Keep things simple – pochwała prostoty. Rzeczy nigdy nie za mało

Ten post oryginalnie ukazał się w grudniu 2014. Postawiam go przypomnieć.

Ok, temat tendencyjny, w sam raz na okres gorączkowych poszukiwań prezentów po sklepach. Jedni biegają z szałem w oczach, inni potępieńczo komentują ich zachowanie, a media i kościół nawołują do umiaru, że Święta to nie od tego i nie od tamtego. Brzmi znajomo? Oczywiście. Ja akurat po sklepach nie biegam, co nie oznacza że szału w oczach nie mam – Mikołaja muszę namówić na kupno klocków Lego. Jakie znowu keep things simple?

Ten post nie jest o tym, jaki prezent kupić w tonacji minimalistycznej. W ogóle nie ma nic o nabywaniu. Chciałam napisać o pewnej książce – Kto zabrał mój ser? 

Tematem jej nie jest bynajmniej gorączka wigilijnej nocy i nie jest to kryminał o złym Mikołaju wykradającym ser grzecznym myszom. Przede wszystkim jest to książka o zmianie.

Moim zdaniem książka jest również o prostocie, właśnie o tym, żeby życie upraszczać, keep things simple.  Dlaczego tak myślę? Bo widzę po naszej rodzinie, że zmiana jest dużo łatwiejsza, a jej zaakceptowanie przychodzi szybciej, jeśli cała reszta jest prosta, zawierająca tylko to co niezbędne, może czasami niedokończona. O ile łatwiej jest podążać za zmianą, kiedy nie ma się w życiu przedmiotów, bogactw, które wiążą cię w jednym miejscu, o ile szybciej się pakujesz, kiedy nie masz trzech płaszczy i 15 par butów, itd, itp…. Jak się przeprowadzić na koniec świata, jak mieć z tego radość, przy stosie zabawek, które zostawić/nie zostawić i kredycie na całe życie…

Więc tak właśnie myślę.

Trzeba mieć mniej niż więcej, żeby cieszyć się zmianą, a nie jej się obawiać, żeby podjąć decyzje, które zmieniają życie

Że to nie ubrania, szafki, samochód tworzą życie. Nie tylko na emigracji. Banalnie napiszę, że dom to nie cztery ściany. To ludzie i ich bycie z nami. Emocje od nich bijące i rozmowy z nimi.

Historia opowiada o dwóch parach myszy, które szukają dobrobytu w życiu , i jak już go znajdują, to jedna para wciąż konsumuje swój megaser i pozostaje w błogim przekonaniu, że tak już będzie zawsze, a druga para, choć zajada, wciąż  pozostaje otwarta na możliwość, że ser się może skończyć, albo ktoś go nam zabierze. No i jak ser znika, to obie pary myszek muszą zacząć działać – jedna z przerażeniem i niedowierzaniem, jak to się mogło skończyć, a druga, no cóż był, nie ma, trzeba szukać, żeby był znowu, bez zbędnych emocji, albo odwrotnie z emocją, że ten następny ser może okazać się mega mega serem…..

Nie mamy za wiele w Vancouver rzeczy osobistych, nie nadawaliśmy paczek z mieniem przesiedleńczym , co się dało rozdać, sprzedać, oddać czy wymienić, to poszło w świat. Czego nam brakuje? W sensie materialnym niczego. [ludzi nam brakuje, wiadomo]

Emigracja jest prostsza, kiedy masz i oczekujesz mniej niż więcej.

Edit z 2016: ten wpis mówił o moich potrzebach na początku pobytu w Vancouver, kiedy uczucia były jednak inne niż teraz, po dwóch latach. Nie zwiększyły się nasze apetyty na dobra materialne, o nie, ale mamy bardziej zdroworozsądkowe podejście do budowania życia i zaspokajania potrzeb w Kanadzie. Chcemy i oczekujemy od Kanady więcej. Czujemy mocno niedogodności, jakie niesie budowanie wszystkiego od początku. Zadowolenie ze zmiany i ekscytacja nowością zastąpiła żmudna praca na rzecz codzienności. Polepszania tej codzienności. Teraz uczymy się uważnie patrzeć na nasze emigracyjne dni, szanować cięższe momenty, które kiedyś przecież się skończą, prawda?


Zachęcam do przeczytania książki, jest dobra nie tylko dla świeżo upieczonych emigrantów.


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać