Disney is Disney… Disneyland w Kalifornii czyli jak pomylić wschód z zachodem i prawie paść na zawał.

Marzenie każdego [podobno] czyli jak rodzina Kanada się nada pojechała przybić piątkę Myszce Miki. Disneyland w Kalifornii czyli uf, udało się. Ale stan przedzawałowy był. Whaaaaaat?

Nooo, muszę w końcu ten post napisać, przyznać się, jak to z Disneylandem było. Zwlekałam, zwlekałam, ale dłużej się nie da, była prośba na FB od Was, żeby pisać, jak było, to napiszę, jak było.

Wszystko, bez przemilczania.

Na początek jednak mała uwaga: z Disneylandem jest jak z Kanadą [hehehe, mądre, c’nie?] – Twoje wrażenie z tego miejsca zależy w główniej mierze od Ciebie.

Więc zwalanie winy za nieudaną wycieczkę na okoliczności zewnętrzne jest przede wszystkim szukaniem wymówek. Ale ludzie już tak mają.

Ja też tak mam, więc łatwo mi napisać, że wycieczka do Kalifornii była taka i owaka, bo to, bo tamto, bo owamto.

I trochę w tym wpisie będzie narzekania, no ale to żadna nowość, chyba już wiesz, że narzekanie to moje drugie imię [joke].

Jak już tak zaczęłam, i może myślisz sobie, ocho, tej to się w d…pie poprzewracało, w Disneylandzie się jej nie podobało, jedno zdanie podsumowania.

Disneyland robi WOW. Człowiek nie wychodzi z tego miejsca taki sam.

 

To najpierw twarde dane: rodzina 4 osobowa, chłopaki lat 5 i 10, wybrany weekend bez świąt państwowych, w październiku.

Plus przyjaciele, w podobnym układzie rodzinnym.

Hotele w Kalifornii zarezerwowane jeszcze w wakacje [booking.com], i bilety do Los Angeles też [Air Canada].

Zakup biletów do parku zostawiliśmy sobie na sam koniec. Dlaczego? Ano dlatego, że po pobycie w Legolandzie mieliśmy już lekki przesyt parków rozrywki i nie byliśmy pewni, na jakie bilety w Disneylandzie się zdecydować (na ile dni kupić bilety).

I tak o mści się karma. Za dużo się chciało, za dużo.

Byliśmy świadomi, że parki rozrywki z Myszką Miki są w Kalifornii dwa. I że można kupić bilet do jednego parku na jeden dzień, albo do dwóch parków na jeden dzień, albo do dwóch parków na dwa dni, albo….. dość. Wszystkie opcje, wliczając w to możliwość wejścia wcześniej (Magic Morning), dostępne są na stronie internetowej.

Dlaczego kupiliśmy bilety przez internet? Bynajmniej nie dlatego, że było taniej (w Legolandzie tak to działa – kupujesz przez internet na konkretny dzień i jest taniej niż z budki przed wejściem. I bez kolejki).

Kupiliśmy bilety do Disneylandu online, żeby do parku wejść szybko i sprawnie.

Nie weszliśmy ani szybko, ani sprawnie.

# historia prawdziwa mini zawału

Przy wejściu szczegółowo sprawdzają plecaki.  Zupełnie nieświadomi zabraliśmy walizkę – jeździk Trunky, z myślą o ciągnięciu Maćka, jak się zmęczy.

Niestety do parku nie można wnosić rzeczy, które się ciągnie za sobą. Można te, które się przed sobą pcha – czyli wózki.

Obiecaliśmy panu z ochrony, że nie będziemy ciągnąć, wzięliśmy walizkę na ramię i idziemy do bramki z wydrukowanymi biletami.

A w bramce zonk, pani nie może skasować naszego biletu. Odsyła nas do punktu obsługi klienta. Idziemy do punktu obsługi klienta, mówią nam, że to jest potwierdzenie zakupu biletu, ale wydrukowane bilety potrzebujemy z kasy pobrać. “Dziwne, ale ok”, myślę, “miało być sprawniej”.

W kasie miła starsza kasjerka bierze bilety, przygląda się im i mówi, że owszem, mamy dobre bilety ale do DisneyWorld, a nie do DisneyLand!!!

Szok. Jak to DisneyWorld? Disneyworld, Disneyland, Disney is Disney, c’nie? Otóż nie. DisneyWorld jest na…. Florydzie.

Co za fakap!

Chłopaki już prawie w spazmach, bo kobieta mówi, że niestety Disney nie jest Disney, i że tu jest DisneyLand, Kalifornia, a nie DisneyWorld, Floryda, i że nie mamy biletów tu, za to mamy tam (za prawie 1000CAD).

Dzieci nie wytrzymują, łzy się leją, bo jak to, przecież jesteśmy tu, a nie tam.

Nigdzie na tych nieszczęsnych biletach nie jest napisane Florida (ani California też nie). Jest napisane DisneyWorld, tak, zgadza się, no ale dla mnie Disney is Disney !!!

Nie każdy jest w Ameryce rodzony i chociaż ja na Kaczorze Donaldzie chowana, to jednak nie odróżniam parków rozrywki i co jak co, ale te dwa stany amerykańskie, adresy parków, to powinny być napisane WIELKIMI DRUKOWANYMI LITERAMI.

Wołamy panią przełożoną, ta chwyta za słuchawkę i dzwoni na Florydę. Ale nic się nie da, m’am, zrobić, niestety, macie złe bilety, a właściwie nie macie (nie mamy) ich wcale.

Wyciągnęliśmy kartę kredytową i zadłużyliśmy się na kolejne 1000CAD. [Żeby nie trzymać cię w niepewności – odzyskaliśmy pieniądze z Florydy po 3 tygodniach]

W końcu to jest Ameryka ❤, więc żeby nie było, że klient niezadowolony, pani w Disneylandzie dała nam kupony na jedzenie w parku. I to jedzenie było bardzo dobre [zdziwienie moje wielkie, bo na ogół jedzenie północnoamerykańskie nam nie smakuje, ale w Disneylandzie było całkiem, całkiem].

Dobra, dość tych strasznych historii – sprawdzajcie ludzie bilety, dobrze radzę!

Disney_is_Disney_Disneyland_Kalifornia_Kanada_Sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady_siatka_9_zdjec_z_Kalifornii

# to teraz kilka informacji

 

  1. W Kalifornii wejście do obu parków: Disneyland i Disney California Adventure Park jest w tym samym miejscu. Wspólna kolejka do kontroli bezpieczeństwa i potem możesz zdecydować, na prawo, czy na lewo.
  2. W obu parkach wygląda to podobnie: wchodzi się do parku, a potem: czekanie w kolejce do atrakcji (rekord: 120 minut, żeby zjechać pontonem w Splash Mountain), stanie, czekanie, jedzenie, zjeżdżanie, oglądanie, chodzenie, bieganie (do Fastpassów, więcej poniżej).
  3. Dobra rada dla rodzin nienawykłych do amerykańskiego poziomu zastraszania w czasie Halloween – nie przyjeżdżajcie w czasie Halloween! Maciek (lat 5 i pół) się bał na niektórych atrakcjach. Moje wyczekiwane fajerwerki nad zamkiem Disneya były w klimacie halołinowym, a ja go ani nie znam, ani specjalnie lubię. Więc rozczarowanko z mojej strony.
  4. tłumy ogromne w obu parkach (w weekend oczywiście większe). Dlaczego te bilety nie są przypisane do danego dnia, to ja nie wiem, bo tak można by przynajmniej jakoś to kontrolować, ale nie. I szczerze były takie momenty, że się bałam, tłum napierał ze wszech stron, a Disneyludzie próbowali to jakoś unormować, ale bezpieczne to to nie było.  Legoland – bilety na dany dzień rezerwujesz, ergo ludzie z obsługi wiedzą mniej więcej, czego się spodziewać.
  5. Miej plan, co po kolei będziesz zwiedzał. Przed wyjazdem warto choćby trochę poczytać o atrakcjach. Przyznam szczerze, że akurat tę lekcję zrobiliśmy po łebkach. Podobno wszystkie parki kanoniczne Disneya są podobne, czyli mają takie same strefy, więc możesz poczytać, co warto, gdzie zobaczyć. Nam bardziej podobał się Disney California Adventure Park niż Disneyland. Nasz ranking atrakcji poniżej.
  6. Co to jest Fastpass i dlaczego musisz chcesz go mieć. Nie da się parku i jego atrakcji zobaczyć w jeden dzień. Nawet w dwa dni się nie da. Podejrzewam, że i trzy to za mało. A parki są dwa, a weekend jest krótki. Wtedy z pomocą przychodzi Fastpass. Jest rodzaj dodatkowego biletu, który pozwala Ci wejść na atrakcje szybciej, krótszą kolejką. Możesz albo ściągnąć sobie płatną aplikację na telefon albo w parku biegać od kiosku/biletomatu do biletomatu, żeby pobrać Fastpassy za darmo. Wszystkie informacje znajdziesz tutaj.  Nabiegałam się za tymi Fastpassami, oj nabiegałam.  Jeśli planujesz konkretne atrakcje, zobacz, czy są do nich dostępne Fastpassy i je zdobądź w pierwszej kolejności. Oszczędzisz sobie czekania. Jeśli zależy Ci na jakieś atrakcji bardzo, bardzo, rezerwuj Fastpassy z samego rana, bo po południu często są wyprzedane. Albo dostępne na godzinę 23:30.  W Legolandzie również są takie urządzenia, ale nie korzystaliśmy, bo nie było kolejek.
  7. Nie wiedziałam, że do Disneylandu jeżdżą ludzie bez dzieci. Takich było bardzo dużo; nawet raz mówię do Kuby, Kuba tutaj stoją sami dorośli o co chodzi? i chodziło o Space Mountain. Pod koniec pobytu już wiedziałam – nasze chłopaki tak średnio ogarniają Disneya, nie to, co dorośli, na bajkach Disneya chowani. Więc te wyjazdy do Disneylandu to sentymentalne podróże do czasów dzieciństwa, a nie najdziwniejsze miejsce na randki ;). W Legolandzie prawie nie widziałam ludzi bez dzieci, w Disneylandzie nastąpiło odwrócenie proporcji plus średnia wieku odwiedzających skoczyła o jakieś 50 lat.
  8. Rada parkingowo-dojazdowa. W Anaheim jeździ komunikacja miejska po głównej drodze miasteczka. Tej, przy której stoi większość hoteli. Jest również autobus – shuttle z parkingów samochodowych pod bramę parku. I ten polecamy bo a) jeździ częściej b) jest za darmo. W Legolandzie przyszło nam się przespacerować do parku spod wioski (noclegu). A mógł być shuttle.
  9. Jedzenie moża wnosić, ale w praktyce i tak wszyscy tłoczą się do lodów, corn-i hot-dogów, churros (rodzaj długich pączków) czy ogromnych pieczonych nóg indyczych. My w Disneylandzie jedliśmy w restauracji nowoorleańskiej (pycha!), a w Disney California Adventure Park w barze Loli z “Aut” (mniejsza pycha, ale też ok, zestaw dla dzieci dostaje się w pudełku w kształcie Zygzaka McQuina, jej!). Jedzenie lepsze w Disneylandzie niż w Legolandzie, chociaż akurat popołudniowy bufet piracki w wiosce Legolandowej polecamy.

Disney_is_Disney_Disneyland_Kalifornia_Kanada_Sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady_siatka_6_zdjec_z_Disneyland_California

#Kolejki i atrakcje – pewnie takie same podobne są w każdym parku

(c0 ciekawe, na takie same kolejki nie wpuścili Maćka w Legolandzie, a przepuścili w Disneylandzie). Kilka zdań o atrakcjach, które zrobiły na naszej rodzinie największe wrażenie.

  1. Świat Aut czyli przede wszystkim Wyścig w Chłodnicy Górskiej. Ale wszystko inne w pobliżu też. Bardzo ładnie, z dbałością o szczegóły przygotowana kraina. Zdecydowanie nasz faworyt w Disney California Adventure Park.
  2. Przelot nad światem czyli kino Soaring Around the World. W Vancouver mamy Fly over Canada, ale Soaring zabierze Cię w podróż po świecie. Polecamy bardzo w Disney California Adventure Park.
  3. Guardians of Galaxy czyli film nam się podobał i atrakcja nam się podobała (Maćkowi mniej, bo było wolne spadanie i otwieranie się okna na wysokości kilku okien. Bał się)
  4. Pokrzycz sobie po amerykańsku czyli wielki rolercoaster California Screamin’. Bez Maćka i Kuby krzyczeliśmy dość głośno, podobno ja głośniej (zdaniem Krzysia). Porządny zjazd, szybkość i zwis głową w dół.
  5. Po to właściwie przyjechaliśmy, czyli Tomorrowland w Disneylandzie. Star Wars rule them all. Chłopaki brali udział w treningu Jedi (można się zamachnąć plastykowym mieczem na Lorda Vadera). Byliśmy w symulatorze Star Wars i polecamy (Maciek się trochę bał) oraz na kolejce Space Mountain i bardzo nie polecamy (Maciek się bardzo bał, nic nie było widać, tylko potwory halloweenowe na nas wyskakiwały).
  6. Z kolejek polecamy także Big Thunder Mountain Railroad (chociaż podobno był tutaj kiedyś wypadek śmiertelny). Podobną kolejką jest Matterhorn Bobsleds, ale ponieważ zjazd był znowy wewnątrz góry i po ciemku, Maćkowi podobało się średnio.

Disney_is_Disney_Disneyland_Kalifornia_Kanada_Sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady_siatka_trzech_zdjec_z_Kalifornii_Disneyland

Ponieważ to jest wpis o najszczęśliwszym miejscu na świecie (cyt. za reklamą Disneylandu 😉 ), to nie będę pisała o wszystkich atrakcjach, które nam się nie podobały zupełnie.

Bo przecież to, że ja myślę: nie warto stać po 120 minut, żeby zjechać 5 minut kolejką, nie oznacza, że nie warto. Bo może właśnie Twoim zdaniem warto.

Jeśli masz pytanie o jakąś atrakcję, daj mi znać w komentarzu.


Podsumowanie: Legoland – protestancka skromność i  porządek, aka czuję się bezpiecznie i nie mam zawrotów głowy, Disneyland- jesteś w świecie jak z amerykańskiej bajki, filmu, snu, wiadomo, że każdy by chciał chociaż przez chwilę, ale w końcu się trzeba obudzić.

Legolandu miałam dość po 2 dniach, Disneylandu po 2 godzinach.

Ale i tak warto było. W końcu, nic co ludzkie, nie jest mi obce 🙂

Aaaa, jeszcze jedno. Wycieczka do Playland w Vancouver jeszcze przed nami. Polecisz coś?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Bokiem na Mount Baker, czyli jednodniowy wypad do USA na górę,”tę co widać z Vancouver, mamo”

Taka góra, co ją widać, a zawsze ma śnieg. Czyli lodowiec Mount Baker poleca się na jesienny dzień.

Hahaha, gór, co widać z Vancouver, jest całe mnóstwo, powiesz. I rację mieć będziesz (me Yoda said)

Mount Baker nie jest jedną z całego mnóstwa gór dookoła, uwierz mi. No chyba, że mieszkasz w Vancouver i nie trzeba cię przekonywać.

Mount Baker to szczyt w USA, który widać prze dobrej pogodzie z niemalże każdego miejsca w Vancouver, a już z trasy na Hope i doliny Fraser Valley, to najlepiej!

Jednodniowy wypad na Mount Baker, wczesną jesienią, polecamy bardzo, zwłaszcza jeśli szlaki w okolicy naszego miasta już znasz i szukasz zaskoczeń.

Zaskoczy cię, zaskoczy ta góra.

Ale zanim góra zaskoczy, to najpierw nie bądź taki i daj się zaskoczyć na granicy z USA.

#wypad na Mount Baker wymaga wyjechania z Kanady

Niby wszystko oczywiste – masz wizę turystyczną do Stanów. My mamy (a jak się o nią staraliśmy w Vancouver, mając kanadyjskie pozwolenie o pracę wiesz?)

Niby powinno być łatwiej przekraczać granicę, zwłaszcza teraz, kiedy mamy już kartę stałego pobytu (PR). Jednak amerykańskich celników na przejścu granicznym twój status w Kanadzie mało obchodzi.

Interesuje ich, czy masz wizę. Oraz czy masz jedzenie. Nie można do Stanów wwozić pewnych produktów spożywczych i czasami celnik o nie pyta: czy masz owoce albo ogólnie jedzenia. My zwykle odpowiadamy, że mamy snacks, czyli przekąski. I tak, pod tę kategorię podpadają także owoce, kanapki, napoje.

Jeszcze nas nikt z tego powodu nie kontrolował.

Za to kilka razy po białe karteczki musieliśmy swoje odstać. Tym razem także.

Granicę przekraczaliśmy w Sumas, które jest tylko trochę mniej popularnym przejściem od tego w White Rock (Peace Arch /Blaine). Też sporo ludzi, też kolejki.

Musieliśmy kupić białe karteczki do paszportów (po 6$ od głowy, można płacić kartą). Mają ważność 6 miesięcy. Nasłuchaliśmy się wielu historii o nich – a to niektórym zabrali je przy wyjeździe ze Stanów, albo dali tylko na jeden dzień. Tak więc widzisz – w życiu jak w piosence, wszystko się może zdarzyć.

Byliśmy na granicy około 11, w niedzielę.

Od przejścia granicznego w Sumas jedzie się cały czas mało zatłoczoną drogą na południe (547) a potem na wschód (542).

Naszym pierwszym przystankiem był szlak Heliotrope Ridge Trailhead.

# na szlaku Heliotrope Ridge Trailhead czyli podchodzimy pod lodowiec

Wejście na szlak znajduje się na końcu drogi szutrowej, dość krętej i miejscami wąskiej. Jesienią nie było na niej błota, ale nie wiem, czy zimą da się ją pokonać bez napędu na cztery koła.

Jest parking, który ze względu na popularność szlaku, szybko się zapełnia. Przy parkingu są toalety.

Przy wjeździe zobaczysz tablice informujące, że za pobyt w parku się płaci (dotyczy to parkowania, chodzenia po szlakach, ogólnie przebywania). My kupiliśmy sobie jednodnowi karnet wstępu za 5$, przez internet i wydrukowany zatknęliśmy za szybę auta. Na parkingu nikt nie sprzedawał biletów, było miejsce, gdzie możesz płatność gotówką zostawić i napisać, za jaki samochód.

Szlak nie jest długi ani wymagający. Maciek (lat 5 i trochę) rwał do przodu i mimo kilkurazowego męczącego podejścia, dał radę przejść całość samodzielnie.

To jest świetny szlak, bo mocno zróżnicowany – najpierw idzie się gęstym lasem, potem w paśmie krzaków i roślin, a na końcu łąkami przypominającymi nasze połoniny. Czasami szlak wiedzie po luźnych kamieniach i przez potoki.

Słowem: zero nudy.

A na końcu lodowiec.

M podeszliśmy tylko na tyle, żeby zdjęcie zrobić, bo wejście na sam lodowiec wymaga sprzętu, przygotowania i pozwoleń. Widzieliśmy człowieka, który mozolnie piął się po jęzorze lodu do góry. Usłyszeliśmy też wielki huk, kiedy lodowiec tapnął i część go odpadła. [ale nie na tego człowieka, uff]

Całość szlaku zajęła nam 4 godziny. Zaczęliśmy podchodzić około 12, skończyliśmy trochę po 16.

Mt.Baker2017_Kanada-sie-nada-blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady

#w drodze na parking

Ponieważ wypad był jednodniowy, nie nastawialiśmy się na inne szlaki w okolicy. Pojechaliśmy do końca drogą nr 542, aż do ośrodka narciarskiego Mount Baker.

Droga nosi nazwę Mount Baker Scenic Byway i rzeczywiście, ostatnie kilometry zapierają dech w piersiach.

A na końcu jest… parking. Hehehe.

Ale nie taki sobie parking, tylko z widokiem na wszystkie strony świata i wszystkie góry dookoła (czyli w bonusie dostajesz też Mount Shuksan).

Jeśli masz tylko moment, żeby “zaliczyć” Mount Baker, to jedź na ten parking… tfuuu… Artist Point. Tylko zobacz najpierw, czy jest otwarty.

Możesz tylko wyjść z samochodu i się pogapić, albo pójść którymś z okolicznych szlaków. Ja musowo następnym razem pójdę na Fire and Ice Interpretive Trail (bo mi się z “Grą o tron” kojarzy mocno, i właściwie to wystarczy, hihih)

Na parkingu również obowiązuje opłata. W 2017 rooku było to 5$ za samochód.

Jak już sobie popatrzysz, to powrót tą samą drogą i 2 godziny później jesteś w domu.

Fajnie, c’nie?

Kto był w okolicy? A jak nie byłeś, to chociaż zerknij na te filmiki.


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Rockies rock! czyli w górach jest wszystko co kocham, a w Górach Skalistych jest jeszcze więcej

Wycieczka z dziećmi w Rockies czyli kanadyjskie Góry Skaliste. To tylko 8 godzin od Vancouver 😉 Ale dla takich gór – warto!

Hej w góry, w góry, w góry, popatrz tam wstaje nowy dzień….

Ja nie wiem, czy już się zorientowałeś, że my jesteśmy górolubni. Hehehe, mam nadzieję, że tyle to już o nas wiesz [a jak nie wiesz, to się dowiesz z wszystkich tych postów: w górach]

Mieszkamy teraz w mieszkaniu słabym, ale z mocnym atutem – widokiem na góry (za który to widok często-gęsto wynajmujący życzą sobie 50 CAD miesięcznie ekstra).

Góry to jest najlepsze, co ma Vancouver do zaoferowania.

Zresztą nie tylko Vancouver! Już całkiem niedaleko (według standardów kanadyjskich) są inne góry, które zachwycają. Nie zobaczysz, nie uwierzysz, więc musieliśmy pojechać i sprawdzić!

Magiczne the  Rockies, Góry Skaliste, co rozpalają wyobraźnię.

Ciągną się i ciągną. W Kanadzie leżą na granicy pomiędzy naszą prowincją a Albertą. Dalej na południe rozciągają się przez stany: Idaho, Montana, Wyoming, Kolorado, aż do Nowego Meksyku. [fajnie, prawda?]

Dzikie, wyniosłe, pełne zwierząt, lodowców i skał.

Czyli ogólnie bajka.

Jest tylko jeden problem – taki urok, to gwarancja, że będzie dużo ludzi.

Zwłaszcza, jeśli wybierzesz się w jeden z długich weekendów, kiedy na pomysł “może by tak w góry” wpadnie co drugi mieszkaniec Kanady i całkiem sporo turystów.

#nocleg

Jasper i Banff to miasteczka – ikony Gór Skalistych. Myśleliśmy, że szukając w nich noclegu na pół roku wcześniej, damy radę. Nie daliśmy.

Fakt, wybraliśmy najpopularniejszy okres w roku – ten długi weekend z okazji święta Kanady (Canada Day), początek lipca. Nie udało nam się znaleźć żadnego noclegu w hotelach w Banff ani w Jasper. Zwykle i tak na początku wybralibyśmy kemping, ale tym razem jechaliśmy ze znajomymi, więc hotel wydawał się bezpieczniejszą opcją. No ale jak nie ma, to nie ma.

Pojedziemy w Góry Skaliste kiedy indziej.

I wtedy przeszukując stronę BC Parks, zobaczyłam, że na pierwszy weekend lipcowy są miejsca na kempingu u stóp Mount Robson, w parku prowincjonalnym Mount Robson. Jupikajej!

Z kempingu jest już rzut kamieniem do Jasper, a właściwie około godziny, drogą nr 16.

Szybka rezerwacja na dwa namioty i bach, jedziemy

#2 dojazd do Mount Robson

Z Vancouver do Mount Robson jest znacznie dalej niż z Mount Robson do Jasper. Samochodem wychodzi więcej niż 7 godzin. Tiaaaa. 7 godzin z dziećmi w samochodzie to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej.

Ale się dało, bo postanowiliśmy przenocować w połowie drogi w Kamloops. W takim zwykłym hotelu sieciowym, jakich wiele w każdej większej kanadyjskiej miejscowości.

Spaliśmy w hotelach Super8 oraz Best Western między innymi w Osoyoos, Cambpell River na Wyspie Vancouver oraz w Pendington.

Nocleg dla rodziny 4osobowej kosztuje około 80-100CAD, w cenie zwykle jest śniadanie (bułka i dżem) i basen/kąpiel w jacuzzi. Nasze chłopaki lubią, bo jest telewizor (a w domu nie ma) 😉

Wyjechaliśmy w czwartek, późnym popołudniem, spaliśmy w Kamloops, w piątek ruszyliśmy o 9 rano, dalej drogą nr 5.

Droga do Kamloops wygląda jak całe Okanagan, czyli faliste, grubaśne wzgórza, pozbawione drzew, bo sucho i pustynnie (a teraz jeszcze spore połacie spalonych lasów 🙁 )

Jadąc z Kamloops, zatrzymaliśmy się, żeby kupić lody w Clearwater. Wyszliśmy ze sklepu obładowani jedzeniem, drobiazgami, a także… ubraniami. Bo dużo taniej niż w Vancouver. Nawet te same produkty potrafiły kosztować 80% ceny miejskiej. Więc jeśli wybierasz się w tamte rejony, wcale nie muisz prowiantu brać ze sobą – w małych miejscowościach kupisz, co trzeba, i niedrogo. (Choć logika podopowiada, że skoro to monopol, powinno być drożej. Sprzedaż jest wspomagana przez rząd B.C. właśnie po to, żeby ceny nie zwalały z nóg, a chętni się osiedlić w rejonie, mogli sobie na to pozwolić. Bardzo dobra strategia!)

Chwilkę po 12 w piątek byliśmy pod Mount Robson. A tam nam opadła szczęka.

To jest taka Kanada, o jakiej się marzy. Jedziesz, jedziesz, a nagle wyłania się potężna góra. I już nie schodzi z obrazka. I trwa. A ty masz to szczęście, że koło niej te kilka dni spędzisz.

Tuż przy drodze jest centrum informacyjne (po lewej stronie, jadąc z Vancity). Przy nim znajduje się restauracja, kawiarnia, sklep z pamiątkami oraz niewielka wystawa.

Kemping (Robson Meadows Campground) jest po drugiej stronie szosy, trzeba skręcić w prawo.

Dodam, że kemping bardzo dobrze wyposażony, chyba “najobfitszy” do tej pory, całkiem spory. Ma place zabaw, piaskownice, przepięknie położony amfiteatr, boiska do siatkówki (które my wykorzystaliśmy do gry w badmingtona- nasza nowa namiętność). Duża dostępność łazienek (także łazienki rodzinne, do których da się wjechać z wózkiem), kranów z wodą, nawet osobne stacje do zmywania naczyń.

Bardzo polecamy ten kemping rodzinom, które chcą spróbować, czy mieszkanie pod namiotem z małymi dziećmi.

Rockies_Gory_Skaliste_2017_Kanada_sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady-1

#szlaki w okolicy Mt. Robson, a właściwie jeden 

Właściwie nie musisz nawet wyruszać na szlak, bo możesz podziwiać Mount Robson, siedząc na ławce przed informacją turystyczną i gapiąc się bezczelnie bez ograniczeń.

Mount Robson to najwyższy szczyt po kanadyjskiej stronie Gór Skalistych. Ma 3, 945 metrów i jest otoczony pięknymi jeziorami. Cały teren został ustanowiony parkiem regionalnym w 1913 roku i jest drugim najstarszym rezerwatem przyrody chronionej w B.C.

Nie do końca wiadomo, skąd się wzięła nazwa “Mount Robson”, bo rdzenni mieszkańcy tych terenów nazywali górę “Yuh-hai-has-hun”, czyli Góra zakręconej drogi.

My wybraliśmy się na szlak Berg Lake Trail, a właściwie na jego część, prowadzącą do jeziora Kinney. Cały szlak to dwudniowa wędrówka z noclegiem, w odległości 21 km. Przy jeziorze Berg jest kilka miejsc na rozbicie namiotów oraz schrony turystyczne. To dobre miejsce wypadowe na wyjścia w obrębie Mount Robson.

Może jak chłopaki podrosną, wybierzemy się i tam.

Narazie musiał nam wystarczyć szlak Kinney Lake trail, który ciągnie się 7 km i zajmuje około 3 godzin (droga tam i z powrotem). Wędruje się pięknym lasem, a Mount Robson cały czas zagląda w twarz. Szlak jest przygotowany do jazdy rowerem, więc możliwe, że również lekkie wózki spacerowe dałyby radę (ale nie widzieliśmy, więc ciężko potwierdzić).

Na końcu szlaku są ławki i toalety.

A w jeziorze przegląda się góra. Całkiem jak na jeziorkach Joffre, albo w Wedgemount Lake.

Ale ta Kanada jest ładna!

Rockies_Gory_Skaliste_2017_Kanada_sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady-4

# Jasper, Maligne Lake oraz Athabasca Falls

Zatrzymaliśmy się w Mount Robson, żeby było łatwo dojechać do Jasper i Maligne Lake. I rzeczywiście jest łatwo – ta sama droga prowadzi z kempingu do miasta.

Przy wjeździe do Parku Narodowego Jasper stoi budka, w której należy kupić wstęp (pass). Ale w 2017, z okazji 150 urodzin Kanady, wystarczyło wcześniej zamówić darmową, całoroczną kartę wstępu (link)

Po drodze po raz pierwszy widzieliśmy mamę miś z młodymi. Oczywiście zdjęcia nie mamy, ale zapewniamy, że na tej drodze było sporo zwierząt, więcej niż widzieliśmy podczas całego naszego pobytu w Kanadzie.

Pierwszym naszym przystankiem było Jasper, które nieco nas rozczarowało. Pewnie dlatego, że  było zatłoczone z okazji Canada Day i pewnie dlatego, że pogoda była taka se.

Miasteczko ładnie położone, paradę poprowadził burmistrz na koniu, jest gdzie kupić lody i bloki nugatowo-czekoladowe. Mieszkańcy sami o sobie piszą: nice and friendly.

Zatrzymaliśmy się w Jasper na godzinę, na spacer, a potem ruszyliśmy dalej.

Rockies_Gory_Skaliste_2017_Kanada_sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady-3

Tuż za rogatkami miasta zobaczyliśmy kojota, aha, aha, znowu brak zdjęcia, ale musicie nam uwierzyć na słowo 😉

Jechaliśmy do Maligne Lake. 

Jeśli się zastanawiasz, skąd jest zdjęcie zjawiskowego jeziorka, które masz na tapecie komputera, to właśnie stąd. Duża szansa, że to właśnie Maligne Lake, jezioro otoczone kilkoma lodowcami. Ulubieniec instagrama.

To ta woda, serio, jej kolor nie jest niebieski, nie jest zielony, nie jest szmaragdowy, jest …. jaki jest. Wyjątkowy.

Do jeziora Maligne jedzie się, a jakżeby inaczej, drogą Maligne Road. I ta droga również jest piękna, a wychodzą na nią niedźwiedzie i owce o zakrzywionych rogach.

Na końcu drogi jest spory parking (bezpłatny), informacja turystyczna oraz restauracja.

Najpiękniej się ogląda Maligne Lake z pokładu stateczków, które kursują po jeziorze i dopływają do wyspy Spirit Island. Zarezerwuj sobie przejazd wcześniej, dobrze radzę. My się nie załapaliśmy. Wystarczy wpisać w google Maligne Lake cruises, a wyskoczą strony przewoźników.

Postanowiliśmy jezioro pooglądać z brzegów [pięknie] oraz przejść się szlakiem w okolicy. Ponieważ wszyscy byli na statku, na szlaku  nie było nikogo [miodzio].

Masz do wyboru dwa łatwe szlaki: 1-2 godziny:  pętelka Mary Schäffer loop oraz pętelka Moose Lake.

My przeszliśmy tę pierwszą i to był bardzo miły spacer, spokojnie przedszkolak i starszy żłobkowicz przejdą na nóżkach, bo różnica przewyższeń jest minimalna.

W restauracji mieli wybór trzech zup aka aintopfów, więc oczywiście zamówiłam wszystkie trzy, bo jak w karcie jest coś więcej niż frytki, burger i hot dog, to my jesteśmy pierwsi do próbowania (znasz nasz stosunek do kuchni kanadyjskiej?)

Chłopakom najbardziej podobały się przebieranki, czyli mini wystawa lokalnego muzeum etnograficznego w Jasper. No bomba taka wystawa, bo możesz wcielić się w pierwszego osadnika kanadyjskiego i oczywiście trochę sobie postrzelać trutututut.

Nad jeziorem Maligne spędziliśmy trochę ponad 3 godziny.

Wracając w stronę Jasper, odbiliśmy na moment w tę najsłynniejszą z kanadyjskich dróg czyli Iceland Parkway, drogą na Banff, przez góry.

Rockies_Gory_Skaliste_2017_Kanada_sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady-2

Nie musieliśmy jechać 232 km, żeby się drogą zachwycić. Góry widać cały czas.

A po doznania face to face, zwłaszcza mokre wystarczyło dojechać do wodospadów Athabasca .

Droga prowadzi około 30 km na południe od Jasper. Zjeżdża się na bezpłatny parking (są toalety). I dosłownie pięć minut spaceru dalej jest już wodospad.

Możesz go spokojnie obejrzeć cały prawie że dookoła. Sporo miejsc widokowych i serio, nie warto dla Instagrama wdrapywać się za drugą stronę barierki [były takie przypadki, smutne].

Cały spacer można spokojnie zamknąć w 30 minut, ale jak wokół są komary [a były ich chmary], to nawet szybciej.

Koniecznie zobacz Athabasca Falls, kiedy jesteś w Jasper!

 

A może już widziałeś? Albo polecasz inne miejscówki na granicy Kolumbii Brytyjskiej i Alberty?

Daj wtedy znać w komenatrzu. Chętnie wybierzemy się znowu. 

Warto do Banff jechać?


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Jak się macie latem 2017? Lipiec w Kanadzie, sierpień w Polsce. Skansen, wakacyjna qlturka, u dziadków i Legoland

Bye bye lato? Nie ma tak łatwo – najpierw krótkie podsumowanie, co się działo. A wy jak się macie latem 2017?

Kto się cieszy, że już koniec lata? No ja nie….

Zaraz zacznie padać deszcz [#mówmiprorok]

Piszę ten post, żeby jak już zacznie padać, wystarczyło rzucić okiem i bach – jest co wspominać. Trochę cieplej. Wiadomo, co się działo u Jeziorskich, a było jak zawsze grubo 😉

(jeszcze tak się mówi? Pytanie do grupy czytelników bloga w przedziale wiekowym 18-25lat)

Plus linki, plus inspiracje, plus archiwum dla chętnych.

Daj mi znać, czy masz ochotę na więcej takich postów

#1 Krzyśkowe i Maćkowe “Lato w mieście”

Szkoła już nie woła (ale jeśli nie znasz, zajrzyj, jaka ta szkoła jest)

Wakacje, czyli odpoczywajcie rodzice od pracy, organizując dzieciaczkom czas wolny (kto tak odpoczywa, bo ja nie umiem, proszę mnie nauczyć).

Na pomoc rusza świetlica, półkolonie, obozy. Chłopaki w lipcu chodzili na półkolonie organizowane przez kuratorium – Krzysiek miał przez trzy tygodnie na ciekawe zajęcia pt. “Creative writing with technology” czyli pisanie na Ipadach. Także komiksów.

Maciek i tak najbardziej ❤ playdates z przyjaciółmi, wiadomo, dlaczego 😉

Jak się macie w wakacje 2017-Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 1


#2 Wakacyjna qlturka

Od zawsze i na zawsze pewnie, mam takie dziwne zamiłowania muzyczne. Na przykład w lipcu rządziła ta piosenka w wykonaniu zespołu z serialu Glee (kto ich też ❤?)

Zupełnie przypadkiem wakacje upłynęły nam również pod znakiem ścieżki dźwiękowej z Moany (po polsku zmieniono jej imię na Viana, why, ja się pytam, why?). KONIECZNIE posłuchaj:

  • You are welcome – czyli rubasznie, zero kompleksów, asertywność 1 milion procent i co to nie ja
  • How far I will go – musowa piosenka mamusi (czyli moja), czyli przebudzona kobieca siła
  • Shiny – faworyt chłopaków, ciekawy czy każdy w tym pokoleniu chce być celebrytą?

Książki też były, żeby nie było.

Jak się macie w wakacje 2017_wakacyjna_qlturka-Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady


#3 Canada Day w Górach Skalistych

Dlugi weekend lipcowy spędziliśmy na kempingu Mount Robson, rzut kamieniem od Jasper i Rockies.

Tam jest magicznie. Więc będzie osobny wpis. Jak go napiszę.

Rockies 2017_Jak się macie w wakacje 2017-Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady (4)


#4 Wypad do skansenu Fort Langley Historic Site

Polecamy ten mały ale uroczy skansen 40km od Vancouver.

W tym roku, z okazji 150 urodzin Kanady, wejście jest za darmo.

Zamów wejściówkę → TU

Fort Langley Historic SiteJak się macie w wakacje 2017_Fort Langley Historic Site-Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady


#5 Polska u dziadków

Pod koniec lipca przyleciałam z chłopakami do Polski, na 6 tygodni. Do dziadków, do Bakstera, czyli Ziemia Lubuska wita.

A tam czekał na mnie mój kubeczek.

I przetwory robiliśmy – nawet fajnie jest tak kisić, mieszać, słuchać jak bulgocze. Tak, to piszę ja, która gotować nie znosi.

Jak się macie w wakacje 2017_ u dziadków-Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady (10)
Głównie to byczyliśmy się nad jeziorem

No i mieliśmy okrągłe dziesiąte urodziny Krzysia! —–> znasz wpis o Krzyśku?

A z okazji tych urodzin i w nagrodę za wysiłek włożony w całoroczną naukę języka polskiego [kliknij po całą historię], pojechaliśmy do….

#6 Legoland

Pojechaliśmy na dwa dni do duńskiego Legolandu:

  • spaliśmy w Legoland Village, domek Lego Ninja Cabin (do 6 osób)
  • jedliśmy śniadania i obiadokolacje w Legoland Village
  • pobyt oraz bilety kupiliśmy przez oficjalną stronę Legolandu (w pakiecie wyszło taniej niż kupowanie osobno noclegu oraz biletów do parku)
  • chłopaki byli jeszcze w parku wodnym Lalandia

Ogólnie, polecamy

Legoland 2017_Jak się macie latem 2017--Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Kanadzie i o emigracji do Kanady
Było mało osób, bo już po duńskich wakacjach. Kręciliśmy się na karuzelach i kolejkach bez opamiętania 😉

#7 Czytadełka

Przypominam, jakby ktoś przegapił

 Skończyła się szkoła, zaczęły wakacje, jejejeje. Ale zanim, to jeszcze w sierpniu egzamin z języka polskiego i wiedzy o Polsce

 Minął rok odkąd rozpoczęliśmy zbieranie dokumentów na PR – profil założyliśmy 29 czerwca 2016, od pierwszego tygodnia lipca zbieraliśmy dokumenty, konsul węgierski pomógł – teraz mamy już PR.

 Latem alko łatwiej wchodzi? W ładnych okolicznościach przyrody, a pewnie, że tak!

 Wydatki na jesień, bo szkoła, albo co?

To co? Niech moc lata będzie z Tobą! My się września nie boimy 😉


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Poza Vancouver. Sunshine Coast – Ania z Zielonego Wzgórza by tu zamieszkała. Ale my mieliśmy pecha.

Zabieramy cię na Sunshine Coast, na północny-zachód od Vancouver. Ania z Zielonego Wzgórza by tu zamieszkała. Ale my mieliśmy pecha.

Gdyby Ania z Zielonego Wzgórza zamiast na Wyspie Księcia Edwarda mieszkała w Zachodniej Kanadzie, pewnie wybrałaby Sunshine Coast.

  • ✔ po pierwsze nazwa, wypisz-wymaluj jak z Aninej wyobraźni.
  • ✔ po drugie krajobraz różny od lasów deszczowych wokół Vancouver. Podobny za to tego, który opisała Monika, odwiedzając Wyspę Księcia Edwarda.
  • ✔ po trzecie, pomimo, że Sunshine Coast jest tak blisko największego miasta zachodniej Kanady, znakomicie odizolowane. Nie ma z Vancouver żadnego mostu. Trzeba przypłynąć lub przylecieć. Bardzo romantycznie, westchnęłaby Ania.

Myślę, że Sunshine Coast nadawałoby się jej znakomicie.

I gdyby jeszcze Ania żyła współcześnie, to idę o zakład, że żeby sobie życie z piątką szóstką dzieci osłodzić, chodziłaby na lody Spicy Mama – więcej info niżej.


#1

Ale coś musicie wiedzieć o naszym pobycie na Sunshine Coast.

Nie był udany. Mimo, że moje pierwsze wrażenie z wyspy było mocno w stylu Ani, a więc mogłam więcej wybaczyć. Niepowodzenie, który nas na Sunshine Coast prześladowało, nie miał w sobie nic z rozkosznych pechowych pomyłek Ani. I choć w sumie wszystko skończyło się dobrze, to wolałabym chyba włosy na zielono pomalować niż po raz kolejny popłynąć na wyspę.

Wyjechaliśmy na długi weekend, Victoria Day. Coś jest bardzo nie tak z moją pamięcią, skoro co roku przy okazji dowolnych świąt i długich weekendów zapominam, że Kanadyjczycy uwielbiają wyjazdy i na pewno będzie tłocznie na ulicach, i wszędzie.

Oczywiście było mnóstwo ludzi. Powinnam była zrobić rezerwację promu do Gibsons, miasta portowego na Sunshine Coast, o tak.  A ponieważ się spoźniliśmy i nie było już miejsc dostępnych w rezerwacji, to pozostało nam czekanie w kolejce, w Horseshoe Bay, we Wschodnim Vancouver. Mieliśmy nadzieję, że na któryś prom nas wpuszczą. Z powodu braku rezerwacji na prom powrotny, zdecydowaliśmy się również wcześniej wrócić.

Prom płynie około 40 minut.

Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_9

Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_8

W przypadku Sunshine Coast starczyło mi jedynie przytomności umysłu, żeby wcześniej zadbać o rezerwację miejsca kempingowego.

#2

Wybraliśmy kemping w parku prowincjonalnym Porpoise Bay.

Kemping standardowo wyposażony miał jeden wielki minus – wspólne miejsca na ognisko, dostępne dopiero od popołudnia. To, co nam się nie podobało, może jednak być zaletą – cóż zbliża ludzi bardziej niż widok płonącego ognia?

My na kempingu byliśmy w dwie rodziny i jednak indywidualne miejsce na kiełabski i pianki ułatwiłoby nam dzień. Plus, kto powiedział, że nie można jeść Smores (herbatnik przełożony podpieczoną pianką i czekoladą) na śniadanie?A na butli gazowej ciężko upiec.

Poza tym były prysznice, toalety, woda w kranie. Krótki spacer prowadził na wybrzeże, szerokie, ale z marnym widokiem.

Ten widok nas rozczarował najbardziej. Taki powiedziałabym, z przeciętnego polskiego jeziora, czyli lasy dookoła. Jadąc na kemping ładną Sunshine Coast Highway (zwaną też autostradą 101) mijaliśmy sporo urokliwych miejsc tuż nad wodą i mieliśmy nadzieję, że Porpoise Bay też tak wygląda. A tu psikus.

Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_2

Są na szczęście inne rzeczy, oprócz gapienia się przed siebie,  które możesz robić będąc na kempingu:

  1. pływać kajakiem (możesz też w Vancouver, wiesz?), canoe czy na desce z wiosłem (paddle board). Albo po prostu pływać (chociaż  woda była zimna, dzieciom to nie przeszkadzało)
  2. jeździć rowerem po wyspie i skorzystać ze specjalnych miejsc kempingowych tylko dla rowerzystów (bike-in, camp-in sites)
  3. spacerować – tutaj polecamy ścieżkę tuż koło kempingu, nad Agnus Creek (może 20 minut spaceru, wózek też da radę). Strumień mienił się żółtym kolorem, więc pyszne warunki do zabawy w poszukiwaczy złota!

Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_6

Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_4

#3

Niestety poza tym spacerem nie udało nam się wyjść na żaden porządny szlak, bo pech. Dał o sobie znać w sobotę z rana.

Najpierw budzimy się na płasko na podłodze namiotu. A pamiętam, że wieczór wcześniej ofiarnie pompowałam dwa materace rozmiar Queen, marki Coleman, jeden dopiero co kupiony, świeżutki, rozpakowany. Fakt, że kupiony w promocji w Canadian Tire, ale sporo tam kupujemy, ale i nigdy nie było problemów.

Tym razem jednak pech. Z materaca zeszło powietrze. Szybkie główkowanie – śpimy do końca pobytu na zmianę, z 1/2 rodziny na podłodze, czy jedziemy do najbliższego miasta wymienić. Byliśmy jakieś 5 km za Sechelt, więc dałoby radę.

Gdyby nie…. guma w kole, flak, dętka, koło samochodowe bez życia. Eh.

Środek lasu, środek długiego weekendu, ustawy zabraniającej handel w niedziele nie ma, ale się nie łudzę, przy takiej pogodzie mechanik samochodowy z Sechelt pewnie wybył na wypoczynek. Jakbym była mechanikiem, to by pojechała. A my w kropce.

Kuba wziął materac, wsiadł do samochodu naszego nieszczęsnego i ruszył na poszukiwanie wulkanizacji. Wrócił po godzinie, materac wymienił, a koło podpompował na stacji w Sechelt, ale widać że wciąż schodzi powietrze.

Decyzja – jedziemy wszyscy, tym razem do Gibsons, może tam będzie jakaś cywilizacja, czytaj otwarty warsztat samochodowy.

I tadadam, proszę Was, był! Jeden! A zapytaliśmy w co najmniej sześciu miejscach. Koło nam załatali, kazali przy najbliższej okazji wymienić i puścili.

A my, myk do Gibsons, odreagować przy jakimś jedzeniu.

#4

Na kemping przyjeżdżamy z własnym jedzeniem, ale jak się trafi okazja, nie pogardzimy specjałami kuchni kanadyjskiej [hehehe, wzgardliwy chichocik, bo ze specjałami kanadyjskimi mamy na razie nie po drodze].

Ale w Gibsons nas zaskoczyła jedna taka morska restauracja: Waterfront Restaurant, z widokiem na zatokę, że ochocho, akcje kuchni kanadyjskiej poszły w górę!

Nie wiem, czemu jedzenie się nie załapało na żadne zdjęcie, hmmm. Dla naszych dzieci są dzieciowe przysmaki, czyli chicken nuggets, frytki i inne badziewie (sorry chłopaki), a dla reszty wielce pyszne sałaty z morskimi przysmakami. Ja polecam krewetkową!

Przez okno widzieliśmy kolejki (na schodach stali) do kolejnego polecanego baru typu fish’n chips: Smitty’s Oyster House.

Ja nie wiem, co wszyscy mają z tą rybą w panierce i frytami. Wszędzie taka sama. Czy mogę już poprowadzić Kuchenne rewolucje? 😉

Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_11

Samo Gibsons jest uroczym miasteczkiem, z malutkim portem i pysznym widokiem.

Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_10

Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_12

Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_16

Te maziaje na zdjęciu wyżej po prawej to są lody. W Gibsons okazało się, że ja jednak lubię lody, bo były wyśmienite, ręcznie robione, o niespotykanych smakach.

Wspomniana na początku Spicy Mama to czekoladowe z papryczką chilli.  Mnie o obłęd przyprawiły waniliowe z papryczką jalapeno. Kulka tańsza niż w Olimpic Village, w Vancouver.

Wszystkie smakołyki, bo w karcie są nie tylko lody, podaje rodzina. W miejscu totalnie bezpretensjonalnym, czyli u Mika (Mike’s place).

Ta kawiarnia wygląda dokładnie tak, jak powinno wyglądać modne miejsce dla hipstera z jabłuszkiem. Ale jest prawdziwa, a nie wystylizowana, dam głowę, że od wejścia poczujesz różnicę!

1Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_14

Kto ma dreszcze i się boi, bo w pobliżu Smuggler Cove

Być może gdzieś jeszcze w ukryciu jest rękopis Ani z Zatoki Przemytników, taki prequel Zielonego Wzgórza.

Ania przypomina w nim Fizię Pończoszankę, jeszcze nie jest sierotą, i wraz z mamą i tatą sieją postrach na Pacyfiku.

Albo szaleją w Półksiężycowej Zatoce (Halfmoon Bay) wraz z królem tutejszych przemytników, Larrym Kellym, ksywka Pirat.

Do Smuggler Cove Provincional Park jest kawałek samochodem, dla samej nazwy i historii warto pojechać. Jeśli jednak masz mało czasu, to zejścia nad zatokę bliżej miasta są równie urokliwe.

Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_7

Żeby zobaczyć Gibsons i kawałek Sunshine Coast nie potrzebujesz nawet samochodu, bo z przystani jest autobus do miasta.

Z ciekawych rzeczy – bilet na prom kosztuje cię tylko w jedną stronę. Dobra informacja dla turystów i dla wszystkich 50 tysięcy mieszkańców wyspy.

 

Sunshine Coast_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_1

Kto był na Sunshine Coast i mu się podobało?


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Jak mi się nie chce czyli kemping w Golden Ears Provincional Park

Faza”Nie chce mi się” ale jak widzę zielone zdjęcia, to bardzo chce mi się znowu w góry. Albo do lasu. Wspomnienie pierwszego kanadyjskiego kempingu w sezonie 2017.

Jestem zapisana na wiele, zbyt wiele newsletterów (automatyczne emaile z różnych źródeł). Dobrze, że niektóre z wiadomości zaczynają się zdaniem: “Cześć Kasia, jak dawno do Ciebie nie pisałam/pisałem“. Nie powiem, zawsze mi lepiej, paskudnie lepiej, że ktoś tak, jak ja, miewa obsuwy czasowe.

No bo kto to widział, pisać post o wydarzeniu z połowy maja 2017. Mamy koniec roku szkolnego (w Polsce, bo w Vancouver jeszcze tydzień), mamy koniec czerwca. Lekko późno, żeby pokazywać zdjęcia z pierwszego w tym roku wyjazdu pod namiot.

Ale co poradzić, jak mi się nie chce?

Zwyczajnie-nie-zwyczajnie- dostałam komputerowstrętu. A właściwie codziennościowstrętu.

Siedzę sobie z moją niezawodną kanadyjską A. na placu zabaw i jedna do drugiej mówi, jak nam się nie chce. Nic się nie chce. Pisać, czytać, zdjęcia przeglądać, uczyć się, schabowe smażyć, pierogi lepić, playdate organizować i  z dzieckiem na plażę pójść.

Masakra. (I trochę wstyd, ale tylko trochę, bo ja się odzwyczajam wstydzić z byle powodu. A część zdjęć już na Instagramie pokazałam.)

Nagle: eureka! Jak już sobie o tym niechceniu myślałam, to wymyśliłam, że może komuś się nie chce na kemping jechać i wtedy ja mu napiszę, że biwak w Golden Ears to jest super propozycja na “jak mi się nie chce“! Brawo ja, fanfary i czerwona dywanka poproszę.

I jakoś tak się zebrałam, zawzięłam i tadadam, proszę bardzo, są zdjęcia z wyjazdu na kemping w Golden Ears Provincional Park. Zapraszam z herbatą, bo było zimno i padało, więc herbata potrzebna.

Na wymówkę: “nie chce mi się, bo za daleko”, Golden Ears Provincional Park zamyka usta.

Bo to jest park niemalże za rogatkami miasta. Około 40 minut jazdy od nas (Mount Pleasant). A jak mieszkasz w Maple Ridge, Pitt Meadows, czy Mission to wręcz zajęczy skok.

Więc jeśli masz nastrój: “nie chce mi się, bo dzieci w samochodzie będą się nudzić i mi urlop się skiśnie jak klapnięty ogórek”, to wyjazd na ten kemping jest dla ciebie! Podróż z Vancouver trwa krótko, więc jeden rozdział audiobooka wystarczy (u chłopaków teraz rządzi “Baśniobór”. Matko, jako matka już nie mogę tego słuchać, czy w tej książce są wszystkie potwory świata?).

A może dopadło cię: “nie chce mi się jechać, bo będzie padało”?

Ryzyko jest zawsze. Powiedziałabym, że w Vancouver wysoce prawdobodobne jest, że będzie deszcz 😉 Ale, ale z Golden Ears zawsze możesz się szybko zwinąć, jeśli pogoda będzie nieprzyjemna. Leje deszcz, więc najwyżej wrócisz wcześniej do domu.

W Golden Ears wyłączyło nam się zupełnie parcie urlopowe (czy jest takie słowo?). To takie uczucie, że jak już się tyle przygotowałeś, spakowałeś, wyjechałeś, to choćby się waliło i paliło, musisz wypoczywać. Namiot rozstawiać, ognisko robić i gluta z mielonką gotować (te słowa to dla moich kolegów z SKPB Wwa są).

Nie wiem, jak u Ciebie, ale mnie czasami takie (za)parcie dopada, i wtedy urlop zmienia się w koszmar. Gorączkowo sprawdzasz pogodę, bo przecież jest szansa, że prognoza się poprawiła i jest nadzieja, chociaż pięć minut temu jej nie było. Zapłacone, musisz jechać, choć “Raincouver is on its very best today”.

Połowa maja 2017, piątek wieczorem, Kuba zaorydnował: jedziemy, jak będzie padać, to się nie rozbijemy, tylko wracamy do domu. Zero  spiny i parcia na kemping. Cóż może być lepszego na “nie chce mi się” ?

Jak już zawalczysz i zwalczysz “nie chce mi się”, to pojawi się to fajne uczucie “teraz mi się chce i coś się wydarzy”. I tak właśnie było z nami w Golden Ears.

Sam kemping wyglądał tak, jak inne kempingi kanadyjskie, o np. nasz pierwszy, nad Cultus Lake, miał podobny standard.

Kiedyś napiszę posta z instrukcją obsługi kanadyjskiego kempingu, ale jeśli nie chcesz czekać, daj mi znać w komentarzu. Co wiemy, to powiemy.

Plusy kempingu w Golden Ears Provincional Park

W Golden Ears byliśmy sami! Bardzo lubimy naszę ekipę wycieczkową, żeby nie było! Jednak z pełnym przekonaniem napiszę, że kemping samodzielnie, tylko jednorodzinnie, jest super! Czworo par uszu na słuchanie siebie, zero rozpraszania się przy ognisku, czas (tylko) dla nas! No pięknie!

Kiedy mówiliśmy, że jedziemy do Golden Ears, część ludzi dziwnie patrzyła (to ta większa połowa ludzkości, która ma dzieci). Dlaczego? Bo to miejsce ma łatkę imprezowni dla bananowej młodzieży z Vancouver. Ostrzegano nas, że nie da się spać. Niespodzianka! Dało się spać, młodzieży rozrabiającej nie wiedzieliśmy.

Zerknijcie na zdjęcie niżej, miejsca na kempingu jest dosyć, te hulanki były pewnie na drugim polu namiotowym (my spaliśmy na Gold Creek).

Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 1

W Golden Ears czujesz się jak w górach średnio wysokich, bo szczyt wyłania się zza drzew, a wcale nie trzeba się wysoko wspinać.  To nie jest Garibaldi Park.

Piękne jest jezioro Alouette Lake. Chłopakom udzieliła się magia miejsca i nawet rzucanie kamieniami odbywało się po cichu. Polecamy spacer nad jezioro pomiędzy 6:30 a 7 rano. Może zobaczysz mgłę, a może poczujesz zapach kawy wracając do namiotu?

Wokół jeziora prowadzi szlak, można dojść drogą w dolinie na plażę z drugiej strony (około godzinny spacer z kempingu, bez możliwości zrobienia pętli wokół jeziora).

Jak wiele parków prowincjonalnych, także w Golden Ears jest strefa dziennego pobytu (nie wiem dlaczego, ta nazwa kojarzy mi się z ośrodkiem spokojnej starości, ja to rzeczywiście jestem dziwna). To dobry pomysł dla tych, którym “się nie chce na kemping” ale “chce się w góry na spacer”.

Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 2

Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 7

Zostawiasz samochód na parkingu i idziesz w las. W parku jest ponad 80km szlaków!

Bardzo polecamy szlak upadłych gigantów (Trail of the Fallen Giants, kto nie ma ciarków, słysząc tę nazwę?). To właściwie ścieżka jest, albo wręcz zgubienie się na chwilę w gąszczu, który, przynajmniej na mapie, ma kształt pętli. Podobno pokonuje się go w 15 minut. No nie wiem, my spędziliśmy tam ponad godzinę i to wciąż za mało. Nie zawracaj sobie głowy kierunkiem, tylko tam wejdź.

Bo tam rządzi zielone.

Bardzo rządzi !

Jak wyjdziesz, nie będziesz tą samą osobą. Zwłaszcza jeśli zabierzesz ze sobą w krzaki książkę: Sekretne życie drzew.

Z całego serca ci polecam tę książkę, a znajdziesz ją w bibliotece publicznej w Vancouver.

Golden Ears Provincional Park jest idealny na kemping, wędrówkę i tę książkę!

Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 8

 

Ale fajne te filtry w Google Photos! I odpada “ale mi się nie chce robić makijażu” 😉

Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 4

Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 9

Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 10

Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 11

Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 12

Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 13

Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 14

Polecamy kemping i park prowincjonalny na pierwsze koty za płoty z rodziną pod namiotem. Będzie Wam dobrze!

To na koniec jeszcze życzenia wszystkiego zielonego! Zwłaszcza jak Wam się nie chce!

Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

 

Łatwe wyjścia w góry wokół Vancouver. Quarry Rock i Deep Cove

Mokre zdjęcia z krótkiego spaceru na Quarry Rock. Oraz czy ja lubię Deep Cove (nie lubię).

Patrząc i licząc wychodzi na to, że całkiem sporo napisałam już postów o wycieczkach w okoliczne góry. Zdjęcia były, pełen przekrój: lato, jesień, zima, wiosna.

Cieszę się, bo #wgórachjestwszystkocokocham.

Czy to dostateczny powód emigracji 10 000 km od Warszawy? Żeby się budzić w mieście zwróconym twarzą do gór.

My uważamy, że chociaż nie najważniejszy to powód, to wystarczająco rozkoszny.

Sam zobacz.

Colorfull fall has arrived… #vancouver #vancity #beautiful #canada

Post udostępniony przez by Kasia Kate Jeziorska (@kanada_sie_nada)


Nasze okoliczne wyjścia w góry. Spokojnie dasz radę zrobić je w każdym wieku i z dzieckiem.

  1. Grouse Mountain
  2. Dog Mountain
  3. Lynn Canyon
  4. Rice Lake
  5. Buntzen Lake
  6. Belcarra Park
  7. Capilano Bridge
  8. Lynn Headwater Park
  9. Burnaby Mountain

Dorzucimy do listy następną propozycję: Quarry Rock w Deep Cove, w Północnym Vancouver.

 

Do Deep Cove mamy stosunek, jak do zadymionej paryskiej kawiarni (są takie?). Chciałoby się pobyć, bo wypada i inni mówili, że to fajne przeżycie. Kilka razy byliśmy (w Deep Cove, nie w kawiarni). I mimo, że w Deep Cove dymu papierosowego nie uświadczysz, głowa nas rozbolała. A na języku pozostało nieciekawe uczucie.

Czemu to Deep Cove zachwyca, jak nas nie zachwyca? Ładne miasteczko. I tyle. Ale pewnie ci, co napisali o Cove więcej, znają się lepiej. Więc jeśli szukujesz się na spacer a’la Sopot zmniejszony tak 100 razy, przeczytaj, co w miasteczku robić.

Ps. Nie jedz pizzy.

Pytasz: “Kaśka, to skoro nie lubicie, po co się pchałaś tam?” Odpowiedź trudna, prawie tak samo, jak znalezienie miejsca do parkowania.

Najwyraźniej magia Deep Cove przyciąga tłumy, wszyscy się łapią, że trzeba pojechać, warto zobaczyć, a potem nikt się nie przyzna, że lekkie rozczarowanie było. Bo pizza niesmaczna, do kawiarni stoją tłumy, których nie znasz, więc raczej nie pogadasz.

A może dziwne uczucie mnie ogarnia, bo w miasteczku jest za mało drzew. Może to właśnie to?

Jeśli masz podobnie, za długo w Deep Cove nie siedź, tylko szybko zmykaj na króciutki szlak, zaczynający się zaraz przy parkingu. Szlak, a właściwie spacer na Quarry Rock.

Sądząc po tłumach na ścieżce, sporo ludzi ma podobne myśli o Deep Cove, co ja. Tak, tak, miasteczko, no jest, ale chodź w góry. Pomiędzy drzewa.

Kończę ten pseudofilozoficzny wywód o ambiwaletnym stosunku do Deep Cove.

Czas na Quarry Rock. I tak, słusznie zgadujesz, na końcu jest skała. Ale nie byle jaka skała! Potężna, granitowa wychylnia, z oszałam(n)iającym widokiem na zatokę Salomon Arms.

Widoki są, jak pogoda pozwoli. Nam pozwoliła tak średnio. Deszcz, ciężkie chmury ciągnęły się za nami, powłócząc nogami, nie odpuszczając przez te 1,5 godziny wejścia na górę.

Uwaga: 4-5 latki dadzą radę na szlaku. Uwaga nr 2: im więcej 4-5 latków, tym bardziej dadzą radę.

To jak to wygląda, to Quarry Rock i Deep Cove? Co robić?

Idziesz na szlak, wchodzisz na kamień, relaksik jest, termos z herbatą/kawą. Rozglądasz się i udajesz, że tych tłumów tam nie ma.

Są za to góry. I chmury. I woda.

No przecież, nie potrzebujesz więcej, prawda?

To teraz zdjęcia z Quarry Rock i Deep Cove

quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_5

quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_1

quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_2

quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_3

quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_4

 

quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_6

quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_7

Wiesz,  gdzie jeszcze pójść z dziećmi na szlak w okolicy Vancouver? Daj znać w komentarzu!
Bo w lipcu planujemy już Garibaldi Park. A tam, wiadomo, GÓRY!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Poza Vancouver. Jednodniowa wycieczka do Victorii, stolicy B.C.

W Victorii świeciło słońce i było miło. Jak to się mówi: fine.

Coś ostatnio mało zdjęć jest na blogu. Nie żebym się czuła odpowiedzialna (no może troszkę), raczej winię pogodę.

Wstręciucha – deszczowa pogoda, nie pozwoliła na zrealizowanie bardzo wielu wycieczkowych planów.

Wyobraź sobie, że płacisz 5 tysięcy za wycieczkę zagraniczną, a tam pada cały czas. No właśnie!Dobrze, że dla rodziców to był drugi pobyt w Kanadzie, mogli sobie odpuścić wiele zwiedzania bez większego żalu. Ale co tu kryć, lekki żal był, że spacery mikre, że deszcz w kółko, że gór nie widać.

Jeśli były zdjęcia, to mokre. Przykład z FB podaję poniżej.

Żeby nie było tak całkiem niefajnie, że deszcz i wiecie, mokro ogólnie, podrzucam kilka zdjęć lutowo-marcowych. Góry,…

Opublikowany przez Kanada się nada 3 kwietnia 2017

Na szczęście jedna niedziela była słoneczna, jedna taka, z trzech tygodni wizyty. Jak tylko prognoza pokazała, że się da, wyruszyliśmy samochodem w szóstkę poza Vancouver.

Tam słońce było! Fajna okazała się ta nasza jednodniowa wycieczka do Victorii, stolicy B.C.

Victoria nam się spodobała, serio.  Jednak chyba za wiele się nasłuchaliśmy achów i ochów o tym mieście, by tym naszym wyśróbowanym wymaganiom biedna stolica Kolumbii Brytyjskiej mogła sprostać.

PS. Czy we wszystkich prowincjach jest tak, że największe miasto regionu NIE jest stolicą? Paweł, jak jest w Manitobie?

Victoria jest ładna. Tyle, ile mogliśmy w jeden dzień zobaczyć. Zresztą wydaje mi się, że dwa dni na stolicę to sporo, zwłaszcza jak masz tydzień na całą B.C. W jeden dzień ogarniesz najważniejsze.

Ale zacznę od początku.

Na początku jest prom. W tym roku pierwszy raz płynęliśmy kanadyjskimi promami, to trochę o nich napiszę.

Brzmi ciekawie? Ha, nie da się ukryć, że jest to atrakcja. Jak jest pogoda i można się pogapić zza burty. Ale jak nie ma pogody, to masz poczucie, że te 120 CAD za samochód i 6 ludzi w jedną stronę, to jednak spory wydatek.

BC Ferries są drogie. Z Vancouver wypływają z dwóch portów: na południu z Tsawwassen i z Horseshoe Bay na w Wschodnim Vancouver na North Shore. Jak płynęliśmy do Nanaimo (żeby na nartach pojeździć), to startowaliśmy z Horseshoe Bay, jak do Victorii, to z Tsawassen.

Procedury są takie same: podjeżdżasz samochodem do okienka, uiszczasz opłatę, wjedżasz na prom, zostawiasz samochód. Potem możesz zostać w aucie i spać, albo wyjść na pokład, posiedzieć.

Dla dzieci jest kącik, są też stanowiska do pracy, z gniazdkiem. Na promie jest co robić, a zawsze i tak najtłoczniej jest w restauracji  – chyba podróż tak wpływa na ludzi ;).

Zjeść możesz jeszcze zanim wjedziesz na prom , bo samochody czekają w długiej kolejce. Można wysiąść z auta, łazienkę zaliczyć, albo plac zabaw (wiadomo!) i w sklepikach pobuszować. Trochę jak na lotnisku.

Nie bój się, zawołają, jak trzeba będzie wracać do samochodów.

A, jeszcze jedno – jak wybierasz się we popularne turystyczne dni, to warto wcześniej zrobić rezerwację. Niestety mówi ona jasno, że i tak musisz pojawić się najpóźniej godzinę przed startem, żeby rezerwacja była honorowana. Kosztuje 18 CAD w jedną stronę.

Raz przyjechaliśmy 15 minut przed odpłynięciem i niestety nie wjechaliśmy już na prom. Mimo kupionego biletu. Ale nie mieliśmy rezerwacji.

Victoria 2017_prom_Kanada się nada blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_1

Victoria 2017_prom_Kanada się nada blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_2

Obie przystanie promowe są osiągalne także dla ludzi bez samochodu!

Dojeżdżają autobusy miejskie, więc jak nie masz auta, też skorzystasz. W dodatku, jak masz samochód, a chcesz co nieco zaoszczędzić, możesz samochód zostawić na parkingu i wsiąść na prom jako pieszy pasażer. Jeszcze nie sprawdzaliśmy, jak to działa, ale jak będziemy płynąć na Bowen Island, to pewnie tak zrobimy.

Połowa posta, a o Victorii dopiero zaczynam pisać.

Wjechaliśmy w rogatki miasta i pierwsze zdziwko, co tutaj tyle hoteli. Sporo większych i mniejszych. Dla zamożnych turystów i dla tych z chudszym portfelem.

My spać nie zamierzaliśmy, więc tylko ruszyliśmy w kierunku centrum. Nie nastawialiśmy się na mocne zwiedzanie. Nasze chłopaki i tak z zabytków najbardziej lubią oglądać Lego Store 😉 Nie jeździliśmy również na rowerze po Victorii, ale widać, że jest to bardzo dobry sposób na jej zwiedzanie. Sporo rowerzystów, w różnym wieku.

My chcieliśmy przede wszystkim zobaczyć, czym Victoria różni się od innych kanadyjskich miast. I zobaczyliśmy. To właśnie ta inność, obecność dużej ilości historycznych budynków, klimat z lekka europejski sprawia, że Victoria nam się spodobała. Chociaż wygląda na senne miasteczko, to jednak jest to miasteczko inne niż Vancouver, Seattle czy New York City (te amerykańskie miasta znamy, fakt nie za dobrze, ale wydają się nam dość podobne do siebie, takie wiecie, na jedno kopyto.) A Victoria jest inna. Myślę, że Monteal i Quebeck też nas zachwycą swoim klimatem, jak już kiedyś tam zawitamy.

Było zwiedzanie zza szyby samochodu oraz spacerowanie po ulicach w sąsiedztwie Parlamentu (zamknięty do zwiedzania w weekend).

Victoria 2017_Parlament_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_2

Victoria 2017_Parlament_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_1

 

Przeszliśmy się też słynną wąziutką uliczką w najstarszym kanadyjskim Chinatown. Nie mam za dużo doświadczenia z chińskimi dzielnicami. Ta w Vancouver, choć odwiedzona przez nas zaraz na początku pobytu, nie doczekała się nawet wzmianki na blogu (ani zdjęcia w pierwszym blogowym poście). Nie podpasowało nam.

Ale Chinatown w Victorii to całkiem przyjemnie miejsce. Nawet z lekka romantyczne. (No dobra, przesadzam trochę, ale na spacer jak najbardziej polecam)Victoria Chinatown 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady

 Victoria Chinatown 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_brama do Chinatown

Spacerowaliśmy po uroczej wiosce pływających domków Fisherman’s Wharfs. Chłopakom się bardzo podobało bo te domki są niewiele większe od pudełka z zapałkami. I w dodatku na wodzie! Przyglądając się niektórym ciężko było nie kwestionować gustu ich właścicieli, no ale o gustach się nie dyskutuje. Podobno 😉

Victoria- Fisherman 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_1

Victoria-Fisherman-2017_Kanada-się-nada_blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady_6

Victoria- Fisherman 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_2

A na koniec zjedliśmy szeroko sławione fish and chips (smażony kawałek ryby plus frytki plus mini sałatka), które smakowało tak samo jak popularne (GO Fish) and chips w False Creek w Vancouver, do którego kiedyś staliśmy ponad 40 minut w kolejce (ja mam niepotwierdzone przekonanie, że wszystkie fish and chips smakują tak samo, nieważne jak sławne by były!)

Kilka godzin w słonecznym, spokojnym mieście dobrze nam zrobiło. Victoria to dobre miejsce na jednodniowy getaway (wycieczka za miasto, dosł. ucieczka ;))


Chętnie poczytamy inne pomysły na jednodniowe wycieczki poza miasto. A jeśli byliście w Victorii, napiszcie, co jeszcze zobaczyć!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Old is gold czyli znowu o nartach. XII Mały Memoriał Bronka Czecha na Mount Seymour

O nartach znowu, bo narty to nasz stały motyw . Tym razem mamy dla Was fajne wydarzenie polonijne XII Mały Memoriał Bronka Czecha.

Wiem, nudni jesteśmy, same posty o nartach, na instagramie same narciarskie zdjęcia. Ale co można poradzić, zima w Vancouver to outdoor w górach, a jak w górach jest śnieg, to narty. Teraz to oczywiste dla nas, ale nie zawsze tak było.

W marcu, na Mount Seymour, mogliśmy całą rodziną pozjeżdżać w ramach wyścigów narciarsko-snowboardowych  XII Małego Memoriały Bronka Czecha. (Nic ci nie mówi to nazwisko? Zobacz w Google)

Trochę nas już znasz. Wiesz, że bywamy na spotkaniach i imprezach polonijnych. Ewentualnie sami takowe organizujemy (Pamiętasz o Polskich Babskich Spotkaniach, prawda?)

Polonia w Vancouver i okolicy nie jest może tak liczna, jak ta z Mississauga czy innego Chicago, ale każdy znajdzie coś dla siebie, a to dyskotekę, a to koncert, a to w końcu zawody narciarskie.

No dobrze, to we wstępnie namieszane-zamieszane, narty i Polonia, ale o co chodzi?


 

XII Mały Memoriał Bronka Czecha to impreza narciarska otwarta dla wszystkich.

Serio, nie musisz być członkiem jakiś tajemnej polonijnej grupy, każdy jest mile widziany, się może zarejestrować, pozjeżdżać, podopingować, albo pomóc jako wolontariusz.

Nie będę się rozpisywać o całym przedsięwzięciu, bo strona w sieci jest. Chcesz poczytać więcej, kliknij.

Może pokażę filmik, dobrze? Wydzieram się na nim strasznie, komentatorem sportowym nie zostanę, plus Kuba powiedział, że ogólnie za długi i wybiórczy, ale jeśli cię to nie przeraża, obejrzyj.

Link do filmiku z zawodów Małego Memoriały Bronka Czecha

Trochę przewrotnie użyłam wyrażenia old is gold. I nie do końca zgodnie z przeznaczeniem. Ale mi tak ładnie pasuje tutaj. Bo to 12 edycja zawodów, a i zawodnicy są od namłodszych do tych bardziej zaawansowanych wiekowo.  To również możliwość spotkania Polaków “starszych” imigracyjnym stażem, kto wie, jakiej historii uda się posłuchać, od kogoś bardziej doświadczonego czegoś dowiedzieć. Docenić.

Medale, towarzystwo, snaki-przysmaki

Zdaniem Pana Kuleczki, który Katastrofę i Pypcia uczył zjeżdżać na nartach, z dobrych rzeczy najlepsze jest dobre towarzystwo. W dobrym towarzystwie wszystko smakuje lepiej. Nie żeby polska kiełbaska czy polskie pączki kiedyś smakowały źle 😉 Dziękujemy sponsorom za przygotowanie takich smakołyków dla uczestników, ach, ach, dobre było, jeszcze się w myślach oblizuję.

Dla naszych chłopaków takie zawody to dobra okazja do poćwiczenia  w miłej atmosferze zdrowej rywalizacji (Dreszczyk jest, będzie medal, będzie? No jest! W końcu ;D!). I Krzysiek i Maciek medale zdobyli, i nagrody rzeczowe też. Jakie to miłe, że każde dziecko coś dostało – szalik w polskich barwach. Cieplutko w sercu. I na szyi.

Dla tych, co nigdy nie zjeżdżali na Mount Seymour, to dobry deal (układ) – w cenie rejestracji na zawody jest całodniowy bilet na wyciągi. Plus sporo darmowych karnetów organizatorzy losują na koniec. I jeszcze możesz na przykład wygrać bilet na polski spektakl, albo uwaga, rejs jachtem. BOMBA!

Tak więc tak, dziękujemy za przygotowanie zawodów i już rezerwujemy sobie termin za rok.

PS. To nie jest post sponsorowany.

Kanada się nada chętnie pisze o wydarzeniach, które są nam bliskie. Odpowiadają naszemu stylowi życia, filozofii, najzwyczajniej w świecie podobają nam się. Jak na przykład radio dla Polaków.

Nie wszystko musi się nam podobać, bo nie wszystko jest dla każdego. Więc nie znajdziesz nas na wielu imprezach polonijnych, ale to nie oznacza,  że ich nie ma. Albo, że są złe. Albo, że nie są dla ciebie. Szukaj, sprawdzaj, angażuj się.

To twoje życie i twoja imigracyjna historia.


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi! Wtedy wiem, co lubisz czytać!

 

Kanadyjskie góry zimą 2017. Narciarskie zdjęcia

Kolejna porcja zimowych zdjęć. Bo nasze “tu i teraz” to góry i narty, czasem słońce, czasem śnieg…

Jak są kanadyjskie góry zimą 2017, możecie spytać.

I co ja mam napisać? Mało mam doświadczenia z ośrodkami narciarskimi, bo to dopiero drugi sezon na nartach. Całe nasze doświadczenie sprowadza się do  miejsc dla narciarzy i snowboardzistów w Kolumbii Brytyjskiej tylko. Na pytanie: “jakie są?”, mogę napisać: “dobre są!” Zobacz poniższe zdjęcia, a także codziennie dodawaną porcję zimówek na naszym Instagramie. I sam zdecyduj!

Mount Washington położone jest na Wyspie Vancouver. Czy to wada czy raczej zaleta? Wada, bo pewnie będzie drogo, jak we wszystkich odizolowanych miejscach, do których większość rzeczy codziennego użytku i ciągłej potrzeby trzeba dowieźć. Z powodu oddalenia jest drożej, benzyna tak 1.5 raza.

Ale izolacja może też mieć swoje dobre strony: dalej znaczy mniej ludzi dojedzie. Może, ale nie musi. My wybraliśmy się na przedłużony weekendu, myśląc że w piątek to na pewno nie będzie ludzi. Przecież powinni być w pracy, albo przynajmniej w szkole. Jakie było nasze zdziwienie, widząc że na parkingu tłoczno, a i kolejki do wyciagu są.

Tłumy było “robione” przez starszych państwa, którzy już do pracy ani szkoły nie muszą się spieszyć. Muszą za to budzić zazdrość reszty kolejkowiczów, opowiadając jak to w czasie ferii wiosennych jadą na Hałaji, że mają tam kolegę i że zaoszczędzą dzięki niemu na mieszkaniu jakieś 8000 dolcow (omg jakie drogie są Hawaje, co?).

mount washington 2017_kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w vancouver i emigracji do kanady_4

mount washington 2017_kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w vancouver i emigracji do kanady_11

Poza miejsami występującym tłumem, Mount Washington Alpine Resort jest całkiem, całkiem. Trzy, w porywach do czterech, wyciągi. Jeden nawet 6-osobowy.

Nie muszę pisać, że na takich wyciągach, to dopiero życie towarzyskie kwitnie. A jakie lekcje angielskiego można pobrać! I wiedzy nabrać o: Kanadzie, premierze, pracy układacza wykładzin, sytuacji w sektorze paliwowym  w Albercie, jak to jest mieć 5 dzieci i wnuczka, kiedy dziecko kanadyjskie jest gotowe na łyżwy, i usłyszeć po chwili, oczywiście, że Polska to piękny kraj.

Lubię wyciągi, a te na górze Washington dają radę.

mount washington 2017_kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w vancouver i emigracji do kanady_3

mount washington 2017_kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w vancouver i emigracji do kanady_15

Jest też sporo tras narciarskich, największy do tej pory wybór, z jakiego mogliśmy skorzystać.

Trasy zielone szerokie, niebieskie strome i czarne, nawet podwójnie czarne, czyli one way ticket, śmierć w oczach i siup w dół. I może cię latem odnajdą. Jak śniegi stopnieją…

mount washington 2017_kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w vancouver i emigracji do kanady_5

mount washington 2017_kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w vancouver i emigracji do kanady_16

mount washington 2017_kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w vancouver i emigracji do kanady_14

Cenowo nie oceniamy, bo nie płaciliśmy za bilet (one day pass). W ramach programu współpracy pomiędzy Mount Seymour a Mount Washington mamy dwa bilety wstępu za darmo. Juikajej ? !

Płaciliśmy za hotel w Campbell River 300 CAD za trzy noce. Standard przyzwoity: śniadanie kontynentalne czyli buła i dżem, oraz basen dla dzieci i jacuzzi dla doroslych (pytajcie o hot tub, bo to tutejszy odpowiednik wanny z ciepłymi bąbelkami).

Widoki też przyzwoite, nie wiem czemu, ale myśleliśmy, że z góry jedzie widać wyspę, jak na dłoni. Tak, orły geografii z nas.

mount washington 2017_kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w vancouver i emigracji do kanady_6

mount washington 2017_kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w vancouver i emigracji do kanady_10

mount washington 2017_kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w vancouver i emigracji do kanady_9

Szlak narciarski:  Emerytura! Ochocho….

mount washington 2017_kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w vancouver i emigracji do kanady_12

A Manning Park?

To był nasz drugi wyjazd do Manning Park. Chcesz przeczytać relację z pierwszego? Znajdziesz tam szczegóły o pobycie w tym narciarskim ośrodku (mniejszy niż Mount Washington)

Trafiła nam się miodzio pogoda.

A resztę dopowiedzą zdjęcia.

Manning Park 2017_Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_4

Manning Park 2017_Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_2

Manning Park 2017_Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_1

Manning Park 2017_Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_3

A jak u Was ferie zimowe? Śniegowo-górskie czy raczej zaciszno-domowe (marzę o takich….)?

więcej śniegowych zdjęć obejrzysz pod tym linkiem


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi! Wtedy wiemy, co jeszcze dla Ciebie napisać!

 

Krótko o Okanagan: Osoyoos, pustynna Mount Kobau, słone jezioro Spotted Lake, jabłka i skałki

Relacja z wypadu do pustynnego Okanagan. W sam raz na jesienną pluchę !

Jedziemy, jedziemy, nie ma lasów. Jest piach. I ciepło, a miejscami bardzo ciepło.

Słońce jest tutaj bliżej ziemi.

Okanagan, Osoyoos, Pendincton, Skaha Bluffs…. nie wiem, jak Wam, ale mi wymawianie tych nazw sprawia jakąś nieokreśloną przyjemność.

Smakowicie brzmią, są soczyste, dźwięczne. Trochę magiczne i mocno zachęcające.

Przed wycieczką do Okanagan nie wiedzieliśmy o tym regionie za wiele

[tak, tak, to już u nas tradycja, na prawdę słabo przygotowujemy się do naszych wycieczek i później nas musi google ratować…. albo i nie. W sumie nie ma się co chwalić publicznie]

Okanagan kojarzył nam się z dwiema rzeczami: cydrem z BC Liqure Store oraz pustynią.

Plus ja mam koleżankę z pracy, której miastem rodzinnym jest Osoyoos, położone właśnie w tym regionie. I tyle właściwie naszej wiedzy krajoznawczej.

[Jakie to szczęście, że jeździmy z dobrze przygotowaną i zaopatrzoną w mapy i/lub przewodniki ekipą L. ufff :D].

Okanagan to region, dolina, obszar, tuż przy granicy ze Stanami Zjednoczonymi i sąsiednią kanadyjską prowincją, Albertą.

Około 5 godzin jazdy na wschód od Vancouver.

Droga wije się coraz wyżej i wyżej, i zupełnie, ale to zupełnie, się nie nudzi. Bo widoki są.

Oczywiście dzieciom się nudzi, ale na szczęście długi audiobook na ogół załatwia sprawę. My słuchaliśmy “Baśnioboru” (prawie 10 godzin ) i ta lektura nieźle uzupełniała, a właściwie kontrastowała oglądane z samochodu wyżowe, pustynne krajobrazy.

Nawet trochę księżycowe, jak to mówi moja koleżanka Harriett z Kelowny

[patrzcie państwo, znam coraz więcej osób stamtąd]

#1 Kiedy jechać? – może jesienią?

Trafiła nam się boska pogoda, złota jesień roku 2016, miejscami bardzo ciepła, a miejscami bardzo zimna.

Ale ponieważ tym razem był to wypad nie-pod-namiotowy, więc pogoda mogła nam nadmuchać. I czasami dmuchała nieźle.

Mieszkaliśmy w Osoyoos, w hotelu znalezionym na booking.com [hotel standard ok, miał jacuzzi]

Pole namiotowe w Osoyoos znajduje się w  Haynes Point Provincinal Park (dzięki Monika za namiar na tę miejscówkę), na wąziutkim półwyspie jeziora Osoyoos.

  • → Półwysep nawet urokliwy, ale te miejsca kempingowe miejscami łysawe.
  • → Widok na jezioro i zachody słońca, zdaje się, rekompensują tę niedogodność.
  • → Rezerwacja na zasadzie, kto pierwszy, ten lepszy, więc warto mieć w obwodzie plan B.

Samo Osoyoos ma trochę do zaoferowania, ale my jak zwykle wybraliśmy spacerowanie i górołażenie. Miasteczko nie jest specjalnie duże, ale rozległe, położone rozkosznie pomiędzy wzgórzami.

Podobno jest to najcieplejsze miejsce w Kanadzie (stąd hasło pustynia, jako wabik na turystów).

Gdzie by się nie obrócić, widać góry. Suche i pustynne, podobno przypominają Arizonę (nie wiem, nie byliśmy, ale wierzymy na słowo).

#2 Pierwszy dzień – pojechaliśmy na północy zachód od Osoyoos.

Czyli długą, krętą i piaszczystą drogą na Mout Kobau

Widoki z drogi są zacne, choć nieco przygnębiające (te tereny wielokrotnie były nękane pożarami). Ale po okołi 20 km jest się na górze.

Samochód można zostawić na parkingu, a później wejść na szczyt, niekrępującym i niewymagającym szlakiem. Dzieci dadzą radę. Nawet wózek z Costco da radę (ale jednak nie polecamy).

Na górze, ku zaskoczeniu, było bardzo zimno. Jednak warto wejść. Dla widoków na wszystkie cztery strony świata. Góry Kaskadowe, miasto Osoyoos w dole

No i jeszcze za plecami szlaku, przy parkingu, widać drogę do jakiś zabudowań. Może cię zainteresuje, co to takiego? A to miało być drugie największe obserwatorium astronomiczne na świecie. NA ŚWIECIE!

Ale z powodu kosztów nie doszło do otwarcia.

Szkoda.

Drugim punktem dnia było fascynujące i kuszące rzadko spotykaną barwą jeziorko Spotted Lake.

Znajdziecie je przy drodze do/z Mount Kobou więc można spokojnie sobie zaplanować odwiedzenie tcyh dwóch miejsc na jeden wycieczkowy dzień. A nawet pół dnia, z popołudniem spędzonym znowu leniwie w Osoyoos.

Jeziorko jest całe w plamy, stąd jego nazwa: Spotted Lake 🙂

Zejście do niego zajmuje około 10 minut. Dla dzieci to niemała frajda biegać tak po zaschniętych skorupach …. no właśnie czego?! Soli? Solo-błota? (Maciek mimo  doświadczeń z Wieliczki, wcale się nie rwał do organoleptycznego przekonywania się, jak bardzo jest słono).

Tak wyglądał nasz pierwszy dzień z wrześniowego weekendu w Okanagan.

#3 Drugi dzień czyli właściwie wracamy do Vancouver

Drugiego dnia wybraliśmy się na jabłkobranie oraz objazdówkę po północnej części regiony, kończąc w Pentington.

Okanagan, a zwłaszcza Osoyoos, uważane jest za zagłębie jabłkowe (jabłczane?!) całej Kolumbii Brytyjskiej.

Mimo pustynnego charakteru, a może właśnie dzięki niemu, w Osoyoos można znaleźć ciągnące się po horyzont sady jabłkowe.

W większości sadów można umówić się na jabłkowe you-pick, czyli pozbierać i pozrywać różne rodzaje jabłek na własny użytek.

Szczęściarze z nas, bo wyżej wspomniana koleżanka, a właściwie jej rodzina, sad jabłkowy w Osoyoos ma (a nawet dwa).

  • Mogliśmy więc pochrupać świeże jabłuszka, porównać różne, bardzo wyraziste niekiedy smaki i dowiedzieć się co nieco o uprawie.
  • A ponadto zgłosić najstarsze dzieci do prac sadowniczych w przyszłości (a co, niech już sobie organizują junior summer jobs 😉

Wycieczki na wieś, gdzie uprawia się różne owoce i warzywa, są bardzo popularne nietylko wśród rodzin z dziećmi.

A jakie zdrowe! A jakie pyszne! Fanom jabłek polecam zdecydowanie bardziej niż Festiwal Jabłek na UBC.

Po jabłuszkach czas było wyruszyć w drogę powrotną, ale nie tak od razu hop do Vancouver.

Pętelką na północ, zahaczając o place zabaw po drodze, raj dla wspinaczy, czyli Skaha Bluffs Provincional Park.

Koniecznie musimy znowu przyjechać do parku Skaha Bluffs, bo nie przeszliśmy całości szlaku. Maciek wolał pogapić się z góry, pobuszować po kamieniach i ogólnie nie wysilać się.

Chociaż sam szlak nie jest specjalnie wymagający – to właściwie system ścieżek doprowadzających w różne wyjścia dla wspinaczy skałkowych. Około 1,5 do 2 godzin potrzeba, żeby zrobić pętelkę w parku.

Wróciliśmy na autostradę 1 drogą lekko zwalającą z nóg (przez ośrodek narciarski Apex), której, jak donosi bardziej zorientowana część grupy, zimą się raczej nie da przejechać. A latem się dało.

Pozdrawiamy serdecznie. U nas deszcz. [edit z 2017 – padało od października do marca. Kurtyna spada i zabija się na miejscu]

Ktoś z Was był w Okanagan? Albo się wybiera? Wrzuć link w komentarzu, a następna osoba planująca wycieczkę w ten region Ci za to podziękuje !


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

3 spacery w okolicy Belcarra Provincional Park, w tym 2 jeziora: Sasamat Lake i Buntzen Lake

Wyjścia w góry, ale w sumie bez chodzenia po górach. Da się? Pewnie! Post in progress

Uwaga, grupa! Kierunek – wschód! Tam musi być jakaś cywilizacja.

Na wschód od Vancouver jest oczywiście Rosja (choć po prawdzie, to na zachód też jest), czyli jedyna słuszna cywilizacja. Przynajmniej zdaniem Maksia 😉

Ale nas teraz bardziej interesuje na wschód od Vancouver i jak najmniej cywilizacji.

Czas na odświeżony i wciąż uzupełniany post o szlakach w rejonie Indian Arm, okolice Port Moody i Coquitlam.

Kto chętny na trzy łatwe spacery w okolicy Belcarra Regional Park?

Zanim o szlakach, słowo o tym, że da się dojechać w region Belcarra Regional Park autobusem.

→ sprawdź TUTAJ, jak dojechać komunikacją miejską

#1 Buntzen Lake. Pętelka wkoło jeziora.

Tereny wokół Bunzten Lake kusiły  od jakiegoś czasu, głównie ze względu na fakt, że są położone koło Port Moody. A właśnie tam w zeszłym roku przeprowadzili się nasi przemili sąsiedzi, zabierając ze szkoły najlepszego przyjaciela Krzysia – Keana.

Więc ilekroć zastanawialiśmy się nad łatwą wycieczką w górskim klimacie, i padała nazwa Port Moody, to Krzyśkowi oczy się świeciły i był bardziej chętny niż zwykle na wyjazd.

Ciekawe swoją drogą – czyżby myślał, że Keana  gdzieś na szlaku spotkamy? Wiem, powinniśmy się byli z nimi umówić, ale jakoś nie wyszło.

Nic to. Ekipa stała hikowa czyli my plus L., któraś ładna niedziela i ruszamy Modo do Buntzen Lake.

Parking (Buntzen Lake Recreation Area) jest niedaleko wyjścia na plażę, o 10 rano jeszcze nie był pełen, ale pogoda wyglądała smętnie, więc może dlatego. Jak wracaliśmy popołudniem, samochodów było dużo. Tak samo jak plażujących ludzi.

My zrobiliśmy ubogą w przewyższenia i niezbyt długą trasę wokół jeziora. Pierwsza połowa była bardzo łatwa (szliśmy odwrotnie do ruchu wskazówek zegara), dalej pojawiły się przewyższenia i wyjścia na spore głazy. Ale wciąż do przejścia przez przedszkolaki.

Z okolic jeziora są także wyjścia w wyższe partie gór. I jakie nazwy mają bajeczne (szlaki, nie góry): Dilly Dally Loop czy Sendero Diez Vistas.

Może kiedyś, w w tzw. czasie przyszłym wątpliwym i nam się uda na nie wybrać, o ile Krzysiek Mamo-daleko-jeszcze-ja-umieram wyrazi słowa poparcia dla tego pomysłu ;D

Z innych ciekawych rzeczy:

  1. Niemalże w połowie trasy jest plaża po drugiej stronie jeziora. Miejsce idealne na popas i struganie kijów.
  2. Jest mały most linowy, drobne urozmaicenie trasy.
  3. Jest mały most (chyba) pontonowy, kolejne drobne urozmaicenie trasy.
  4. Podobno gdzieś widziano niedźwiedzia, ale nas akurat nie zaczepiał.

Ogólnie miło, szału nie ma, zaliczone.

Szlak Buntzen Lake Trail zabrał nam około 4-5 godzin.

BuntzenLake2016_Kanadasienada_blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady

#2 Admiralty Point Trail

Zrobiliśmy Szlak do Admiralty Point, w wakacje 2015, we dwoje.

Polecamy jednak ten szlak jako bardzo łatwy i przyjemny z dziećmi. Nie nadaje się na spacer z wózkiem, ale małe nóżki dadzą radę bo jest bardzo mało przewyższeń, a widoki na, Deep Cove z wysięgnią Quarry Rock zatokę i górę Mount Seymour zachęcają do kontynuowania trasy.

Właściwie to bardziej nawet spacer niż szlak. Startujesz z plaży nad Belcarra Bay. Cały czas idziesz niezbyt gęstym lasem, a miejscami po szerokich głazach, gdzie można zalec i zapaść w drzemkę “na jaszczurkę”.

Całość do punktu Burns Point zajęła 2 godziny.

BuntzenLake2016_Kanadasienada_blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady

#3 pętelka wokół Sasamat Lake

Nie jest tak, że po trzech latach mieszkania w Vancouver znamy już wszystkie szlaki.

Na szczęście 🙂

Nazwa tego jeziorka jest taka jakaś fajnie sycząca, c’nie?

Sasamat Lake to najpopularniejsze jezioro w tym regionie i latem na prawdę ciężko bywa z parkingiem. Na szczęście wczesny październik oszczędza nam tego kłopotu. Pamiętaj tylko, sprawdź, do której jest brama wjazdowa otwarta, żeby nie było nieprzyjemności.

Około 18:20 pan z obsługi parku jeździł po parkingu i sprawdzał, czy ktoś jest. A słusznie się zastanawiał, bo akurat to sobotnie popołudnie było wyjątkowo paskudne i ludzie zamiast grillować na plaży, czy spacerować w okolicy, pewnie rozkosznie spędzali czas w domu. Albo jedli na mieście.

Jak już zaprakujesz auto, to kieruj się w dół, jezioro widać, plaża ma śliczną nazwę White Pine Beach.

A potem proponujemy super łatwy i przyjemny także pod parasolką szlak – pętelkę dookoła jeziora. Jakieś 3 km, minimalne przewyższenia, przedszkolak da radę, a i na upartego wózek przejedzie.

Nie wiem, czy wózek zmieści się za to na wąziutki most, który jest przerzucony przez całe jezioro i z tego powodu bardzo przyjemny.

Na plaży są wszystkie udogodnienia, całkiem ładne łązienki oraz taka ilość śmietników do segregacji odpadów, której wcześniej nie widziałam.

I piękny zachód słońca na plaży również się uświadczy.

Polecamy na jakieś leniwe popołudnie, od 16:00 podobno zwalnia się sporo miejsc na parkingu, więc jeśli nawet tablica przy wjeździe mówi Full, możesz wjechać i szukać, a nuż będzie wolne.

SasamatLake2017_Kanadasienada_blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady

Znasz te szlaki? Mieszkasz w Port Moody? Poleć jakiś szlak, a ślicznie Ci podziękuję!


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Kemping na Deception Pass i Ameryka przykurzona

Ameryka pod namiotem. W środku zdjęcia porzuconych pojazdów, Dead End i Zwodnicza Babcia, czyli klimat z lekka przykurzony. A także plaże, jezioro, skałki.

To kto pierwszy zapyta:

Dlaczego Ameryka przykurzona?

Nie bój nic, jak mów Złomek, Ameryka ma się w porządku.  Tytuł stąd, że do dzisiejszego posta wybrałam zdjęcia, które zrobiliśmy, podczas jednego, zwykłego spaceru podczas wyjazdu majówkowego. Na tym spacerze, zupełnie przypadkiem i całkiem znienacka, wylądowaliśmy na cmentarzysku starych pojazdów. Ha ! Tak, jak w amerykańskim filmie grozy. Była cisza, skrzypiąca na wietrze tabliczka i napis Dead End.  Mało ludzi, dużo drzew. Wielka, przerdzewiała karuzela dla dzieci.

Kiedy przeglądałam te zdjęcia, od razu przyszło mi do głowy lekko je “przykurzyć”, żeby pokazywały Amerykę bez lukru i różowych okularów. Bo taka była ta nasza amerykańska miejscowość, z kategorii “dziura na końcu drogi”, zwykłe domy, zwykłe życie, zero atrakcji turystycznych.

[dodam, że na obróbkę czeka jeszcze druga porcja zdjęć,ale one pokażą nieco inne okoliczności przyrody]

ale zanim do zdjęć, to

Skąd Ameryka w ogóle?

Zachciało nam się na weekend pojechać na kemping. Nie żeby pomysł przyszedł nam w dniu przyjazdu, o nie. My się solidnie zaczęliśmy zastanawiać jakoś w styczniu, gdzie pojechać pod namiot w trakcie Victoria-Day-Long-Weekend. W marcu, kiedy byliśmy zdecydowani na 110%, okazało się, że miejsc kempingowych nie ma wolnych w całej Kolumbii Brytyjskiej. [no chyba, że gdzieś bardzoo dalekoo na północy].

Pozostały nam Stany, a konkretnie najbliższy, po sąsiedzku leżący Stan Waszyngton.  Udało się zarezerwować ostatnie, ostatniuśkie miejsce na kempingu Deception Pass.

Opłaty i rezerwacja na dwa samochody, dwa namioty i osób maks 8, zamknęły się do $200.

Uff, można jechać, zastanawiając się jedynie na granicy z USA, czy da się wwieźć jakieś jedzenie. Dało się.

Celnik zapytał się nas: Do you have any food? To odpowiadam, że tak, Snacks. Snacks to pojemna kategoria, więc można od biedy podciągnąć pod nią kostkę masła i bochenek chleba też, c’nie? Najwyżej się powie, że synowie szybko głodni są w drodze.

To on się pyta, czy mamy jabłka i pomarańcze. Mówię nie. Bo mieliśmy banany i winogrona. Ale o nie już nie zapytał, a ja niepytana, grzecznie nie zaczepiam człowieka w mundurze.

I wjechaliśmy….. A tutaj o tym, jak wizę do Ameryki załatwialiśmy.

Najpierw zerknij na przykurzone zdjęcia

Kemping na Deception Pass i przykurzona Ameryka_blog o Kanadzie Kanada się nada

Kemping na Deception Pass i przykurzona Ameryka_blog o Kanadzie Kanada się nada

Samochody, traktory i inne pojazdy. Dodam, że kiedy przedzieraliśmy się przez te gęstwiny, oczywiście wypadł na ganek właściciel z pytaniem Can I help you? , tłumaczone na  A wy tu czego się kręcicie?.  Pierwsze co przyszło nam do głowy, to czy w stanie Waszyngton zalegalizowana jest broń (nie wiemy), i czy w związku z tym, że wtargnęliśmy na jego prywatne podwórko, gospodarz może nas pogonić ze strzelbą.Kemping na Deception Pass i przykurzona Ameryka_blog o Kanadzie Kanada się nada

 

Kemping na Deception Pass i przykurzona Ameryka_blog o Kanadzie Kanada się nada

Plaża na Deception Pass – tutaj w deszczu.Kemping na Deception Pass i przykurzona Ameryka_blog o Kanadzie Kanada się nada

I jeszcze widok na jezioro, nieco ponurawe pierwszego dnia, ale nie bój nic, jak mówi Złomek, dalej jest lepiej.

Kemping na Deception Pass i przykurzona Ameryka_blog o Kanadzie Kanada się nada

Sam kemping nie urywa. Wyposażenie, infrastruktura, ogólnie rzecz biorąc, nie zachwyciło nas. Położenie cudne, ale kemping, well good enough (jak by powiedział grzeczny Kanadyjczyk).

Jest jedna zasadnicza rzecz, na którą trzeba się przygotować, jadąc pod namiot na taki kemping (dotyczy także B.C.). A mianowicie, że większość rzeczy przywozi się ze sobą. Na wyjazd zabiera się dobytku bez liku, począwszy od najbardziej podstawowych, a skończywszy na zapakowaniu wszystkich możliwych sprzętów ułatwiających życie, typu przenośny telewizor. Tylko, że inaczej niż z rzeczami, które w Polsce zwozi się na działkę,  przedmioty zabierane przez Kanadyjczyków są takiej jakości, jak te zostawione w domu. Drugi zestaw wszystkiego do życia,  po prostu.

Mimo że namiot mamy spory, to prezentował się nad wyraz skromnie przy wielkich przyczepach Kanadyjczyków, lśniących barbekjujach, luksusowych fotelach składanych. Nie ma co kryć, zazdrość brała. Zwłaszcza jak przez szybkę zerknęłam i widzę kuchnie ładniejszą i bardziej funkcjonalną niż mam w mieszkaniu. Normalnie chcę żyć w przyczepie !

Dobra, koniec z zazdrością. No co, stać ich, to sobie kupują, potrzebują, to sobie kupują, luz.

Ponieważ Kanadyjczycy wszystko przywożą ze sobą, na miejscu nie ma np. ogólnodostępnej kuchni czy pokoju wspólnego, na wypadek deszczu. Placu zabaw nie ma. Byliśmy zawiedzeni, bo rozpieściły nas kempingi na Bornholmie. Lodówka, patelnia i prysznic wliczone. Na amerykańskim Deception Pass nic z tych rzeczy.

Nie zrozumcie nas źle. Wiemy, ze przyjechaliśmy do lasu i z takim typem biwakowania jesteśmy jak najbardziej zaprzyjaźnieni. Że nie ma nic, gary się myje w strumieniu, głowę raz na tydzień, a na obiad jest mielonka z ogniska. Lubim to !

Ale, ale, jak już każą nam słono zapłacić za miejsce na kempingu, które trzeba rezerwować z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, to jednak oczekiwania są. Że będzie trochę wygodniej. I że nie trzeba będzie ze sobą wszystkiego, WSZYSTKIEGO, wieźć.

Mimo tego, drobnego w sumie, minusa, kemping czy ten, czy nasz poprzedni, udały się i jest, co wspominać. Pogoda była miejscami gorsza, raz bardziej łaskawa, kilka fotek zrobiliśmy, możecie sami ocenić, czy warto.

Z naszej plaży przez krótką chwilę widać było pasmo gór w Parku Narodowym Olimpic. To tam gdzie wampiry rezydują :). Ale nie dlatego chcemy się tam kiedyś wybrać, hehe. Ludzie polecają, więc coś jest na rzeczy. Pojedziemy, zobaczymy.

Położenie kempinu Deception Pass

Sam kemping jest bardzo ładnie położony, z szeroką, piaszczystą plażą, zachęcającą do spacerów. My pierwszego dnia przeszliśmy się w drobnym deszczyku, oglądając most wiszący, wpisany na listę zabytków USA [z mostu widoki zachwycające :D]. Dla dzieci gratka co niemiara, bo ogromne głazy i wiele kłód wyrzuconych na piasek.

Więc na takiej plaży można:

  • wejść na wielkie kamienie i piszczeć z radości, jak zaczyna podmywać głaz
  • budować szałasy i bazy z wielkich, ogromnych kłód i patyków wyrzuconych przez Pacyfik (nigdzie indziej na świecie nie widziałam tyle drewna na plaży. Ale inna sprawa, że w niewielu miejscach byliśmy)
  • można z licznych kamyczków i muszelek robić ogródki, domki, Inokshuki, drogi, a  wszystko to, aby plażę przyozdobić !
  • w temacie zdobienia jeszcze: można w końcu kreatywnie pisać mądrość na kamieniach: Be u, Love yourself i inne, pomocne hasła, a potem taką małą pamiątkę zabrać ze sobą 🙂

Plaża sama w sobie przypomina te vankuweryjskie, np. Wreck Beach czy plaże wokół Parku Stanley’a. Jest co robić. Ta na Deception Pass ma jeszcze dodatkową zaletę w postaci małych grilli terenowych, dostępnych dla wszystkich.

Można grillować przy plaży, a można i nad jeziorem, bo tuż obok jest jezioro. Jest okazja do pływania (spory wydzielony brodzik dla młodzików), kajakowania i łowienia ryb.

Droga z kempingu na plażę nie jest specjalnie długa, a nam w przewożeniu całego majdanu pomógł wózek z Costco (70 CAD). Da się załadować młodzież i potrzebne rzeczy w ilościach hurtowych.

Na zdjęciach wózka nie ma, ale jest cała reszta.

Kemping na Deception Pass_ Kanada się nada _blog o Kanadzie i Vancouver

Kemping na Deception Pass_ Kanada się nada _blog o Kanadzie i Vancouver

Kemping na Deception Pass_ Kanada się nada _blog o Kanadzie i Vancouver

Kemping na Deception Pass_ Kanada się nada _blog o Kanadzie i Vancouver

Kemping na Deception Pass_ Kanada się nada VII_blog o Kanadzie i Vancouver

Kemping na Deception Pass_ Kanada się nada _blog o Kanadzie i Vancouver

Zakład, że wiem, o co pytał Krzysiek? Hej Ty, a wiesz, kiedy będzie kolacja?

W 2017 jesteśmy już zaznajomieni z systemem rezerwacji kempingów w B.C. więc będzie bardziej lokalnie.

Masz jakieś doświadzczenia z amerykańskimi kempingami?


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Vancouver na city break ! Dzień w Parku Stanleya

Można nie chcieć iść w góry? Najwyraźniej można. Zapytajcie dzieci – one wolą te wypaśne place zabaw. Ewentualnie na rower. Ale tylko w Parku Stanley’a 🙂

Ten wpis początkowo ukazał się na blogu swojepodróże.pl. Teraz, w zmienionej formie zamieszczamy go i tutaj 🙂

Vancouver nie jest jednym z tych oczywistych miast, które wybierasz na city break.

W Europie nie leży (tylko w Kanadzie), tanich lotów nie ma (a te co są, oznaczają co najmniej jedną przesiadkę i kosztują około 3 tys. PLN), i zanim w ogóle pokonasz jet lag, to już wypada wracać. Ale, ale, jeśli przez jakieś zrządzenie losu znajdziesz się w tym największych  mieście zachodniej Kanady i i chcesz poczuć Vancouver, to czytaj dalej.

W Vancouver zacznij tu. Od Parku Stanleya. Nie trzeba mieć wielkich pieniędzy, ale jakieś się przydadzą, bo lody, bo wejście do Aquarium, bo rower wypożyczyć. Ale jak nie ma na rower, można obejść. Magia ta sama.

Wokół Stanley Parku na rowerze. Must see, must do.

Do Parku Stanleya dojedziesz komunikacją miejską. Nawet jak nie bezpośrednim autobusem #19, to wystarczy, że zapytasz dowolnego kierowcy dowolnego autobusu, a każdy ci powie, jak dojechać. Samochodu nie bierz, i tak nie ma gdzie go zaparkować. A jeśli śpisz w Downtown, to możesz nawet się do Parku Stanley przejść. Uwaga dla dzieciatych: wycieczka rowerowa wokół Parku jest fajniejsza niż klasyczny spacer.

Jeśli musisz wypożyczyć rower, to jest stosunkowo łatwe, bo wypożyczalnia rowerów, tandemów, przyczepek, fotelików, pół rowerków na holu, całego tego super sprzętu rowerowego znajduje się niemalże przy wejściu do Parku. Po drugiej stronie od przystanku autobusowego.

I potem już można ruszyć wokół Parku, ścieżką Seawall. Trzeba pamiętać, że rowerowy ruch na tej ścieżce jest jednostronny. Oraz że ścieżka jest dzielona z rolkarzami. Oraz że w ciepłe weekendowe dni na pomysł przejechania się tą najpiękniejszą drogą rowerową w Vancouver wpadnie co najmniej milion osób.

Nasza propozycja to: wypożyczasz rower, podjeżdżasz z dziećmi na plac zabaw z wielkim wozem strażackim, puszczasz luzem, niech się idą bawić. W tym czasie robisz im jedzenie, można na przenośnym grillu, ale pewnie go nie masz, zatem zostaje nieśmiertelne kanapki odpakować. Jak się dzieci  wyhasają, i największe tłumy rodzin na rowerach już przejadą, wsiadasz na rower i jedziesz. Albo dookoła, albo w zupełnie nie mainstreamowo, czyli szlakami w poprzek półwyspu. Podziwiasz, co można podziwiać (a można wiele: lasy,  zatoka, góry Północnego Vancouver na horyzoncie, może się trafi jakaś foka albo inny trans pacyficzny statek), dzieci nie marudzą (w końcu się wybawiły i najadły), jedziesz spokojnie.

Aż dojeżdżasz do Third Beach, która jest trzecią w kolejności plażą patrząc od strony Downtown, i gdzie (głosami większości) zachód słońca jest najpiękniejszy. To miejsce na przystanek, dzieci muszą iść w piaseczku się pobawić, a dorośli pogapić na półwysep UBC, i na Wyspę Vancouver, jeśli widoczność pozwoli. Na Trzecią docierają pieszo najwytrwalsi, więc jest szansa, że tłumów nie będzie. Po zabawie kończymy wypad rowerowy pętelką, i jak czas, i siły pozwolą, można podjechać do Aquarium. Vancuweryjskie Oceanarium jest miłe, nie największe może i nie najbardziej spektakularne na świecie, ale miłe. I w kawiarni dają dobre lody. Oraz frytki. Czyli coś, co dziecko zje.

Koniec opisu, teraz zdjęcia. Zbiorcze, z kilku różnych wypadów do Parku i Aquarium.

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

My średnio jesteśmy w  parku Stanley’a raz w miesiącu. Bo fajny jest i rodzino-przyjazny. I mamy dzień z głowy. Więc reklamujemy 🙂

Thank you Vancouver !


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.

Fotograficzne podsumowanie sezonu narciarskiego naszego pierwszego kanadyjskiego w 10 punktach

Zdjęciowe podsumowanie sezonu narciarskiego w Vancouver i 10 wniosków po pierwszych nartach z dziećmi.

10 punktów – wniosków po pierwszych nartach z dziećmi :

  1. Nie zakładać z góry, że się czegoś nie lubi i nie umie (to o mnie – w zeszłym roku zareagowałabym gromkim śmiechem na wieść, że mam przypinać narty).
  2. Nie zakładać, że dziecko jest za małe, więc po co to wszystko, ale wiedzieć, że dziecko jest za małe, żeby cały dzień na stoku siedzieć. Nie wkurzać się, kiedy dziecko się wkurza i chce już iść (to o Maćku, średnio 4 godziny wytrzymywał).
  3. Zawsze mieć czekoladę w kieszeni (nigdy nie wiesz, ile ci przyjdzie dyndać na wyciągu zatrzymanym z powodu mechanicznej awarii).
  4. W związku z możliwością wystąpienia mechanicznej awarii wyciągu rozważyć noszenia w kieszeni obok czekolady mocnego elastycznego sznurka (w razie potencjalnej ewakuacji).
  5. Nie robić na stok kanapek, ani nawet super-pysznych-zdrowych ciastek owsianych – dzieci i tak poproszą o frytki.
  6. Sprzęt narciarki używany, ale posmarowany, nada się wyśmienicie dla początkujących narciarzy. Kupiony na przykład tu.
  7. Nie ma złej pogody na narty, są tylko źle dopasowane ubrania. Na przyszły rok kupić porządne ocieplane Długie Jasie i mieć przynajmniej po dwie pary rękawiczek na zmianę (dla dzieci 4 pary). Plus chusty wielofunkcyjne na twarz.
  8. Kupić walki talki, żeby być w kontakcie z Krzyśkiem, jak sam gdzieś chce zjechać (dzięki L. za pomysł !)
  9. Kaski są cool, a gogle jeszcze bardziej 🙂
  10. Cieszyć się zimą, bo boska jest ! Daję słowo – już nigdy nie powiem na zimę złego słowa !

I jeszcze kilka info:

Ponieważ ten sezon był tym pierwszym, najpierwszym, nie kupiliśmy biletu sezonowego (ski pass) na żadną z okolicznych górek. Zresztą taki rodzinny bilet kupiony w sezonie nieźle by nam dał po kieszeni (około 2000 CAD za całą rodzinę). Kupiliśmy sobie po 5 wjazdów łączonych  (multi-day snow pack) na Grouse Mountain (bo komunikację miejską da się podjechać i mają super trasy dla początkujących) oraz po 3 wjazdy łączone (3ski) na Seymour Mountain (bo tam jeździliśmy w super towarzystwie). Poza tym korzystaliśmy z biletów jednorazowych, trochę tańszych np. po godzinie 2:30 lub w ogóle bardzo tanich, kiedy akurat przypadało święto czy inna impreza, albo zupełnie darmowych w łączonych promocjach wiosennych. Maciek jeździł wszędzie za darmo, Krzyśka bilet kosztował zwykle połowę dorosłego.

Nie korzystaliśmy z lekcji ani dla nas, ani dla dzieci. Myślimy jednak nad tym w przyszłym sezonie, jeśli dane nam będzie zostać w Vancouver.

Nie wydaliśmy ogromnych pieniędzy, ale nie będziemy ściemniać, narty to nie jest tani sport [tak, zwłaszcza te frytki dla dzieci kosztują ;)].

Chyba tyle. Eh. Sezon narciarski 2015/2016 zamknięty.

Kanadasienada_narty

Kanadasienada_narty

Kanadasienada_narty

Kanadasienada_narty

Kanadasienada_narty

Kanadasienada_narty

Kanadasienada_narty

Bye, bye zimo….


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.

Poza Vancouver – podróż służbowa w Sydney. Australia, babe

1/4 redakcji Kanada się nada przeniosła się na chwilę z Vancouver do Sydney. I stamtąd przesyła zdjęcia.

Tekst oryginalny i zdjęcia by Kuba, ja -Kasia trochę dorzuciłam słów, żeby się lepiej czytało.

W 2016 część rodziny Kanada się nada przeniosła się na chwilę z Vancouver do Sydney (dp pracy, więcej przeczytasz we wpisie o tym, jak dostaliśmy pobyt stały w Kanadzie).

Zatem trochę australijskich zdjęć.


Podróż służbowa w Sydney – skąd ten pomysł?

Jak najłatwiej zmienić miejsce przebywania, kontynent może? Zmienić pracę po prostu!

Wtedy radośnie za nas wszystko załatwi pracodawca i już możemy cieszyć się słońcem na Antypodach.

Kiedy więc nowy kanadyjski pracodawca Kuby zaproponował mu miesięczne szkolenie w centrali australijskiej, nie było właściwie nad czym się zastanawiać. Jest okazja, trzeba jechać.

Na początku myśleliśmy, żeby może pojechać całą rodziną, ale koniec końców stanęło na tym, że nie. Że lepiej zostać mi w Kanadzie z chłopakami, i z odwiedzającymi wtedy nas rodzicami, a pierwszy kontakt z Australią zostawić mężowi. Niech obada teren.

Jak widzę te wielkie pająki na zdjęciach, to wcale nie żałuję, że mnie tam nie ma. Ale te plaże , to ciepło, te fale, ach, zazdrość chwyta.

Relacja Kuby z pierwszego tygodnia w Sydney

W zeszłym tygodniu po długiej podróży wylądowałem szczęśliwie w Sydney. Hotel znajduje się w centrum obszaru Bondi Junction.

Praca znajduje się na terenie wytwórni Fox Studios, gdzie znajdują się miedzy innymi hale zdjęciowe, hale dźwiękowe oraz szkoła filmowa. Ten obszar jest ogrodzony, wymaga przepustek i niestety nie można tam robić zdjęć. Na zewnątrz znajduje się natomiast obszar ogólnie dostępny, gdzie znajdują się kino, sklepy, restauracje i okazjonalnie koncerty.

Do pracy jest niedaleko (około 4 km) także zazwyczaj idę tam spacerem przez Centennial Park. W parku sporo jest egzotycznych drzew i krzewów oraz ogromne gromady nietoperzy. Tutejsze nietoperze są sporo większe od europejskich i zaskakująco głośne.

Poniżej zamieszczam kilka zdjęć ze spaceru przez Centennial Park.

Sydney_1

Sydney_2

W sobotę wybrałem się na spacer na najbliższą plaże – Bondi. Pomimo pory jesiennej pogoda była zupełnie letnia. Idąc piękną ścieżka na południe odwiedziłem jeszcze plaże: Tamarama, Bronte, Clovelly i Coogee.

Wszędzie dużo ludzi opalających się i surfujących na falach.

Choć wycieczka nie była długa zdążyłem się bardziej opalić niż przez całe lato w Vancouver.

W niedziele było pochmurnie i padało.

Kilka zdjęć z wycieczki na plażę Bondi.

Sydney_3

Sydney_4 podróż służbowa w Sydney

 

Kuba wrócił do Vancouver i powiedział Jestem w domu.

Tak, tak, myślelibyście może, że Kanada to spora egzotyka w porównaniu do Polski, ale prawda jest taka, że i klimat (mam na myśli naszą prowincję), i roślinność, i ludzie też, wszystko dość podobne do tego, do czego przywykliśmy w Polsce. Stąd to poczucie bycia w domu .

A Australia to bajka nie z tej ziemi. Kiedy rozmawiamy o jego wrażeniach z  mieszkania tam, przewija się poczucie inności innej (ha, ha, ha) i trudniejszej do oswojenia, niż kanadyjska rzeczywistość. Bo trzeba Wam wiedzieć, że my poza Europą to niewiele widzieliśmy świata, więc australijska fauna i flora to dla nas egzotyka na maksa.

Inne spostrzeżenia (kolejność przypadkowa i w sumie mocno od czapy, ale co tam)

  1. Najbardziej jadowity wąż świata. I ta szybka taka cienka…..
  2. Widoczki na miasto podobne do tych z miast Ameryki Północnej. Downtown jakie jest, każdy widzi
  3. Opera robi wrażenie…..
  4.  Czas na …. ciastko – o trzeciej popołudniu zamiast five o’clock jest biscuit time
  5. Telewizji za dużo nie było, ale  uwagę przykuła kampania społeczna namawiająca kobiety do jedzenia mięsa. Dlaczego tylko kobiety i dlaczego mięsa? Who knows…..
  6. Więcej rodzin wielodzietnych na ulicach. Więcej niż w Vancouver i więcej niż w Warszawie
  7. Mięso kangura jest słodkie.

Podróż służbowa do Sydney 2016_Kanada_się_nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 3 Podróż służbowa do Sydney 2016_Kanada_się_nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 6

Podróż służbowa do Sydney 2016_Kanada_się_nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 5

Podróż służbowa do Sydney 2016_Kanada_się_nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 4

Podróż służbowa do Sydney 2016_Kanada_się_nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 2

Podróż służbowa do Sydney 2016_Kanada_się_nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 1

 

Do Australii to raczej nas nie ciągnie, ale Nową Zelandię chętnie byśmy zobaczyli…

Ktoś był?


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Jak przetrwać kanadyjską zimę w Vancouver? Jaką zimę ja się pytam?!

Co robić, gdy mamy po dziurki w nosie białego puchu, a od deszczu pokryliśmy się mchem? Weź idź na zakupy !

Wiosna już zagościła na dobre, Wielkanoc trwa, ale ja wciąż o zimie

To jest wpis w ramach projektu Klubu Polek

Blogerki z całego świata piszą o tym, jak przetrwać zimę (kanadyjską zimę w Toronto na przykład), albo dzielą się jakimiś straszno-śmiesznymi historiami ze swoich krajów (tu, tu, tu i tu też). U nas od historii budzących grozę (głównie w nas) aż się roi (o ta, o zębie, albo ta, o pączkach chińskich), więc mój post klubowy będzie o zimie. Jak jakieś 90% treści ostatnio na naszym blogu. Ekhmm.

Więc choć zimy to już prawie nie ma, mam nadzieję, że dalej przeczytacie.

Z lekka ironicznie do tytułu podchodzę, bo co jak co, ale kanadyjska zima to nie jest to samo co zima w Vancouver

Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że to są dwie tak różne rzeczy, że ciężko nie zareagować dyskretnym chichotem, kiedy ktoś z przerażeniem w oczach komentuje: Mieszkasz w Vancouver? O raju to NA PEWNO marzniesz, bo zima w Kanadzie jest długa, cicha i śniegiem bijąca.

Zima w Vancouver jest na pewno mokra. Od deszczu. Który ten oto deszcz w ilościach hurtowych nawiedza miasto położone pomiędzy Pacyfikiem a górami. Przy takim ukształtowaniu terenu tak łatwo o deszcze i d(r)eszcze, że miastu nadano oficjalną ksywkę: Raincouver.

Ale nie myślcie sobie, że jak deszcz pada,  to już z góry wiadomo, że mamy przechlapane i coby się nie robiło, zima będzie do bani i ciężko ją będzie przetrwać. O nie ! Jest bowiem jeden, niezawodny sposób, który pozwala mi nawet w deszczu dniem się zachwycić.

Przetrwać kanadyjską zimę w Vancouver pomagają zakupy

Tak, napisałam to. Zakupy zawsze poprawiają humor. Ale, ale nie takie sobie zwykłe zakupy, nieprzemyślane, czy pochopne, czy okazyjne, czy też ordynarna wyprawa do warzywniaka.

Na zimowe zakupy w mokrym Vancouver najlepszy jest jedyny taki, wielki i historyczny wręcz sklep.

MEC czyli Mountain Equipment Co-op.

To duży sklep sportowy, a właściwie rodzaj kooperatywy sportowej, który wymyśliło kilku zapaleńców z miłości do górskich wędrówek. Zdobywając w latach 80-tych amerykańską górę Mount Baker, zdecydowali, że chcą sprowadzić do Kanady dobre jakościowo i dostępne dla wielu oprzyrządowanie górskie i sprzęty sportowe. Rozpoczęli współpracę z dostawcami, ustalili marżę od sprzedaży na tyle tylko, żeby przetrwać i ruszyli z tym koksem. I mimo że przez lata nie zawsze było z biznesem różowo, to MEC do dzisiaj działa na podobnych zasadach, a żeby w nim kupować, trzeba mieć kartę członkowską. Karta traktowana jest jako nasz wkład w rozwój kooperatywy (koszt: 5 CAD, wydawana od ręki przy kasach).

To sklep ze sporym wyborem towarów. Kanadyjczycy od najmłodszego do najstarszego uwielbiają przebywać na dworze, sport uprawiać, we wszystkich możliwych odmianach i rozmiarach – kto raz próbował przejechać się latem ścieżką rowerową Seawall, ten wie, o czym piszę. Albo stał w kolejce do wyciągu na Grouse  – 1,5 h raz tak staliśmy, miodzio.

Więc w MECu zawsze jest tłum. Poza tym obsługa jest bardzo miła i często organizuje otwarte i darmowe warsztaty z cyklu “napraw swój rower”, albo “weź mapę, kompas i nie daj się zjeść niedźwiedziowi”. Byłam na takim szkoleniu z czytania mapy i obsługi kompasu, i mogę polecić z czystym sumieniem. Więc podczas tej deszczowej kanadyjskiej zimy można nabyć cennych umiejętności, które będą jak znalazł, kiedy padać przestanie!

i zawsze się człowiek czegoś nowego nauczy. To w MECu poznałam Długie Jasie czyli Long Johns.

Kręciłam się z Maćkiem po sklepie, wśród działu z odzieżą dla kilkulatków przeglądałam miłe dla oka i dobre jakościowo przeciwdeszczowe wdzianka, kiedy zagadała mnie kanadyjska mama z dwulatką. Od słowa do słowa podzieliłyśmy się naszymi patentami na to, jakie ubrania dla dzieci są przeciwdeszczowe i przeciwplamowe [chichocik w tym miejscu]. Z jej strony padło pytanie o nasze ulubione Long Johns. Myślę sobie, ki diabeł, piosenkarz country czy kolejny kanadyjski polityk, o którym nie mam pojęcia ?

Ale nie ! Long Johns’y to kalesony 🙂Kanada się nada_MEC najlepszy sklep sportowy

Znamy, znamy i nawet kilku trzymamy w szafie. Na dowód tego, jak twarzowe potrafią być kalesony, robię miniwklejkę ubraniową. Plus wielka puszka czekolady gorzkiej z MECa [nie mogłam się powstrzymać].

Wybaczcie jakość, bezczelnie ściągnęłam zdjęcie kalesonów ze strony sklepu.

 

Wygląda na to, że MEC.ca to nie tylko mekka dla sportowo zakręconych, ale i dobre miejsce na błyskawiczny kurs języka angielskiego. Jak już obejrzycie w Vancouver, co jest do obejrzenia, to warto wpaść, poczuć klimat.

Ja to lubię 🙂


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, co lubisz czytać

Narty w Manning Park – jakby czas na chwilę stanął i zdziwiony popatrzył na góry

Dobra miejscówka na narty, to co mamy nie polecać ?! Są ciche zdjęcia.

Mało mamy doświadczenia z nartami. Do momentu przyjazdu do Kanady przekonywałam samą siebie, że ja i narty to nie jest najlepsze połączenie. Wiecie już, że zupełnie mi się odmieniło od tego zimowego sezonu, a ilość miejsc i widoków, których doświadczyłam dzięki nartom, przyprawia mnie o zawrót głowy i wielokrotny opad szczęki.

Pięknie jest patrzeć na miasto z okolicznych szczytów, gdy Pacyfik w dole taki malutki się zdaje…

A jeszcze piękniej patrzeć na góry stojące w skupieniu, niewzruszone. Takie jak w Manning Park.

Kilka faktów.

Wyjazd na narty w Manning Park to już jest grubsza sprawa, nie taka sobie wycieczka miejska na Grouse czy Seymour Mt. Manning Park położone jest prawie 3h od Vancouver, więc trzeba przygotować atrakcje podróżne (i jedzenie, nie zapominajmy o jedzeniu !).  Wyciągi położone są w znacznej odległości od cywilizacji (najbliżej do Hope, jest około 50 km), więc warto pomyśleć o noclegu. Sam kompleks narciarski ma ośrodek noclegowy (z basenem) położony przy wjeździe do parku, i autobus dowożący narciarzy na stok. Lodge (budynek hotelowy) i stok położone są w odległości kanadyjskiej, czyli daleko. Ale dzięki temu to co najbardziej widać w Manning Park to góry. Po horyzont.

Wyciągi zasadnicze są dwa, pomarańczowy i niebieski. Oldschoolowe te wyciągi i może dlatego budzą nostalgię? Bo i część schroniskowa wygląda tak, jakby niewiele się zmieniła od czasu kiedy została otwarta. Jest przytulnie, bo nienowocześnie. Na stokach nie ma lamp, więc wyciągi przestają jeździć po 16, obsługa się zwija, samochody odjeżdżają z parkingu. Spokój, cisza.

Niewiele ludzi, co jest naprawdę miłą odmianą.

I jeszcze rozwiązanie bombowe dla rodziców. Przedszkole jest, czyli child mining. I nie jest to przedszkole narciarskie, chociaż można je połączyć z nauką jazdy na nartach. Maciek po dwóch godzinach na deskach miał już serdecznie dość nart, śniegu, więc jeden rzut oka przez szybę na klocki i już wiedział, jak chce spędzić następną godzinę. W przedszkolu. Godzina opieki nad dzieckiem kosztuje 12 CAD (można już takiego 18 miesięcznego zostawić). Miła pani zabawi, klocki pobuduje, górkę narciarską wspólnie narysują. Dla dorosłego taka godzina wystarczy, żeby z trzy razy zjechać z pomarańczowego wyciągu.

Potem można młodzież zabrać na jedzenie (uwaga, drogie frytki), a potem położyć na drzemkę (wygodne szerokie ławy w kawiarni).

I właściwie tyle. Nie skorzystaliśmy z oślej górki (slow ski area), ani ze zjeżdżania na dmuchanych kołach (tubing). Jest więc powód, żeby wrócić 😀

Kanada się nada Manning Park narty

Kanada się nada Manning Park narty

Kanada się nada Manning Park narty

Kanada się nada Manning Park narty

Kanada się nada Manning Park narty

Kanada się nada Manning Park narty

Kanada się nada Manning Park narty

by Zbyszek

Kanada sie nada_Mannning Park 2016

by Zbyszek

Kanada sie nada_Mannning Park 2016


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.

Droga Sea to Sky, miasto Whistler i Peak to Peak gondola zimą

Wspomnienie o śniegu w Whistler spisane drżącą ręką kobiety posuniętej w latach (to o mnie)

W Vancouver tradycyjnie nie ma śniegu zimą 2015-2016, więc wszystkie śnieżne zdjęcia, jakimi się z Wami dzielimy, są robione gdzie indziej. Na górkach okolicznych, albo w uroczych narciarskich kurortach, tylko godzinę, dwie jazdy od Vancity.

Poszukamy odpowiedzi na pytanie: Jak wygląda w Whistler zimą? I o co chodzi z tym szaleństwem zwanym Peak to Peak gondola.

Szkoda było, żeby takie piękne okołoświąteczne słońce na zdjęciach przepadło. I samochód wypożyczony na tydzień. Nie mieliśmy w planach nart ani snowboardu, bo to jeszcze był ten czas, kiedy byłam pewna, że dla mnie zjazd z górki na pazurki jest możliwy tylko na sankach.

Whistler, zimowa stolica B.C., znane z Olimpiady 2010 wydało nam się idealnym miejscem na krótką wycieczkę połączoną z saneczkowaniem. Wyczytałam, że górka (mini górka dodam), jest bezpłatna, a zaraz obok jest bezpłatne lodowisko (płatne jest tylko wypożyczenie łyżew). Decyzja była szybka i jednogłośna. Jedziemy spędzić jeden dzień w Whistler zimą.

Oczywiście tuż za rogatkami miasta okazało się, że wcale nie jesteśmy w naszym pomyśle odosobnieni, bynajmniej. Wielce oryginalnie się nie spodziewaliśmy, że w Whistler zimą będą tłumy, bo każdy chce śniegu skosztować. Były tłumy. Połowa Vancouver pewnie się zjechała i drugie tyle na amerykańskich tablicach. Zatem pierwsze zimowe doznanie w miasteczku to była próba załapania się na miejsce parkingowe. Już nieważne, ile kosztuje godzina postoju (a potrafi i 4 CAD), ważne żeby w końcu stanąć, sanki wyciągnąć, zniechęcone i znudzone dzieci wywabić z samochodu i pójść w stronę centrum. W tłumie innych, podobnych nam, odwiedzających. Dobra, trochę się pastwię tymi tłumami, nie było tak tragicznie. Bo na górce kolejek do zjeżdżania nie było, z racji tego, że zadbano o wystarczającą liczbę torów saneczkowych. Zjeżdżanie za free, na własnym sprzęcie! To jest miła odmiana po wszystkich górach, gdzie za saneczkowanie liczą sobie słono, a czasem jeszcze trzeba na miejscu wypożyczyć sprzęt, bo na własnych sankach nie pozwalają zjeżdżać, choćby nie wiem, jak były solidne.

A koło górki jest zaraz lodowisko, malutkie, ale przyjemne. Ma nawet wydzielone mini boisko do hokeja. Kaski są za darmo do pobrania, wypożyczenie łyżew kosztuje nieco powyżej średniej vankuweryjskiej, ale co tam. Ja na łyżwy jestem zawsze pierwsza.

Po uciechach zimowych wybraliśmy się na spacer w poszukiwaniu jedzenia. Bo oczywiście z przygotowanym przeze mnie w domu prowiantem, to Krzysiek może co najwyżej zapozować do zdjęcia. Jednego.

Zamiast zupy jakieś, ciepłej, pożywnej, znalazłam jednak prawdę. O sobie.

W Whistler zimą zostało mi po raz pierwszy uświadomione, jak starą kobietą jestem.

Tak, tak drodzy moi, złapał mnie pan naganiacz z salonu kosmetycznego, łowiący spacerujących na swój włoski akcent i natychmiast zadał mi pytanie: czy chcę wyglądać młodziej? No pewnie, że chcę, więc poszłam za nim, usiadłam na fotel, coś mi tam wklepał pod jedno oko. Czekam, ale najwyraźniej za wklepanie pod drugie oko trzeba by zapłacić, więc się pytam, co dalej. Czuję, że mi skóra pod okiem się naciąga, wyglądam tak, jak kiedy czasami maseczkę kładę na twarz, a Maciek komentuje: O, mama ma pajecyne.

Czy to już? Czy tylko kremy przeciwzmarszczkowe? Albo botoks? Pewnie tak. Pan kosmetyczek tłumaczy mi, dlaczego powinnam o siebie zadbać, chociaż właściwie to już i tak za późno, czas zrobił, co miał do zrobienia z twarzą moją. Się za wiele nadgonić nie da, ale można próbować przy pomocy tych wszystkich super kosmetyków, co pan je ma na półeczkach. Niestety nie dałam panu zarobić, ale nie mam wyrzutów sumienia, bo zaraz za mną do salonu wparadowała pani w futrze, z fryzurką tlenioną i okiem zrobionym, więc ona na pewno wie, jak się należy w salonie kosmetycznym zachować. I co kupić, a potem gdzie wklepać. Ja nie wiem.

Koniec offtopa kosmetycznego z Whistler.

Reszta to już zabawy na śniegu, nienachalna muzyka i góry w milczeniu patrzące na to wszystko. W nosie mają botoks. Ja też. Na razie.

Ale na wszelki wypadek wklejam zdjęcia beze mnie ;D

Whistler_Winter 2015

W Whistler zimą 2015

W Whistler zimą 2015

W Whistler zimą 2015

Whisler jest jednym z falgowych miejsc w Kolumbii Brytyjskiej, a kolejka górska Peak to Peak Gondola atrakcją dla małych i dużych.

Bo tak jest i już. Nie dyskutuj!

My postanowiliśmy przejechać się nią zimą, robiąc przy okazji rekonesans pod następny sezon narciarski.

I napiszę tak – jest co oglądać. Zdecydowanie warto wjechać na szczyt, a właściwie nawet dwa szczyty (w końcu nazwa zobowiązuje), bo najpierw kolejka wynosi nas na Whistler Mountain, a potem najdłuższym na świecie odcinkiem kolei linowej możemy dostać się na Blackcomb.

Info praktyczne

Jeśli jesteście w Whistler i nie wiecie, dokąd iść, żeby dojść, to w samym centrum jest informacja turystyczna. Peak to Peak ciężko przegapić, bo widać ją z wielu miejsc w miasteczku.

Bilety nie są tanie, ale porównując je do wjazdu na Grouse Mountain,warte swojej ceny. Nie ma biletów rodzinnych [dziwne, hm]. Ponieważ my pojechaliśmy w samym środku ferii wiosennych, było sporo narciarzy, ale na szczęście nie musieliśmy przesadnie długo czekać. Jakby ktoś się zgubił na placu, to pierwsza kolejka, do której trzeba wsiąść,  to ta po prawej stronie, stojąc w kierunku gór 🙂

Jedziemy do góry jupiiii

I potem już długa jazda do góry. Po drodze mija się część dla początkujących narciarzy, a wielkie znaki informują, żeby ci, co tylko na wycieczkę jadą, bez nart (czyli my), nie wysiadali. I chociaż kusiło, bo waniliowy zapach bobrowych ogonków dotarł aż do wagonika, grzecznie przeczekaliśmy stację w 1/3 drogi na szczyt. A na szczycie proszę państwa wszystko czego dusza zapragnie. Nawet gry komputerowe czy też gameboyowe dla dzieci. I kawa. I kafeteria.

Ale przede wszystkim widoki, w końcu to dla widoków się Peak to Peak jedzie.

Jak się napatrzymy na Whistler Mountain (czy też pospacerujemy), to czas na clue programu czyli kolejkę łączącą Whistler Mountain z Blackcomb. Można jechać wagonikiem normalnym albo wypasionym. Wypasiony to taki ze szklaną podłogą, ale nie polecamy, bo nas rozczarowało. Specjalnie czekaliśmy około 10 minut na taki wagonik, a szklana podłoga okazała się być oknem w podłodze, wielkości chusteczki do nosa i osłoniętym wysoką barierką (Maciek nie sięgnął). Nie warto.

Na szczycie Blackcomb kolejne panoramki lub sporty zimowe. Jedzenie też jest 🙂

Żeby wrócić zimą do punktu, gdzie startowaliśmy, trzeba znowu przejechać się Peak to Peak na Whistler Mountain i potem w dół. W lecie jest więcej opcji, gdzie można zacząć i skończyć przyjemną wycieczkę. Jeszcze nie byliśmy, ale jak oglądamy smakowite zdjęcia Everyday Routes to nas nosi, żeby pójść w ich ślady.

Ze zdjęć wynika –  Peak to Peak zimą robi mocne wrażenie! A po zdjęcia z lata, wpadnij do Zosi i Rubena.

Peak to Peak Gondola March 2016 Kanada się nada 6

Peak to Peak Gondola March 2016 Kanada się nada 5

Peak to Peak Gondola March 2016 Kanada się nada

Peak to Peak Gondola March 2016 Kanada się nada 3

Peak to Peak Gondola March 2016 Kanada się nada

Peak to Peak Gondola March 2016 Kanada się nada 2

Peak to Peak Gondola March 2016 Kanada się nada 4

A na koniec zostawiłam deserek, czyli co zrobić, jak chcesz góry zobaczyć, a nie chce ci się iść. Nawet do gondoli Peak to Peak się nie chce.

Czy autostrada może być atrakcją turystyczną?

Drogą Sea to Sky no musisz się przejechać. Nawet jeśli nie do Whistler, tylko gdzieś bliżej (do Squamish na ten przykład, lub Britannia Mine Museum).

Ta droga (autostrada) to zabytek sam w sobie. Ale nie bój się, że asfalt jest w stanie historycznego rozkładu, nic z tych rzeczy. Drogą jedzie się szybko, mimo kilku zwężeń po drodze i faktu, że tłumy nią jeżdżą, tłumy, co śnieg podziwiać chcą, a zimą na snowboard do Whitler wyskoczyć.

Góry wpychają się na pierwszy plan, z drugiej strony Pacyfik nie daje o sobie zapomnieć.

Możesz się zatrzymać na którymś z punktów widokowych, z mapą panoramkę zrobić. Z drogi można zjechać do wielu popularnych kempingów. My mamy zamiar wybrać się na wiosnę na taki, co się znajduje w Alice Lake Provincional Park. Kilka wyjść w góry zrobiliśmy właśnie od tej szosy wychodzących. Przy drodze są także miejsca do dziennego piknikowania, w towarzystwie np. pięknych wodospadów.

W wielu miejscach, w miastach, są najpopularniejsze fast foody i kawiarnie, więc na prawdę nie musisz się specjalnie z samochodu tarabanić, żeby wycieczkę pełną ochów i achów, a przy okazji okraszoną kawką z Timsa popełnić.

Ale jeśli jednak jesteś z tych, co to samochodem się nie wożą, tylko bardziej na sportowo, to już spieszę donieść, że Sea to Sky da się jechać rowerem.

Widzieliśmy takich, co jechali, zimą też. Chyba nie do Whistler, bo to jednak ponad 120 km w jedną stronę, ale bliżej a i owszem. Szosa do Whistler ma przewyższenia do pokonania, to dalej, w okolicach miasteczka Pemberton robi się bardziej stromo, co mi swoją drogą przypomina Norwegię i wyjazd na Drogę Trolii.

Jechaliśmy już wielokrotnie i mimo znaków, że miśki wychodzą na drogę, żaden się nam przed maską samochodu nie zatrzymał. Ale jednego widzieliśmy, jak szedł bokiem, po zboczu Szefa.

Sea to Sky winter 2015

Sea to Sky winter 2015

Sea to Sky winter 2015
Śnieg dla wygodnickich

Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Cypress Mountain na rakietach śnieżnych

Sporo zdjęć, bardzo dużo śniegu i mnogo słońca. Rakiety nie do ręki, a na nogi załóż i chodź z nami na Cypress Mountain.

Snowshoeing czyli Cypress Mountain na rakietach śnieżnych

Marzyliście kiedyś, żeby znaleźć tajemne przejście przez starą szafę do Narnii? Bo ja do dzisiaj pamiętam szafę w wiejskim domu mojej babci, jej ciężkie kożuchy i płaszcze, i nas, dzieciaki wskakujące do szafy, żeby za chwilę być w magicznej, zaśnieżonej aż po czubki drzew Narnii.

Dlaczego przywołuję to wspomnienie? To proste. W dni świąteczne, kiedy wybraliśmy się na Cypress Mountain, Narnia była moim pierwszym skojarzeniem. Nierzeczywista, piękna zimową potęgą kraina, cicha, bliska, choć jak trzeba, niebezpieczna. Zdjęcia powiedzą wam więcej, ale zanim do nich, to jeszcze kilka słów o kompleksie na Cypress.

Jakoś tak jest, że około 99 % Vancuverczyków, kiedy widzą cię z nartami, zapyta : Skiing on Cypress? Oczywiste skojarzenie: narty=Cypress, przez nas nie zostało przetestowane, bo nasz spacer odbył się na rakietach śnieżnych. Ale wiedziona ciekawością sprawdziłam, dlaczego Cypress kojarzy się tak bardzo ze zjazdówkami? I wyszło szydło z worka: najwięcej tras (także nocnych), najwięcej wyciągów (bo sześć) i śniegu pewnie też najwięcej jest właśnie na Cypress 🙂

Sam ośrodek jest tak rozległy, że aż podzielony na dwie części: tę przeznaczoną do narciarstwa zjazdowego (Downhill) oraz drugą, gdzie zaczynają się szlaki dla narciarzy biegowych oraz o wypraw na rakietach (Nordic). Droga dojazdowa rozwidla się na dwoje i do dwóch osobnych parkingów prowadzi. Warto więc wcześniej wiedzieć, co się będzie na Cypress robiło, żeby potem z ciężkimi buciorami nie spacerować nadmiernie.

Gdzie iść, żeby dojść ?

Mnie dodatkowo oprócz chęci wypróbowania rakiet ciągnęło na Cypress z powodu Hollyburn Lodge. To jest jedno z bardziej rozpoznawalnych górskich miejscówek w okolicach Vancouver, a ja  sentyment mam do schronisk wszelakich. Ze zdjęć starych wyłaniał się obraz przytulnego i ciepłego miejsca,gdzie można się wysuszyć, entuzjazm podbudować, posilić się. Niestety Hollyburn Lodge jest właśnie w remoncie i nie było nam dane wejść do środka. Ale przynajmniej popas zrobiliśmy pod 🙂 A ptaszki nam się z zaciekawieniem przyglądały. Pętla spacerowa jest zdecydowanie łatwa, przewyższenia niewielkie, a my pierwszy raz na rakietach, dwoje dorosłych, ośmiolatek (rakieta rozmiar kid) oraz 3 latek w nosidle. Tylko nie pomylcie szlaków i zamiast zielonym do Hollyburn Lodge, nie wybierzcie się czasem na Hollyburn Mountain, bo opis wskazuje, że mocno wymagający 🙂

Wyjście na szlaki jest na Cypress płatne, wpożyczenie rakiet wraz z biletem jednodniowym to wydatek około 26 CAD na dorosłego (sporo). Zdjęcie, gdzie siedzimy w środku pomieszczenia, to taka niewielka, kilkuławkowa szopa, gdzie się można ogrzać i swoje jedzenie zjeść. A jakby co obok jest Starbucks (bo gdzie go nie ma?)

Warto wyjść na Cypress Mountain na rakietach śnieżnych, no przyznajcie sami, taka zima to miodzio jest.

Cypress Mountain na rakietach śnieżnych

Cypress Mountain na rakietach śnieżnych

Cypress Mountain na rakietach śnieżnych

Cypress Mountain na rakietach śnieżnych

Cypress Mountain na rakietach śnieżnych

Cypress Mountain na rakietach śnieżnych

Cypress Mountain na rakietach śnieżnych

Cypress Mountain na rakietach śnieżnych


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.