Nasyciłam się Polską, a nawet przejadłam. Czyli co po 6 tygodniach pobytu w ojczyźnie ze mnie wychodzi


Zwykle latem latam do Polski z synkami. Po 6 tygodniach w ojczyźnie wspomnień i przemyśleń jest dość. Spiszę je tutaj, żeby pamiętać, a nie żeby oceniać.

Zaraz po przylocie żarłocznie rzuciłam się na przysmaki polskie

Zwłaszcza te zawierające twaróg.

Nadziwić się sobie nie mogę, bo zachowywałam się jak wypuszczona (wyposzczona) z kraju, gdzie ludzkie oko nie widziało twarogu.

Spieszę więc donieść, że w Vancouver można kupić twaróg. Ale nie jest to tak oczywista sprawa, jak w, nieprzymierzając, Warszawie. Tu wszędzie dostaniesz drożdżówkę z serem, a sernik (koniecznie z rodzynkami !) to niemalże polskie ciasto narodowe (chyba, że się mylę i jednak szarlotka?). W każdym spożywczym jest kostka twarogu, a jego cena nie przyprawia o zawał.

Jak to człowiek się nad twarogiem z szacunkiem nie pochylił, kiedy go miał. A jak go nie ma, to sami widzicie, co się dzieje !

Dostępność białego sera w Polsce ogłupiła mnie zupełnie, więc jadłam go przy każdej okazji. Ale się twarogiem i sernikiem nie przejadłam. Nie, nie, to tytułowe przejedzenie, to z innego powodu.

Napatrzyłam się znowu na Polskę. Nie tak pospiesznie jak w zeszłym roku, bez turystycznego zaliczania. I chociaż bez miast się nie obyło, to najwięcej mi się patrzyło na cicho, na wsi, w moich stronach rodzinnych. Odkryłam na nowo swoje miasto. Fajne jest.

Druga bliska sercu naszemu sprawa, to dostępność ludzi i dla ludzi. Naszych ludzi.

Teraz było zdecydowanie więcej czasu, żeby się poodwiedzać, zapytać, podzwonić.

W zeszłym roku jedynie tydzień z hakiem na odwiedziny i długie Polaków rozmowy. Wiadomo, przy czym [zielona herbata, ewentualnie koktajl z jarmużu] i wiadomo, o czym [pogoda] 😉

A na poważnie to bardzo nas cieszyła ludzka dostępność. Wszystkich, którzy odpowiedzieli na nasz głód spotkań, nasze niewidzenie się  i długie milczenie, bo mimo najlepszych chęci nie zawsze się dało porozumieć przez cały ocean i 9 godzin różnicy w czasie.

W Polsce wciąż łatwiejsze jest dla nas prowadzenie życia grupowego.

Zwłaszcza wśród ludzi wypróbowanych przez lata. I to właśnie tak nas zachwyciło i syciło przez te wszystkie dni.

Że wciąż jeszcze mogę znienacka wprosić się do koleżanki na przenocowanie, paznokcie zrobić, na balkonie się pogapić.  Tak mało, a tak dużo.

Uprawianie życia grupowego najaczęściej polegało na wspólnym gadaniu. Tego nigdy dość !

Zatem czego dość? Skąd to przejedzenie Polską, skoro nie białym serem?

Mam serdecznie dość tego, jak rozmawiają Polacy ze sobą. Ogólnie, a zwłaszcza w dyskursie politycznym.

Spokojnie, nie będzie tutaj tekstów o jedynej sprawiedliwej linii politycznej i za kim głosować 🙂

Sluchając przez 6 tygodni ludzi, z reguły mądrzejszych ode mnie (bo przecież i dziennikarz, i eksperci, i politycy wybrani głosami wyborców) cieszę się, że jestem już w Kanadzie.

W Kanadzie ludzie na ogół są bardziej otwarci na innych ludzi, nie skazują innych na bycie w drużynie przegranych tylko dlatego, że są odmiennych poglądów.

W zwykłym, codziennym życiu, dobrze jest jak wszyscy czują się chociaż trochę wygrani, a przynajmniej nie są etykietkowani, jako ci gorsi czy też ostatniego sortu.

W Kanadzie sposób komunikacji to rozmowa – dialog. Raz ty mówisz, raz ja mówię. Słuchamy siebie.

A w Polsce zabrali nam rozmowę. Przemawia tylko jedna ze stron.

Głośno, niezrozumiale dla mnie (choć maturę mam i studia nawet też). Jedna strona zawłaszczyła rozmowę, a co za tym idzie, ta jedna strona ma tylko rację.

Ponieważ Kanada to nations of immigrants, w komunikacji wzajemnie się na siebie uważa. Patrzy się na siebie. Łatwiej się słucha siebie. I stara się, przynajmniej się stara, zwracać uwagę na racje innych.

Ta otwartość na innych, na inność, w komunikacji, i w codziennym życiu to jest jedna z ważniejszych, jeśli nie najważniejsza, z zalet kraju klonowego liścia.

Siedząc dziś w wieczorem w mieszkaniu w Vancouver smutno mi, że byłam przez te 6 tygodni dla kogoś kimś gorszym w Polsce.