Ewa-i-fundacja-babci-aliny_Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady

Jeśli czytasz blog już jakiś czas, wiesz, że chętnie nagłaśniamy sprawy polonijne i nie tylko. Słuchamy historii i przekazujemy dalej. Opisujemy nie tylko nasze życie. Zapraszamy do nas gości!

Historie Polaków w Kanadzie pisane przez życie są przeciekawe!

Dziś zapraszam cię do przeczytania historii Ewy z Vancouver, która wraz z tatą założyła fundację pomagającą chorym na raka.

Poznałam Ewę na Polskich Babskich Spotkaniach, i od razu wiedziałam, że jej historia to świetny przykład tego, jak w Kanadzie działa giving back to community. To właśnie esencja kanadyjskiej społeczności,  działanie na rzecz innych.

Nie wiem, jak ty, ale mnie wciąż nie dość sluchania do tym.

Ewa opowiada o sobie:

Urodziłam się w Polsce, w Bielsku-Białej. Mieszkałam w Krakowie, a w 1991 r. wyjechałam z rodzicami do Anglii. Tam skończyłam szkołę i uniwersytet, potem pracowałam w Londynie jako prawnik dla organizacji charytatywnych.

Do Kanady przyjechałam na trzy miesiące – mieszkałam w Whistler i zdobyłam kwalifikację jako instruktor snowboardowy. Wróciłam do Londynu i 9 miesięcy później wróciłam do Kanady, z wizą i pracą w organizacji charytatywnej dla osób niepełnosprawnych.

Znowu miało być na trzy miesiące, ale wyszło pięć, sześć, rok… cztery lata później ciągle tu jestem, mam prawo stałego pobytu, kupiłam mieszkanie i nostryfikuję kwalifikacje aby zacząć nową pracę jako prawnik dla rdzennych mieszkańców Kanady.

Zakochałam się w tutejszych górach, w bieganiu ranem nad brzegiem oceanu, w stylu życia, gdzie po pracy mogę jeździć na nartach z widokiem na miasto, a weekend bawić się na falach w Tofino.

Historia mojej Babci Aliny czyli jak powstała Fundacja 

W 2009 r. moja babcia Alina zachorowała na raka. Nie mieliśmy pojęcia, jak zaopiekować się ciężko chorą osobą, a nie było miejsc na oddziale paliatywnym lokalnego szpitala. W domu tapczan był za niski, materac przemakał, łazienka była za daleko od sypialni… Nie wiedząc co zrobić, zwróciliśmy się z prośbą o pomoc do lokalnego hospicjum.

Pożyczyli nam niezbędny sprzęt, dzięki któremu mogliśmy zapewnić babci komfort. Codziennie przychodzili wolontariusze, dzięki którym osoba opiekująca się babcią mogła ugotować jedzenie, wykąpać się, albo po prostu wyjść z mieszkania na pięć minut.

Przychodziła pani doktor. Z początku byłam zła, bo przychodziła zawsze późno w nocy, kiedy babcia właśnie zasypiała. Ale potem zrozumiałam, że pani doktor także przychodziła jako wolontariusz – po długim dniu pracy w szpitalu, wieczorem i często po nocy odwiedzała pacjentów w ich domach i pomagała rodzinom.


Bez pomocy wolontariuszy hospicyjnych nie dalibyśmy rady. Szczególnie że mieszkaliśmy już w Anglii – przylatywaliśmy kiedy mogliśmy na tydzień, dwa, aby opiekować się babcią, na zmianę z resztą rodziny. Przedtem nie wiedziałam nic o działalności hospicjów i nagle zrozumiałam, jak bardzo ważna jest ich pomoc.


Kiedy przyszedł czas, aby oddać sprzęt do hospicjum, zdałam sobie sprawę, jak dysponując bardzo niewielkimi zasobami, hospicjum okazało nam bezcenną pomoc. Z malutkiego pomieszczenia przy kościele i garażu, wolontariusze robili co mogli, aby pomóc chorym i ich rodzinom.

Poprosiliśmy znajomych, aby nie kupowali kwiatów na pogrzeb Babci, i zamiast tego przekazali fundusze na cele hospicjum. Po powrocie do Anglii przebiegłam pół-maraton, aby zebrać dodatkowe fundusze. Zebrałam dużo więcej niż spodziewałam się, i kupiłam nowy sprzęt dla dwóch hospicjów – w Gdańsku i Bielsku. Bardzo chciałam odwiedzić te hospicja, i rok później namówiłam ośmiu znajomych, aby przejechali ze mną 1000km z Gdańska do Bielska – na rowerze.

Po drodze odwiedziliśmy hospicja i przekazaliśmy sprzęt. Było to w dniach przed GPS – jechaliśmy z wielką papierową mapą, którą trzeba było rozwijać na każdym zakręcie, zgubiliśmy kamerę i laptop, reporterzy czekali na wywiady o 7 rano, a my gubiliśmy się po drodze, nasz wóz techniczny (pożyczony samochód, którym jechał brat kolegi) utknął pod niskim mostem…

Ale po każdej przygodzie w następnym hospicjum czekały na nas uśmiechy, powitanie i poczęstunki od podopiecznych, pracowników i wolontariuszy. W jednym hospicjum poczęstowano nas górami ciasteczek upieczonych przez wolontariuszy, w następnym czekała na nas orkiestra dęta. Ale to co zrobiło na nas największe wrażenie, to okazja aby spotkać ekipę hospicjum i osobiście podziękować za to, co oni robią codziennie.

Po dziewięciu dniach tego pierwszego rajdu byłam wykończona, ale szczęśliwa – udało się, koniec rajdu, zebraliśmy $12,000.

Ale kiedy wróciłam do Anglii w skrzynce czekały już emaile od kolarzy, którzy chcieli zgłosić się na następny rajd, wspaniałe zdjęcia i wiadomości od nowych znajomych i hospicjów. Więc razem z tatą, Januszem, założyłam Fundację Babci Aliny i coroczny rajd “Przez Polskę dla polskich hospicjów”. W tym roku będzie to nasz 8 rajd.

Dotychczas Fundacja zebrała ponad $250,000 i przekazała sprzęt 43 hospicjom dla dzieci i dorosłych.

Przekazaliśmy zarówno rzeczy bardzo podstawowe (opatrunki, cewniki, lekarstwa), jak i specjalistyczny sprzęt (łóżka rehabilitacyjne, materace przeciwodleżynowe, wózki inwalidzkie i podnośniki). Pokryliśmy również koszty szkolenia wolontariuszy, którzy odgrywają kluczową rolę w ruchu hospicyjnym. Razem z tatą prowadzimy rajd i Fundację jako wolontariusze i pokrywamy wszelkie koszty administracyjne, aby wszystkie dary były używane na zakup sprzętu dla hospicjów. Co roku spotykamy podopiecznych hospicjów, i wiemy że ta pomoc jest niezbędna.

Myślę, że Babcia Alina byłaby dumna z tego co osiągneliśmy. [No pewnie! przyp. Kasia]


 

Chcesz pomóc?

Kolarze potrzebni!

W tym roku rajd “Przez Polskę dla polskich hospicjów” prowadzi 1100km z Warszawy do Gdańska przez Toruń, Kaszuby, Malbork i Mazury 24 czerwca – 2 lipca.

Po drodze odwiedzi 7 hospicjów, gdzie kolarze osobiście przekażą niezbędny sprzęt.

Szukamy kolarzy, którzy chcieliby pojechać z nami na całą trasę albo odcinek. Rajd to wyzwanie, ale jest w ramach możliwości przeciętnego rowerzysty.

Dla osób mieszkających w Kanadzie jest to wspaniała okazja aby wrócić do kraju i zobaczyć piękne zakątki Polski, spotkać ciekawych ludzi, i pomóc chorym i ich rodzinom – czyli połączyć przyjemne z pożytecznym!

Organizatorzy rajdu to wolontariusze i utrzymujemy koszt jak najniżej – w tym roku to $900 CAD, które pokrywa wóz techniczny który wozi bagaże, noclegi i posiłki, transport z lotniska, koszty organizacyjne oraz wysokiej jakości koszulkę kolarską z imieniem uczestnika, zaprojektowaną specjalnie na ten rajd.

Więcej informacji na stronie  i chętnie odpowiem na jakiekolwiek pytania:

(info@fundacjababcialiny.org.pl albo 604 6449210)

Fundusze potrzebne!

Zawsze szukamy wsparcia w formie darowizn na cele Fundacji Babci Aliny – fundusze można łatwo przekazać na stronie internetowej. A może wśród czytelników jest ktoś chętny pomóc zorganizować imprezą fundraisingową dla Fundacji w Kanadzie? Zawsze jesteśmy otwarci na pomysły, a ja chętnie spotkam się z osobami albo grupami zainteresowanymi działalnością Fundacji i rajdem.

[Nie wiesz, jak (nie tylko) w Kanadzie można zebrać pieniądze? Przeczytaj ten wpis! przyp. Kasia]

 

Sharing is caring czyli lajki potrzebne!

Ludzie z fundacji są wdzięczni za każdy like i share na Facebook. Jeśli znasz kogoś kto mógłby być zainteresowany udziałem w rajdzie albo wsparciem Fundacji, prosimy przekaż im informacje.

Masz pytania do Ewy?  Robi niesamowitą robotę! Ja dziękuję Ci, Ewa!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi! Wtedy wiem, co lubisz czytać!

 

Żeńska część Kanada się nada. Rządzę się i piszę, ale i tak największą robotę odwalają chłopaki. Bo inspirują.