karolina-ksiazka-tozsamosc-nieznana_Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady

Mam tak dobrze, że znam kilka (no dobra, więcej niż kilka) Polek w Vancouver.

Cześć z nich opowiadała na blogu swoje historie. Czasem prywatne, czasem zawodowe, a często mocno wzruszające.

A dziś przychodzę do Ciebie z historią Karoliny. Karolina na emigracji napisała książkę. I zdjęcia też robi!

 

Tak to jest że nie zawsze jest się łatwo na emigracji odnaleźć. Zwłaszcza, jeśli mąż wychodzi do pracy, a Ty wychodzisz z siebie, żeby pomysł na siebie jakiś zaleźć.

Cokolwiek, żeby działało, żeby nie być tylko żoną przy mężu, żeby móc swoje projekty realizować, albo, o niebiosa, pracę dostać, mimo, że się przyjechało do Kanady, bo pracę dostał mąż.

Właśnie takich historii inspirujących potrzebowałam usłyszeć na początku emigracji najbardziej, żeby własne niedopieszczone i mocno niepewne ego uspokoić.

Nie będę ci ściemniać – wciąż potrzebuję takich historii.

Odważnych Polek, które na emigracji w Kanadzie robią to, co chcą.

Karolina jest jedną z nich.

Fajna dziewczyna, konkretne zadania realizuje i mówi o sobie “typowa baba”, głośna i uparta.

Mieszka z mężem i synami w północnym Vancouver. Prowadzi studio fotograficzne, które dostarcza jej satysfakcji i pieniędzy. A jeszcze do tego napisała książkę.

Nic, tylko pozazdrościć.

#porozmawiałyśmy sobie o książce, o pracy, o byciu Polką w Vancouver.

Karolina, co lubisz bardziej: robić zdjęcia czy pisać? Hehehe

Ze zdjęciami jest trochę łatwiej, bo robię je i efekt widać od razu.

Pisanie to proces długotrwały, uczący cierpliwości, a także wymagający czasu, co przy dzieciach, domu i pracy brzmi prawie jak mission impossible. Nie umiem jednak zdecydować, co lubię bardziej. Pisać lubiłam od zawsze – już w czasach liceum.

Opowiem Ci fajną historię: Jednego razu cała klasa dostała zadanie – napisać recenzję obrazu Matejki. Takich samych prac, z obowiązującymi od x lat w polskiej szkole wytycznymi, pisaliśmy już wiele. Wpadłam na myśl, że recenzję przedstawię w opowiadaniu, w którym to cała klasa – taka jak nasza – pojechała do muzeum. Nie zabrakło klauna klasowego, który pytałby skąd Matejko miał farbki, albo ambitnej dziewczyny, która chciała tak, jak zalecano w szkołach skupić się na normach i regułach, i krytykowała każdego, kto śmiał mieć inne zdanie. Nie mniej jednak wypowiedzi dzieciaków stanowiły recenzję.

Nauczycielka zawołała mnie po lekcji, przyznała, że nigdy jej się nie zdarzyło skupić uwagi całej klasy na tak długo. Otwarcie pogratulowała mi pomysłu, a potem dodała, że uczniowie wobec mnie będącej w ogrodzie róż, pozostają w szczerym polu. Ucieszyłam się z pochwały, ale za szybko, bo wlepiła mi kiepską ocenę. Za niezgodność z normami recenzji. Wtedy dotarło do mnie, że polska szkoła nie pochwalała kreatywnego myślenia.

Czyli pisać lubiła od zawsze. I od zawsze z mocnym akcentem.

Do pisania podchodzi z szacunkiem podszytym natchnieniem – czasami zdarzają się jej dni, kiedy nie pisze nic, a czasem wena nie opuszcza i przez kilkanaście godzin.

W 2017 wydała swoją pierwszą książkę. Napisała ją na emigracji. W przygotowaniu są kolejne.

 

Ale jak się do tego zabrałaś? Po prostu usiadłaś i napisałaś?

Bardzo często jestem pytana: skąd taki pomysł? Jak na to wpadłaś? Od razu miałaś zaplanowane co się w książce wydarzy, jaka będzie fabuła?

Tak naprawdę lubię słuchać ludzi, tego, co mają do opowiedzenia. To oni mi podsuwają pomysły. Czasami wystarczy niewielka inspiracja, która w mojej głowie urasta do ciekawej historii.

Lubię pisać to, co sama chciałabym przeczytać. Książki bez zbędnego gadania, czy opisów jak w “Nad Niemnem”. Wartka akcja, tajemnica i zaskoczenie.

Gdy jest już pomysł, po prostu siadam i piszę.

A jak reagują ludzie?

Jestem ogromnie zaskoczona ilością pozytywnych wiadomości.

Wyobraź sobie, że są tacy, którzy wycinają fragment z książki i mi dziękują, że ktoś w końcu napisał coś tak prawdziwego. Znajdują w niej wartości, ukryte wiadomości i przesłania.

Czasami aż nie wiem, co odpowiedzieć.

Drugim zaskoczeniem było to, że musiałam tłumaczyć, że ta książka nie jest o mnie, że to fikcja. Kompletnie zmyślona historia. Musiałam ją naprawdę wiarygodnie napisać skoro niektórzy uwierzyli, że to moje wspomnienia.

Kilka słów o książce

Książka to romans. I kryminał. Romansowy kryminał. Od razu powiedziałam Karolinie, że to nie jest typ książki, która mnie pociąga. Myliłam się, powieść wciągnęła mnie bardzo. “Tożsamość nieznaną” czyta się szybko.

Ale nieprzyjemnie. Bo to historia o świecie przestępczym, brutalnym, gwałtownym i złym. Nie mam się za jakiegoś wrażliwego kwiatuszka, lubię naparzankę w filmach, ale w książce ta relacja jest dużo bardziej intymna i osobista. Zatem porusza i przeraża bardziej.

Jeśli liczysz na lekturę lekką, łatwą i przyjemną, to raczej nie tędy droga.

Przeczytałam książkę w dwa dni, bo sprawny język Karoliny, jej styl, płynnie prowadził przez wcale nie cienką powieść. To było moje pierwsze wrażenie: Rany, skąd, jak, kiedy ona tak się nauczyła pisać. Talent? Praca?

Wiem, głupota, ale wyobrażałam sobie, że dzisiaj każdy pisze książki, ale na bycie dobrym literacko trzeba sobie zasłużyć ciężką pracą i długoletnim doskonaleniem warsztatu. Tak, mylę się, myliłam się.

Karolina umie pisać.

To, czy jej opowieść przypadnie ci do gustu, możesz sprawdzić. W bibliotece publicznej w Vancouver książka jest dostępna.

Możesz ją również kupić na Amazonie (i przy okazji przetestować mój pierwszy w życiu link afiliacyjny KLIKNIJ W OBRAZEK)


Czy bycie imigrantką w jakiś sposób wpłynęło na Twój styl pracy?

Zanim wyjechaliśmy do Kanady, pytana o powód tej decyzji zawsze mówiłam o szansie jaką dostanie mój mąż, o tym jak moje dzieci będą miały możliwość nauczyć się języka od natives.

Tymczasem okazało się, że największa zmiana czekała na mnie.

Dzięki pobytowi tutaj nabrałam pewności siebie, ale nie takiej pysznej, że wszystko wiem najlepiej, tylko takiej, która pozwoliła mi zaryzykować.

O pisaniu wiedziało tylko kilka osób i to z mojego najbliższego otoczenia. Kiedy mówiłam, że książek jest kilka, jeszcze bardziej otwierały się im oczy. Nigdy wcześniej o tym nie wspominałam, bo najzwyczajniej w świecie brakowało mi odwagi by spełniać własne marzenia.

Co byś poradziła dziewczynom, które przyjeżdżając do innego kraju, bo partner znalazł pracę, zostawiają swoje życie zawodowe w Polsce? Mówi się o nas – partner na doczepkę, trailing spouse.

Ja zawsze opowiadam ten dowcip, w którym para zachęcona opowieściami o dolarach leżących na ulicy w Ameryce, decyduje się na wyjazd. Traf chce, że przy wysiadaniu z samolotu, już w USA, leży na ziemi banknot pięciodolarowy. Małżeństwo spojrzało na siebie, a potem stwierdziło, że od jutra zaczną zbierać.

Ten dowcip fantastycznie podsumowuje nastawienie ludzi i ich oczekiwania, a tak naprawdę nic nie przychodzi łatwo.

Można całkowicie podeptać swoją szansę, bo komuś się po prostu nie chce, albo też boi się zaryzykować.

Gdy mnie ktoś pyta, co zrobić, by odnieść sukces, radzę spojrzeć głęboko w siebie. Traktowałabym ten czas na takie dogłębne zastanowienie się, czego się tak naprawdę chce w życiu. Próbować sił w różnych dziedzinach. Jak już coś robić, to naprawdę z zaangażowaniem. Dać coś z siebie.

Ostatnio miałam przyjemność rozmawiać z kimś, kto mi powiedział, że ceni Polaków za głowę do biznesu.

Kiedyś Whistler był własnością Polaka, o czym sama nie wiedziałam. Słyszeć, że słyniemy tutaj z głowy do biznesu, a nie skłonności do wódki było bardzo budujące. Wierze, że mamy w sobie tę moc 🙂

Jesteś fotografem – opowiesz, jak wyglądały Twoje początki w Vancouver? Jak zaczęłaś biznes, zdobyłaś klientów, jak w końcu poradziłaś sobie ze słynnym no Canadian experience=no Canadian job?

Tak naprawdę to ja nie powinnam się wypowiadać w kwestii no Canadian experience = no Canadian job, bo nie szukałam pracy na rynku. Głównie ze względu na dzieci i brak pomocy w opiece nad nimi po szkole.

Przez rok spędzałam czas na wiciu gniazda i wychowywaniu psa, a potem zdecydowałam się na zmianę pasji w pracę i postawiłam na fotografię.

Rzecz jasna nie od razu było tak, że moja skrzynka pocztowa pękała w szwach, a jeśli już jakiś mail się pojawiał to zazwyczaj z reklamą.

Otwierając biznes tutaj przez długi czas pracowałam za niewielkie pieniądze lub nawet za darmo, ale oferowałam usługi na najwyższym poziomie. Trafiałam na niesamowitych ludzi, którzy często sami z siebie oferowali mi pomoc. Dawałam z siebie wszystko, a ludzie doceniali to i polecali mnie dalej swoim znajomym, za co jestem im ogromnie wdzięczna.

Karolinę, jej książkę i jej studio fotograficzne znajdziecie w Internecie (FB pisarski) i (FB fotograficzny).

Bywa też na Polskich Babskich Spotkaniach, podobnie jak Paulina i Ewa.

Więc jeśli chcesz wiedzieć więcej i pożyczyć od super dziewczyn energii, żeby życie na emigracji z przytupem rozpocząć, przyjdź na następne spotkanie. To już jutro!

Masz pytania do Karoliny? Napisz w komentarzu!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Żeńska część Kanada się nada. Rządzę się i piszę, ale i tak największą robotę odwalają chłopaki. Bo inspirują.

  • Paulina

    Cieszę się i jestem bardzo dumna bo to MOJA SIOSTRA!

  • Paulina

    Patrzę, podziwiam i cieszĘ się najbardziej, bo to MOJA SIOSTRA! 🙂

  • Anna Sycz

    Brawo Karolina i dziękuję Kasia !!!

    • Aniu, proszę bardzo! Wklej link do Twojego projektu o Polkach z okolic Seattle, w końcu to po sąsiedzku 🙂 Serdeczności!

  • Ania Krzymowska

    Ksiazke przeczytalam i goraco polecam!