Poza Vancouver. Sunshine Coast – Ania z Zielonego Wzgórza by tu zamieszkała. Ale my mieliśmy pecha.

Zabieramy cię na Sunshine Coast, na północny-zachód od Vancouver. Ania z Zielonego Wzgórza by tu zamieszkała. Ale my mieliśmy pecha.

Gdyby Ania z Zielonego Wzgórza zamiast na Wyspie Księcia Edwarda mieszkała w Zachodniej Kanadzie, pewnie wybrałaby Sunshine Coast.

  • ✔ po pierwsze nazwa, wypisz-wymaluj jak z Aninej wyobraźni.
  • ✔ po drugie krajobraz różny od lasów deszczowych wokół Vancouver. Podobny za to tego, który opisała Monika, odwiedzając Wyspę Księcia Edwarda.
  • ✔ po trzecie, pomimo, że Sunshine Coast jest tak blisko największego miasta zachodniej Kanady, znakomicie odizolowane. Nie ma z Vancouver żadnego mostu. Trzeba przypłynąć lub przylecieć. Bardzo romantycznie, westchnęłaby Ania.

Myślę, że Sunshine Coast nadawałoby się jej znakomicie.

I gdyby jeszcze Ania żyła współcześnie, to idę o zakład, że żeby sobie życie z piątką szóstką dzieci osłodzić, chodziłaby na lody Spicy Mama – więcej info niżej.


#1

Ale coś musicie wiedzieć o naszym pobycie na Sunshine Coast.

Nie był udany. Mimo, że moje pierwsze wrażenie z wyspy było mocno w stylu Ani, a więc mogłam więcej wybaczyć. Niepowodzenie, który nas na Sunshine Coast prześladowało, nie miał w sobie nic z rozkosznych pechowych pomyłek Ani. I choć w sumie wszystko skończyło się dobrze, to wolałabym chyba włosy na zielono pomalować niż po raz kolejny popłynąć na wyspę.

Wyjechaliśmy na długi weekend, Victoria Day. Coś jest bardzo nie tak z moją pamięcią, skoro co roku przy okazji dowolnych świąt i długich weekendów zapominam, że Kanadyjczycy uwielbiają wyjazdy i na pewno będzie tłocznie na ulicach, i wszędzie.

Oczywiście było mnóstwo ludzi. Powinnam była zrobić rezerwację promu do Gibsons, miasta portowego na Sunshine Coast, o tak.  A ponieważ się spoźniliśmy i nie było już miejsc dostępnych w rezerwacji, to pozostało nam czekanie w kolejce, w Horseshoe Bay, we Wschodnim Vancouver. Mieliśmy nadzieję, że na któryś prom nas wpuszczą. Z powodu braku rezerwacji na prom powrotny, zdecydowaliśmy się również wcześniej wrócić.

Prom płynie około 40 minut.

Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_9

Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_8

W przypadku Sunshine Coast starczyło mi jedynie przytomności umysłu, żeby wcześniej zadbać o rezerwację miejsca kempingowego.

#2

Wybraliśmy kemping w parku prowincjonalnym Porpoise Bay.

Kemping standardowo wyposażony miał jeden wielki minus – wspólne miejsca na ognisko, dostępne dopiero od popołudnia. To, co nam się nie podobało, może jednak być zaletą – cóż zbliża ludzi bardziej niż widok płonącego ognia?

My na kempingu byliśmy w dwie rodziny i jednak indywidualne miejsce na kiełabski i pianki ułatwiłoby nam dzień. Plus, kto powiedział, że nie można jeść Smores (herbatnik przełożony podpieczoną pianką i czekoladą) na śniadanie?A na butli gazowej ciężko upiec.

Poza tym były prysznice, toalety, woda w kranie. Krótki spacer prowadził na wybrzeże, szerokie, ale z marnym widokiem.

Ten widok nas rozczarował najbardziej. Taki powiedziałabym, z przeciętnego polskiego jeziora, czyli lasy dookoła. Jadąc na kemping ładną Sunshine Coast Highway (zwaną też autostradą 101) mijaliśmy sporo urokliwych miejsc tuż nad wodą i mieliśmy nadzieję, że Porpoise Bay też tak wygląda. A tu psikus.

Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_2

Są na szczęście inne rzeczy, oprócz gapienia się przed siebie,  które możesz robić będąc na kempingu:

  1. pływać kajakiem (możesz też w Vancouver, wiesz?), canoe czy na desce z wiosłem (paddle board). Albo po prostu pływać (chociaż  woda była zimna, dzieciom to nie przeszkadzało)
  2. jeździć rowerem po wyspie i skorzystać ze specjalnych miejsc kempingowych tylko dla rowerzystów (bike-in, camp-in sites)
  3. spacerować – tutaj polecamy ścieżkę tuż koło kempingu, nad Agnus Creek (może 20 minut spaceru, wózek też da radę). Strumień mienił się żółtym kolorem, więc pyszne warunki do zabawy w poszukiwaczy złota!

Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_6

Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_4

#3

Niestety poza tym spacerem nie udało nam się wyjść na żaden porządny szlak, bo pech. Dał o sobie znać w sobotę z rana.

Najpierw budzimy się na płasko na podłodze namiotu. A pamiętam, że wieczór wcześniej ofiarnie pompowałam dwa materace rozmiar Queen, marki Coleman, jeden dopiero co kupiony, świeżutki, rozpakowany. Fakt, że kupiony w promocji w Canadian Tire, ale sporo tam kupujemy, ale i nigdy nie było problemów.

Tym razem jednak pech. Z materaca zeszło powietrze. Szybkie główkowanie – śpimy do końca pobytu na zmianę, z 1/2 rodziny na podłodze, czy jedziemy do najbliższego miasta wymienić. Byliśmy jakieś 5 km za Sechelt, więc dałoby radę.

Gdyby nie…. guma w kole, flak, dętka, koło samochodowe bez życia. Eh.

Środek lasu, środek długiego weekendu, ustawy zabraniającej handel w niedziele nie ma, ale się nie łudzę, przy takiej pogodzie mechanik samochodowy z Sechelt pewnie wybył na wypoczynek. Jakbym była mechanikiem, to by pojechała. A my w kropce.

Kuba wziął materac, wsiadł do samochodu naszego nieszczęsnego i ruszył na poszukiwanie wulkanizacji. Wrócił po godzinie, materac wymienił, a koło podpompował na stacji w Sechelt, ale widać że wciąż schodzi powietrze.

Decyzja – jedziemy wszyscy, tym razem do Gibsons, może tam będzie jakaś cywilizacja, czytaj otwarty warsztat samochodowy.

I tadadam, proszę Was, był! Jeden! A zapytaliśmy w co najmniej sześciu miejscach. Koło nam załatali, kazali przy najbliższej okazji wymienić i puścili.

A my, myk do Gibsons, odreagować przy jakimś jedzeniu.

#4

Na kemping przyjeżdżamy z własnym jedzeniem, ale jak się trafi okazja, nie pogardzimy specjałami kuchni kanadyjskiej [hehehe, wzgardliwy chichocik, bo ze specjałami kanadyjskimi mamy na razie nie po drodze].

Ale w Gibsons nas zaskoczyła jedna taka morska restauracja: Waterfront Restaurant, z widokiem na zatokę, że ochocho, akcje kuchni kanadyjskiej poszły w górę!

Nie wiem, czemu jedzenie się nie załapało na żadne zdjęcie, hmmm. Dla naszych dzieci są dzieciowe przysmaki, czyli chicken nuggets, frytki i inne badziewie (sorry chłopaki), a dla reszty wielce pyszne sałaty z morskimi przysmakami. Ja polecam krewetkową!

Przez okno widzieliśmy kolejki (na schodach stali) do kolejnego polecanego baru typu fish’n chips: Smitty’s Oyster House.

Ja nie wiem, co wszyscy mają z tą rybą w panierce i frytami. Wszędzie taka sama. Czy mogę już poprowadzić Kuchenne rewolucje? 😉

Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_11

Samo Gibsons jest uroczym miasteczkiem, z malutkim portem i pysznym widokiem.

Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_10

Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_12

Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_16

Te maziaje na zdjęciu wyżej po prawej to są lody. W Gibsons okazało się, że ja jednak lubię lody, bo były wyśmienite, ręcznie robione, o niespotykanych smakach.

Wspomniana na początku Spicy Mama to czekoladowe z papryczką chilli.  Mnie o obłęd przyprawiły waniliowe z papryczką jalapeno. Kulka tańsza niż w Olimpic Village, w Vancouver.

Wszystkie smakołyki, bo w karcie są nie tylko lody, podaje rodzina. W miejscu totalnie bezpretensjonalnym, czyli u Mika (Mike’s place).

Ta kawiarnia wygląda dokładnie tak, jak powinno wyglądać modne miejsce dla hipstera z jabłuszkiem. Ale jest prawdziwa, a nie wystylizowana, dam głowę, że od wejścia poczujesz różnicę!

1Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_14

Kto ma dreszcze i się boi, bo w pobliżu Smuggler Cove

Być może gdzieś jeszcze w ukryciu jest rękopis Ani z Zatoki Przemytników, taki prequel Zielonego Wzgórza.

Ania przypomina w nim Fizię Pończoszankę, jeszcze nie jest sierotą, i wraz z mamą i tatą sieją postrach na Pacyfiku.

Albo szaleją w Półksiężycowej Zatoce (Halfmoon Bay) wraz z królem tutejszych przemytników, Larrym Kellym, ksywka Pirat.

Do Smuggler Cove Provincional Park jest kawałek samochodem, dla samej nazwy i historii warto pojechać. Jeśli jednak masz mało czasu, to zejścia nad zatokę bliżej miasta są równie urokliwe.

Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_7

Żeby zobaczyć Gibsons i kawałek Sunshine Coast nie potrzebujesz nawet samochodu, bo z przystani jest autobus do miasta.

Z ciekawych rzeczy – bilet na prom kosztuje cię tylko w jedną stronę. Dobra informacja dla turystów i dla wszystkich 50 tysięcy mieszkańców wyspy.

 

Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_1

Kto był na Sunshine Coast i mu się podobało?


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Krótko o Okanagan: Osoyoos, pustynna Mount Kobau, słone jezioro Spotted Lake, jabłka i skałki

Relacja z wypadu do pustynnego Okanagan. W sam raz na jesienną pluchę !

Jedziemy, jedziemy, nie ma lasów. Jest piach. I ciepło, a miejscami bardzo ciepło.

Słońce jest tutaj bliżej ziemi.

Okanagan, Osoyoos, Pendincton, Skaha Bluffs…. nie wiem, jak Wam, ale mi wymawianie tych nazw sprawia jakąś nieokreśloną przyjemność.

Smakowicie brzmią, są soczyste, dźwięczne. Trochę magiczne i mocno zachęcające.

Przed wycieczką do Okanagan nie wiedzieliśmy o tym regionie za wiele

[tak, tak, to już u nas tradycja, na prawdę słabo przygotowujemy się do naszych wycieczek i później nas musi google ratować…. albo i nie. W sumie nie ma się co chwalić publicznie]

Okanagan kojarzył nam się z dwiema rzeczami: cydrem z BC Liqure Store oraz pustynią.

Plus ja mam koleżankę z pracy, której miastem rodzinnym jest Osoyoos, położone właśnie w tym regionie. I tyle właściwie naszej wiedzy krajoznawczej.

[Jakie to szczęście, że jeździmy z dobrze przygotowaną i zaopatrzoną w mapy i/lub przewodniki ekipą L. ufff :D].

Okanagan to region, dolina, obszar, tuż przy granicy ze Stanami Zjednoczonymi i sąsiednią kanadyjską prowincją, Albertą.

Około 5 godzin jazdy na wschód od Vancouver.

Droga wije się coraz wyżej i wyżej, i zupełnie, ale to zupełnie, się nie nudzi. Bo widoki są.

Oczywiście dzieciom się nudzi, ale na szczęście długi audiobook na ogół załatwia sprawę. My słuchaliśmy “Baśnioboru” (prawie 10 godzin ) i ta lektura nieźle uzupełniała, a właściwie kontrastowała oglądane z samochodu wyżowe, pustynne krajobrazy.

Nawet trochę księżycowe, jak to mówi moja koleżanka Harriett z Kelowny

[patrzcie państwo, znam coraz więcej osób stamtąd]

#1 Kiedy jechać? – może jesienią?

Trafiła nam się boska pogoda, złota jesień roku 2016, miejscami bardzo ciepła, a miejscami bardzo zimna.

Ale ponieważ tym razem był to wypad nie-pod-namiotowy, więc pogoda mogła nam nadmuchać. I czasami dmuchała nieźle.

Mieszkaliśmy w Osoyoos, w hotelu znalezionym na booking.com [hotel standard ok, miał jacuzzi]

Pole namiotowe w Osoyoos znajduje się w  Haynes Point Provincinal Park (dzięki Monika za namiar na tę miejscówkę), na wąziutkim półwyspie jeziora Osoyoos.

  • → Półwysep nawet urokliwy, ale te miejsca kempingowe miejscami łysawe.
  • → Widok na jezioro i zachody słońca, zdaje się, rekompensują tę niedogodność.
  • → Rezerwacja na zasadzie, kto pierwszy, ten lepszy, więc warto mieć w obwodzie plan B.

Samo Osoyoos ma trochę do zaoferowania, ale my jak zwykle wybraliśmy spacerowanie i górołażenie. Miasteczko nie jest specjalnie duże, ale rozległe, położone rozkosznie pomiędzy wzgórzami.

Podobno jest to najcieplejsze miejsce w Kanadzie (stąd hasło pustynia, jako wabik na turystów).

Gdzie by się nie obrócić, widać góry. Suche i pustynne, podobno przypominają Arizonę (nie wiem, nie byliśmy, ale wierzymy na słowo).

#2 Pierwszy dzień – pojechaliśmy na północy zachód od Osoyoos.

Czyli długą, krętą i piaszczystą drogą na Mout Kobau

Widoki z drogi są zacne, choć nieco przygnębiające (te tereny wielokrotnie były nękane pożarami). Ale po okołi 20 km jest się na górze.

Samochód można zostawić na parkingu, a później wejść na szczyt, niekrępującym i niewymagającym szlakiem. Dzieci dadzą radę. Nawet wózek z Costco da radę (ale jednak nie polecamy).

Na górze, ku zaskoczeniu, było bardzo zimno. Jednak warto wejść. Dla widoków na wszystkie cztery strony świata. Góry Kaskadowe, miasto Osoyoos w dole

No i jeszcze za plecami szlaku, przy parkingu, widać drogę do jakiś zabudowań. Może cię zainteresuje, co to takiego? A to miało być drugie największe obserwatorium astronomiczne na świecie. NA ŚWIECIE!

Ale z powodu kosztów nie doszło do otwarcia.

Szkoda.

Drugim punktem dnia było fascynujące i kuszące rzadko spotykaną barwą jeziorko Spotted Lake.

Znajdziecie je przy drodze do/z Mount Kobou więc można spokojnie sobie zaplanować odwiedzenie tcyh dwóch miejsc na jeden wycieczkowy dzień. A nawet pół dnia, z popołudniem spędzonym znowu leniwie w Osoyoos.

Jeziorko jest całe w plamy, stąd jego nazwa: Spotted Lake 🙂

Zejście do niego zajmuje około 10 minut. Dla dzieci to niemała frajda biegać tak po zaschniętych skorupach …. no właśnie czego?! Soli? Solo-błota? (Maciek mimo  doświadczeń z Wieliczki, wcale się nie rwał do organoleptycznego przekonywania się, jak bardzo jest słono).

Tak wyglądał nasz pierwszy dzień z wrześniowego weekendu w Okanagan.

#3 Drugi dzień czyli właściwie wracamy do Vancouver

Drugiego dnia wybraliśmy się na jabłkobranie oraz objazdówkę po północnej części regiony, kończąc w Pentington.

Okanagan, a zwłaszcza Osoyoos, uważane jest za zagłębie jabłkowe (jabłczane?!) całej Kolumbii Brytyjskiej.

Mimo pustynnego charakteru, a może właśnie dzięki niemu, w Osoyoos można znaleźć ciągnące się po horyzont sady jabłkowe.

W większości sadów można umówić się na jabłkowe you-pick, czyli pozbierać i pozrywać różne rodzaje jabłek na własny użytek.

Szczęściarze z nas, bo wyżej wspomniana koleżanka, a właściwie jej rodzina, sad jabłkowy w Osoyoos ma (a nawet dwa).

  • Mogliśmy więc pochrupać świeże jabłuszka, porównać różne, bardzo wyraziste niekiedy smaki i dowiedzieć się co nieco o uprawie.
  • A ponadto zgłosić najstarsze dzieci do prac sadowniczych w przyszłości (a co, niech już sobie organizują junior summer jobs 😉

Wycieczki na wieś, gdzie uprawia się różne owoce i warzywa, są bardzo popularne nietylko wśród rodzin z dziećmi.

A jakie zdrowe! A jakie pyszne! Fanom jabłek polecam zdecydowanie bardziej niż Festiwal Jabłek na UBC.

Po jabłuszkach czas było wyruszyć w drogę powrotną, ale nie tak od razu hop do Vancouver.

Pętelką na północ, zahaczając o place zabaw po drodze, raj dla wspinaczy, czyli Skaha Bluffs Provincional Park.

Koniecznie musimy znowu przyjechać do parku Skaha Bluffs, bo nie przeszliśmy całości szlaku. Maciek wolał pogapić się z góry, pobuszować po kamieniach i ogólnie nie wysilać się.

Chociaż sam szlak nie jest specjalnie wymagający – to właściwie system ścieżek doprowadzających w różne wyjścia dla wspinaczy skałkowych. Około 1,5 do 2 godzin potrzeba, żeby zrobić pętelkę w parku.

Wróciliśmy na autostradę 1 drogą lekko zwalającą z nóg (przez ośrodek narciarski Apex), której, jak donosi bardziej zorientowana część grupy, zimą się raczej nie da przejechać. A latem się dało.

Pozdrawiamy serdecznie. U nas deszcz. [edit z 2017 – padało od października do marca. Kurtyna spada i zabija się na miejscu]

Ktoś z Was był w Okanagan? Albo się wybiera? Wrzuć link w komentarzu, a następna osoba planująca wycieczkę w ten region Ci za to podziękuje !


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Kemping na Deception Pass i Ameryka przykurzona

Ameryka pod namiotem. W środku zdjęcia porzuconych pojazdów, Dead End i Zwodnicza Babcia, czyli klimat z lekka przykurzony. A także plaże, jezioro, skałki.

To kto pierwszy zapyta:

Dlaczego Ameryka przykurzona?

Nie bój nic, jak mów Złomek, Ameryka ma się w porządku.  Tytuł stąd, że do dzisiejszego posta wybrałam zdjęcia, które zrobiliśmy, podczas jednego, zwykłego spaceru podczas wyjazdu majówkowego. Na tym spacerze, zupełnie przypadkiem i całkiem znienacka, wylądowaliśmy na cmentarzysku starych pojazdów. Ha ! Tak, jak w amerykańskim filmie grozy. Była cisza, skrzypiąca na wietrze tabliczka i napis Dead End.  Mało ludzi, dużo drzew. Wielka, przerdzewiała karuzela dla dzieci.

Kiedy przeglądałam te zdjęcia, od razu przyszło mi do głowy lekko je “przykurzyć”, żeby pokazywały Amerykę bez lukru i różowych okularów. Bo taka była ta nasza amerykańska miejscowość, z kategorii “dziura na końcu drogi”, zwykłe domy, zwykłe życie, zero atrakcji turystycznych.

[dodam, że na obróbkę czeka jeszcze druga porcja zdjęć,ale one pokażą nieco inne okoliczności przyrody]

ale zanim do zdjęć, to

Skąd Ameryka w ogóle?

Zachciało nam się na weekend pojechać na kemping. Nie żeby pomysł przyszedł nam w dniu przyjazdu, o nie. My się solidnie zaczęliśmy zastanawiać jakoś w styczniu, gdzie pojechać pod namiot w trakcie Victoria-Day-Long-Weekend. W marcu, kiedy byliśmy zdecydowani na 110%, okazało się, że miejsc kempingowych nie ma wolnych w całej Kolumbii Brytyjskiej. [no chyba, że gdzieś bardzoo dalekoo na północy].

Pozostały nam Stany, a konkretnie najbliższy, po sąsiedzku leżący Stan Waszyngton.  Udało się zarezerwować ostatnie, ostatniuśkie miejsce na kempingu Deception Pass.

Opłaty i rezerwacja na dwa samochody, dwa namioty i osób maks 8, zamknęły się do $200.

Uff, można jechać, zastanawiając się jedynie na granicy z USA, czy da się wwieźć jakieś jedzenie. Dało się.

Celnik zapytał się nas: Do you have any food? To odpowiadam, że tak, Snacks. Snacks to pojemna kategoria, więc można od biedy podciągnąć pod nią kostkę masła i bochenek chleba też, c’nie? Najwyżej się powie, że synowie szybko głodni są w drodze.

To on się pyta, czy mamy jabłka i pomarańcze. Mówię nie. Bo mieliśmy banany i winogrona. Ale o nie już nie zapytał, a ja niepytana, grzecznie nie zaczepiam człowieka w mundurze.

I wjechaliśmy….. A tutaj o tym, jak wizę do Ameryki załatwialiśmy.

Najpierw zerknij na przykurzone zdjęcia

Kemping na Deception Pass i przykurzona Ameryka_blog o Kanadzie Kanada się nada

Kemping na Deception Pass i przykurzona Ameryka_blog o Kanadzie Kanada się nada

Samochody, traktory i inne pojazdy. Dodam, że kiedy przedzieraliśmy się przez te gęstwiny, oczywiście wypadł na ganek właściciel z pytaniem Can I help you? , tłumaczone na  A wy tu czego się kręcicie?.  Pierwsze co przyszło nam do głowy, to czy w stanie Waszyngton zalegalizowana jest broń (nie wiemy), i czy w związku z tym, że wtargnęliśmy na jego prywatne podwórko, gospodarz może nas pogonić ze strzelbą.Kemping na Deception Pass i przykurzona Ameryka_blog o Kanadzie Kanada się nada

 

Kemping na Deception Pass i przykurzona Ameryka_blog o Kanadzie Kanada się nada

Plaża na Deception Pass – tutaj w deszczu.Kemping na Deception Pass i przykurzona Ameryka_blog o Kanadzie Kanada się nada

I jeszcze widok na jezioro, nieco ponurawe pierwszego dnia, ale nie bój nic, jak mówi Złomek, dalej jest lepiej.

Kemping na Deception Pass i przykurzona Ameryka_blog o Kanadzie Kanada się nada

Sam kemping nie urywa. Wyposażenie, infrastruktura, ogólnie rzecz biorąc, nie zachwyciło nas. Położenie cudne, ale kemping, well good enough (jak by powiedział grzeczny Kanadyjczyk).

Jest jedna zasadnicza rzecz, na którą trzeba się przygotować, jadąc pod namiot na taki kemping (dotyczy także B.C.). A mianowicie, że większość rzeczy przywozi się ze sobą. Na wyjazd zabiera się dobytku bez liku, począwszy od najbardziej podstawowych, a skończywszy na zapakowaniu wszystkich możliwych sprzętów ułatwiających życie, typu przenośny telewizor. Tylko, że inaczej niż z rzeczami, które w Polsce zwozi się na działkę,  przedmioty zabierane przez Kanadyjczyków są takiej jakości, jak te zostawione w domu. Drugi zestaw wszystkiego do życia,  po prostu.

Mimo że namiot mamy spory, to prezentował się nad wyraz skromnie przy wielkich przyczepach Kanadyjczyków, lśniących barbekjujach, luksusowych fotelach składanych. Nie ma co kryć, zazdrość brała. Zwłaszcza jak przez szybkę zerknęłam i widzę kuchnie ładniejszą i bardziej funkcjonalną niż mam w mieszkaniu. Normalnie chcę żyć w przyczepie !

Dobra, koniec z zazdrością. No co, stać ich, to sobie kupują, potrzebują, to sobie kupują, luz.

Ponieważ Kanadyjczycy wszystko przywożą ze sobą, na miejscu nie ma np. ogólnodostępnej kuchni czy pokoju wspólnego, na wypadek deszczu. Placu zabaw nie ma. Byliśmy zawiedzeni, bo rozpieściły nas kempingi na Bornholmie. Lodówka, patelnia i prysznic wliczone. Na amerykańskim Deception Pass nic z tych rzeczy.

Nie zrozumcie nas źle. Wiemy, ze przyjechaliśmy do lasu i z takim typem biwakowania jesteśmy jak najbardziej zaprzyjaźnieni. Że nie ma nic, gary się myje w strumieniu, głowę raz na tydzień, a na obiad jest mielonka z ogniska. Lubim to !

Ale, ale, jak już każą nam słono zapłacić za miejsce na kempingu, które trzeba rezerwować z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, to jednak oczekiwania są. Że będzie trochę wygodniej. I że nie trzeba będzie ze sobą wszystkiego, WSZYSTKIEGO, wieźć.

Mimo tego, drobnego w sumie, minusa, kemping czy ten, czy nasz poprzedni, udały się i jest, co wspominać. Pogoda była miejscami gorsza, raz bardziej łaskawa, kilka fotek zrobiliśmy, możecie sami ocenić, czy warto.

Z naszej plaży przez krótką chwilę widać było pasmo gór w Parku Narodowym Olimpic. To tam gdzie wampiry rezydują :). Ale nie dlatego chcemy się tam kiedyś wybrać, hehe. Ludzie polecają, więc coś jest na rzeczy. Pojedziemy, zobaczymy.

Położenie kempinu Deception Pass

Sam kemping jest bardzo ładnie położony, z szeroką, piaszczystą plażą, zachęcającą do spacerów. My pierwszego dnia przeszliśmy się w drobnym deszczyku, oglądając most wiszący, wpisany na listę zabytków USA [z mostu widoki zachwycające :D]. Dla dzieci gratka co niemiara, bo ogromne głazy i wiele kłód wyrzuconych na piasek.

Więc na takiej plaży można:

  • wejść na wielkie kamienie i piszczeć z radości, jak zaczyna podmywać głaz
  • budować szałasy i bazy z wielkich, ogromnych kłód i patyków wyrzuconych przez Pacyfik (nigdzie indziej na świecie nie widziałam tyle drewna na plaży. Ale inna sprawa, że w niewielu miejscach byliśmy)
  • można z licznych kamyczków i muszelek robić ogródki, domki, Inokshuki, drogi, a  wszystko to, aby plażę przyozdobić !
  • w temacie zdobienia jeszcze: można w końcu kreatywnie pisać mądrość na kamieniach: Be u, Love yourself i inne, pomocne hasła, a potem taką małą pamiątkę zabrać ze sobą 🙂

Plaża sama w sobie przypomina te vankuweryjskie, np. Wreck Beach czy plaże wokół Parku Stanley’a. Jest co robić. Ta na Deception Pass ma jeszcze dodatkową zaletę w postaci małych grilli terenowych, dostępnych dla wszystkich.

Można grillować przy plaży, a można i nad jeziorem, bo tuż obok jest jezioro. Jest okazja do pływania (spory wydzielony brodzik dla młodzików), kajakowania i łowienia ryb.

Droga z kempingu na plażę nie jest specjalnie długa, a nam w przewożeniu całego majdanu pomógł wózek z Costco (70 CAD). Da się załadować młodzież i potrzebne rzeczy w ilościach hurtowych.

Na zdjęciach wózka nie ma, ale jest cała reszta.

Kemping na Deception Pass_ Kanada się nada _blog o Kanadzie i Vancouver

Kemping na Deception Pass_ Kanada się nada _blog o Kanadzie i Vancouver

Kemping na Deception Pass_ Kanada się nada _blog o Kanadzie i Vancouver

Kemping na Deception Pass_ Kanada się nada _blog o Kanadzie i Vancouver

Kemping na Deception Pass_ Kanada się nada VII_blog o Kanadzie i Vancouver

Kemping na Deception Pass_ Kanada się nada _blog o Kanadzie i Vancouver

Zakład, że wiem, o co pytał Krzysiek? Hej Ty, a wiesz, kiedy będzie kolacja?

W 2017 jesteśmy już zaznajomieni z systemem rezerwacji kempingów w B.C. więc będzie bardziej lokalnie.

Masz jakieś doświadzczenia z amerykańskimi kempingami?


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Vancouver na city break ! Dzień w Parku Stanleya

Można nie chcieć iść w góry? Najwyraźniej można. Zapytajcie dzieci – one wolą te wypaśne place zabaw. Ewentualnie na rower. Ale tylko w Parku Stanley’a 🙂

Ten wpis początkowo ukazał się na blogu swojepodróże.pl. Teraz, w zmienionej formie zamieszczamy go i tutaj 🙂

Vancouver nie jest jednym z tych oczywistych miast, które wybierasz na city break.

W Europie nie leży (tylko w Kanadzie), tanich lotów nie ma (a te co są, oznaczają co najmniej jedną przesiadkę i kosztują około 3 tys. PLN), i zanim w ogóle pokonasz jet lag, to już wypada wracać. Ale, ale, jeśli przez jakieś zrządzenie losu znajdziesz się w tym największych  mieście zachodniej Kanady i i chcesz poczuć Vancouver, to czytaj dalej.

W Vancouver zacznij tu. Od Parku Stanleya. Nie trzeba mieć wielkich pieniędzy, ale jakieś się przydadzą, bo lody, bo wejście do Aquarium, bo rower wypożyczyć. Ale jak nie ma na rower, można obejść. Magia ta sama.

Wokół Stanley Parku na rowerze. Must see, must do.

Do Parku Stanleya dojedziesz komunikacją miejską. Nawet jak nie bezpośrednim autobusem #19, to wystarczy, że zapytasz dowolnego kierowcy dowolnego autobusu, a każdy ci powie, jak dojechać. Samochodu nie bierz, i tak nie ma gdzie go zaparkować. A jeśli śpisz w Downtown, to możesz nawet się do Parku Stanley przejść. Uwaga dla dzieciatych: wycieczka rowerowa wokół Parku jest fajniejsza niż klasyczny spacer.

Jeśli musisz wypożyczyć rower, to jest stosunkowo łatwe, bo wypożyczalnia rowerów, tandemów, przyczepek, fotelików, pół rowerków na holu, całego tego super sprzętu rowerowego znajduje się niemalże przy wejściu do Parku. Po drugiej stronie od przystanku autobusowego.

I potem już można ruszyć wokół Parku, ścieżką Seawall. Trzeba pamiętać, że rowerowy ruch na tej ścieżce jest jednostronny. Oraz że ścieżka jest dzielona z rolkarzami. Oraz że w ciepłe weekendowe dni na pomysł przejechania się tą najpiękniejszą drogą rowerową w Vancouver wpadnie co najmniej milion osób.

Nasza propozycja to: wypożyczasz rower, podjeżdżasz z dziećmi na plac zabaw z wielkim wozem strażackim, puszczasz luzem, niech się idą bawić. W tym czasie robisz im jedzenie, można na przenośnym grillu, ale pewnie go nie masz, zatem zostaje nieśmiertelne kanapki odpakować. Jak się dzieci  wyhasają, i największe tłumy rodzin na rowerach już przejadą, wsiadasz na rower i jedziesz. Albo dookoła, albo w zupełnie nie mainstreamowo, czyli szlakami w poprzek półwyspu. Podziwiasz, co można podziwiać (a można wiele: lasy,  zatoka, góry Północnego Vancouver na horyzoncie, może się trafi jakaś foka albo inny trans pacyficzny statek), dzieci nie marudzą (w końcu się wybawiły i najadły), jedziesz spokojnie.

Aż dojeżdżasz do Third Beach, która jest trzecią w kolejności plażą patrząc od strony Downtown, i gdzie (głosami większości) zachód słońca jest najpiękniejszy. To miejsce na przystanek, dzieci muszą iść w piaseczku się pobawić, a dorośli pogapić na półwysep UBC, i na Wyspę Vancouver, jeśli widoczność pozwoli. Na Trzecią docierają pieszo najwytrwalsi, więc jest szansa, że tłumów nie będzie. Po zabawie kończymy wypad rowerowy pętelką, i jak czas, i siły pozwolą, można podjechać do Aquarium. Vancuweryjskie Oceanarium jest miłe, nie największe może i nie najbardziej spektakularne na świecie, ale miłe. I w kawiarni dają dobre lody. Oraz frytki. Czyli coś, co dziecko zje.

Koniec opisu, teraz zdjęcia. Zbiorcze, z kilku różnych wypadów do Parku i Aquarium.

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

My średnio jesteśmy w  parku Stanley’a raz w miesiącu. Bo fajny jest i rodzino-przyjazny. I mamy dzień z głowy. Więc reklamujemy 🙂

Thank you Vancouver !


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.

Poza Vancouver – podróż służbowa w Sydney. Australia, babe

1/4 redakcji Kanada się nada przeniosła się na chwilę z Vancouver do Sydney. I stamtąd przesyła zdjęcia.

Tekst oryginalny i zdjęcia by Kuba, ja -Kasia trochę dorzuciłam słów, żeby się lepiej czytało.

W 2016 część rodziny Kanada się nada przeniosła się na chwilę z Vancouver do Sydney (dp pracy, więcej przeczytasz we wpisie o tym, jak dostaliśmy pobyt stały w Kanadzie).

Zatem trochę australijskich zdjęć.


Podróż służbowa w Sydney – skąd ten pomysł?

Jak najłatwiej zmienić miejsce przebywania, kontynent może? Zmienić pracę po prostu!

Wtedy radośnie za nas wszystko załatwi pracodawca i już możemy cieszyć się słońcem na Antypodach.

Kiedy więc nowy kanadyjski pracodawca Kuby zaproponował mu miesięczne szkolenie w centrali australijskiej, nie było właściwie nad czym się zastanawiać. Jest okazja, trzeba jechać.

Na początku myśleliśmy, żeby może pojechać całą rodziną, ale koniec końców stanęło na tym, że nie. Że lepiej zostać mi w Kanadzie z chłopakami, i z odwiedzającymi wtedy nas rodzicami, a pierwszy kontakt z Australią zostawić mężowi. Niech obada teren.

Jak widzę te wielkie pająki na zdjęciach, to wcale nie żałuję, że mnie tam nie ma. Ale te plaże , to ciepło, te fale, ach, zazdrość chwyta.

Relacja Kuby z pierwszego tygodnia w Sydney

W zeszłym tygodniu po długiej podróży wylądowałem szczęśliwie w Sydney. Hotel znajduje się w centrum obszaru Bondi Junction.

Praca znajduje się na terenie wytwórni Fox Studios, gdzie znajdują się miedzy innymi hale zdjęciowe, hale dźwiękowe oraz szkoła filmowa. Ten obszar jest ogrodzony, wymaga przepustek i niestety nie można tam robić zdjęć. Na zewnątrz znajduje się natomiast obszar ogólnie dostępny, gdzie znajdują się kino, sklepy, restauracje i okazjonalnie koncerty.

Do pracy jest niedaleko (około 4 km) także zazwyczaj idę tam spacerem przez Centennial Park. W parku sporo jest egzotycznych drzew i krzewów oraz ogromne gromady nietoperzy. Tutejsze nietoperze są sporo większe od europejskich i zaskakująco głośne.

Poniżej zamieszczam kilka zdjęć ze spaceru przez Centennial Park.

Sydney_1

Sydney_2

W sobotę wybrałem się na spacer na najbliższą plaże – Bondi. Pomimo pory jesiennej pogoda była zupełnie letnia. Idąc piękną ścieżka na południe odwiedziłem jeszcze plaże: Tamarama, Bronte, Clovelly i Coogee.

Wszędzie dużo ludzi opalających się i surfujących na falach.

Choć wycieczka nie była długa zdążyłem się bardziej opalić niż przez całe lato w Vancouver.

W niedziele było pochmurnie i padało.

Kilka zdjęć z wycieczki na plażę Bondi.

Sydney_3

Sydney_4 podróż służbowa w Sydney

 

Kuba wrócił do Vancouver i powiedział Jestem w domu.

Tak, tak, myślelibyście może, że Kanada to spora egzotyka w porównaniu do Polski, ale prawda jest taka, że i klimat (mam na myśli naszą prowincję), i roślinność, i ludzie też, wszystko dość podobne do tego, do czego przywykliśmy w Polsce. Stąd to poczucie bycia w domu .

A Australia to bajka nie z tej ziemi. Kiedy rozmawiamy o jego wrażeniach z  mieszkania tam, przewija się poczucie inności innej (ha, ha, ha) i trudniejszej do oswojenia, niż kanadyjska rzeczywistość. Bo trzeba Wam wiedzieć, że my poza Europą to niewiele widzieliśmy świata, więc australijska fauna i flora to dla nas egzotyka na maksa.

Inne spostrzeżenia (kolejność przypadkowa i w sumie mocno od czapy, ale co tam)

  1. Najbardziej jadowity wąż świata. I ta szybka taka cienka…..
  2. Widoczki na miasto podobne do tych z miast Ameryki Północnej. Downtown jakie jest, każdy widzi
  3. Opera robi wrażenie…..
  4.  Czas na …. ciastko – o trzeciej popołudniu zamiast five o’clock jest biscuit time
  5. Telewizji za dużo nie było, ale  uwagę przykuła kampania społeczna namawiająca kobiety do jedzenia mięsa. Dlaczego tylko kobiety i dlaczego mięsa? Who knows…..
  6. Więcej rodzin wielodzietnych na ulicach. Więcej niż w Vancouver i więcej niż w Warszawie
  7. Mięso kangura jest słodkie.

Podróż służbowa do Sydney 2016_Kanada_się_nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 3 Podróż służbowa do Sydney 2016_Kanada_się_nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 6

Podróż służbowa do Sydney 2016_Kanada_się_nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 5

Podróż służbowa do Sydney 2016_Kanada_się_nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 4

Podróż służbowa do Sydney 2016_Kanada_się_nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 2

Podróż służbowa do Sydney 2016_Kanada_się_nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 1

 

Do Australii to raczej nas nie ciągnie, ale Nową Zelandię chętnie byśmy zobaczyli…

Ktoś był?


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Jak przetrwać kanadyjską zimę w Vancouver? Jaką zimę ja się pytam?!

Co robić, gdy mamy po dziurki w nosie białego puchu, a od deszczu pokryliśmy się mchem? Weź idź na zakupy !

Wiosna już zagościła na dobre, Wielkanoc trwa, ale ja wciąż o zimie

To jest wpis w ramach projektu Klubu Polek

Blogerki z całego świata piszą o tym, jak przetrwać zimę (kanadyjską zimę w Toronto na przykład), albo dzielą się jakimiś straszno-śmiesznymi historiami ze swoich krajów (tu, tu, tu i tu też). U nas od historii budzących grozę (głównie w nas) aż się roi (o ta, o zębie, albo ta, o pączkach chińskich), więc mój post klubowy będzie o zimie. Jak jakieś 90% treści ostatnio na naszym blogu. Ekhmm.

Więc choć zimy to już prawie nie ma, mam nadzieję, że dalej przeczytacie.

Z lekka ironicznie do tytułu podchodzę, bo co jak co, ale kanadyjska zima to nie jest to samo co zima w Vancouver

Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że to są dwie tak różne rzeczy, że ciężko nie zareagować dyskretnym chichotem, kiedy ktoś z przerażeniem w oczach komentuje: Mieszkasz w Vancouver? O raju to NA PEWNO marzniesz, bo zima w Kanadzie jest długa, cicha i śniegiem bijąca.

Zima w Vancouver jest na pewno mokra. Od deszczu. Który ten oto deszcz w ilościach hurtowych nawiedza miasto położone pomiędzy Pacyfikiem a górami. Przy takim ukształtowaniu terenu tak łatwo o deszcze i d(r)eszcze, że miastu nadano oficjalną ksywkę: Raincouver.

Ale nie myślcie sobie, że jak deszcz pada,  to już z góry wiadomo, że mamy przechlapane i coby się nie robiło, zima będzie do bani i ciężko ją będzie przetrwać. O nie ! Jest bowiem jeden, niezawodny sposób, który pozwala mi nawet w deszczu dniem się zachwycić.

Przetrwać kanadyjską zimę w Vancouver pomagają zakupy

Tak, napisałam to. Zakupy zawsze poprawiają humor. Ale, ale nie takie sobie zwykłe zakupy, nieprzemyślane, czy pochopne, czy okazyjne, czy też ordynarna wyprawa do warzywniaka.

Na zimowe zakupy w mokrym Vancouver najlepszy jest jedyny taki, wielki i historyczny wręcz sklep.

MEC czyli Mountain Equipment Co-op.

To duży sklep sportowy, a właściwie rodzaj kooperatywy sportowej, który wymyśliło kilku zapaleńców z miłości do górskich wędrówek. Zdobywając w latach 80-tych amerykańską górę Mount Baker, zdecydowali, że chcą sprowadzić do Kanady dobre jakościowo i dostępne dla wielu oprzyrządowanie górskie i sprzęty sportowe. Rozpoczęli współpracę z dostawcami, ustalili marżę od sprzedaży na tyle tylko, żeby przetrwać i ruszyli z tym koksem. I mimo że przez lata nie zawsze było z biznesem różowo, to MEC do dzisiaj działa na podobnych zasadach, a żeby w nim kupować, trzeba mieć kartę członkowską. Karta traktowana jest jako nasz wkład w rozwój kooperatywy (koszt: 5 CAD, wydawana od ręki przy kasach).

To sklep ze sporym wyborem towarów. Kanadyjczycy od najmłodszego do najstarszego uwielbiają przebywać na dworze, sport uprawiać, we wszystkich możliwych odmianach i rozmiarach – kto raz próbował przejechać się latem ścieżką rowerową Seawall, ten wie, o czym piszę. Albo stał w kolejce do wyciągu na Grouse  – 1,5 h raz tak staliśmy, miodzio.

Więc w MECu zawsze jest tłum. Poza tym obsługa jest bardzo miła i często organizuje otwarte i darmowe warsztaty z cyklu “napraw swój rower”, albo “weź mapę, kompas i nie daj się zjeść niedźwiedziowi”. Byłam na takim szkoleniu z czytania mapy i obsługi kompasu, i mogę polecić z czystym sumieniem. Więc podczas tej deszczowej kanadyjskiej zimy można nabyć cennych umiejętności, które będą jak znalazł, kiedy padać przestanie!

i zawsze się człowiek czegoś nowego nauczy. To w MECu poznałam Długie Jasie czyli Long Johns.

Kręciłam się z Maćkiem po sklepie, wśród działu z odzieżą dla kilkulatków przeglądałam miłe dla oka i dobre jakościowo przeciwdeszczowe wdzianka, kiedy zagadała mnie kanadyjska mama z dwulatką. Od słowa do słowa podzieliłyśmy się naszymi patentami na to, jakie ubrania dla dzieci są przeciwdeszczowe i przeciwplamowe [chichocik w tym miejscu]. Z jej strony padło pytanie o nasze ulubione Long Johns. Myślę sobie, ki diabeł, piosenkarz country czy kolejny kanadyjski polityk, o którym nie mam pojęcia ?

Ale nie ! Long Johns’y to kalesony 🙂Kanada się nada_MEC najlepszy sklep sportowy

Znamy, znamy i nawet kilku trzymamy w szafie. Na dowód tego, jak twarzowe potrafią być kalesony, robię miniwklejkę ubraniową. Plus wielka puszka czekolady gorzkiej z MECa [nie mogłam się powstrzymać].

Wybaczcie jakość, bezczelnie ściągnęłam zdjęcie kalesonów ze strony sklepu.

 

Wygląda na to, że MEC.ca to nie tylko mekka dla sportowo zakręconych, ale i dobre miejsce na błyskawiczny kurs języka angielskiego. Jak już obejrzycie w Vancouver, co jest do obejrzenia, to warto wpaść, poczuć klimat.

Ja to lubię 🙂


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, co lubisz czytać

Wreck Beach i nadzy studenci

Pomysł wielce oryginalny, czyli wybrać się na plażę nudystów jesienią.

Jedna z 9 plaż Vancouver, ale jedyna taka.

Nudyści mają tutaj raj czyli najdłuższa w Ameryce Północnej: Wreck Beach.

Położona tuż przy kampusie Uniwersytetu Kolumbii Brytyjskiej. Możecie to sobie wyobrazić? Studentki, słońce, plaża i znak: od tego miejsca ubrania nie są już konieczne. Oczywiście uprzedzając Wasze wątpliwości i nasuwające się niewątpliwie pytania: NIE, nie dlatego poszliśmy ją zobaczyć. Wyjście na plażę dla golasów wypadło nam zupełnie przypadkowo, bez wstępnych analiz, a zresztą kto by się przejmował takimi drobiazgami jesienią. Zimno przecież, ubranka się zakłada, a nie zrzuca 😀

Do plaży jest kawałek (około 12 km ze śródmieścia), najwygodniej dojechać samochodem, a najtaniej dojechać autobusem na kampus. Po 10 minutach spacerku stajemy przed uroczymi schodami prowadzącymi na plażę. Wózki dziecięce nie przejadą, aha, jakże subtelny punkt kontroli wieku dla wchodzących na plażę 😉

Plażą można przejść aż do wyjścia w okolicach Muzeum Antropologicznego, spory spacer z dziećmi, niezbyt forsowny, ale z przeszkodami / atrakcjami w postaci wielkich głazów i zwalonych drzew. Na mapce szlak nie wygląda zbyt imponująco, ale można połączyć ze spacerem po kampusie lub przejść dalej w stronę Spanish Banks Beach. Aaa, przy tej okazji odwiedziliśmy też kawiarnię muzealną, co to była zamknięta ostatnio. Skusiłam się na seafood chowder, jedną z treściwszych zup, którymi słynie Kolumbia Brytyjska. Nie powiem, dobre. Kuba za to zdecydował się na chili. Ha. Wciąż naiwnie myśląc, że jak poprosi o europejski poziom ostrości, to będzie w stanie zjeść i smaki rozróżnić. Zjeść zjadł, ale o smakach się nie wypowiadał, chociaż z oczu mu wymownie patrzyło 😉

Miło i wesoło (chociaż nie goło). Przykuliśmy chłopaków do parkanu, bo brykali za bardzo. Nie, no oczywiście to żart jest. Wiem, słaby. Skąd kajdanki na płocie uniwersyteckim? Nie wiem, ale wyobraźnia podpowiada to czy owo.

A obok zdjęcia Krzysia i Vincenta zobaczycie zdjęcie butów smętnie dyndających. Któryś z golasów najprawdopodobniej zostawił.

Dwa pierwsze zdjęcia są z kampusu. Ładne czerwone drzewo, takie w kanadyjskim stylu i ten klocek brązowawy, w sumie nie wiem, co to, następnym razem się przyjrzę, jeśliście ciekawi.

A reszta zdjęć to już chillout na plaży.  I ok, niech Wam będzie, wybierzemy się też na Wreck Beach cieplejszą porą. Po zdjęcia 🙂

Wreck Beach November 2015

Wreck Beach November 2015

Wreck Beach November 2015

Wreck Beach November 2015


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi! Wtedy wiemy, co lubisz czytać

Kayaking

hejho na kajaki po Pacyfiku

Niejako w opozycji do łażenia po górach 😉

Namówieni przez znajomych wypożyczyliśmy kajaki na plaży English Bay. Malutka wypożyczalnia, 60 $ za dwie godziny za kajak rozmiar dwójka, nie prosili nas o zaświadczenie o umiejętności pływania, choć chyba przy takich falach nie zaszkodziłoby się upewnić. Podpisaliśmy jednak dokumencik, że na własną odpowiedzialność wsiadamy w kajaki. I nawet twarzowe kapoki dostaliśmy. Z kieszonkami i z gwizdkiem. Krótkie szkolenie na sucho i proszę państwa voila, możecie zabierać bardzo ciężkie kajaki z plaży i wodować do Pacyfiku.

No i oczywiście byłam cała mokra zanim kajak w ogóle zakołysał się na falach.

A potem nie było wcale łatwiej – te fale to ogromne, ogromne były, dla nieprzyzwyczajonych niezłe wyzwanie. Ale widzieliśmy i takich, co z gracją pomykali po falach. My po dwóch godzinach byliśmy zmęczeni ale bardzo zadowoleni, że spróbowaliśmy, a co 🙂

kayaking August 2015 Vancouver kayaking August 2015 Vancouver

[symple_box color=”blue” fade_in=”false” float=”center” text_align=”center” width=””]Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.[/symple_box]

PODZIEL SIĘ

Aaaa aquarium w Vancouver – nasze hity i kity

Jedno z takich miejsc, które trzeba odwiedzić. Zdecydowanie. A jak się mieszka w Vancouver, to należy kupić bilet roczny. Bo taniej. A na jednej wizycie się nie skończy.

Oceanarium czyli Vancouver Aquarium nieodmiennie okupuje górę listy: what to see in Vancouver.

Zastanawiasz się, dlaczego trzeba tam zajrzeć? [zwłaszcza, jeśli w życiu zobaczyłeś już trochę innych oceanariów, a wiele z nich pewnie większych niż to nasze z Vancouver].

W tym poście nieco naszej przygody z Aquarium. Przygody, która ma już wymiar historyczny, bo to jedno z pierwszych miejsc, do którego trzeba zajrzeliśmy, odwiedzając Park Stanleya.

Jak dojechać do Aquarium?

Możesz dojechać tam na trzy sposoby – my, jak zawsze, polecamy rower. Dotrzesz najszybciej, bez stania w korku, nie będzie problemu z parkowaniem. A po drodze do Aquarium zobaczysz, to co Vankuwerczycy nazwywają good vibes.

Zobaczysz miasto ze ścieżki rowerowej Seawall, która biegnie od Science World, wzdłuż zatoki, mając Downtown (Yeltown i Westend za plecami). Ścieżka jest uczęszczana, ale wystarczająco szeroka, żeby przejechał rower z przyczepką, czy  przedszkolak na rowerku trzykołowym. W weekendy bywa tłoczna, ale i tak ją polecamy.

Do Aquarium dojedziesz też autobusem miejskim nr 19. Ostatni przystanek w Parku Stanley’a, później idziesz za tłumem, albo za strzałkami.

Opcja ostatnia czyli samochód – są parkingi, wszystkie płatne, wszystkie zatłoczone, bo każdy chce odwiedzić najlepszy park świata.

Także wiesz. Rowerek i przed siebie. Widoki po drodze wynagrodzą wysiłek.

Co robić w Aquarium? Nasze kity i hity

Zanim do listy, jeszcze trochę informacji praktycznych.

Do Aquarium, tak jak do wielu miejsc w Ameryce Północnej, możesz kupić bilet roczny (zwany tutaj jako członkowski czyli membership). Zwykle zwraca się po dwóch wizytach. Nie musisz decydować się od razu, możesz kupić bilet jednorazowy, a pod koniec wizyty poprosić o wliczenie go w koszt membership. Koniecznie sprawdź przed wizytą w Aquarium, zwłaszcza jeśli wybierasz się większą grupą / rodziną, czy opcja biletu rocznego ci się nie opłaci bardziej.

W Aquarium jest szatnia, ale wiele osób wozi swoje rzeczy na wózkach dziecięcych, czy nosi ze sobą.

Są dwa bary z jedzeniem typu lepszy fast-food: jeden przy wejściu, drugi przy wybiegu (wypływie?) z bielugami. Można kupić lody oraz góry pamiątek w sklepie przy wyjściu. Czyli standard bym powiedziała.

Samo Aquarium jest podzielone na kilka stref geograficzno- klimatycznych. Zobaczysz tutaj zwierzęta z innych rejonów niż zachodnie wybrzeże Kanady. Jest niewielkie kino, także 3D, na które wstęp kosztuje dodatkowo.

Hity Aquarium w Vancouver

Aquarium po godzinach 

Świetne miejsce na event pracowniczy albo wyjście po pracy. Szczególnie polecamy, jak jesteś złakniony miejsc kids-only 😉 Nie będę ściemniać – po Aquarium w ciągu dnia przewalają się tłumy dzieci, wycieczek szkolnych czy przed-szkolnych, więc jeśli chcesz w skupieniu i ciszy pokontemplować życie zwierząt w Pacyfiku, to pozostają właśnie takie okazje.

Bardzo miło oglądało nam się nocne karmienie delfinów w towarzystwie lamki szampana.

W Aquarium można zorganizować całe mnóstwo innych wydarzeń, ba, ślub także. To, co mnie zaintersowało i wicągam na listę do-zrobienia, to zorganizowanie tam sleepover, czyli wieczornej zabawy połączonej z nocowaniem. Brzmi, jak super opcja na wieczór urodzinowy!

Clownfish Cove

To miejsce zabaw dla maluchów (tak do 6 lat). Zamknięta przestrzeń, gdzie możesz przysiąść, a dziecko w tym czasie założy biały fartuch oceanografa i zrobi prześwietlenie pluszowej foce, posłuchać, jak tam z tętnem u ryb i czy aby nie przytyły za wiele. W weekendy bywa, że brakuje pluszaków, więc jeśli dziecko masz nieciepliwe, weź ze sobą ulubioną zabawkę, żeby podczas czekania mogło ją zbadać.

Dzieci, które nie mają naukowego zacięcia, mogą pokierować szalupą badawczą albo narysować, jak sobie wyobrażają potwora morskiego.  Jest też mini kącik z księżeczkami. (Uwaga na drzwiczki wejściowe, rodem z saloonu – małe paluszki mogą utknąć i zaboleć.)

Dla super maluchów jest miniaturka tunelu wodnego, nie tak onieśmielająca, jak te wielkie, dla wszystkich. Dzieciaki chętnie się tam chowają, wpełzają i przyglądają. Polecane już dla najmłodszego.

Aquarium zimą czyli Scuba Santa.

Z dzieciństwa mi zostało, że najbardziej lubię morze zimą. (Wiem, dziwne. Dziękuję Wam, Mamo i Tato, że do Rewala i Kołobrzegu zabieraliście nas na Sylwestra.) Pewnie dlatego zimowe Aquarium ma dla mnie sporo uroku.

A zimowy nurkujący Święty Mikołaj to jest w ogóle hicior nad hiciory, cieszyłam się jak dziecko i machałam jak zwariowana, żeby do nas podpłynął.

W okresie świątecznym oprócz nurkującego Mikołaja, puszczają w kinie 20 minutową wersję Expressu Polarnego. Krótki film plus kilka efektów dodatkowych, czyli para z góry, trzęsące się fotele i drobinki śnigo-lodu na twarz spodobają się dzieciom. I oczywiście temu wewnętrznemu dziecku, które jest w każdym dorosłym też!

Osobisty hit Maćka, który po Aquarium biegnie przed siebie i żadne delfiny, rekiny, ośmiornice i kałamarnice go po drodze ciekawią, to frytki z zestawu fish & chips.

Na zdjęciach zobaczysz, jak Maciek z upodobaniem wyjadał je towarzyszącemu nam koledze Piotrkowi – za zrozumienie dla skrytożercy Maćka i podzielenie się frytami serdecznie dziękujemy 🙂

Kuba i ja nie jesteśmy jakimiś wielkimi fanami tego przysmaku, ale jeśli lubisz, to w Vancouver musisz spróbować rybki z False Creek (Go Fish), a odwiedzając Victorię, tego w pływającej wiosce.

 

Kity, a właściwie kit (jeden) Aquarium w Vancouver

Półkolonie czyli Summer Camp

To jest opinia mocno subiektywna, bo równie dobrze Summer Camp mogło okazać się wielkim hitem! Weź na to poprawkę. Aquarium jest ciekawe, położone w środku wielkiego lasu, blisko do plaży, placów zabaw oraz parku wodnego z niewielkimi zabawkami wodnymi. Czyli w teorii wymarzone miejsce na wakacje.

A jednak u nas się nie udało.

Zapisaliśmy Krzysia na półkolonie letnie w lipcu 2015, na tydzień. Codziennie była świetna pogoda. Zajęcia rozplanowano tak, żeby popołudnia dzieci spędzały na dworze. Krzyś już po dwóch dniach znał Aquarium na wylot i nie ciekawiły go inne zajęcia. Być może był za mały na niektóre eksperymenty i badania (miał prawie 8 lat). Możliwe, że czuł się nie do końca miło, nieznając nikogo i właściwie nie mając szansu na nawiązanie znajomości. PS. To jest spora wada summer camps, czy też półkolonii wogóle, ale o tym kiedy indziej.

Od tamtego czasu Krzysiek nie wykazuje entuzjazmu, kiedy wybieramy się do Aquarium.

Przejadło mu się? To trochę tak, jak z moim stosunkiem do lodów. Kuba kiedyś, w początkach naszej znajomości kupił mi wszystkie smaki owocowe Zielonej Budki z placu Unii Lubelskiej. Ponad dziesięć kulek. Zjadłam… i od tego czasu nie ciągnie mnie do lodów.

Podobnie ma Krzysiek i Aquarium. Z tamtego tygodnia najlepiej pamięta drogę powrotną rowerami przez miasto w popołudniowym słońcu. Pewnie dlatego, że zatrzymywaliśmy się na lody 😉

PS2. Lody w Aqarium mają dobre.


Zdjęcia mamy słabe, z 2015. Nie znaliśmy wtedy tego artykułu:  8 Tips for Shooting Indoors at the Vancouver Aquarium 😉

Vancouver Aquarium May 2015 Vancouver Aquarium May 2015 Vancouver Aquarium May 2015

Daj znać, co jeszcze można zrobić w Aquarium, albo w okolicy. A może wiesz, jak jest w Vancouver Zoo?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.

Poza Vancouver. Taaaaaakaaaaa ryba czyli wycieczka do Steveston

Było morze, w morzu kołek, a nad morzem było Steveston jeeeee.

Ten wpis jest z roku 2015. Od tego czasu zdążyliśmy być w Steveston już kilkukrotnie. Żeby się nie dublować, co ciekawsze zdjęcia z kolejnych odwiedzin też wrzucamy do tego posta.

Vancouver, a właściwie okolice, czyli Lower Mainland, nie przestaje nas zaskakiwać różnorodnością krajobrazu.

Wydawać by się mogło, że po lasach deszczowych, imponujących górach oraz oceanie po horyzont, wiemy już, orientujemy się mniej więcej, w jakich to okolicznościach przyrody przyszło nam mieszkać.

Ale wystarczy wybrać się nieco na południe, za Richmond, w stronę US, żeby poczuć inni klimat, rybno-słono-kutrowo-nadmorski.

Dziękujemy Zbyszkowi i Dorocie, którzy zaproponowali nam wycieczkę rowerową do Steveston

droga rowerowa do Steveston

Całej trasy nie przejechaliśmy rowerem, o co to to nie [jeszcze nie :)]

Najpierw metrem do Richmond (Canada Line, rowery jeżdżą za friko, dzieci do wieku szkolnego też, ładne szerokie wagony, nie co to te wysłużone pociągi na wschód wysyłane, Millenium Line znaczy się, do Burnaby).

A potem pedałowaliśmy wybrzeżem, mając po prawo rzekę, a po lewo trochę miasta, trochę domów jednorodzinnych.

Sama trasa rowerowa nie jest wymagająca. Dość krótka, z minimalnymi podjazdami, a za to malownicza, Po drodze zatrzymaj się na świetnym, wielkim placu zabaw Terra Nova. Jest ona tak pomyślany, żeby było jak najmniej plastiku, a jak najwięcej naturalnych rzeczy do zabawy – wielkich bali drewna do wspinania się, lin do huśtania, piasku do przesypywania. Polecamy dużym i małym.

Mała uwaga: nie grajcie piłką w pobliżu rzeczki, bo choć strumień może i mikry, to zimny i nieprzyjemny. Kuba wie coś o tym, bo mu przyszło w 2016 wyławiać z wody niefrasobliwie rzucony bumerang [pamiątka po wyjeździe do Australii]

A jak już dojedziesz rowerem i wciąż Ci mało, to w parku Garry Point jest niewielka utwardzona pętelka wokół półwyspu. Świetna na treningi rowerowe najmłodszych. A po drodze może zobaczysz gęsi, albo nawet i orła!

Ps. Do Steveston możesz dojechać komunikacją miejską. Sprawdź, jak.

samo Steveston jest bardzo urokliwe

 

spacer przed jedzeniem

Ja to najbardziej lubię zwiedzać bez zwiedzania, czyli sobie chodzę bez planu. Po Steveston się da, bo jest trochę jak Niechorze, a trochę jak Hel, a trochę jak wioski na Bornholmie. Czujesz, że zza rogu ktoś zawoła komu świeżą rybkę, komu? Oficjalna nazwa to Steveston Historic Village, także nie ma to tamto

Miasteczko bywa z racji święta zatłoczone, więc nie polecamy wtedy spokojnego zwiedzania. Ale z drugiej strony, w czasie świąt jest też więcej atrakcji, np. parada z okazji Dnia Kanady.

W mieście jest główna ulica, a przy mniej niewielkie domy i sklepiki z lokalnymi [i nie tylko] artykułami. Przespacerowanie się zajmie około godziny, po płaskim, wózek spokojnie można pchać.

Po zejściu z głównej ulicy, wybierz się na nadbrzeże, na targ, do Fisherman Warf. My rybek nie kupowaliśmy, ani tym bardziej tych najeżonych kulek, ale sądząc po kolejkach do straganów, są to rzeczy jak najbardziej jadalne, a nawet smaczne.

Z pomostu można obserwować podpływające lwy morskie (ogromne morskie ssaki, pokroju morsów).

Pomost jest malutki i nieco się chybocze, więc trzeba pilnować maluchów, żeby nie wiknęli za burtę.

Chcesz pójść dalej? Świetnie, bo nadbrzeże jest urokliwym miejscem na spacer.

jedzenie

W Steveston jest oczywiście miejsce kultowe z frytkami i rybką smażoną, gdzie musisz być, kupić porcję i zrobić sobie z nią zdjęcie na Instagrama. Jako główny krytyk kulinarny redakcji Kanada się nada napiszę, że dla mnie smakują one tak samo, jak wszędzie indziej. No, ale ja się nie znam 😉

koniec jedzenia, znowu spacer

Będzie propozycja dla rodzin, chociaż i bezdzietnym może się spodobać kopanie w piasku (w sumie czemu nie?).

Trochę historycznego zwiedzania:

  • W Steveston jest muzeum Steveston Museum (jeszcze nie byliśmy) oraz budynek z tramwajem the Steveston Interurban Tram. Ten tramwaj drewniany to wielka dziecięca atrakcja, radocha na maksa. Możesz zbierać punkciki za odwiedziny i za którymś razem dostać drewianiy konduktorski gwizdek. How awesome is that?
  • Znamy jeszcze Gulf of Georgia Cannery National Historic Site, które możesz zwiedzić za darmo na przykład podczas Canada Day, czyli 1 lipca (sprawdzone info).

A obok tramwaju jest ogromny plac zabaw, świetny, czyli Steveston Community Park. W lecie działa również park fontaniany, czyli sprinkle park. I to jest bardzo dobre rozwiązanie, bo jak się dziecko piachem obsypie, to można jes zaraz podstawić pod prysznic, hihi.

Jest zjeżdżalnia, łódki, woda, sikawki, czyli jeśli Twoje dziecko ma akurat fazę na piratów, koniecznie zobaczcie to miejsce.

Polecamy, miasteczko jest git!

Steveston przypomina nam trochę inne niewielkie miasteczko w okolicy, Deep Cove. Chociaż są inaczej położone, to atmosfera w nich podobna. I styl życia pewnie też. Czas wolniej płynie.

A z dalszych miejscówek przychodzi mi na myśl też Victoria, stolica B.C.

Pewnie dlatego, że to miejsca klimatyczne.

Więc jeśli takich szukasz, odwiedź Steveston koniecznie.

 

CIEKAWOSTKA, ale lekko mrożąca krew w żyłach.

W  2017 roku lew morski ściągnął dziewczynkę do wody z nadbrzeża w Steveston. Obserwujący to zajście mężczyzna nakręcił film, który okazał się być najczęściej oglądanym video na you tube w Kanadzie, w 2017.

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi na Facebooku. Wtedy wiem, co lubisz czytać.

Wiosenne marcowe rowelove

Najdłuższa jak dotąd nasza wycieczka rowerowa. A okoliczności przyrody sprzyjające i nawet małoletni na rowerach się nie znudzą.

Prawie 30 kilometrów ścieżką rowerową Seawall, które wiedzie m.in. wokół Parku Stanleya. My pojechaliśmy nią w drugim kierunku, w stronę Kampusu UBC .

Wiosna się panoszy na ulicach. Rowerem po Kits.

Traska wiodła nadbrzeżem i poprzez dzielnicę Kitsilano, która jest prze-pięk-na i zamieszkana przez starszą, zamożną część Vankuwerczyków. Eh, dom nad oceanem z widokiem na góry…….

MOA March 2015 - bike pics MOA March 2015 - bike pics

[symple_box color=”blue” fade_in=”false” float=”center” text_align=”center” width=””]Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.[/symple_box]

PODZIEL SIĘ