rozsyłałam swoje CV…. wróć, swoje resume, bez większego przekonania, ale nadrabiając nadzieją.

    Od początku moje poszukiwanie pracy w Kanadzie miało bardziej wymiar życzeniowy niż było konkretnym planem.  

    Ciężko nawet powiedzieć, dlaczego? Czyżby z powodu stanu “tymczasowości”? Wciąż byliśmy pod wpływem myśli, że wracamy latem 2015 do Warszawy.

    Dość, że wysiłki w kierunku znalezienia pracy podejmowałam nieregularnie, a jak już do nich dochodziło, to działy się rzeczy co najmniej dziwne.

    Może ciśnie ci się na usta pytanie: to jak Kasia wylądowałaś jako AP Analyst w Burnaby? Spróbuję sobie przypomnieć.

    Napiszę ci też, co to ten szalony pomysł na poszukiwanie pracy w Kanadzie.

    W skrócie: Udając studentkę University of B.C. wpadłam na wydarzenie organizowane przez firmę rekrutującą absolwentów. Zrobiłam klasyczne: crash the party, zjadłam dwa kawałki pizzy, udawałam mądrzejszą niż jestem w rzeczywistości (łatwizna), zdobyłam wizytówkę. (Pamiętaj, że wizytówki to cel każdego networkingowego spotkania, im więcej, tym lepiej, bierz, jak leci. Stop. To żart jest. Nie bierz, jak leci. )

    Pracy oczywiście nie dostałam.

    Ale i tak było warto.

    Jak do tego doszło? Ale o co chodzi? To jak dostałaś pracę, Kate?

    Poniżej znajdziesz spis wydarzeń.

    • Dowiedziałam się z tablicy ogłoszeń na ścianie, w community center, że jest  warsztat współprowadzony przez  firmę Accenture. Na kartce było napisane, że warsztat tylko dla osób z PR (wtedy byłam na wizie pracowniczej), ale się nie przejęłam. Napisałam emaila do prowadzącego, czy mogę przyjść i zostałam zaproszona bez zbędnego wnikania w mój status wizowy.
    • Zupełnie darmowe warsztaty odbywały się przez trzy soboty, kilka godzin przedpołudniem. Dwie soboty w styczniu, jedna w lutym.
    • Kiedy przyszłam po raz pierwszy, byłam jedną z nielicznych dziewczyn. Rasy kaukaskiej. Oprócz mnie była jeszcze jedna dziewczyna, więc siłą rozpędu usiadłam obok, zagadałam (znacz cykl Rozmówki kanadyjskie ?), zaprzyjaźniłyśmy się. Yulianna jest z Armenii, pracowała w dziale finansowym dla tamtejszej Coca-Coli, trzy tygodnie wcześniej przeniosła się do Vancouver i wtedy szukała pierwszej pracy. Na tym spotkaniu zadano nam pracę domową  – napisać kanadyjskie resume oraz przygotować się do ćwiczebnej rozmowy kwalifikacyjnej (czyli do mock interview).
    • Kolejnej soboty nie byłam już tak zestresowana  – bo znałam Yuliannę 😉 Przyniosłam też ze sobą resume. Moderator przydzielił nas do różnych mentorów z Accenture i zaczęło się ćwiczenie rozmowy kwalifikacyjnej po kanadyjsku.  I tutaj zadziałało szczęście – trafiłam do pary ze starszym Azjatą o przebogatym życiu zawodowym. Ha, myślisz, przecież to żadne szczęście, nie mam szansy przy takim VIP. Ale, ale rywal mój się nie przygotował. Zero, nul, nic. Nie przyniósł resume, nie przećwiczył pytań, słowem, dał ciała. Naszym mentorem była Amanda, HR manager. Ponieważ kolega z ławki nie odrobił zadania, pani pytała tylko mnie.
    • Amanda mnie zapamiętała, po spotkaniu wysłałam jej podziękowanie na LinkedIn oraz prośbę o nawiązanie kontaktu.
    • A pod koniec lutego napisała do mnie, że dział AP w Accenture w Burnaby szuka pracowników i żebym przesłała swoje resume. Przesłałam jej, ona przesłała komuś innemu, ten ktoś pokierował mnie do agencji (na początku taka była moja forma zatrudnienia).
    • Miałam trzy rozmowy kwalifikacyjne i dostałam pracę w ciągu tygodnia.

    Przed wysłanie tego resume, wysłałam jeszcze trzy inne, na które nie dostałam żadnej odpowiedzi.


    Chwila przerwy, bo w lutym 2015 działy się inne rzeczy, które wprawdzie pracy mi nie dały, ale dodały śmiałości!

    Czytasz te wszystkie rady, jak zacząć szukać pracy, prawda? Ja też czytałam, głównie po angielsku. I wszędzie jest napisane: wykaż zainteresowanie, inicjatywę, daj się zapamiętać.

    Postanowiłyśmy z Yulianną dać się zapamiętać. Ustaliłyśmy, które firmy (finansowo-księgowe) nas interesują. Dużo było (jest) ofert pracy dla juniorów w start-upach. Nas interesowały te, które pomagają małym biznesom prowadzić księgowość. Takie firmy fajne są, zobacz sam.

    Polubiłyśmy  firmowe profile na Facebooku, Twitterze, LinkedInie i tadadam, jakoś w połowie lutego 2015 jedna z firm się ogłasza, że robi wydarzenie rekrutacyjne. To wydarzenie nie było oficjalne, tylko takie swobodne, coś właśnie jak recruitment party.  Miejsce: UBC, zaproszeni goście: Accounting and Finance students.

    Żeby uczestniczyć w wydarzeniu trzeba było być członkiem koła naukowego albo przynajmniej mieć indeks UBC. Nie jestem członkiem (ale stwierdzenie, c’nie?) i nie mam (już) indeksu, a z Uniwersytetu Kolumbii Brytyjskiej to już w ogóle.

    Poszłam tak czy inaczej, no bo co mi sie może stać? Najwyżej mnie nie wpuszczą i stracę 2.75 CAD za bilet w jedną stronę. Yulianna tym razem wymiękła, więc chcąc niechcąc stawiłam się na spotkanie sama.

    Dojechałam na kampus, podeszłam do wejścia i mówię, że ja też na to spotkanie. A jesteś na liście? Nie jestem, tak jakoś wyszło, ale czy mogę wejść? Zależy mi bardzo. Pozwolili, a mogli nie pozwolić, więc miałam tego dnia szczęście.

    Już na sali wykładowej HR dziewczyny ze startupu opowiadały i zachęcały studentów, żeby aplikować nawet jak stanowisko wydaje się nie dla nas. Często są takie ogłoszenia: Awesome? Apply here! – w ten sposób firmy budują sobie bazę przyszłych pracowników.

    Dziewczynom z HR można było zadać im pytania. Przygotowałam sobie jedno pytanie, mądre, żeby wypaść profesjonalnie. Chyba coś o zamknięciu miesiąca w aplikacji finansowej. Było to, nieskromnie mówiąc, jedno z nielicznych pytań merytorycznych.

    To też sposób, żeby dać się zapamiętać w gąszczu pytań o elastyczny czas pracy, czy ile jest przerw na jogę. Nie mówię, że jedyny słuszny, mówię, że warty wypróbowania.

    W międzyczasie podano pizzę i się już w ogóle zrobiła imprezowa atmosfera, gdzie ja z moimi latami 30plus, czułam się trochę jak dinozaur (a rzadko się tak czuję). Szybko więc umknęłam. Z wizytówką i anegdotką, którą mogę dziś opisać.

    Gdybym jednak kiedyś przyszła na rozmowę rekrutacyjną do tej firmy, to wspomnę tamto wydarzenie, wizytówkę mam, kontakt na LinkedIn też, więc znowu jest większa szansa, że będę kimś bardziej znanym niż aplikant “z ulicy”.

    Postów o pracy jest całkiem sporo na blogu – znasz te?

    Życzę ci, żebyś takich punktów wyjścia i znajomości miał jak najwięcej.

    Zrób coś nieoczywistego, daj się zapamiętać, albo przynajmniej przygotuj się.

    Włóż trochę wysiłku! W końcu to Kanada! I praca!

    Najwyżej zostaniesz tylko z dobrą historią. I z wyższym poziomem śmiałości. A to w Ameryce jest solidna waluta.

    Będzie mi miło, jeśli w komentarzu podzielisz się swoją historią. Osoby szukające pracy ci za to podziękują!

  • Przeprowadzka do Kanady. Jak dostaliśmy pobyt stały w Kanadzie czyli droga do Permanent Residency

    Zimą, 11 lutego napisałam na Facebooku: Dokonało się! Tak z lekka pompatycznie, wręcz z biblijnym zawołaniem. Coś w tym jest, że trzeba tak głośno zakrzyknąć: Mamy prawo do pobytu stałego w Kanadzie!

    Opowiemy Wam dzisiaj jak wygladłaa nasza do Kanady z Polski.

    O ile sami nie wyjedziemy, nie obowiązują nas żadne ograniczenia czasowe. Kuba może zmienić pracodawcę. Możemy się przeprowadzić w dowolne miejsce w Kanadzie.

    I za jakiś czas możemy się postarać o pobyt stały w Kanadzie, a kilka lat później o kanadyjskie obywatelstwo.

    przeprowadzka do kanady nie oznacza otrzymania pobytu stałego!

    Droga do pobytu stałego wcale wcale nie zaczęła się od dnia zero, czyli od 26 lipca 2014, kiedy Kuba wylądował na YVR.

    I sama chęć przeprowadzki do Kanady, nie gwarantuje, że mieszkanie na stałe bedzie możliwe.

    Ba, nie wiadomo nawet, czy zostaniemy wpuszczeni do Kanady, ale o tym innym razem.

    Podejrzewam, że część z Was zna naszą historię, to jednak przedstawię ją jeszcze raz. Zobaczysz, jak nasz plan “czasowej przeprowadzki do Kanady” przełożył się na zdobycie pobytu stałego.

    Sytuacja od 26 lipca 2014 do 11 lutego 2017

    Nie przyjechaliśmy z zamiarem emigracji na stałe. Nie byliśmy przygotowani. I nie zadawaliśmy sobie pytania, co będzie, jak wiza się skończy. Jeszcze nie wtedy.

    Pierwszy kanadyjski pracodawca Kuby – stracona szansa na pobyt stały w Kanadzie?

    Przylecieliśmy do Kanady na zaproszenie pracodawcy Kuby, który załatwił za nas wszystkie papiery. Latem 2014 wiedzieliśmy, że wyjeżdżamy na rok do Vancouver. I tylko na rok.

    Szukanie pracy w Kanadzie skwituję jednym słowem: profil na LinkedIn.

    Hej, stop, trochę już o tym pisałam, zerknij niżej:


    Kuba dostał pozwolenie na pracę (Work Permit, WP) oparte o LMO (Labour Market Opinion).

    To rodzaj zaświadczenie-opinia z urzędu imigracyjnego, że kanadyjski pracodawca potrzebuje ściągnąć pracownika spoza kraju.

    Wszystkie papiery przygotowała firma, my je tylko wydrukowaliśmy i z jednym kompletem Kuba przyleciał w lipcu, z drugim kompletem, plus dwójką dzieci doleciałam ja, 22 sierpnia 2014.

    Pozwolenie na pracę dostaliśmy ważne do lipca 2017. Oferta pracy dla Scanline była ważna rok, czyli do lipca 2015.

    Wtedy nie zaprzątaliśmy sobie głowy tym, co zrobimy,  jak Kubie skończy się kontrakt , bo i tak mieliśmy zostać tylko rok w Vancouver. Nie sprawdzaliśmy, czy mamy możliwość na pobyt stały w Kanadzie.

    Uprzedzając pytania: nie wiemy, dlaczego przyznano nam Work Permit dłuższy niż oferta pracy (umowa o pracę była na czas określony, na rok, a w papierach adwokat firmy nie zaznaczył na ile ma być przyznany Work Permit).

    Kuba dostał pozwolenie na pracę z zaznaczeniem, że pracuje tylko dla tego jednego pracodawcy (job-specific) i jeśli przestanie dla niego pracować, to Work Permit nam się kończy i musimy opuścić Kanadę.

    Moja sytuacja na początku naszego pobytu w Vancouver.

    Ja dostałam Open Work Permit (non-job specific), czyli miałam lepiej niż Kuba, bo mogłam pracować, gdzie tylko chcę. Byle bym nie pracowała z dziećmi, nie w szkolnictwie i nie w sex biznesie (omg).

    Chłopaki dostali pozwolenie na naukę (w paszporcie mają wpisane: Visitor Record, ale paszport wystarczył, żeby ich zarejestrować i o Study Permit poprosił adwokat firmy w naszych dokumentach. Nie wiem jednak, czy wszystkie dzieci rodziców z Work Permit z automatu dostają pozwolenie na naukę).

    W lipcu 2015 minął nam rok w Kanadzie, umowa Kuby została przedłużona, ja znalazłam pracę w Accenture Canada, chłopaki na wakacje polecieli do dziadków, do Polski.

    Ktoś może w tym miejscu zapytać: zaraz, zaraz, a dlaczego wtedy nie rozpoczęliście procedury starania się o pobyt stały? 

    System Express Entry już wtedy działał, Kuba miał rok przepracowany u kanadyjskiego pracodawcy.

    Wtedy, w lipcu 2015 nie wystąpiliśmy po pobyt stały z jednego powodu – po roku w Kanadzie nie byliśmy przekonani, że chcemy zostać tutaj na dłużej.

    Także po roku pracy w Scanline, Kuba nie wiedział, czy następną ofertę pracy dostanie już na czas nieokreślony i jakie będą warunki zatrudnienia (dopiero w sierpniu podpisał nową umowę). Ponieważ jego Work Permit było ważne aż do lipca 2017, postanowiliśmy wstrzymać się jeszcze z podjęciem decyzji.

    Tak, zgadzamy się, ale ponownie napiszę: wtedy mieliśmy inne powody i przemyślenia. Część naszych wątpliwości opisałam w różnych emocjonalnych postach.

    Rozczarowanie, bezsilność, tęsknota, ciężkie początki, to wszystko było naszym udziałem i w znaczny sposób wpływało na decyzje, co dalej.

    W październiku 2015, po pierwszym powrocie z Polski, byliśmy zdecydowani zostać w Kanadzie do czerwca 2016, tak, żeby Krzysiek skończył rok szkolny.

    To był również ten czas, kiedy zdecydowałam się zrezygnować z pracy na cały etat dla Accenture Canada.

    Skoro i tak mieliśmy w planach wrócić do Polski, chciałam resztkę tego czasu spędzić z chłopakami, pooglądać Vancouver i Kanadą “się nacieszyć”.

    Drugi kanadyjski pracodawca Kuby -druga szansa na pobyt stały w Kanadzie?

    W lutym 2016 Kuba poszedł na rozmowę kwalifikacyjną w innej firmie z branży VFX – AnimalLogic (sprawdź ich stronę, może akurat potrzebują ciebie?).

    Po co, może ktoś zapytać, skoro i tak wracamy do Polski?

    No cóż, była okazja, poszedł, dostał pracę, i w ramach szkolenia wyjechał do Australii.

    Piszę Wam to nie po to, żeby się jakoś specjalnie chwalić. Nie.

    Albo inne zdarzenie, okazja, która wywróci twój plan do góry nogami.

    I tak właśnie było z drugim kanadyjskim pracodawcą Kuby.

    Czerwiec 2016 jako data powrotu do Polski przestał mieć rację bytu.

    Poniżej znajdziesz jeszcze trochę informacji o kwestii pracowych. Przydadzą się przy aplikowaniu o pobyt stały.

    Drugi kanadyjski pracodawca Kuby również działa w branży Visual Effects. W Vancouver jest całkiem sporo liczących się na świecie firm, które zajmują się efektami specjalnymi.

    I tak, zdarza się, że ściągają programistów na krótki czas, tylko do projektu. Potrafią szybko rozbudować zespół, a potem równie szybko go zamknąć.

    Jeśli ktoś z Polski szuka pracy w obszarze IT, to w Vancouver wciąż jest spora szansa na ofertę pracy popartą oświadczeniem LMIA (następca LMO w prawniczym żargonie imigracyjnym), która daje prawo do wystąpienia o (czasowe) pozwolenie na pracę.  

    A potem można aplikować o pobyt stały w Kanadzie.

    Kiedy to piszę (wiosną 2017) najwięcej Polaków do Vancouver ściąga Amazon. Jesteś programist(k)ą?

    Drugi pracodawca Kuby również wystąpił do Social Development Canada (ESDC) o wydanie zaświadczenia LMIA, które miało być podstawą nowego pozwolenia na pracę.

    Ponownie mieliśmy to szczęście, że wszystkie dokumenty za nas załatwili prawnicy firmy. Nam pozostało jedynie pojechanie na granicę, przekroczenie jej i aktywowanie nowego Work Permit.

    Nie wiedzieliśmy wtedy, że można również umówić się w biurze imigracyjnym na miejscu (jak komuś się uda dodzwonić na infolinię cic.gc.ca).

    Ponieważ czekał nas wyjazd do Stanów, wystąpiliśmy po amerykańskie wizy turystyczne. Szczegółowo opisałam naszą historię rok temu.

    Zaczynamy na poważnie myśleć, jak zabrać się za zorganizowanie naszego pobytu stałego w Kanadzie.

    Po  powrocie Kuby z Australii (kwiecień 2016) zaczęliśmy ponownie rozmawiać o tym, czy wystąpić o pobyt stały. Do tego momentu nie byliśmy jeszcze przekonani – Kuba chciał sprawdzić, jak będzie w nowej pracy.

    Nie bez znaczenia była także wizyta moich rodziców, w marcu 2016, i ich bardzo pomocne podejście do naszego, dłuższego niż początkowo planowany, pobytu w Kanadzie.

    W maju 2016 zaczęliśmy przygotowania do wystąpienia o pobyt stały.

    Nasze przygotowania. Najpierw research. Poszukiwania samodzielne i bez konsultanta.

    Działaliśmy zgodnie z zasadą:jak nie ma w ‘gogle’, nie ma ‘wogle’. Czyli jeśli nie ma odpowiedzi na nasze pytania, to znaczy, że kwestia jest nieistotna.

    Umówiliśmy się, że kwestie obczajenia, co i jak z pobytem stałym w Kanadzie, biorę na siebie.

    Od początku wiedzieliśmy, że nie będziemy korzystać z pomocy konsultantów, bo znaliśmy inne rodziny w podobnej sytuacji, które uzyskały PR samodzielnie.

    Żadne z nas nie miało nigdy problemów z prawem czy odmową wjazdu do jakiegokolwiek kraju.

    Samodzielne przygotowanie się na stałą emigrację do Kanady jest jak najbardziej do ogarnięcia, niemniej jednak każda sytuacja jest inna.

    Znamy równie dużo historii, gdzie kompetentny urzędnik pomógł dostać stały pobyt, jak i takich, które ostrzegają przed naciągaczami.

    Konsultant emigracyjny wskaże i pomoże, ale nie przygotuje za ciebie dokumentów np. od twojego pracodawcy z Polski, nie wystąpi o zaświadczenie o niekaralności, ani nie załatwi badań medycznych. Przynajmniej my nie znamy takich. Pamiętaj, że często koszt konsultacji podwaja całość wydatków, a ten już na starcie jest niemały!

    Przygotowanie się do pobytu stałego samodzielnie zaowocuje w przyszłości!

    Gdzieś przeczytałam zdanie, że jeśli nie jesteś w stanie zrozumieć choćby podstaw tego, jak wyemigrować do Kanady i musisz być prowadzony za rękę, to jak sobie poradzisz później, już na miejscu?

    Jest w tym ziarnko prawdy.

    Pobyt stały w Kanadzie, mieszkanie na stałe w innym kraju, to nie jest bułka z masłem!

    Ogrom informacji, które musisz przeczytać  i przyswoić, na pewno onieśmiela i zniechęca, ale jest dobrym testem na to, czy jesteś gotowy na jeszcze większe wyzwanie – czyli znalezienie pracy, mieszkania, słowem dobre życie, już w Kanadzie.

    Wiem, że łatwo mi tak pisać, bo przyjechaliśmy na “gotowe” – na początku nie musieliśmy sami wyszukiwać, jak wyemigrować, z jakiego programu skorzystać. Dostaliśmy listę dokumentów do przygotowania, ofertę pracy, bilety lotnicze i już.

    Latem 2014 nie wiedziałam nawet, jakie są sposoby na wyjechanie i pracę w Kanadzie. Nie interesowaliśmy się tym.

    Nawet jeśli masz furę pieniędzy i wieloletnie doświadczenie. To nie Unia Europejska bez granic i z wolnym rynkiem pracy. (Ale jakoś pocieszające jest, że nie tylko dla Polaków Kanada jest taka szczelna, inne narodowości też muszą przejść procedurę wjazdu).

    Dziś już wiem, że lepiej jest wiedzieć więcej niż mniej.

    Być lepiej przygotowanym niż my. Oszczędzi się sobie stresu, kiedy już nie będzie konsultanta imigracyjnego na wyciągnięcie ręki.

    Dobrze przygotowany imigrant to pewny siebie imigrant 😉

    Szukaj informacji o tym, jak wygląda przeprowadzka do Kanady. Czytaj, googlaj, pytaj

    Z dnia na dzień przybywa miejsc w sieci, gdzie można przeczytać o tym, jak proces wygląda, zasięgnąć rady, czy nawet dołączyć do grupy osób, które aplikowały o różne rodzaje wiz w tym samym czasie.

    Strony w internecie, gdzie możesz szukać informacji

    Jeśli korzystasz z usług doradcy imigracyjnego, to przed pierwszą wizytą sprawdź sobie chociaż to narzędzie na stronie rządowej [eng]. Będziesz lepiej przygotowany do wizyty. Pamiętaj, że to od Ciebie zależy, jak będzie wygladała Twoja przeprowadzka do Kanady i czy w ogóle będzie możliwa.

    Czy mogę wyemigrować do Kanady jako pracownik wykwalifikowany?

    My, po sprawdzeniu, co i jak, wiedzieliśmy już, że aplikować będziemy przez program Canadian Experience Class.

    Nasz ścieżka aplikowania na pobyt stały czyli czym polega Canadian Experience Class?

    [Uwaga: to są wymogi ważne w momencie, kiedy my rozpoczęliśmy swoją aplikację, czerwiec 2016]

    Żeby móc skorzystać z tej ścieżki emigracyjnej, pracownik mieć przepracować przynajmniej rok u pracodawcy kanadyjskiego.

    Nie jest konieczne, żeby to był rok przepracowany ciurkiem (wymagana jest suma  z trzech ostatnich lat).

    Nie musi to być ten sam pracodawca. Zawód musi być z określonej grupy NOC (o tym, co to jest przeczytasz w poście o pracy).

    Zbieraj wszystkie dokumentu, emaile dotyczące pracy, pracodawcy, oferty. Na późniejszych etapach aplikacji o pobyt stały pojawiła się konieczność dostarczenia oferty pracy, którą Kuba dostał od pierwszego i drugiego kanadyjskiego pracodawcy.

    Nie wiem, czy jest to ścieżka łatwiejsza niż pozostałe, czy szybciej dostaje się pobyt stały Kanadzie.

    U nas głównym aplikantem był  Kuba i to na jego ofercie pracy, doświadczeniu z Polski oraz znajomości języka oparliśmy system punktowy Express Entry.

    Musisz to mieć podczas aplikacji: Test językowy – IELT

    Zdecydowaliśmy, że tylko Kuba (jako główny aplikant) podejdzie do testu językowego. Dlaczego tak?

    Podczas podliczania, czy mamy wymaganą ilość punktów, żeby zostać wylosowanymi, wyszło nam, że moje wyniki z egzaminu językowego nie są konieczne. Tak samo, jak ewaluacja naszych dyplomów z uczelni.

    Znamy przypadki, że test językowy zdawały dwie osoby z rodziny – właśnie po to, żeby mieć więcej punktów i większą szansę na otrzymanie zaproszenia do aplikowania.

    Szczegóły testu językowego IELTS

    Zdecydowaliśmy się na IELTS, General, bo ma większą rozpoznawalność i uznawalność poza Kanadą. Do celów emigracyjnych można również zdawać kanadyjski CELPIP.

    Jest wiele ośrodków, gdzie można podejść do egzaminu językowego. My wyszukaliśmy w google, porównaliśmy ceny testów (nieznacznie się różniły, serio, sama byłam zdziwiona, myślałam, że jest to odgórnie ustalone), i koniec końców stanęło na British Council.

    Cały test, część pisemna, słuchanie, czytanie i mówienie trwało kilka godzin. Nawet osoby, dla których angielski jest językiem ojczystym, radziły wcześniej zrobić przykładowy test.

    Informacje o wyniku egzaminu przyszły po kilku dniach pocztą oraz emailem.

    Jeśli brakuje Ci jakiś punktów do Express Entry, to właśnie wynik egzaminu językowego może to zmienić.

    Jak zmienia się punktacja w Express Entry?

    System Express Entry ma 4 kluczowe wskaźniki: wiek (tego raczej nie zmienisz, a właściwie tylko pogorszysz), wykształcenie, doświadczenie zawodowe i znajomość angielskiego/francuskiego.

    Zmieniając któryś z tych wskaźników, możesz podnieść swoją sumę punktów w systemie.

    My mieliśmy wystarczająco dużo punktów, żeby spokojnie wystąpić o pobyt stały w Kanadzie. Mieliśmy ich tyle po po przeprowadzce do Kanady, a nie przed.

    Dlatego nie wystąpiliśmy do WES po  Educational Credential Assessment (ECA), czyli uznanie naszych polskich dyplomów.

    Ale jeśli punktów ci zabraknie, to sprawdź, czy ewaluacja twojego wykształcenia coś zmieni i może być łatwiej o pobyt stały w Kanadzie!

    Tworzenie profilu w Express Entry

    Do tego momentu nie wiedzieliśmy, jakie dokumenty będą nam potrzebne, więc żadnych nie przygotowywaliśmy. Z lenistwa trochę też. Och zemści się to, zemści później…

    Nie jest to najlepsze rozwiązanie, więc nie idź tą drogą! 😀

    Bo później ma się tylko określony czas na dostarczenie dokumentów (90 dni).

    Jakie dokumenty potrzebne do pobytu stałego możesz przygotować wcześniej?

    Nie wszystkie da się mieć wcześniej, bo tracą ważność np. po upływie roku.

    Możesz wcześniej (ale nie za wcześnie) wystąpić o zaświadczenia o niekaralności z krajów, gdzie byłeś 6 miesięcy i dłużej.

    Na niektóre z dokumentów czeka się dłużej (wyobrażasz to sobie? – prosisz o coś FBI?!), a czas na ich dostarczenie niepokojąco się kurczy.

    Nie będę się rozpisywała, jakie są po kolei kroki w wpisywaniu informacji, bo system sam podpowiada dość wyraźnie, co i jak masz teraz wpisać czy dołączyć. A jak są wątpliwość, to pytaj w internecie.

    Już po wpisaniu wszystkich informacji osobistych do Express Entry (a trochę ich jest), pojawiło się info o punktach przyznanych za każdy z elementów składowych. U nas było ich około 800 (sama oferta pracy z LMIA dawała 600 punktów, do listopada 2016).

    W czerwcu 2016  ITA (Invitation to Apply, zaproszenie do składania wniosku o pobyt stały) przyznawane były od około 500 punktów.

    Wiedzieliśmy więc od początku, że powinniśmy dostać zaproszenie (które oczywiście wcale nie gwarantuje, że urzędnik pozytywnie rozpatrzy naszą późniejszą aplikację o pobyt stały).

    Czas leci, czas leci jak szalony. Na aplikowanie o pobyt stały w Kanadzie masz tylko określoną ilość czasu

    W teorii większość aplikacji złożonych przez Express Entry powinna być rozpatrzona do 6 miesięcy.

    W praktyce, dolicz jeszcze te dwa-trzy miesiące potrzebne na zebranie papierów, zanim prześlesz kompletną aplikację.

    Po tygodniu od założenia profilu odbyło się losowanie i 29. czerwca przyszła automatyczna wiadomość, że zostało nam przyznane zaproszenie i mamy kilkadziesiąt dni na uzupełnienie dokumentów, skompletowanie papierów i przesłanie wszystkiego elektronicznie.

    Tik-tak, zaczęło się odliczanie.

    Główny aplikant to Kuba i to od niego wymagana była większość dokumentów.

    Na szczęście Kuba nigdzie nie mieszkał poza Polską dłużej niż 6 miesięcy, więc odpadło nam uzyskiwanie zaświadczenia o niekaralności dla niego z różnych ciekawych krajów.

    Jakie dokumenty do pobytu stałego w Kanadzie były wymagane ode mnie?

    Ja z kolei, 30. czerwca spotkałam się spotkanie z konsulem honorowym Węgier, celem autoryzacji mojego podpisu. Musiałam wystąpić do urzędu w Budapeszcie o wydanie mi zaświadczenia o niekaralności.

    Dlaczego? Dlatego, że studiowałam na Węgrzech przez półtora roku. I żeby dostać taki papier, będąc w Vancouver, musiałam poprosić o pośrednictwo konsula, a potem ambasadę Węgier w Ottawie. Papier zdobyłam, nadałam kurierem (bo akurat Canada Post zapowiedziała na ten czas strajk).

    W tym miejscu chcę serdecznie podziękować bratankom- Węgrom, bo konsul nie wziął ode mnie pieniędzy za podpis notarialny, a kazał iść do domu i kibicować polskim piłkarzom (akurat w czerwcu/lipcu 2016 jakieś zawody były).

    I teraz już widzisz, dlaczego warto zadbać przynajmniej o niektóre dokumenty wcześniej? (Ale znów nie za wcześnie, bo niektóre mają termin ważności, i muszą być aktualne w trakcie przyznawania statusu stałego rezydenta).

    Zaświadczenia o niekaralności były wymagane od nas, dorosłych.

    Zaświadczenia o niekaralności z Polski.

    Dołączyliśmy zaświadczenia z Polski (wydane nam w Warszawie od ręki) oraz węgierskie dla mnie.

    Jak możesz uzyskać takie zaświadczenie?

    • Poprosić kogoś w Polsce, żeby załatwił i wysłał (może być potrzebne notarialne upoważnienie dla tej osoby).
    • Wysłać pocztą wniosek i dowód opłaty do urzędu w Polsce (np. do głownego biura na Czerniakowskiej w Warszawie) i poprosić o wysyłkę do Kanady.
    • Załatwić przez internet przez firmy pośredniczace (to prywatne firmy więc ostrożnie!)
    • NIE załatwiaj zaświadczenia przez profil zaufny/ePuap bo te elektronicznie wygenerowane zaświadczenia nie sa akceptowane przez kanadyjski urząd imigracyjny.

    Nie musieliśmy załączać zaświadczenia o niekaralności z Kanady.

    Przy polskim zaświadczeniu mieliśmy zagwozdkę, czy dodać gdzieś info, do czego to potrzebujemy ten papier. W końcu dopisaliśmy już na dokumencie: do wizy stałego pobytu w Kanadzie, i tak nam przetłumaczyła tłumaczka.

    Wymagana wizyta u lekarza, specjalnie dedykowanego do wiz pobytu stałego

    Cała rodzina musiała stadnie udać się na badania lekarskie, ale nie do pierwszego lepszego lekarza, czy nawet lekarza rodzinnego, o nie.

    Trzeba umówić wizytę u lekarza uprawnionego do wykonywania badań do celów imigracyjnych (panel physician).

    I sporo za to zapłacić. Data badania też nie może być przypadkowa – są one ważne przez 12 miesięcy i muszą być ważne w momencie, kiedy fizycznie stawisz się na granicy po uruchomienie stałego pobytu. Dlatego najlepiej wykonać je, jak już otrzymasz ITA.

    U lekarza pobrano nam krew, zrobiono prześwietlenie klatki piersiowej, badanie moczu i oczu, oraz ogólnie wywiad.

    Przy rejestracji potrzebny był paszport, ale same wyniki badań zostały przesłane bezpośrednio do urzędu imigracyjnego.

    Kilka miesięcy później dostaliśmy informacje w emailu, że zaliczyliśmy te badania.

    Wydrukowane kartki od lekarza (w zamkniętej kopercie), na których zresztą niewiele było napisane, zabraliśmy ze sobą na granicę, kiedy aktywowaliśmy status Permanent Resident. Może o nie zapytać oficer imigracyjny, więc ich nie zgub przez te kilka miesięcy czekania.

    Tłumaczenia wszystkich potrzebnych dokumentów na angielski zrobiliśmy w Warszawie – znowu skorzystaliśmy z opcji: tanio i blisko, na Woli.

    Najwięcej zachodu przysporzyło nam zdobycie  wszystkich zaświadczeń od  wszystkich naszych pracodawców.

    Zdecydowaliśmy się poprosić o te zaświadczenia wszystkich pracodawców, choć czytaliśmy też rady, żeby nie wszystkich wymieniać. Zwłaszcza tych, u których się pracowało za czasów dinozaurów 😉 Canadian Experience Class wymagało udowodnienia jedynie roku pracy u kanadyjskiego pracodawcy.

    Ale jeśli dostaniesz punkty za doświadczenie zawodowe, musisz je udowodnić dokumentami.

    I oczywiście z pracodawcami z Polski mieliśmy najwięcej problemów.

    Jak szukaliśmy pomocy w zdobyciu dokumentów na pobyt stały w Kanadzie wśród dawnych polskich pracodawców.

    Czyli pokłosie dobrej zmiany w TVP.

    Nie pracuje tam już nikt, kto przed dziesięciu laty znał Kubę. Odbyło się wielkie poszukiwanie po mediach społecznościowych kogoś, kto znał kogoś, kto znał kogoś. A na końcu ten ktoś niestety nie mógł swoim nazwiskiem poświadczyć faktu zatrudnienia Kuby. Jedyne, co dostaliśmy to wyciągi z księgowości, pokazujące przelew pensji na konto. I zero informacji o tym, za co, w jakim wymiarze, na jakim stanowisku.

    Wszystko to opisaliśmy w liście dodatkowym (letter of explanation) dołączonym do dokumentów w naszym profilu Expres Entry.

    Letter of Explanation to zresztą twój przyjaciel – możesz go wykorzystać do wyjaśnienia wszystkich kwestii niejasnych w dokumentach.

    Dla przykładu: CIC chciał ode mnie dokumentu potwierdzającego zmianę nazwiska. Bo przecież przed ślubem byłam Ignatowicz, a po ślubie Jeziorska. Konia z rzędem temu, kto taki dokument wydaje 😉 Ja dołączyłam akt małżeński oraz właśnie letter of explanation, gdzie napisałam coś w stylu: w Polsce zwyczajowo kobieta przyjmuje nazwisko męża po ślubie i wiele z tych nazwisk ma formę żeńską i męską.  I przeszło.

    Załączyliśmy również proof of funds, czyli wyciąg z konta.

    Teoretycznie nie jest to potrzebne, jeśli masz pracę na cały etat i na czas nieokreślony oraz jesteś już w Kanadzie. W praktyce dostaliśmy od ręki taki papier w TD Canada, więc czemu nie dodać?

    Jak zorganizować tę górę dokumentów?

    Jednym z czynników, które przemawiają za tym, aby skorzystać z usług doradcy, jest konieczność zajęcia się całą papierkologią.

    Bardzo dużo wypełniania online, załączania pdfów w jednym pliku, odhaczania, co jeszcze zostało do zrobienia, pilnowania terminów.

    My zrobiliśmy to sami i piszę te słowa już jako stały rezydent, ale jak najbardziej rozumiem potrzebę wynajęcia kogoś do pomocy.

    Papiery spływały z różnych źródeł, my większość dostawaliśmy jako skany. Wszystkie zaświadczenia od pracodawców z Polski dostaliśmy jako skany (oryginały papierowe czasami nam wysyłali na adres polski, ale nikt w Kanadzie nie kazał nam ich przedstawiać, wystarczyły te skany)

    Trello plus Google Calendar plus Google Drive

    Jest taki program- aplikacja do zarządzania notatkami, Trello. Wersja podstawowa bezpłatna. To rodzaj tablicy, na której przypinasz informacje, notatki, luźne myśli. W naszym przypadku było to wszystko, ale to wszystko, o Permanent Residency. Screeny ze strony Immigration Canada, linki, daty, komentarze.

    Do kart na tablicy możesz dołączyć dokumenty, pliki, zdjęcia, a wszystko to zsynchronizować z kalendarzem.

    Stworzyliśmy jedną tablicę Trello, którą mogliśmy wspólnie edytować. Trello można zintegrować z kalendarzem Google, skąd otrzymywaliśmy powiadomienia o nadchodzących terminach.

    Zerknij, jak to wyglądało.

    Jak dostaliśmy pobyt stały w Kanadzie_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady
    Tablica współdzielona Trello

    Aby wszystkie dokumenty zeskanowane przechowywać w jednym miejscu i mieć do nich dostęp, użyliśmy dysku w chmurze czyli Google Drive.

    Na zdjęciu zobaczysz nasz system folderów. Również do nich mieliśmy dostęp ze wszystkich urządzeń i naszej poczty emailowej.

    Jak dostaliśmy pobyt stały w Kanadzie_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_4
    Foldery na Google Drive

    Ok, dobrnęliśmy do prawie końca.

    Nasza aplikacja o pobyt stały się procesowała, a my czekaliśmy

    Co jakiś czas przychodził automatyczny email, który pokazywał status aplikacji.

    W pewnym momencie poproszono nas o wpłatę, co do której byliśmy przekonani, że już ją uiściliśmy. Zatem niefrasobliwie napisaliśmy, że ale halo, macie błąd w papierach! Okazało się po dwóch dniach, że zapłaciliśmy, ale za coś innego (opłata za procesowanie aplikacji dla naszej czwórki: 1400 CAD), a nie opłatę za PR (980 CAD).

    Lekkie przerażenie w oczach, że teraz to już na pewno nas odrzucą, ale nie, dopuścili email wyjaśniający i potwierdzenie przelewu. Więc nie takie straszne CIC, jak je malują 😉 Tam też pracują ludzie.

    W ostatnim tygodniu stycznia 2017 dostaliśmy informację, że aplikacja została przeprocesowana. Done.

    Na granicy ze Stanami, czyli jak zrobiliśmy fizyczny landing

    Trochę ogólnych informacji o tym, jak wystąpić o pobyt stały na granicy.

    Tydzień po tym, jak dostaliśmy CoPR czyli dokument Confirmation of Permanent Residency, pojechaliśmy na granicę ze Stanami.

    Nie musisz jechać na granicę, możesz umówić się w biurze CIC w Vancouver i tak zrobić tzw. landing.

    Być może spotkasz się z terminem: flagpole, czyli akcją, że nie musisz wjeżdżać do USA, tylko zostać zawróconym z granicy (dostać odmowę wjazdu do USA) i wrócić do Kanady.

    Nie wjeżdżając do USA, robisz właśnie taki objazd słupa z flagą (choć oczywiście nie jest to tylko objazd, musisz z samochodu wysiąść, przynajmniej w tym punkcie granicznym, gdzie my się stawiliśmy).

    W internecie przeczytasz, że flagpole to najprostsza metoda przekroczenia granicy, aby wrócić do Kanady jako stały rezydent.

    Podobno nie potrzeba mieć wtedy wizy turystycznej do USA, bo skoro i tak celnik odmawia ci wjazdu, to po co wiza?

    Pojawiają się jednak opinie, że odmowa wjazdu do Stanów może zaważyć na twoich następnych próbach wjechania do USA.

    Musisz sam zdecydować, jak chcesz to rozwiązać. Być może wizyta w biurze CIC w twoim mieście wystarczy?

    My mamy wizy do Stanów, już raz wjechaliśmy do tego kraju, żeby podczas powrotu otrzymać nowy Work Permit.

    Nasza wycieczka do USA, żeby wystąpić na granicy o pobyt stały w Kanadzie

    Dlatego 11 lutego 2017 wyruszyliśmy na granice z USA, do Peace Arch.

    I to był błąd.

    Bo 11 lutego to była sobota tuż przed Family Day, kiedy setki mieszkańców B.C. wyruszyło poza miasto, także do południowych sąsiadów. Sznur samochodów do granicy skutecznie nas otrzeźwił i zmusił do podjęcia decyzji: zostawiamy auto, idziemy pieszo.

    Samochód zostawiliśmy na darmowym parkingu tuż przy budynku kanadyjskiego urzędu imigracyjnego.

    Mijamy więc najpierw celników kanadyjskich, którzy oczywiście hałdujudu i co my tutaj robimy?

    Odpowiadamy, że musimy zrobić landing for PR, ale samochodów tyle, że idziemy pieszo.

    Celnik macha ręką w stronę majaczącego w oddali budynku amerykańskiego urzędu imigracyjnego, że mamy iść tam i dostać papier, że weszliśmy do USA (albo, że nie weszliśmy do USA, ale przynajmniej wyszliśmy z Kanady, o matko bosko i córko!).

    Idziemy, dobrze, że słońce świeci, ale jest zimno i trawa jest mokra. Chodnik kończy się przy fladze amerykańskiej, w USA to już na chodnik nie starczyło? [żart]

    Wchodzimy do budynku amerykańskiego urzędu, a tam tłok większy niż na arabskim bazarze. Ja już się ustawiam w kolejkę, która wije się z wszystkich możliwych stron, ale Kuba puka się w głowę i zarządza: zawracamy.

    Oczywiście wracamy przez trawnik (ziemia niczyja?), bez żadnych dokumentów od urzędnika USA. Nikt nas nie zatrzymuje, nikogo nie interesuje, czego my tak sobie spacerujemy pomiędzy Kanadą a USA.

    Zasieki niby są, celnicy nas mijają, ale nikt o nic nie pyta. Dochodzimy do budynku kanadyjskiego i już sobie układam w głowie, co powiem, jak mnie jednak zapytają, dlaczego wchodzę do Kanady [hehehe].

    Kanadyjska urzędniczka pyta, to zgodnie z prawdą odpowiadamy, że próbowaliśmy wejść do Stanów, żeby dostać odmowę wejścia do Stanów, żeby móc wejść do Kanady. [uwielbiam to zdanie, serio, chyba je sobie na jakimś plakacie wydrukuję!]

    Ale nam się nie udało (nie)wejść do Stanów, bo ludzi za dużo. Dlatego przepraszamy ale na dziś wystarczy, kiedy indziej przyjedziemy zrobić landing.

    No to jak w końcu? Udało się dostać ten pobyt stały?

    Ta historia brzmi surrealistycznie i pewnie tak jest, bo celniczka patrzy na nas, później na sznur samochodów, coś tam pisze i mówi: idźcie do okienka B, zróbcie landing, widziałam Was, jak przez trawnik szliście z USA (sic!).

    Dalej to już nuda, zero kolejek przed kanadyjskim celnikiem, kilka pytań, kilka zapewnień (także takich, że karty stałego obywatela czyli PR Cards mogą przyjść nawet po 4 miesiącach. To dość istotne, bo bez takiej karty nie możemy wrócić do Kanady, eh).

    To również ten czas, kiedy deklarujesz majątek, jaki wwozisz do Kanady. Żeby ci potem nie naliczyli podatku czy cła.

    Ważna sprawa, jeśli np. przyjeżdżasz wyładowanym po brzegi autem i robisz landing.

    Cały nasz kanadyjski majątek ruchomy to mały miki, więc nie było co deklarować.

    I jeszcze na granicy były proporczyki kanadyjskie dla chłopaków i Welcome to Canada. Oraz: nie zgubcie kartki, bo od teraz liczy się wasza rezydentura w Kanadzie, potrzebna do obywatelstwa.

    Ale to jeszcze minimum 4 lata.

    Uff.

    PS. Karty plastikowe przyszły po trochę ponad miesiącu.

    Podsumowanie całego naszego wpisu o tym, jak w Vancouver aplikowaliśmy o pobyt stały!

    Mieliśmy całą górę przygody: Po drodze były zagubione i zawrócone dokumenty, wystąpienie do MSP o zwrot kosztów badania imigracyjnego, zastanawianie się, czy na zaświadczeniu o niekaralności powinno być napisane, że jest do wizy, czy że nie powinno?

    A i tak nie przewidzieliśmy wszystkiego, bo i wszystkiego nie da się przewidzieć! Przyjęliśmy taktykę: według naszej najlepszej wiedzy jest tak…. i po prostu liczyliśmy, że jak będą pytania (np. o tę nieszczęsną współpracę z Telewizją Polską), to urzędnik się do nas zwróci.

    Nic takiego nie nastąpiło. Jest więc duża szansa, że u ciebie będzie podobnie. Może potrwa to dłużej, może będzie wymagać więcej wysiłku, ale jeśli chcesz zostać stałym rezydentem Kanady, to pewnie się uda! Tego ci życzymy!

    Powodzenia i do zobaczenia w Kanadzie!

    Ten artykuł ma ponad 4 tysiące słów. Sporo nad nim pracowałam. Jeśli przydał ci się choć oddrobinę, będzie mi miło, jeśli zostawisz komentarz. Dziękuję!

  • Jak rozmawiać z Kanadyjczykami ? [ część I ] Z czym ja miałam problem? No dobra, wciąż mam….

    Najpierw tytułem wstępu. Kto mnie zna, wie, co studiowałam. Kto mnie zna lepiej, wie, co teraz myślę o takim wyborze studiów [dyskretny chichocik w tym miejscu. Studiowałam hungarystykę].

    Zawsze lubiłam język i wielu się uczyłam (zważ na różnicę: uczyłam, a nie na-uczyłam).

    Wiele rzeczy, jeśli nie wszystkie w życiu, zależą od naszej umiejętności komunikowania się.

    Nie bój się, nie ja to wymyśliłam, więc gwarancja jest, że ktoś mądry już tę prawidłość udowodnił.

    Ja co najwyżej mogę się podpisać wszystkimi czterema kończynami pod tym stwierdzeniem, zwłaszcza po dwóch latach mieszkania w kraju, którego język wciąż jest dla mnie obcym.

    Często myśląc o tym, co stanowi  naszym powodzeniu na emigracji, nie poświęcamy za dużo uwagi komunikowaniu się czy językowi.

    Naturalnym jest myślenie o pracy, mieszkaniu, aklimatyzacji. Gdzieś może się zawahamy, co do angielskiego, no ale proszę Cię, angielski?! Ja nie dam rady? Kto, jak nie ja?

    Sama tak myślałam.

    Błąd! I mimo że nie obawiałam się o swój angielski, to z zaskoczeniem zobaczyłam, że się z Kanadyjczykami nie dogaduję.

    Zaczęłam się zastanawiać i lojalnie uprzedzam drodzy czytelnicy, że będzie na blogu seria postów pt. Jak rozmawiać z Kanadyjczykami? Bo mam potrzebę wygadania się na ten temat.

    I zapisania ku przestrodze i ku pamięci [mojej głównie]

    To zaczynamy:

    Jak rozmawiać z Kanadyjczykami? Moje grzechy komunikacyjne

    1. grzech główny – długość wypowiedzi

    Ja jestem gaduła, serio mogę zagadać każdego.

    Więc moja największą bolączką nie jest to, że kogoś nie interesuje, co mam do powiedzenia. Mnie nie interesuje, że jego nie interesuje, byleby słuchał.

    Kanadyjczycy to naród mający opinię grzecznych i uprzejmych ludzi.

    Myślisz, że stali i słuchali, jak Kasia nawija? O nie !

    Kanadyjczycy nie będą słuchać, oni dadzą jasno do zrozumienia, że nie mają czasu na dłuższą rozmowę. Taktownie ją skończą, ale skończą definitywnie.

    I mogą zacząć unikać rozmowy ze mną od tej pory, bo właśnie dostałam łatkę gaduły i zanudzacza.

    Trudno o drugą szansę.

    Oczywiście nadal będą uprzejmi, ale będzie to uprzejmość podszyta lekką nutką niecierpliwości i dystansu.

    Nie polecam !

    2. grzech główny, wypływający z 1. – monopol na rozmowę

    Dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że jako gaduła podpadam dodatkowo pod kategorię monopolista rozmowy.

    Ciężko się samemu zdiagnozować, bo miałam święte przekonanie, że robię dobrze społeczeństwu, bo przecież podtrzymuję konwersację. I wchodziłam głębiej i głębiej w temat, obierając go jak cebulę z warstw i nie patrząc, że innym już od niej lecą łzy z oczu.

    I Kanadyjczycy mi pokazali (grzecznie, a jakże !), jak pohamować zapędy takiej monopolistki i gaduły . Mówili na przykład tak:

    Wow Kate, that’s amaizing that you you had a great time on camping. Before you continue I need to let you know that in few minutes I have to get back to…..

    Well, Kate that’s really something. I have to take care of…. right now. Maybe we can catch up later.

    A skoro o przerywaniu mowa….

    3. grzech główny – przerywam wypowiedzi innnych

    Niegrzeczne i wyjątkowo źle widziane w Kanadzie.

    Z wyjątkiem sytuacji opisanych powyżej, czyli przerywanie celem zatrzymania słowotoku, nie ma usprawiedliwienia.

    A ja? Przerywam komuś wpół zdania, zanim ktoś skończy, bo myślę, że wiem, co on chce powiedzieć i nie chce mi się czekać tych dwóch minut, żeby mógł skończyć.

    Nie będziemy tracić czasu, przecież jest tyle do obgadania.

    Albo uważam, że ta osoba się myli i przecież moim najświętszym obowiązkiem jest wyprowadzić ją z błędu.

    O rany….. (nawet jak o tym piszę, to się rumienię ze wstydu)

    Kończąc tę samokrytykę, chcę jeszcze napisać o dwóch postawach komunikacyjnych, które są równie źle odbierane.

    U mnie też występują (pocieszam się, że w mniejszym natężeniu), a przyszły mi do głowy podczas rozmów w gronie emigrantów. I nie, nie tylko Polaków 😀

    Grzech poboczny – ja mam gorzej i to nic nowego

    Po angielsku taka postawa nazywa się: the one upper – czyli ja narzekanie, że ja to mam gorzej/lepiej. Typowy wyścig na opowieści.

    W gronie kobiecym wygląda naprzebijanie się historiami negatywnymi i o dzieciach. Wśród panów występują przechwałki. Wybaczcie uproszczenie.

    Taki przykład. Ktoś z emigrantów dzieli się swoimi wrażeniami z poszukiwania pracy, a ktoś inny przebija to opowiadając, jak mu było ciężko, ale się udało, i żeby się nie przejmował. Jednocześnie nieofiarując tej osobie uznania jej opowieści, żadnych słów wsparcia, współczucia. Niegrzeczne i smutne.

    Najgorsze, kiedy przebijacz historiami myśli, że przerywając wyświadcza przysługę, bo oznacza to, że słuchał i niejako w odpowiedzi na wysłuchaną historię, musi dorzucić swoją.

    Can you top my story? Nie? Eeee, to spadaj.

    Lekka modyfikacja powyższego zachowania: zrównanie czyjeś historii z ziemią.  

    Czyli wysyłanie całym swoim ciałem i słowami komunikatu: A weź ty już lepiej nie opowiadaj, bo to odgrzewane kotlety i nic nowego, a właściwie nudne i oszczędź nam tej opowieści. Ja też tam byłem, też tak miałam, a nawet gorzej… (vide: przebijacz).

    Morał: mówić (nie tylko po angielsku) to można umieć, ale rozmawianie (nie tylko z Kanadyjczykami) to jest wyższa szkoła jazdy

    A Tobie się rozmawia z Kanadyjczykami? Luzik czy stresy są? Co pomaga, a co przeszkadza? Napisz w komentarzu, a ktoś Ci podziękuje za radę !

  • Praca z kanadyjskiej agencji? Czy warto pójść po pomoc do agencji Pracy?

    Pisanie o pracy w środku lata jest trochę okrutne. Urlop za pasem, albo właśnie się skończył, na trawkę trzeba iść, słoneczkiem kanadyjskim się cieszyć. A ja tutaj wyskakuję z postem ciężkim jak czołg – agencja pracy w Kanadzie. Agencja. No jak to brzmi?

    Ale cieszyć się, jak nie ma pracy, ciężko. Wiem.

    Na podstawie doświadczeń kilku moich koleżanek, oraz  pamiętając szukanie swojej pierwszej pracy w Vancouver, dziś napiszę, co może pomóc podczas tych poszukiwań. Jak korzystałam z usług agencji pracy w Kanadzie.

    Kiedy przylecieliśmy do Kanady, to przez pierwsze 6 miesięcy nie miałam pracy. Byłam na urlopie wychowawczym, udzielonym przez pracodawcę polskiego (mieliśmy wrócić zimą 2016 do Polski, a w maju 2016 powinnam była stawić się przy swoim polskim biurku na Torwarze). Zawsze to jakaś wymówka, żeby sobie wtedy pracą głowy nie zawracać.

    Może egoistycznie, ale gdzieś tkwiło we mnie to przekonanie, jeszcze z Polski – udało mi się w korporacji w Warszawie, to co ma mi się nie udać w Vancouver. Też w korporacji.

    To zbyt uproszczone rozumowanie i wyraz pewnej buty. Nie pomaga w szukaniu pracy. Niestety. I człowiek kończy jako rozczarowany emigrant.

    Podobno zajęcie zawsze można znaleźć. Zatem jak już na miejscu szukać pracy w Kanadzie?

    Są ludzie, którym udaje się znaleźć pracę w miarę szybko, na miejscu. I powiem Ci, że takich jest większość.

    Nie przeczytasz w tym poście o procedurze przyznawania pozwolenia na pracę.

    Zakładam, że masz otwarte pozwolenie na pracę. Bo na przyklad:

    • skorzystałeś z programu International Experience Canada i masz roczne pozwolenie na pracę
    • dostałeś czasowy work permit bo studiujesz
    • jesteś stałym rezydentem w Kanadzie (permanent resident) i nie potrzebujesz osobnego pozwolenia na pracę
    • jesteś obywatelem Kanady. I możesz pracować w dowolnym mieście i zawodzie

    Zaczynamy standardowo czyli od szukania oferty pracy

    Łatwiej napisać, trudniej zrobić. Szukanie pracy to też praca. I to w dodatku na cały etat!

    1. Od pierwszego dnia, a jeszcze lepiej zanim wylądujesz w Kanadzie pracuj nad swoimi papierami zawodowymi. Niektóre z nch przygotujesz jako część aplikacji o pozwolenie o pracę / na naukę.
    2. Podciągnij resume do standardów kanadyjskich.
    3. Przeglądaj oferty i aplikuj wszędzie tam, gdzie twoje doświadczenie/umiejętności pokrywają się z 60 % zawartości oferty.
    4. Rozważ skorzystanie z się agencji zatrudnienia.

    Jeśli jesteś na Working Holiday visa (czyli w ramach programu IEC) to pracę, to zacznij od agencji zatrudnienia (staffing agency / temporary job agency).

    Jeśli masz prawo do pobytu stałego, to zacznij od WorkBC, która nie jest typową agencją, ale strategie ma podobne.

    Szkodliwe mity o agencji pracy

    1. Praca z agencji, to nie jest praca, tylko taka “fake-job”.

    EEEEE, nawet jeśli, to i tak się liczy jako kanadyjskie doświadczenie. Nawet jeśli tylko na miesiąc, czy dwa, lepiej tak, niż wcale. I serio, są jeszcze osoby, które myślą, że raz rozpoczęta praca jest już na całe życie? Jeszcze jedno. Wielkie korporacje, te, które mają osoby zatrudnione na umowie o pracę, współpracują także z agencjami. Wiele firm wyprowadza pewne zajęcia do zewnętrznych podwykonawców (outsourcing) lub zatrudnia tych podwykonawców u siebie jako contract workers, a do poszukiwania takich pracowników wykorzystuje agencje zatrudnienia.

    2. Taka praca jest słabo płatna, bo jedyne zajęcie, które można przez nią znaleźć, to entry-level positions (pierwsza praca, zwykle oferowana absolwentom) lub surviving job (czyli mało prestiżowe zajęcia). 

    Znowu nie zgadzam się z tym do końca, bo agencjom zależy na tym, żeby obie strony były zadowolone. Dobry agent przypasuje Ciebie do pracy, a nie pracę do Ciebie.

    No dobrze, może ktoś zapytać, ale jeśli agencja akurat nie ma żadnej oferty dla mnie? Nie znalazłem nic na jej stronie, nie ma w żadnym agregatorze ofert.

    Jak zacząć kiedy nie widzę żadnej oferty pracy? I jak to zrobić, żeby nie tracić za dużo czasu?

    1. Wejdź na ten link z recenzjami agencji w Vancouver,  a potem na kartce napisz trzy najbliżej twojego domu.
    2. Zadzwoń do każdej z nich, zapytaj o procedury przyjęcia, powiedz, że jesteś specjalistą w tym i w tym i czy możesz podesłać swoje resume. Często zamiast resume proszą o wypełnienie aplikacji online, żeby od razu twoje dane trafiły do ich bazy.
    3. Zawsze proś o spotkanie. W Kanadzie wiele rzeczy załatwia się przez telefon, zdecydowanie więcej niż w Polsce, ale ja jestem zwolenniczką rozmowy twarzą w twarz. Nawet jeśli będzie to tylko 10 minut, to to już jest 10 minut więcej doświadczenia w kanadyjskim job hunting. 
    4. Kolejny plus agencji – poćwiczysz angielski, a może nawet przeprowadzą z tobą mock interview (czyli taką rozmowę kwalifikacyjną na sucho).
    5. Na koniec spotkania zabierz ulotki. Mimo że nie do końca przyjazne środowisku, mają aspekt psychologiczny, że ma się w ręku potwierdzenie swojego działania. A to zawsze pomaga.

    Refernecje czyli sprawdzanie

    Jedną z zasadniczych różnic w poszukiwaniu pracy pomiędzy Polską a Kanadą jest przygotowanie referencji. Ale nie wystarczy przygotować papierowych listów polecających z poprzednich, polskich miejsc pracy. Ja miałam takie papiery, przetłumaczone na angielski, z pieczątką działów kadrowych.

    Nie wystarczy.

    Kanadyjscy pracodawcy chcą uzyskać informacje u źródła, więc chcą często skontaktować się telefonicznie z osobami, które wskazaliśmy w referencjach. Ja prosiłam osoby z Polski na LinkedInie, czy mogę podzielić się kontaktem telefonicznym i wiem, że do niektórych moich byłych szefów dzwonili.

    Do instytucji finansowych popularne jest też przeprowadzanie wywiadu kryminalnego (criminal check).

    Na koniec bonus: linki do znanych nam i polecanych agencji pracy w Vancouver:

    Więc nie odrzucaj z marszu agencji pracy. To jest jedno z dobrych miejsc, gdzie po wylądowaniu w Kanadzie można szukać pracy. A jeśli interesuje Cię więcej artykułów o pracy w Kanadzie i w Vanouver, zerknij na te wpisy. Zwłaszcza ostatni – o tym, jak czasami agencja pracy potrafi oszukać!

  • Rozczarowani emigranci czyli zawiodłaś mnie Kanado. Dwie strony emigracji

    Ruszam temat kontrowersyjny. Ale muszę. Siedzą gdzieś we mnie te dwie strony emigracji i właśnie się ulało. Bo niedawne spotkanie, bo Brexit też. Bo za chwilę urlop w Polsce…

    Zanim o rozczarowanych emigrantach, słowo wprowadzenia.

    W ostatnim czasie poznaliśmy wielu ciekawych Polaków, którzy przylecieli do Vancouver w ramach programu Working Holiday (część programu International Experience Canada).

    Za każdym z nich stoi poruszająca historia, bagaż doświadczeń, wiele energii i nadziei.

    Mimo że IEC nie jest programem emigracyjnym, to dla większości uczestników, jest wstępem do starań o kartę stałego pobytu.

    Występowanie o pobyt stały (czyli o status Permanent Resident → tutaj przeczytasz więcej o tym, jak my dostaliśmy pobyt stały ) rodzi wiele pytań i jeszcze więcej wątpliwości.

    Zanim jeszcze porozmawiamy o rozczarowanych emigrantach w Kanadzie, kilka słów wstępu.

    Odpowiedzi na pytanie, czy warto wyemigrować do Kanady, jest tyle, ile ludzkich przypadków.

    Każda rozmowa w polskim gronie prędzej czy później schodzi na temat, z jakiego programu emigracyjnego skorzystać, czy lepiej pracę tu, czy tam, a może w ogóle pójść do szkoły?

    Nieco zazdrośnie, ale i z nadzieją, patrzy się na tych emigrantów, którzy starania o legalizację / przedłużenie pobytu w Kanadadzie mają już za sobą.

    Starsi stażem emigracyjnym Polacy dają dobre rady i pomagają, jak mogą (wiem, może trudno w to uwierzyć, ale Polonia w Vancouver przeczy ogólnemu przekonaniu, że na emigracji największym wrogiem Polaka jest drugi Polak).

    Historie Polaków, którym się udało, działają motywująco na nowoprzybyłych. I bardzo dobrze.

    Rozumiem jak najbardziej chęć zostania w Kanadzie, zwłaszcza jeśli jest się młodym, mobilnym obywatelem świata.

    Kanada ma wiele do zaoferowania, Vancouver jest miastem cudnym wprost (na pewno?), dobrze można żyć.

    A i nasze kanadyjskie życie jest dobre. Mamy nadzieję, że czytając posty na Kanada się nada czujecie, że pozytywne emocje są w większości. Całkiem niedawno pisaliśmy o naszych ostatnich odczuciach związanych z mieszkaniem w Vancouver.

    Wniosek: chcemy kontynuować naszą przygodę z Vancouver.

    No właśnie, skoro dobrze można żyć, to skąd ci rozczarowani emigranci?

    Emigranci to zwykli ludzie, z takimi samymi emocjami.

    Wczoraj miałam spotkanie z koleżanką Wenezuelką, która pomaga mi przy nowym projekcie.

    Przyprowadziła ze sobą starszego mężczyznę, Meksykanina, który uśmiechnął się na widok  chłopaków (nieodłączna składowa wszystkich moich spotkań :D).

    Powiedział, że jest chirurgiem dziecięcym z 20letnim stażem. Ja na to oczy wielkie i wow na ustach.

    Już chciałam mu powiedzieć “zazdroszczę”, kiedy Sykarius dodał, że w Kanadzie pracuje jako doradca finansowy.

    Nie może otworzyć praktyki medycznej. Musiałby cofnąć się do szkoły, praktycznie jeszcze raz studiować to samo, tyle że na kanadyjskiej uczelni.

    A nie zrobi tego, bo lata już nie te, rodzinę ma na utrzymaniu i w ogóle, co to jest za pomysł.

    I wiecie co, ja go rozumiem.

    Że nie jest w stanie poświęcić tyle, żeby osiągnąć podobną pozycję w swoim zawodzie, jaką miał w Meksyku.

    Swoje już w szkole odsiedział. Nie każdy chce i może uczyć się całe życie.

    Rozumiem to rozczarowanie w jego głosie.

    Rozczarowanie, które jest doświadczeniem zwłaszcza starszych imigrantów w Kanadzie. Takich, co wiele, więcej niż 10 lat, pracowali w swoich krajach, dorobili się pewnego statusu zawodowego, byli kimś. No proszę was, chirurg dziecięcy?

    Znaczyli w społeczeństwie, a potem wyemigrowali do Kanady.

    Dwie strony emigracji to dwie emocje: radość i rozczarowanie.

    Emigracja to ciągłe żonglowanie dwiema emocjami.

    Radość, że możesz zacząć wszystko od nowa i być kimś innym, a poprzednie życie zostało w tamtym kraju.

    Oraz rozczarowanie, że musisz wszystko zacząć od nowa, a twoje poprzednie życie nic nie znaczy. Nas także nie omijają podobne rozterki.

    I wiem, że niektórzy pomyślą, skoro tak, to niech wraca, a w ogóle to po co się pchał do Kanady, skoro w Meksyku było mu tak dobrze. I mają prawo zadawać takie pytania i tak się dziwić.

    Tylko że to rozczarowanym emigrantom nie pomaga ani trochę.

    więcej o życiu na emigracji w Kanadzie przeczytasz w tych postach

      Kanada jest krajem-rajem dla emigrantów! No to skąd się biorą ci rozczarowani?

      Choć Kanada jest krajem o długiej tradycji imigracyjnej, a społeczeństwo kanadyjskie imigrantami stoi, to jednak kapitał społeczny i zawodowy nowoprzybyłych nie jest doceniany.

      Czasami te wszystkie lata przedemigracyjne są wręcz zmarnowane.

      W Vancouver, gdzie znalezienie lekarza rodzinnego jest niemożliwe, a na izbie przyjęć Szpitala Dziecięcego Kuba z Maćkiem czekał prawie 10 godzin na nastawienie złamanej ręki, więc w tym Vancouver chirurg dziecięcy sprzedaje produkty finansowe.

      Dla mnie to dziwne i świadczy o słabości systemu. (Inne rzeczy też mnie zaskakują, tak na marginesie)

      Nikt na tym nie zyskuje, a wszyscy na tym tracą.

      Opiekunka Maćka ze żłobka była doktorem inżynierii w Iraku. Moja koleżanka z Dubaju ma MBA w zarządzaniu szpitalem i doktorat z pielęgniarstwa, właśnie idzie do szkoły w Kanadzie. Jest bogata, stać ją, dzieci czwórkę odchowała.

      A inni? Ci, co jeżdżą taksówkami, choć u siebie byli profesorami? Chińczyk, który wraz ze mną aplikował o pracę jako analityk finansowy, a miał ponad  15 tak doświadczenia menadżerskiego w banku?

      Można im powiedzieć, bądźcie pokorni i zaczynajcie od nowa. I właśnie to robią. Głównie ze względu na dzieci, żeby im było łatwiej.

      Ale rozczarowani są.

      Zmarnowane lata ciężkich studiów, zaprzepaszczone wyrzeczenia. Bo choć pisałam o tym, ile znaczą kompetencje miękkie w poszukiwaniu pracy w Kanadzie, to starszym pracownikom nie jest tak łatwo je przyswoić. Zwłaszcza jeśli do tej pory w ich rodzinnych krajach liczyła się “twarda wiedza”.

      Badania z 2008 pokazują, że 40% wykwalifikowanych imigrantów opuściło Kanada w ciągu 10 lat od przyjazdu.

      Mimo że poświęcili tak wiele, żeby wyemigrować, to ich rozczarowanie i praca poniżej kwalifikacji sprawiają, że jakość życia w Kanadzie jest gorsza, niż była w rodzinnym kraju.

      Czasami dochodzi do tego ukryty rasizm.

      I tak, wiem, że takie rzeczy wydarzają się nie tylko w Kanadzie, że to tak wszędzie jest.

      Może być tak i w Anglii na zmywaku, i w Niemczech przy truskawkach. A także w Polsce, kiedy podwóch kierunkach studiów, rozczarowani Polacy pracują na śmieciówkach.

      Znam i akceptuję to powiedzenie: jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz. 

      Ale rozumiem tych, których emigracja rozczarowała. A Kanada zawiodła.

      Bo skoro my tak bardzo chcemy, to czemu ona nas nie chce równie mocno?

    • Jak się w Polsce przygotować do wyjazdu do Kanady? Żeby łatwiej było

      Teraz to ja się mogę mądrzyć, ale prawda jest taka, że my działaliśmy bez planu, ze słabym rozeznaniem, trochę po omacku i przypuszczalnie wiele rzeczy można było uprościć i załatwić wcześniej.

      Mieliśmy o tyle łatwiej, ze firma Kuby wiele papierkologii, czyli całe staranie się o wizę pracowniczą, wzięła na siebie.

      Co tam! Będziemy radzić, jak się w Polsce przygotować do wyjazdu do Kanady.

      Wyjazdu na pobyt tymczasowy, dodamy. (Edit z roku 2019: jesteśmy w trakcie aplikowania o kanadyjskie obywatelstwo, więc jestem pewna, że moje rady przydają się nie tylko przy wyjeździe tymczasowym)

      Mam nadzieję, że może coś przyda się i tobie

      O czym ten post NIE jest?


      Zanim jeszcze zacznę wyliczankę, jedna, zasadnicza, najważniejsza uwaga:

      Najlepiej przygotujecie się do wyjazdu do Kanady ćwicząc, ile się da, angielski.

      Właściwie nie ma co tego komentować.

      Im lepiej znacie angielski, tym sprawniej powiecie, czego Wam trzeba, łatwiej złapiecie kontakt, poczujecie się śmielej. I o to chodzi.

      W Vancouver, przy takiej ilości osób z Azji, których wymowa naznaczona jest mocnym akcentem, angielski osób z Europy Środkowo-Wschodniej wydaje się łatwiej zrozumiały dla Kanadyjczyków [choć po akcencie od razu nas spytają, czy jesteśmy z  Rosji 😉]. Działa to na naszą korzyść.

      Z naszych doświadczeń: w Polsce pracowaliśmy w języku angielskim, na co dzień. Z Amerykanami i Kanadyjczykami (to ja), z terminologią specyficzną dla branży (to Kuba).

      Krzysiek, jak wiecie z tego wpisu, znał angielski na poziomie ledwo, ledwo. Maciek nie mówił wcale.

      Jeśli decyzja o wyjeździe zaczyna dopiero kiełkować w Waszych głowach, to najwyższy czas na naukę czy doskonalenie angielskiego. Komunikatywny angielski to minimum.


      A teraz po kolei jak się dobrze przygotować w Polsce do wyjazdu.

      1. Jeszcze w Polsce bierzecie mapę Vancouver i zaznaczacie sobie biblioteki, community centre czy inne organizacje dla nowoprzybyłych (settlement services agency)

      W ciągu pierwszych dni warto wybrać się do kilku takich miejsc. Gwarantuję, że zostaniecie dobrze przyjęci, ktoś się Wami zajmie, da Wam plik ulotek, poleci, gdzie szukać pracy w waszej branży,  czy przyjacielsko pogawędzi.

      W takim miejscu pokierują na kurs angielskiego albo do kogoś w rodzaju mentora [nie zawsze wszystko jest dostępne dla osób z wizą pracowniczą, ale zapytać zawsze warto]

      Wizyta bardzo dobrze wpływa na samopoczucie i pomaga walczyć z samotnością oraz tęsknotą pierwszych dni.

      Od początku wchodzicie w to, co Kanada ma najcenniejsze: społeczność.

      Z innych korzyści: w takich miejscach możliwe jest darmowe lub za niewielką opłatą korzystanie z urządzeń typu drukarka, faks, skaner.

      To zadanie pomaga także rozeznać się w topografii miasta i oswaja z nim. Warto wiedzieć, gdzie te miejsca znajdują się na mapie, żeby wiedzieć, jak wygląda sąsiedztwo, w którym planujemy mieszkać.

      Co prowadzi do następnego zadania :

      2. Będąc w Polsce, rozglądacie się za mieszkaniem na mapie i w Internecie

      Żeby się zorientować, gdzie chcielibyście mieszkać, jak daleko jest do szkoły, jakie są ceny mieszkań.

      Jeśli nie nie ma możliwości wynajmu , sprawdzonego przez kogoś na miejscu, od razu na dłuższy czas (a standardem jest umowa roczna i nie polecamy wynajmowania na rok mieszkania, którego w życiu na oczy nie widzieliście ), dobrym rozwiązaniem będzie najem krótkoterminowy, idealny, żeby w tym czasie poszukać mieszkania docelowego.

      Jedna uwaga – taki wynajem często jest oferowany w dobrych lokalizacjach i przy dobrym standardzie mieszkań, gdyż właściciele liczą na wynajęcie ich ekspatom, profesjonalistom, którzy tymczasowo pracują w Vancouver.

      Dobrze wiedzieć o wynajmie krótkoterminowym i jeśli chcecie wypróbować jakąś dzielnicę, warto szukać mieszkań do wynajęcia na miesiąc – dwa.

      Jeśli żadna z opcji nie wchodzi w grę, pozostaje hotel.

      Poszukiwanie już na miejscu: trochę ogłoszeń można znaleźć na tablicach w community centre czy bibliotekach. Czasami ogłoszenia o mieszkaniach są na tabliczkach przed budynkami, na trawnikach. Można spisać numer telefonu do właściciela czy agencji wynajmu. Często na tabliczkach są od razu godziny kiedy można mieszkanie obejrzeć (open house dates)

      Wynajem jest w B.C regulowany przepisami, nie znamy nikogo, kto by mieszkanie wynajmował bez umowy najmu, polecam więc zapoznanie z informacjami na tej stronie, żeby być merytorycznie przygotowanym podczas house hunting.

      I wiedzieć, czym się różni umowa najmu month-to-month (z miesiąca na miesiąc) od fixed terms (uzgodnione na stałe). Oraz że mieszkanie typu one bedroom, to w rzeczywistości polskiej dwupokojowe.

      Możecie też spotkać się z “rekrutacją na najemcę”, która zasadniczo sprowadza się do tego, że wynajmujący preferuje najemców już sprawdzonych, z referencjami.

      Ponieważ my byliśmy świeżakami na rynku wynajmu kanadyjskiego, poprosiliśmy naszych sąsiadów z Polski (dzięki, Matylda!) o napisanie nam po angielsku kilku słów na kartce jako rekomendacji.

      Można wtedy powiedzieć, że mamy referencje, nie trzeba od razu wyjaśniać, że są z polskiego adresu. Jak wynajmujący będzie chciał, to sam doczyta i się dopyta. A lepiej mieć, niż nie mieć.

      więcej wpisów o mieszkaniu w Vancouver? proszę bardzo

      Kolejne zadania do zrobienia w Polsce:

      3. Jeszcze w Polsce robicie kopie dokumentów polskich i ich tłumaczenia przysięgłe po angielsku.

      Jak my wybraliśmy tłumacza przysięgłego?

      Wyguglaliśmy panią najbliżej nas, zanieśliśmy dokumenty i po kilku dniach było gotowe.

      Przy wyborze nie kierowaliśmy się żadnymi innymi wytycznymi, oprócz tego, że jest ona tłumaczem przysięgłym z języka angielskiego i mieszka na warszawskiej Woli. Niestety nie pamiętam stawek za tłumaczenie strony, ale nie jest to mała kwota za komplet na czteroosobową rodzinę.

      Obowiązkowo akty urodzenia dzieci oraz akt małżeństwa mieliśmy przetłumaczone. O akty urodzenia nas dorosłych nikt nie prosił w Kanadzie, ale jeśli je macie, też można przetłumaczyć i zabrać.

      Ostatnio dowiedzieliśmy się, że na akty urodzenia w polskich urzędach czeka się około 3 miesięcy, zatem dobrze jest mieć je zawczasu przygotowane. Nigdy nie wiesz, czy się nie przyda.

      Co my jeszcze tłumaczyliśmy z dokumentów?

      • karty szczepień z poradni dziecięcej z Polski. Trzeba się zgłosić do pielęgniarki, powiedzieć o wyjeździe za granicę, wtedy wydadzą kartkę ze szczepieniami dziecka, z odpowiednimi pieczątkami. Nie pamiętam, czy to kosztowało, ale nawet jeśli, to jakoś niewiele.
      • świadectwo ukończenia klasy I przez Krzysia. Gdyby Krzysiek był w starszej klasie, pewnie przetłumaczylibyśmy jego ostatnie świadectwo.
      • nasze zaświadczenia o uprawnieniu do kierowania samochodem (taki dokument A4 wydany w urzędzie, w dziale komunikacji, kosztował około 20 złotych). Przyda się do prawa jazdy.

      Dokumenty, które zabraliśmy, ale nie tłumaczyliśmy:

      • nasze dyplomy z uczelni (UW i ASP). Nie tłumaczyliśmy ich przysięgle, gdyż wydano nam je po angielsku. Można również poprosić o suplementy do dyplomów z wykazem szczegółowym, czego się na polskich uczelniach uczyliście. Nie zgadzamy się z powszechnym przekonaniem, że polskie papiery nic nie znaczą w Kanadzie. Mój wykaz przedmiotów ze studiów podyplomowych został skrupulatnie przejrzany podczas aplikowania o pracę. Dyplom Kuby był wymagany podczas przygotowywania się do aplikowania o work permit. Napiszę ponownie: lepiej mieć, niż nie mieć. To zawsze w jakimś stopniu potwierdza wykształcenie.
      • akty chrztu dzieci. Nigdy nie wiadomo, czy nie przyjdzie nam szukać katolickiej placówki oświatowej.
      • prawo jazdy polskie, międzynarodowe prawo jazdy, [zniżek OC od ubezpieczyciela nie braliśmy, dosłali nam potem, sami przetłumaczyliśmy na angielski i daliśmy do tutejszego ubezpieczyciela, ale wiemy, że w innych prowinacjach Kanady to wygląda inaczej]
      • wszelkie dane bankowe i ubezpieczeniowe dotyczące spraw w Polsce, umowy z dostawcami mediów, słowem wszystkie nasze niepozamykane sprawy polskie, które wymagać mogą zdalnego sterowania zza oceanu

      W ogóle sporo papierów zabraliśmy, w przeciwieństwie do innych rzeczy.

      Tego nie da się w Kanadzie kupić.

      Więc jeśli się zastawiacie, czy jakiś dokument wziąć, to znaczy że trzeba wziąć. Najlepiej mieć zeskanowane gdzieś, żeby łatwo było do nich trafić w razie potrzeby. W sprawach urzędowych często wystarczy przesłać tylko skan dokumentu, więc jego posiadanie jest sporym ułatwieniem.

      Dokumenty, które zostawiliśmy. W zasadzie jeden:

      • upoważnienie notarialne dla naszych rodziców do reprezentowania nas w Polsce we wszystkich instytucjach (wszelakie urzędy, kuratorium, rada mieszkańców, banki, nasi byli polscy pracodawcy). Gdyby przyszło do sprzedaży naszych rzeczy w  Polsce, to również mogą to zrobić w naszym imieniu. Upoważnienia zostawiliśmy obu rodzinom. Od was zależy jak szerokie uprawnienia zostawicie rodzinie w Polsce i czy w ogóle. U nas się przydało.

      4. W Polsce wykupujecie ubezpieczenie zdrowotne !

      Jakie ubezpieczenie zdrowotne? Czy koniecznie muszę?!

      Musisz, raju, lepiej nie brać nic w walizy, a kupić ubezpieczenie.

      No chyba, że chodzi o ryzyko i zalew adrenaliny. To wtedy nie kupujcie. 

      Ostrzegam, ostatnio taka historia była, że się dwóch Australijczyków, żądnych mocnych wrażeń, na narty wybrało do Whistler. Mieli ubezpieczenie wykupione, żeby nie było, ale przyoszczędzili na opcji: sport ekstremalny. No i teraz łzy się leją, bo jeden po zwichnięciu czy też innym urazie, dostał taki rachunek ze szpitala, że już ogłasza upadłość konsumencką.

      UBEZPIECZENIE MUSI BYĆ !!!

      Nie pamiętam naszego, chyba turystyczne z Hestii, ze 3 tysiące dla całej rodziny. Pochodziliśmy trochę po różnych warszawskich ubezpieczalniach i koniec końców najkorzystniejsze zaoferowało nam to towarzystwo, w którym mieliśmy już inne ubezpieczenia.

      5. W Polsce sprzedajecie, co się da. Z rzeczy do zabrania do Kanady najważniejsze są pieniądze.

      Naszym zdaniem nie ma sensu nic zabierać, a już na pewno nie pakować w kontener i nadawać do Kanady. No chyba, że są to rzeczy absolutnie unikatowe, bezcenne i w ogóle hoho. I sporo kosztują i są waszą lokatą pieniędzy.

      Ale jeśli nie są super hiper cenne, to należy sprzedać. A pieniądze ze sprzedaży zabrać ze sobą. Zawsze też można drobne rzeczy dosłać paczką z Polski, a jaka radocha!

      Oczywiście pomijam kwestię ubrań i rzeczy pierwszej potrzeby na pierwsze dni w Vancouver. Ale kurtka puchowa nie będzie potrzebna, serio.

      Co było w naszych walizkach?

      • Klocki lego przede wszystkim 🙂 i zabawki, ale tylko te wartościowe i najukochańsze
      • Ubrania, ale tylko te najlepsze i potrzebne na najbliższą porę roku. Jak zabraknie odzieży, zawsze jest MEC
      • Kilka książek po polsku (nie wiedzieliśmy wtedy, że w Vancouver jest biblioteka z polskim działem książkowym). Podręczniki dla klasy II dla Krzyśka
      • Sprawdzone lekarstwa dla nas i dla dzieci. Syrop prawoślazowy, bo dzieci lubią, jak łagodzi podrażnione gardło. Antybiotyki też. Nie wpisywaliśmy ich w deklaracje celną.
      • Soczewki kontaktowe.
      • Sakwy rowerowe i kilka drobiazgów rowerowych, typu lampka (bo rower to nasz podstawowy środek transportu)
      • Pisałam, żeby nie brać nic z Polski, ale musimy się przyznać, że jednak dwie poduszki wzięliśmy. Bo nam się poszewki podobały. I pachniały domem.
      • Telefony ze zdjętym simlockiem oraz nasze laptopy i aparat fotograficzny

      Sławetną przejściówkę do elektroniki z Polski można kupić m.in. w Chinatown. I w innych miejscach też.

      Kabanosów nie braliśmy 😉

      Jak nam coś jeszcze przyjdzie do głowy odnośnie listy rzeczy – damy znać. Na pewno. Pomóż innym i napisz, co było w Twojej walizce?


      Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.