Jak się macie latem 2015? Kolorowa parada, a ja bez energii jakiś taki jestem…

Akcja odświeżanie bloga 2016. Dwa krótkie wpisy z letnich miesięcy połączyliśmy w jeden. Żeby się lepiej czytało 🙂

Dwa krótkie spostrzeżenia wciągu tych leniwych letnich miesięcy. Latem 2015 najpierw w lipcu była parada równości, a potem w sierpniu nie było prądu.

Czyli wpis zupełnie od czapy. A co !


Jakiś czas temu miała miejsce  w Vancouver Parada Równości.

A właściwie to Tydzień Równości.

Zauważyłam, że na rzecz tego wydarzenia niektórzy wyrazili głosy poparcia w służbowych sygnaturkach, zatem dość znaczna sprawa.

Gdzieś mi się też kołacze po głowie, że w Warszawie tęczę z Placu Zbawiciela będą rozbierać. Bo wiadomo, niektórzy (zbyt) nieufnie podchodzili do instalacji, a inni z uporem godnym lepszej sprawy, systematycznie ją niszczyli. Tęczę co i rusz odbudowywano, a w końcu i tak najlepszym rozwiązaniem jest przeniesienie jej do Muzeum Sztuki Współczesnej.

No to się przyjrzałam, jak do tęczowego tematu podchodzą w Vancouver, co w mediach podają i widzę, co następuje, że oto na przykład nie wszystkim podoba się  nadmierne angażowanie się włodarzy miasta w paradę LINK. Starszy pan, ponad 90letni (oj tak, tak), tęczę postanowił zamalować, bo go w oczy kuła. W New Westminster, pod Vancouver, na przejściu dla pieszych.

No proszę, takie różne a takie podobne te dwa kraje : )

 

Także potem przez prowincję przeszedł najgorszy od dziesięcioleci sztorm. Silny wiatr, prawie 100 km/h, pozbawił  prądu 500,000 około mieszkańców.

Stąd to pytanie o energię rządzi we wszystkich odmianach small talku wśród kolegów z pracy. Albo sąsiadów we windzie.

Pierwszy raz widziałam tak piękne, potężne (jak na miejskie warunki) drzewa powalone jak zapałki. Na naszej ulicy dwa zalegają, są tak wielkie, że pewnie minie sporo czasu zanim służby je podniosą z samochodów i z budynku. Wyobrażacie to sobie? Siedzisz w sobotę w domu, za oknem wichura jak ten diabeł szaleje, nic nie przeczuwasz, a tu gałąź prosto przez okno ci się pakuje do środka. Groza, jak z filmu katastroficznego.
A wrażenie, że oto jestem właśnie świadkiem filmu o niezbyt przychylnym dla ludzkości zakończeniu pogłębił jeszcze fakt, że sklep był zamknięty. Taki wiecie duży sklep, supermarket. Zamknięty na głucho w sobotnie popołudnie, ciemno, tylko załoga zdezorientowana się kreci wśrodku, a klienci, którzy zwyczajem swoim sobotnim przybyli na zakupy, zaglądają bezradnie przez drzwi. A najgorsze to te puste wózki sklepowe na parkingu, jakieś takie upiorne wrażenie na mnie zrobiły.
Pewnie tylko ja jestem taka strachliwa i przewrażliwiona, że to omg był początek jakiś apokaliptycznych czasów. Bo inni bardziej przyzwyczajeni się wydają, największym zmartwieniem był brak kablówki i niemożność naładowania komórki.

A ja chyba zacznę zapasy robić żywności wysoko przetworzonej, na wypadek. Tylko gdzie tutaj dorwać konserwę turystyczną, ktoś wie?


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.