Dam pracę w Kanadzie. Ale najpierw Ty dasz mi pieniądze. Dużo pieniędzy!

Post-interwencja pisany na żądanie i pod wpływem zasłyszanych historii. Czyli agencje obiecujące pracę w Kanadzie.

Jest taka sprawa, mocno nieciekawa.

Może trafiłeś na tę stronę, wpisując w Google hasła: praca w Kanadzie dla Polaków, jak dostać pracę w Kanadzie, lub coś podobnego. Sporo o pracy w Vancouver napisałam, wszystko opierając o nasze doświadczenia. Wiem, że te strony są często czytane.

Ale okazuje się, że wciąż brakuje informacji o pewnej pracowej sprawie.

Nie pisałam wcześniej, bo, no cóż, nie przewidziałam, że taki problem może się wydarzyć. Tak, to moja ignorancja, bo znane mi firmy, które ściągają ludzi do pracy w Vancouver, to nie pośrednicy, ale firmy docelowej pracy. Takie firmy mają albo swoje własne działy prawno-imigracyjne,  albo korzystają z usług wyspecjalizowanych headhunterów, czy organizują swoje wydarzenia rekrutacyjne.

I nigdy nie biorą pieniędzy od kandydatów do pracy.

Tak było w naszym przypadku. Firma Scanline, w której pracował Kuba, załatwiła wszystkie papiery emigracyjne, potrzebne do uzyskania pozwolenia na pracę i przedstawiła kontrakt pracy. Wszystko zanim wsiedliśmy do samolotu. I bez zapłacenia ani grosza z naszej strony.

Dlaczego teraz taki wpis?

Po ostatnim Polskim Babskim Spotkaniu zostało mi kategorycznie powiedziane (dzięki Ola!), że muszę napisać wpis o nieuczciwych firmach, które oferują pracę w Kanadzie, biorąc od nieświadomych Polaków pieniądze. Grube pieniądze!

Mówią Ci, nęcą: Dam pracę w Kanadzie, no jak, nie chcesz? Ale najpierw poproszę opłatę.

First things first:

  1. Nie podam w tym wpisie żadnych nazwisk, ani nazwy firmy, która padła na spotkaniu. Bo nasze spotkania to jest bezpieczne miejsce, co na nim powiedziane, to na nim zostaje. Napiszę tylko, że agencja, która miała znaleźć zatrudnienie, nie miała wczoraj (08/02/2018) działającej strony internetowej. To nie wróży najlepiej i nie mam jak sprawdzić szczegółów.
  2. Ta konkretna sytuacja dotyczyła obietnicy znalezienia pracy w sektorze hospitality, czyli jako barmana, kelnerki, sprzedawcy, w Vancouver, na ważnej wizie w ramach International Experience Canada (wiza ta pozwala przez rok legalnie pracować w dowolnym miejscu w Kanadzie). Wymaganie zapłaty za znalezienie takiej pracy jest moim zdaniem nadużyciem agencji i wykorzystaniem niewiedzy Polaków, bo ogłoszeń o pracy w tym sektorze jest w Vancouver sporo. Spokojnie da radę znaleźć taką pracę bez pośrednika, bez płacenia.

To teraz jeszcze:

  • W sieci pewnie natkniesz się na wiele firm, które będą oferowały pomoc w emigracji do Kanady oraz pomoc w znalezieniu pracy. Czasami są to duże organizacje, które wyglądem strony internetowej  oraz zamieszczonymi opiniami klientów wzbudzą Twoje zaufanie. Czasami ktoś poleci kogoś sprawdzonego. Zanim podpiszesz z kimś umowę i zapłacisz, zastanów się dobrze.
  • Nieuczciwa agencja będzie chciała od Ciebie pieniądze. Co jest nielegalne, bo w Polsce pośrednik nie może żądać pieniędzy za znalezienie pracy. Ale takie firmy nie są w ciemię bite – być może zaproponują umowę, w której będzie napisane, że płacisz za konsultacje, za pomoc i opiekę, a nie ma zapisu czarno na białym: Firma XYZ zobowiązuje się, że pan Jak Kowalski dostanie pracę u pracodawcy kanadyjskiego, w wymiarze godzin takimowakim, za kwotę takąiśmaką, od dnia…. do dnia….. Nie napiszą, że zagwarantują Ci pracę, bo to nie od nich zależy, tylko od kanadyjskich pracodawców, którzy przecież mogą Cię nie chcieć, no i co polska firma winna? Agencja pomagała jak umiała, ale się nie udało. No ale jeśli nic Ci nie gwarantują ani za nic nie odpowiadają, zastanów się, czy chcesz za to płacić. Zastanów się dobrze!
  • Być może zaproponuje, że pomoże Ci przygotować CV, czyli kanadyjskie resume, że będzie w Twoim imieniu wyszukiwała oferty pracy i Cię umawiała na rozmowy. Takie same rzeczy masz za darmo w państwowym, prowincjonalnym ośrodku pracy. W Vancouver jest to WorkBC. [I tak, na ich stronie jest napisane, że świadczą usługi dla obywateli i stałych rezydentów. Nie odeślą Cię z kwitkiem, pomogą, albo chociaż pokierują, dokąd możesz iść po pomoc, jeśli nie jesteś jeszcze obywatelem czy stałym rezydentem w Kanadzie. Są settelment agencies, są biblioteki i community center, są w końcu agencje komercyjne, szukające pracowników do niewykwalifikowanych zadań. Żadna nie weźmie od Ciebie pieniędzy, a być może pomoże. (przeczytaj też ten stary wpis o tym, jak się przygotować na wyjazd do Kanady)]

 

Ważna rzecz: praca w Kanadzie, a emigracja na stałe to nie jest to samo. Sama praca nie oznacza, że będziesz mógł na zawsze zostać w Kanadzie. Jeśli ktoś mówi: dam Ci pracę w Kanadzie, to zapytaj: no dobrze, ale co, jak mnie zwolnią? Albo jak będę chciał pracować gdzie indziej? Albo jak będę chciał mieszkać gdzie indziej? A jak mi się skończy umowa o pracę, to co?

Nie płać, jak nie wiesz, co będzie dalej.

 

  • Masz prawo nie znać przepisów imigracyjnych. Ba, nikt ich wszystkich nie zna. Ci, którzy wiedzą więcej mają prawo brać za to pieniądze, normalka. Ale zawsze dowiaduj się, za co płacisz!
  • Nie mówię, że wszystkie  organizacje, które pomagają w emigracji są nieuczciwe i niepotrzebne. Do mnie osobiście nikt nigdy nie napisał, oferując mi pomoc w znalezieniu pracy.
  • Ciężko jest mi również wypowiadać się w sprawie doradców imigracyjnych, na ile oni zajmują się również pośrednictwem pracy i czy biorą za to pieniądze. Nie słyszałam o takich praktykach. Ja nie polecam żadnych konsultantów emigracyjnych, bo z żadnym nie miałam do czynienia. Ale inni dzielą się swoim doświadczeniem w internecie i już będzie Ci łatwiej oszacować opłacalność współpracy z doradcą.

Ok, to co zrobić? Jak żyć?

Jeśli jesteś zupełnie, zupełnie na początku, zaświtała Ci myśl: wyjadę do Kanady, a żeby się tam utrzymać, muszę mieć pracę, to zacznij, zawsze zacznij, od przeczytania wszystkiego, co znajdziesz w internecie o emigracji do Kanady.

Przeznacz dużo czasu i przygotuj się. Teraz jest nas na prawdę całkiem sporo, blogerów piszących o emigracji do Kanady, i vlogerów, pokazujących, jak tutaj jest. Nie znam wszystkich, ale osobiście wierzę, że działamy według naszej najlepszej wiedzy, poświęcając swój czas i dzieląc się swoją wiedzą, żeby Tobie było łatwiej.

Masz dostęp do masy, ogromu informacji za darmo! Korzystaj, użyj mózgu, wysil się trochę, czytaj, słuchaj i pytaj.

Kiedy to piszę, czyli w lutym 2018, prężnie działają dwie grupy facebookowe dotyczące emigracji do Kanady, gdzie dużo ludzi wymienia się informacjami. Możesz sprawdzić, kim jesteśmy, możesz podejrzeć, o czym piszemy, i koniecznie to zrób, zanim zaufasz komuś i zapłacisz mu za to potężne pieniądze.

grupa Oh Kanada – życie, emigracja i podróże po Kraju Klonowego Liścia

grupa e-kanada

Wystarczy prześledzić kilka postów, poczytać stronę Pawła, który postawił ją specjalnie po to, żeby najpopularniejsze zagadnienia emigracyjne zebrać w jednym miejscu, i użyć mózgu (jak nie wiesz, jak, pytaj mądrzejszych, nie ma się co wstydzić, wstydem jest kraść i kłamać, a nie dopytywać się o rzeczy ważne)

A jeśli już po ptokach i nie wiesz, co robić, i jesteś zagubiony i wszystko okazało się nietakie, umów się z kimś, z jakimś Polakiem pogadaj w Vancouver. Z jednym, z drugim, z trzecim. Jak jesteś dziewczyną, przyjdź na Babskie. Napisz do blogera, poradź się, użyj mózgu!

Jeszcze jedno – każdy popełnia błędy, każdy się może dać ogłupić, chcieć skorzystać z pomocy, wtopić pieniądze. Może myślisz, co za głupota, ja bym się nie nabrał, to rozbój w biały dzień. Cieszę się, że nikt Cię nie wykorzystał. Ale nie myśl źle o tych, którzy nie mieli tyle szczęścia. Pomóż im, jak możesz.

Wiem, że ten wpis nie jest miły i ładny. Wierzę jednak, że jest potrzebny. Jeśli go przeczytałeś, powiedz, co myślisz. Może wiesz więcej, może masz swoją historię. Podziel się, a ktoś inny Ci podziękuje.

Nie będę udawać, że wiem wszystko, ani o tej konkretnej sytuacji, ani o takich praktykach. Dlatego pytaj też innych, nie wierz ślepo mi, użyj mózgu. A jeśli się pomyliłam, napisz mi to. 

I powodzenia z Twoim planem na Kanadę!


Karolina z książką “Tożsamość nieznana” wpada w gości- rozmowa z Karoliną – fotografem i pisarką

Pisaniu książek, robienie zdjęć i odnajdywanie siebie na eimigracji w Kanadzie czyli Karolina wpada w gości

Mam tak dobrze, że znam kilka (no dobra, więcej niż kilka) Polek w Vancouver.

Cześć z nich opowiadała na blogu swoje historie. Czasem prywatne, czasem zawodowe, a często mocno wzruszające.

A dziś przychodzę do Ciebie z historią Karoliny. Karolina na emigracji napisała książkę. I zdjęcia też robi!

 

Tak to jest że nie zawsze jest się łatwo na emigracji odnaleźć. Zwłaszcza, jeśli mąż wychodzi do pracy, a Ty wychodzisz z siebie, żeby pomysł na siebie jakiś zaleźć.

Cokolwiek, żeby działało, żeby nie być tylko żoną przy mężu, żeby móc swoje projekty realizować, albo, o niebiosa, pracę dostać, mimo, że się przyjechało do Kanady, bo pracę dostał mąż.

Właśnie takich historii inspirujących potrzebowałam usłyszeć na początku emigracji najbardziej, żeby własne niedopieszczone i mocno niepewne ego uspokoić.

Nie będę ci ściemniać – wciąż potrzebuję takich historii.

Odważnych Polek, które na emigracji w Kanadzie robią to, co chcą.

Karolina jest jedną z nich.

Fajna dziewczyna, konkretne zadania realizuje i mówi o sobie “typowa baba”, głośna i uparta.

Mieszka z mężem i synami w północnym Vancouver. Prowadzi studio fotograficzne, które dostarcza jej satysfakcji i pieniędzy. A jeszcze do tego napisała książkę.

Nic, tylko pozazdrościć.

#porozmawiałyśmy sobie o książce, o pracy, o byciu Polką w Vancouver.

Karolina, co lubisz bardziej: robić zdjęcia czy pisać? Hehehe

Ze zdjęciami jest trochę łatwiej, bo robię je i efekt widać od razu.

Pisanie to proces długotrwały, uczący cierpliwości, a także wymagający czasu, co przy dzieciach, domu i pracy brzmi prawie jak mission impossible. Nie umiem jednak zdecydować, co lubię bardziej. Pisać lubiłam od zawsze – już w czasach liceum.

Opowiem Ci fajną historię: Jednego razu cała klasa dostała zadanie – napisać recenzję obrazu Matejki. Takich samych prac, z obowiązującymi od x lat w polskiej szkole wytycznymi, pisaliśmy już wiele. Wpadłam na myśl, że recenzję przedstawię w opowiadaniu, w którym to cała klasa – taka jak nasza – pojechała do muzeum. Nie zabrakło klauna klasowego, który pytałby skąd Matejko miał farbki, albo ambitnej dziewczyny, która chciała tak, jak zalecano w szkołach skupić się na normach i regułach, i krytykowała każdego, kto śmiał mieć inne zdanie. Nie mniej jednak wypowiedzi dzieciaków stanowiły recenzję.

Nauczycielka zawołała mnie po lekcji, przyznała, że nigdy jej się nie zdarzyło skupić uwagi całej klasy na tak długo. Otwarcie pogratulowała mi pomysłu, a potem dodała, że uczniowie wobec mnie będącej w ogrodzie róż, pozostają w szczerym polu. Ucieszyłam się z pochwały, ale za szybko, bo wlepiła mi kiepską ocenę. Za niezgodność z normami recenzji. Wtedy dotarło do mnie, że polska szkoła nie pochwalała kreatywnego myślenia.

Czyli pisać lubiła od zawsze. I od zawsze z mocnym akcentem.

Do pisania podchodzi z szacunkiem podszytym natchnieniem – czasami zdarzają się jej dni, kiedy nie pisze nic, a czasem wena nie opuszcza i przez kilkanaście godzin.

W 2017 wydała swoją pierwszą książkę. Napisała ją na emigracji. W przygotowaniu są kolejne.

 

Ale jak się do tego zabrałaś? Po prostu usiadłaś i napisałaś?

Bardzo często jestem pytana: skąd taki pomysł? Jak na to wpadłaś? Od razu miałaś zaplanowane co się w książce wydarzy, jaka będzie fabuła?

Tak naprawdę lubię słuchać ludzi, tego, co mają do opowiedzenia. To oni mi podsuwają pomysły. Czasami wystarczy niewielka inspiracja, która w mojej głowie urasta do ciekawej historii.

Lubię pisać to, co sama chciałabym przeczytać. Książki bez zbędnego gadania, czy opisów jak w “Nad Niemnem”. Wartka akcja, tajemnica i zaskoczenie.

Gdy jest już pomysł, po prostu siadam i piszę.

A jak reagują ludzie?

Jestem ogromnie zaskoczona ilością pozytywnych wiadomości.

Wyobraź sobie, że są tacy, którzy wycinają fragment z książki i mi dziękują, że ktoś w końcu napisał coś tak prawdziwego. Znajdują w niej wartości, ukryte wiadomości i przesłania.

Czasami aż nie wiem, co odpowiedzieć.

Drugim zaskoczeniem było to, że musiałam tłumaczyć, że ta książka nie jest o mnie, że to fikcja. Kompletnie zmyślona historia. Musiałam ją naprawdę wiarygodnie napisać skoro niektórzy uwierzyli, że to moje wspomnienia.

Kilka słów o książce

Książka to romans. I kryminał. Romansowy kryminał. Od razu powiedziałam Karolinie, że to nie jest typ książki, która mnie pociąga. Myliłam się, powieść wciągnęła mnie bardzo. “Tożsamość nieznaną” czyta się szybko.

Ale nieprzyjemnie. Bo to historia o świecie przestępczym, brutalnym, gwałtownym i złym. Nie mam się za jakiegoś wrażliwego kwiatuszka, lubię naparzankę w filmach, ale w książce ta relacja jest dużo bardziej intymna i osobista. Zatem porusza i przeraża bardziej.

Jeśli liczysz na lekturę lekką, łatwą i przyjemną, to raczej nie tędy droga.

Przeczytałam książkę w dwa dni, bo sprawny język Karoliny, jej styl, płynnie prowadził przez wcale nie cienką powieść. To było moje pierwsze wrażenie: Rany, skąd, jak, kiedy ona tak się nauczyła pisać. Talent? Praca?

Wiem, głupota, ale wyobrażałam sobie, że dzisiaj każdy pisze książki, ale na bycie dobrym literacko trzeba sobie zasłużyć ciężką pracą i długoletnim doskonaleniem warsztatu. Tak, mylę się, myliłam się.

Karolina umie pisać.

To, czy jej opowieść przypadnie ci do gustu, możesz sprawdzić. W bibliotece publicznej w Vancouver książka jest dostępna.

Możesz ją również kupić na Amazonie (i przy okazji przetestować mój pierwszy w życiu link afiliacyjny KLIKNIJ W OBRAZEK)


Czy bycie imigrantką w jakiś sposób wpłynęło na Twój styl pracy?

Zanim wyjechaliśmy do Kanady, pytana o powód tej decyzji zawsze mówiłam o szansie jaką dostanie mój mąż, o tym jak moje dzieci będą miały możliwość nauczyć się języka od natives.

Tymczasem okazało się, że największa zmiana czekała na mnie.

Dzięki pobytowi tutaj nabrałam pewności siebie, ale nie takiej pysznej, że wszystko wiem najlepiej, tylko takiej, która pozwoliła mi zaryzykować.

O pisaniu wiedziało tylko kilka osób i to z mojego najbliższego otoczenia. Kiedy mówiłam, że książek jest kilka, jeszcze bardziej otwierały się im oczy. Nigdy wcześniej o tym nie wspominałam, bo najzwyczajniej w świecie brakowało mi odwagi by spełniać własne marzenia.

Co byś poradziła dziewczynom, które przyjeżdżając do innego kraju, bo partner znalazł pracę, zostawiają swoje życie zawodowe w Polsce? Mówi się o nas – partner na doczepkę, trailing spouse.

Ja zawsze opowiadam ten dowcip, w którym para zachęcona opowieściami o dolarach leżących na ulicy w Ameryce, decyduje się na wyjazd. Traf chce, że przy wysiadaniu z samolotu, już w USA, leży na ziemi banknot pięciodolarowy. Małżeństwo spojrzało na siebie, a potem stwierdziło, że od jutra zaczną zbierać.

Ten dowcip fantastycznie podsumowuje nastawienie ludzi i ich oczekiwania, a tak naprawdę nic nie przychodzi łatwo.

Można całkowicie podeptać swoją szansę, bo komuś się po prostu nie chce, albo też boi się zaryzykować.

Gdy mnie ktoś pyta, co zrobić, by odnieść sukces, radzę spojrzeć głęboko w siebie. Traktowałabym ten czas na takie dogłębne zastanowienie się, czego się tak naprawdę chce w życiu. Próbować sił w różnych dziedzinach. Jak już coś robić, to naprawdę z zaangażowaniem. Dać coś z siebie.

Ostatnio miałam przyjemność rozmawiać z kimś, kto mi powiedział, że ceni Polaków za głowę do biznesu.

Kiedyś Whistler był własnością Polaka, o czym sama nie wiedziałam. Słyszeć, że słyniemy tutaj z głowy do biznesu, a nie skłonności do wódki było bardzo budujące. Wierze, że mamy w sobie tę moc 🙂

Jesteś fotografem – opowiesz, jak wyglądały Twoje początki w Vancouver? Jak zaczęłaś biznes, zdobyłaś klientów, jak w końcu poradziłaś sobie ze słynnym no Canadian experience=no Canadian job?

Tak naprawdę to ja nie powinnam się wypowiadać w kwestii no Canadian experience = no Canadian job, bo nie szukałam pracy na rynku. Głównie ze względu na dzieci i brak pomocy w opiece nad nimi po szkole.

Przez rok spędzałam czas na wiciu gniazda i wychowywaniu psa, a potem zdecydowałam się na zmianę pasji w pracę i postawiłam na fotografię.

Rzecz jasna nie od razu było tak, że moja skrzynka pocztowa pękała w szwach, a jeśli już jakiś mail się pojawiał to zazwyczaj z reklamą.

Otwierając biznes tutaj przez długi czas pracowałam za niewielkie pieniądze lub nawet za darmo, ale oferowałam usługi na najwyższym poziomie. Trafiałam na niesamowitych ludzi, którzy często sami z siebie oferowali mi pomoc. Dawałam z siebie wszystko, a ludzie doceniali to i polecali mnie dalej swoim znajomym, za co jestem im ogromnie wdzięczna.

Karolinę, jej książkę i jej studio fotograficzne znajdziecie w Internecie (FB pisarski) i (FB fotograficzny).

Bywa też na Polskich Babskich Spotkaniach, podobnie jak Paulina i Ewa.

Więc jeśli chcesz wiedzieć więcej i pożyczyć od super dziewczyn energii, żeby życie na emigracji z przytupem rozpocząć, przyjdź na następne spotkanie. To już jutro!

Masz pytania do Karoliny? Napisz w komentarzu!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Jak w Kanadzie oszczędzamy, kupujemy i wydajemy

Dużo słów o pieniądzach, czyli na co wydajemy te słynne góry dolarów.

Wiesz, jaki wpis jest numero uno bloga? O ten. O stawce minimalnej w B.C.

Kilkakrotnie zastanawiałam się, jak ugryźć pisanie o pieniądzach. Temat ciekawi wielu. Wiadomo, bez pieniędzy się nie da. Kanada czy nie Kanada (się nada; wiem, głupie, nie mogłam się powstrzymać, ja uwielbiam bzdurne rymowanki)

W mailach do nas temat finansowy przewija się najczęściej. Pytacie o koszty życia w Kanadzie, w Vancouver, o to, ile nasza czteroosobowa rodzina wydaje i jak jest nasz status materialny.

Musiałam w końcu napisać o tych górach dolarów, do których mi tylko złotych grabi brakuje (do grabienia tychże).

I pewnie będę tutaj dopisywać kolejne “mądrości”. Więc ustaw sobie jakieś przypomnienie, czy cuś, żeby co jakiś czas sprawdzić, ile to Jeziorska wydała.

Zwłaszcza po ostatnim piątku, kiedy radośnie nie przeczytałam polisy ubezpieczeniowej i 150 CAD poszło na króciuchną wizytę u dentysty…
Ej, miało być jak w Kanadzie oszczędzamy, kupujemy i wydajemy a nie o dentyście.

[no chyba, że chcesz wciąż o dentyście. To wtedy tu KLIK]

Nie jest mi łatwo dzielić się wiadomościami finansowymi z dwóch powodów:

  • → nie potrafię szczerze i bez wewnętrznej blokady pisać publicznie o zarobkach i wydatkach. W tej kwestii niedoścignionym wzorem jest dla mnie Michał z bloga jakoszczedzacpieniadze.pl – guru finansów osobistych i mistrz transparentności w gospodarowaniu pieniędzmi. Mi zawsze wychodzi tak trochę głupawo i wstydliwie.
  • → nie prowadzę budżetu jako takiego, choć wspomniamy Michał pokazuje, że to dobry przykład. Więc nie mam jak ci konkretnych paragonów pokazać. [ja tu tylko sprzątam]

 


Ten wpis ukazuje się teraz nieprzypadkowo. Kilka dni temu (a jest początek lipca 2017) bank, w którym mamy kredyt hipoteczny na mieszkanie w Warszawie (od 2011), podzielił się z nami dobrą wiadomością – została nam 1/3 całości do spłacenia!

Jupi, szampan i kokosanki, jest co świętować, bo kredyt wisi nad nami jak miecz Damoklesa. Ale już trochę mniej dynda.

Mimo dobrej informacji, nie jestem specjalnie radosna, bo mój udział w spłacie od czasu przyjazdu do Kanady był, niestety, więcej niż minimalny. Pracowałam, owszem, ale krótko. Taka już jestem, że lubię mieć swoje pieniądze i być współodpowiedzialną za finanse. A w Vancouver zarabianie mi nie wychodzi.

Tak sobie podyskutowaliśmy z Kubą na tematy (nie)zasadnicze, czyli o tym, na ile Kanada sprawdziła nam się jako kraj emigracji zarobkowej. Przed przylotem podstawowe wyliczenia wskazywały, że sięgniemy po polskie oszczędności zaraz na początku. Liczyliśmy się z tym, że przyjdzie nam wydać wszystkie nasze dotychczas oszczędzone pieniądze, żeby zrealizować pomysł na Kanadę.

Pensja Kuby, który, przypominam, został tutaj ściągnięty jako pracownik wysokowykwalifikowany, na papierze wyglądała zachęcająco.  Ale Vancouver okazało się być bardzo drogim miastem do życia dla czteroosobowej rodziny. To jest jak stały motyw życia w tym mieście – najlepsze miasto, a jednocześnie mało kogo stać na cokolwiek.

Udało nam się nie ruszyć polskich pieniędzy i do dziś utrzymujemy się z pensji Kuby plus co miesiąc spłacamy zobowiązanie hipoteczne z Polski.

Mieszkanie w Warszawie wynajmujemy, ale rata kredytu i inne wydatki mieszkaniowe (podatek, ubezpieczenie, opłata roczna, czynsz) są wyższe niż kwota wynajmu.

Na krótko nasz budżet zasilała moja kanadyjska pensja (około 20 tys. CAD brutto rocznie). W tym momencie wynagrodzenie roczne Kuby to trochę ponad 100tys. CAD brutto.

Tutaj sprawdzisz, ile wynosi średnia dla software engineer w Kanadzie.


Co kupujemy i jak żyjemy, żeby mieć na ratę kredytu?

1. Wydatki na mieszkanie

Gdzie mieszkamy?

Od września 2014 roku mieszkamy w tym samym miejscu. Wynajmujemy od sympatycznej profesorki. Mieszkanie jest małe, ma dwie sypialnie, standard średni, wyposażenie stare. A miejscami bardzo stare.

Płacimy 1800 CAD. To jest mało jak na takie samo mieszkanie w naszej okolicy. Teraz podobne w naszym bloku może kosztować nawet 600 CAD więcej.

Płacimy mniej niż stawka rynkowa bynajmniej nie z powodu sympatii do nas. Właścicielka nie może nam podnieść czynszu więcej niż 5% miesiącznej kwoty, co roku. Gdybyśmy się wprowadzili, wtedy mogłaby wynająć to mieszkanie za więcej.

→  Szukasz mieszkania? Przeczytaj wpis o dzielnicach w Vancouver

Naszą największą oszczędnością na kanadyjskim mieszkaniu jest rzadkie przeprowadzanie się.

Wyposażenie mieszkania

Jakaś dziwna jestem, bo nawet nam nie przyszło do głowy nadawać mienia przesiedleńczego (mniam, co za słowo). Z Polski przywiozłam tylko ulubioną miskę oraz kilka poszewek na poduszki, żeby nam pachniało domem. Emigracja radośnie uwolniła mnie od wielu rzeczy, nawet nie pytając o zdanie.

Trzy lata później nadal mamy niewiele sprzętów (nie mamy odkurzacza ani żelazka, ale mamy perlator do wody gazowanej).

Zakupy robimy:

  • → w Ikea  i Canadian Tire;
  • → w sklepach z używanymi rzeczami – Thrift Store, Salvation Army, Consignment Store. W niektórych sklepach można oddać niepotrzebne rzeczy, ubrania, książki, a dostać w zamian kupon zniżkowy);
  • → na wyprzedażach garażowych (Yard Sale, Garage Sale – informacje o nich są na Craigslist albo na tabliczkach przy drogach);
  • → na Craigslist (także sekcja free stuff). Sama też tam sprzedaję (dobra, raz coś sprzedałam) Craigslit to taki ubogi krewny Allegro i może mu buty czyścić (temu Allegru).
  • → w One dollar store / Dollarama (uważaj jednak, jakość potrafi być bardzo kiepska, lepiej założyć, że to rzecz jednorazowa);

Nie mamy oporów przed powtórnym wykorzystaniem rzeczy, oddanych/sprzedawanych przez kogoś. Tak zachowywaliśmy się w Polsce i Kanada tego nie zmieniła.

Do tej pory wydaliśmy na wyposażenie około 2000 CAD.

2. Jak kupujemy ubrania?

Najczęściej przywozimy je z Polski. Nie lubię kupować ubrań, więc mamy ich mało. Podejrzewam, że spokojnie mieszczą się w pojęciu capsule wardrobe.

Życie mamy intensywne i często na zewnątrz więc ubrania codzienne szybko się zużywają. Rzadko kupuję rzeczy markowe, głównie buty.

  • → Dla chłopaków jest najłatwiej, bo często dostajemy w spadku po starszych kuzynach.
    • W Lidlu poluję zawsze na dresy (kupuję od razu po 3-5 kompletów) , bo to ulubione spodnie dzieci (i Kanadyjczyków).
    • ↠ Kupuję w Tesco, w Biedronce, w dużych supermarketach, a także na tchibo.pl. Głównie z wygody – dyskonty są w każdej miejscowości, a ja jestem leniwa.
  • → Część ubrań (kurtki około $40-50) i butów ($20-30) dla nas kupuję używane w Sport’s Junkies
    (turystyczne)  albo do codziennego użytku marki Joe Fresh (mamy do nich czasami kupony zniżkowe od ubezpieczyciela ICBC, około 20 CAD).
  • → Kuba w Polsce wpada do Decathlonu na 2 godziny i wychodzi stamtąd z walizką ubrań na kolejny kanadyjski sezon (około 600 zł). Buty też z Polski. Raz kupił buty w Vancouver i żałował.

Najwięcej oszczędzamy nie wydając. Proste? Proste!

Zakupy w Polsce dla mnie i chłopaków  to jak na razie około 500-800 zł w czasie jednego wyjazdu. W Kanadzie wydałam do tej pory może z 500 CAD na ubrania. No i 250CAD na kalosze Hunter (które moim zdaniem nie powinny tyle kosztować, bo są… zwykłe. )

Jak w Kanadzie kupujemy, oszczędzamy i wydajemy_Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady1

3. Jedzenie i zakupy do domu 

W Polsce większość rzeczy zamawialiśmy z Tesco z dostawą do domu. Warzywa i owoce kupowaliśmy na bazarku dzielnicowym.

Spróbuj w Vancouver zamówić artykuły spożywcze online! Tyle, ile się naklikałam na saveonfoods.ca, żeby nic nie kupić w końcu, to (nie) moje.

  • → kupujemy raz w tygodniu, raz na dwa tygodnie w Costco. Mają tam wielkie paczki jedzenia, no nie wiem, jak liczna musiałaby być rodzina, żeby to wszystko zjeść, kiedy jest świeże.  Wydajemy średnio 300 CAD co dwa tygodnie;
  • → czego mi zabraknie lub potrzebne świeże kupuję w najbliższym Buy Low Food – zwykle 2-3 razy w tygodniu, wydaję około 40 CAD;
  • → mamy kartę do Shoppers Drug Mart i średnio raz w tygodniu / dwa tygodnie posyłam tam Krzyśka to po mleko, to po masło  z gotówką do 10 CAD. Robiąc zakupy dostajesz punkty, które możesz wymienić na zniżkę przy zakupach. My mamy do odebrania jakieś 80 CAD za rok kupowania;
  • okazjonalnie kupuję w polskim sklepie. Odkąd Kuba zaczął robić twaróg, a chleb sam piecze, nie mam potrzeby. Polsko smakującą kiełbasę na ognisko mamy z Costco, pierogi ruskie mamy z Buy Low Food albo z imprezy w kościele, a na schabowe przylatujemy do Polski;

Na stronie Pawła sprawdź listę sklepów, a potem porównuj ceny


#4. A co z rozrywką? Sport, wycieczki, outdoor

Tak już mamy, że uwielbiamy bycie na dworze. Narty, kempingi, rowery, to jest coś, na co wydajemy sporo pieniędzy.

  • → zajęcia sportowe – płacimy za chłopaków naukę pływania i naukę jazdy na łyżwach (240 CAD na pół roku, zajęcia na miejskich obiektach. Na UBC zapłacisz więcej). Od dwóch sezonów mamy karnety na narty (rodzinny 900 CAD, kupiony w promocji Early Birds, bo potem jest dwa razy droższy);
  • → sprzęt sportowy kupujemy używany lub na promocjach. Kiedyś jedna Amerykanka podarowała Kubie rower. Kanadyjka poznana przypadkowo oddała nam łyżwy. Bywają promocje do 40% na sprzęt kempingowy w Canadian Tire. Jak raz kupiłam materac, który w innym sklepie kosztował mniej, zrobiłam zdjęcie ceny i wróciwszy do sklepu, poprosiłam o zwrot różnicy (oszczędność 15 CAD);
  • → kempingi, wycieczki z nocowaniem w hotelach – kilka razy w roku wyjeżdżamy i chociaż staramy się rozsądnie wydawać, to jednak mamy zasadę, że na wakacjach hulaj dusza. Wolimy pojechać na jeden dzień i nie pilnować wydatków niż na dwa dni z kalkulatorem w ręku. Długi weekend (3 noce) na kempingu to koszt około 120 CAD dla dwóch rodzin i dwóch namiotów. Doba w hotelu kosztuje nas około 80 CAD. Jedzenie bierzemy ze sobą, ale też jak trafi się okazja, jemy coś miejscowego. Rzadko mamy plan zwiedzania i zazwyczaj wypoczywamy / wydajemy bez spiny;
  • → nie chodzimy do kina, bo udało nam się kupić używany odtwarzacz DVD (20 CAD) oraz rzutnik w promocji na Amazonie (110 CAD). Oglądamy filmy wypożyczone z biblioteki. Wielkim plusem jest to, że można je oglądać tylko jak jest ciemno, więc ciężko marnować czas za dnia. Telewizora nigdy nie mieliśmy i nie mamy nadal;
  • → kupuję książki tylko do bazgrania lub nauki, zwykle po 1 CAD w sklepach z używanymi rzeczami. Całą resztę wypożyczam i jestem nieprzytomną wręcz fanką naszej biblioteki publicznej. Nie kupuję gazet w ogóle. W Polsce obowiązuje tryb wakacyjny i wydaję więcej na książki i gazety.
  • → jeśli jadamy na mieście, to w weekendy lub na wycieczkach. Jednorazowy wydatek dla czterech osób to od 25 CAD (sushi) do 60 CAD (White Spot).
  • → wyjazd do Polski – to jest największy wydatek w naszym wycieczkowym budżecie. Latamy do Polski w wakacje Lufthansą, bilet dla dorosłego to około 1200-1500 CAD. W Polsce większość czasu jesteśmy z rodziną, ale wypuszczamy się też na wycieczki.

#5. Szkoła i przedszkole

  • → Żłobek dla Maćka (daycare) całodniowe w Vancouver, z pełnym wyżywieniem kosztowało 900 CAD/miesiąc. Płaciliśmy taką stawkę 6 miesięcy, potem spadła dla 3 latka do 750 CAD. Żłobek jest całoroczny, więc w pierwsze lato w Vancouver, kiedy chłopaki 2 miesiące spędzali z dziadkami w Polsce, także płaciliśmy. Łącznie od listopada 2014 do lutego 2016.
  • →  Przedszkole (preschool) kosztowało 290 CAD za trzy godziny dziennie, przez cztery dni w tygodniu. Przez ostatnie trzy miesiące Maciek chodził na dodatkowe trzy godziny popołudniu, za 300 CAD.
  • →  Krzyśka (i od września Maćka) szkoła podstawowa jest bezpłatna. Kupujemy tylko planer – rodzaj dzienniczka ucznia i płacimy za wycieczki. Całość zamknie się do 100 CAD za rok. Plus świetlica po szkole także 100 CAD dla jednego dziecka.

Sposoby na obniżenie kosztów nauki i socjalizacji przy okazji:

  • ↠  Dla dzieci – playdates! U nas często budowanie z klocków (zamiast drogich warsztatów Lego Robotics) czy malowanie/ rysowanie (aternatywa dla zajęć z Arts Umbrella). Tydzień bez playdate to tydzień stracony;
  • ↠  Dla mnie – bezpłatne albo bardzo tanie warsztaty, teraz głównie o kodowaniu (organizowane przez Red Academy albo Lighthouse Lab).

 

#6. Inne wydatki:

  • →  Transport.
    • Samochód używany, który kupiliśmy w styczniu 2017, kosztował 5500 CAD, ubezpieczenie 160 CAD za miesiąc, paliwo około 100 CAD miesięcznie. Jeździmy na wycieczki oraz po mieście, kiedy leje deszcz.  Zanim kupiliśmy auto, korzystaliśmy z opcji carsharing w Modo (na trasy kilkudniowe) oraz Evo (na szybkie poruszanie się po mieście). Czasami korzystaliśmy z regularnych wypożyczalni: Budget i Enterprise.  Przez pierwsze dwa lata, wypożyczając samochód wydaliśmy rocznie 2400 CAD. Zanim kupiliśmy samochód tutaj, przeanalizowaliśmy nasz styl życia i policzyliśmy koszty. Absolutnie nie żałujemy, że kupiliśmy samochód, ale dwa lata pokazały nam, że można bez niego żyć i również zwiedzać Vancouver, a nawet wybrać się do Stanów.
    • ↠ Autobus – korzystałam z biletów miesięcznych, które potem mogłam odpisać od podatku; Więc koszt zerowy. Sprawdź, czy przepisy podatkowe nadal na to pozwalają.
    • ↠ Rower – mamy kilka, intensywnie używamy. Wydaliśmy około 1000 CAD na rowery, sprzętokołorowerowy i przeglądy przez ostatnie 3 lata.
  • →  Telefon Mój telefon kosztuje nas 40 CAD, ale poza Vancouver  jest martwy. Taki plan, co mi specjalnie nie przeszkadza, zwłaszcza w lesie. Telefon Kuby kosztuje 20 CAD (zero danych, bo nie potrzebuje). Internet w domu- 50 CAD;
  • → Dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne 150 CAD na miesiąc; Uwaga, czytaj polisy! Albo chociaż ten post.

O matulu, jaki długi ten post wyszedł i naszpikowany offtopami. Chyba tak już jest, że jak jak nie ma pieniędzy, to nie ma niczego, a jak są pieniądze, to jest wszystko. I trzeba to opisać. [mądrość życiowa by KKJ, mów mi Konfucjusz].

Jeśli masz pytanie o inny konkret, jakiś wydatek lub sposób oszczędzania, który pominęłam, daj mi znać. Będę aktualizować post. Dzięki!


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Szalony pomysł na poszukiwanie pracy w Kanadzie czyli kamon barbi letsgoł parti!

Jak pracy w Vancouver szukałam (śmiesznie, ale skutecznie)

Hahaha, nie ma to jak osoba bezrobotna (czyli ja) opisuje pomysł na poszukiwanie pracy w Kanadzie. Nie bój nic, poprzednie posty o pracy napisałam (w większości) będąc pełnoetatowym pracownikiem Accenture Canada, więc się mogłam wymądrzać.

Dzisiejszy post to historyczne czasy, wspomnienie z 2015. Nasz młodszy syn, Maciek od miesiąca był w daycare (kanadyjski żłobek; więcej w temacie znajdziesz we wpisie o daycare/preschool) Ja rozsyłałam swoje CV…. wróć, swoje resume, bez większego przekonania, ale nadrabiając nadzieją.

Od początku moje poszukiwanie pracy w Kanadzie miało bardziej wymiar życzeniowy niż było konkretnym planem.  Ciężko nawet powiedzieć, dlaczego? Czyżby z powodu stanu “tymczasowości”? Wciąż byliśmy pod wpływem myśli, że wracamy latem 2015 do Warszawy.

Dość, że wysiłki w kierunku znalezienia pracy podejmowałam nieregularnie, a jak już do nich dochodziło, to działy się rzeczy co najmniej dziwne. Może ciśnie ci się na usta pytanie: to jak Kasia wylądowałaś jako AP Analyst w Burnaby? Spróbuję sobie przypomnieć.

Napiszę ci też, co to ten szalony pomysł na poszukiwanie pracy w Kanadzie.

W skrócie: Udając studentkę University of B.C. wpadłam na wydarzenie organizowane przez firmę rekrutującą absolwentów. Zrobiłam klasyczne: crash the party, zjadłam dwa kawałki pizzy, udawałam mądrzejszą niż jestem w rzeczywistości (łatwizna), zdobyłam wizytówkę. (pamiętaj, że wizytówki to cel każdego networkingowego spotkania, im więcej, tym lepiej, bierz, jak leci. Stop. To żart jest. Nie bierz, jak leci. O tym, jak się zachować, napiszę innym razem)

Pracy oczywiście nie dostałam.

Ale i tak było warto.

Jak do tego doszło? Ale o co chodzi? To jak dostałaś pracę, Kate?

Poniżej znajdziesz spis wydarzeń.

  • Dowiedziałam się z tablicy w community center, że jest  warsztat współprowadzony przez Accenture. Na kartce było napisane, że tylko dla osób z PR (wtedy byłam na wizie pracowniczej), ale się nie przejęłam. Napisałam do prowadzącego i zostałam zaproszona.

 

  • Warsztaty były przez trzy soboty, kilka godzin przedpołudniem. Dwie soboty w styczniu, jedna w lutym.

 

  • Kiedy przyszłam po raz pierwszy, byłam jedną z nielicznych dziewczyn. Rasy kaukaskiej. Oprócz mnie była jeszcze jedna dziewczyna, więc siłą rozpędu usiadłam obok, zagadałam (znacz cykl Rozmówki kanadyjskie ?), zaprzyjaźniłyśmy się. Yulianna jest z Armenii, pracowała w dziale finansowym dla tamtejszej Coca-Coli, trzy tygodnie wcześniej przeniosła się do Vancouver i wtedy szukała pierwszej pracy. Na tym spotkaniu zadano nam pracę domową  – napisać kanadyjskie resume oraz przygotować się do ćwiczebnej rozmowy kwalifikacyjnej (czyli do mock interview).

 

  • Kolejnej soboty nie byłam już tak zestresowana  – bo znałam Yuliannę 😉 Przyniosłam też ze sobą resume.  Moderator przydzielił nas do różnych mentorów z Accenture i zaczęło się ćwiczenie rozmowy kwalifikacyjnej po kanadyjsku.  I tutaj zadziałało szczęście – trafiłam do pary ze starszym Azjatą o przebogatym życiu zawodowym. Ha, myślisz, przecież to żadne szczęście, nie mam szansy przy takim VIP. Ale, ale rywal mój się nie przygotował. Zero, nul, nic. Nie przyniósł resume, nie przećwiczył pytań, słowem, dał ciała. Naszym mentorem była Amanda, HR manager. Ponieważ kolega z ławki nie odrobił zadania, pani pytała tylko mnie 😉

 

  • Amanda mnie zapamiętała, po spotkaniu wysłałam jej podziękowanie na LinkedIn oraz prośbę o nawiązanie kontaktu. A pod koniec lutego do mnie napisała, że dział AP w Accenture w Burnaby szuka pracowników i żebym przesłała swoje resume. Przesłałam jej, ona przesłała komuś innemu, ten ktoś pokierował mnie do agencji (na początku taka była moja forma zatrudnienia). O samej rozmowie kwalifikacyjnej, a właściwie trzech, napiszę osobno. Kiedyś.

 

  • Dostałam pracę w ciągu tygodnia.

 

Chwila przerwy, bo w lutym 2015 działy się inne rzeczy, które wprawdzie pracy mi nie dały, ale dodały śmiałości! Czyli owe kamon barbi letsgo parti.

Czytasz te wszystkie rady, jak zacząć szukać pracy, prawda? Ja też czytałam, głównie po angielsku. I wszędzie jest napisane: wykaż zainteresowanie, inicjatywę, daj się zapamiętać.

Postanowiłyśmy z Yulianną dać się zapamiętać. Ustaliłyśmy, które firmy (finansowo-księgowe) nas interesują. Dużo było (jest) ofert pracy dla juniorów w start-upach. Nas interesowały te, które pomagają małym biznesom prowadzić księgowość. Takie firmy fajne są, zobacz sam.

Polubiłyśmy  firmowe profile na Facebooku, Twitterze, LinkedInie i tadadam, jakoś w połowie lutego 2015 jedna z firm się ogłasza, że robi wydarzenie rekrutacyjne, ale takie swobodne, coś właśnie jak recruitment party.  Miejsce: UBC, zaproszeni goście: Accounting and Finance students.

Żeby uczestniczyć w wydarzeniu trzeba było być członkiem koła naukowego albo przynajmniej mieć indeks UBC. Nie jestem członkiem (ale stwierdzenie, c’nie?) i nie mam (już) indeksu, a z Uniwersytetu Kolumbii Brytyjskiej to już w ogóle.

Poszłam tak czy inaczej, no bo co mi sie może stać? Najwyżej mnie nie wpuszczą i stracę 2.75 CAD za bilet w jedną stronę. Yulianna tym razem wymiękła 😉

Dojechałam na kampus, podeszłam do wejścia i mówię, że ja też na to spotkanie. A jesteś na liście? Nie jestem, tak jakoś wyszło, ale czy mogę wejść? Zależy mi bardzo. Pozwolili, a mogli nie pozwolić, więc szczęście 🙂

Już na sali wykładowej HR dziewczyny ze startupu opowiadały i zachęcały studentów, żeby aplikować nawet jak stanowisko wydaje się nie dla nas. Często są takie ogłoszenia: Awesome? Apply here! – w ten sposób firmy budują sobie bazę przyszłych pracowników.

Dziewczynom z HR można było zadać im pytania. Przygotowałam sobie jedno pytanie, mądre, żeby wypaść profesjonalnie. Chyba coś o zamknięciu miesiąca w aplikacji finansowej. Było to, nieskromnie mówiąc, jedno z nielicznych pytań merytorycznych.

To też sposób, żeby dać się zapamiętać w gąszczu pytań o elastyczny czas pracy czy ile jest przerw na jogę. Nie mówię, że jedyny słuszny, mówię, że warty wypróbowania.

W międzyczasie podano pizzę i się już w ogóle zrobiła imprezowa atmosfera, gdzie ja z moimi latami 30plus, czułam się trochę jak dinozaur (a rzadko się tak czuję). Szybko więc umknęłam. Z wizytówką i anegdotką, którą mogę dziś opisać.

Gdybym jednak kiedyś przyszła na rozmowę rekrutacyjną do tej firmy, to wspomnę tamto wydarzenie, wizytówkę mam, kontakt na LinkedIn też, więc znowu jest większa szansa, że będę kimś bardziej znanym niż aplikant “z ulicy”. Że będziemy mieć coś wspólnego, jakiś punkt wyjścia do rozmowy.

I że praca się znajdzie.

Życzę ci, żebyś takich punktów wyjścia i znajomości miał jak najwięcej.  Zrób coś nieoczywistego, daj się zapamiętać, albo przynajmniej przygotuj się.

Włóż trochę wysiłku.

Najwyżej zostaniesz tylko z dobrą historią. I z wyższym poziomem śmiałości. A to w Ameryce jest solidna waluta 🙂


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się. Wtedy wiem, co lubisz czytać!

Jak dostaliśmy pobyt stały w Kanadzie czyli droga do Permanent Residency

Po dwóch latach w Kanadzie zdecydowaliśmy się aplikować o pobyt stały. Chcesz poczytać o naszym samodzielnym przygotowaniu oraz uzyskaniu PR?

11 lutego napisałam na Facebooku: Dokonało się! Tak z lekka pompatycznie, wręcz z biblijnym zawołaniem. Coś w tym jest, że trzeba tak głośno zakrzyknąć.

Mamy prawo do pobytu stałego w Kanadzie! O ile sami nie wyjedziemy, nie obowiązują nas żadne ograniczenia czasowe. Kuba może zmienić pracodawcę. Możemy się przeprowadzić w dowolne miejsce w Kanadzie.

I za jakiś czas możemy się postarać o kanadyjskie obywatelstwo.

Nasza droga do pobytu stałego w Kanadzie wcale nie zaczęła się od dnia zero, czyli od 26 lipca 2014, kiedy Kuba wylądował na YVR.

I chociaż w sumie to cały blog jest o naszym życiu w Kanadzie i podejrzewam, że część z Was zna naszą historię, to jednak przedstawię ją jeszcze raz. Poniżej i w skrótowej formie.

Sytuacja od 26 lipca 2014 do 11 lutego 2017.

pierwszy kanadyjski pracodawca Kuby

Przylecieliśmy do Kanady na zaproszenie pracodawcy Kuby, który załatwił za nas wszystkie papiery. Latem 2014 wiedzieliśmy, że wyjeżdżamy na rok do Vancouver. I tylko na rok.


Szukanie pracy w Kanadzie skwituję jednym słowem: profil na LinkedIn. Rozwinę to w innym wpisie. Hej, stop, trochę już o tym pisałam, zerknij niżej:

 

 


Kuba dostał pozwolenie na pracę (Work Permit, WP) oparte o LMO (Labour Market Opinion). To rodzaj zaświadczenie-opinia z urzędu imigracyjnego, że kanadyjski pracodawca potrzebuje ściągnąć pracownika spoza kraju. Wszystkie papiery przygotowała firma, my je tylko wydrukowaliśmy i z jednym kompletem Kuba przyleciał w lipcu, z drugim kompletem, plus dwójką dzieci doleciałam ja, 22 sierpnia 2014.

Pozwolenie na pracę dostaliśmy ważne do lipca 2017. Oferta pracy dla Scanline była ważna rok, czyli do lipca 2015. Wtedy nie zaprzątaliśmy sobie głowy tym, co zrobimy,  jak Kubie skończy się kontrakt , bo i tak mieliśmy zostać tylko rok w Kanadzie.

Uprzedzając pytania: nie wiemy, dlaczego przyznano nam Work Permit dłuższy niż oferta pracy (umowa o pracę była na czas określony, na rok, a w papierach adwokat firmy nie zaznaczył na ile ma być przyznany Work Permit).

Kuba dostał pozwolenie na pracę z zaznaczeniem, że pracuje tylko dla tego jednego pracodawcy (job-specific) i jeśli przestanie dla niego pracować, to Work Permit nam się kończy i musimy opuścić Kanadę. Ja dostałam Open Work Permit (non-job specific), czyli miałam lepiej niż Kuba, bo mogłam pracować, gdzie tylko chcę. Byle nie z z dziećmi, nie w szkolnictwie i nie w sex biznesie (omg). Chłopaki dostali pozwolenie na naukę (w paszporcie mają wpisane: Visitor Record, ale paszport wystarczył, żeby ich zarejestrować i o Study Permit poprosił adwokat firmy w naszych dokumentach. Nie wiem jednak, czy wszystkie dzieci rodziców z Work Permit z automatu dostają pozwolenie na naukę).

W lipcu 2015 minął nam rok w Kanadzie, umowa Kuby została przedłużona, ja znalazłam pracę w Accenture Canada, chłopaki na wakacje polecieli do dziadków, do Polski.

Ktoś może w tym miejscu zapytać: zaraz, zaraz, a dlaczego wtedy nie rozpoczęliście procedury starania się o pobyt stały?  System Express Entry już wtedy działał, Kuba miał rok przepracowany u kanadyjskiego pracodawcy.

Wtedy, w lipcu 2015 nie wystąpiliśmy po pobyt stały z jednego powodu – po roku w Kanadzie nie byliśmy przekonani, że chcemy zostać tutaj na dłużej. Także po roku pracy w Scanline, Kuba nie wiedział, czy następną oferę pracy dostanie już na czas nieokreślony i jakie będą warunki zatrudnienia (dopiero w sierpniu podpisał nową umowę). Ponieważ jego Work Permit było ważne aż do lipca 2017, postanowiliśmy wstrzymać się jeszcze z podjęciem decyzji.

Ktoś może dodać: no ale chyba lepiej mieć PR (Permanent Residency) niż nie mieć? Tak, zgadzamy się, ale ponownie napiszę: wtedy mieliśmy inne powody i przemyślenia. Część naszych wątpliwości opisałam w różnych emocjonalnych postach. Rozczarowanie, bezsilność, tęsknota, ciężkie początki, to wszystko było naszym udziałem i w znaczny sposób wpływało na decyzje, co dalej.

W październiku 2015, po pierwszym powrocie z Polski, byliśmy zdecydowani zostać w Kanadzie do czerwca 2016, tak, żeby Krzysiek skończył rok szkolny. To był również ten czas, kiedy zdecydowałam się zrezygnować z pracy na cały etat dla Accenture Canada. Skoro i tak mieliśmy w planach wrócić do Polski, chciałam resztkę tego czasu spędzić z chłopakami, pooglądać Vancouver i Kanadą “się nacieszyć”.

drugi kanadyjski pracodawca Kuby

W lutym 2016 Kuba poszedł na rozmowę kwalifikacyjną w innej firmie z branży VFX – AnimalLogic (sprawdź ich stronę, może akurat potrzebują ciebie?).

Po co, może ktoś zapytać, skoro i tak wracamy do Polski? No cóż, była okazja, poszedł, dostał pracę, i w ramach szkolenia wyjechał do Australii.

Piszę Wam to nie po to, żeby się jakoś specjalnie chwalić. Nie. Chodzi o to, że w życiu możesz podjąć wiele decyzji, które wydają się “na stałe”, “na zawsze”, “na pewno”. A potem może wydarzyć się coś takiego, jak ta nieoczekiwana i nieplanowana rozmowa kwalifikacyjna.

Albo inne zdarzenie, okazja, która wywróci twój plan do góry nogami.

I tak właśnie było z drugim kanadyjskim pracodawcą Kuby.

Czerwiec 2016 jako data powrotu do Polski przestał mieć rację bytu.

Jeszcze trochę kwestii pracowych. Drugi kanadyjski pracodawca Kuby również działa w branży Visual Effects. W Vancouver jest całkiem sporo liczących się na świecie firm, które zajmują się efektami specjalnymi. I tak, zdarza się, że ściągają programistów na krótki czas, tylko do projektu. Potrafią szybko rozbudować zespół, a potem równie szybko go zamknąć. Możesz pracować w Kanadzie i nie mieć w planach osiedlenia się w tym kraju na zawsze. Doświadczyć życia ekspata a nie emigranta. Kto wie, może to wybór dla ciebie?

Jeśli ktoś z Polski szuka pracy w obszarze IT, to w Vancouver wciąż jest spora szansa na ofertę pracy popartą oświadczeniem LMIA (następca LMO w prawniczym żargonie imigracyjnym), która daje prawo do wystąpienia o (czasowe) pozwolenie na pracę.  Kiedy to piszę (wiosną 2017) najwięcej Polaków do Vancouver ściąga Amazon. Jesteś programist(k)ą?

Drugi pracodawca Kuby również wystąpił do Social Development Canada (ESDC) o wydanie zaświadczenia LMIA, które miało być podstawą nowego pozwolenia na pracę. Ponownie mieliśmy to szczęście, że wszystkie dokumenty za nas załatwili prawnicy firmy. Nam pozostało jedynie pojechanie na granicę, przekroczenie jej i aktywowanie nowego Work Permit. Nie wiedzieliśmy wtedy, że można również umówić się w biurze imigracyjnynym na miejscu (jak komuś się uda dodzwonić na infolinię cic.gc.ca). Ponieważ czekał nas wyjazd do Stanów, wystąpliśmy po wizy turystyczne. Szczegółowo opisałam naszą historię rok temu.

Po  powrocie Kuby z Australii (kwiecień 2016) zaczęliśmy ponownie rozmawiać o tym, czy wystąpić o pobyt stały. Do tego momentu nie byliśmy jeszcze przekonani – Kuba chciał sprawdzić, jak będzie w nowej pracy. Nie bez znaczenia była także wizyta moich rodziców, w marcu 2016, i ich bardzo pomocne podejście do naszego, dłuższego niż początkowo planowany, pobytu w Kanadzie.

W maju 2016 zaczęliśmy przygotowania do wystąpienia o pobyt stały.


Najpierw research. Samodzielny i bez konsultanta

czyli jak nie ma w ‘gogle’, nie ma ‘wogle’.

Umówiliśmy się, że kwestie obczajenia, co i jak, biorę na siebie. Od początku wiedzieliśmy, że nie będziemy korzystać z pomocy konsultantów, bo znaliśmy inne rodziny w podobnej sytuacji, które uzyskały PR samodzielnie. Żadne z nas nie miało nigdy problemów z prawem czy odmową wjazdu do jakiegokolwiek kraju.

Samodzielne przygotowanie się na stałą emigrację do Kanady jest jak najbardziej do ogarnięcia, niemniej jednak każda sytuacja jest inna. Znamy równie dużo historii, gdzie kompetentny urzędnik pomógł dostać stały pobyt, jak i takich, które ostrzegają przed naciągaczami.

Konsultant emigracyjny wskaże i pomoże, ale nie przygotuje za ciebie dokumentów np. od twojego pracodawcy z Polski, nie wystąpi o zaświadczenie o niekaralności, ani nie załatwi badań medycznych. Przynajmniej my nie znamy takich. Pamiętaj, że często koszt konsultacji podwaja całość wydatków, a ten już na starcie jest niemały!

Gdzieś przeczytałam zdanie, że jeśli nie jesteś w stanie zrozumieć choćby podstaw tego, jak wyemigrować do Kanady i musisz być prowadzony za rękę, to jak sobie poradzisz później, już na miejscu?

Jest w tym ziarnko prawdy. Ogrom informacji, które musisz przeczytać  i przyswoić, na pewno onieśmiela i zniechęca, ale jest dobrym testem na to, czy jesteś gotowy na jeszcze większe wyzwanie – czyli znalezienie pracy, mieszkania, słowem dobre życie, już w Kanadzie.

Wiem, że łatwo mi tak pisać, bo przyjechaliśmy na “gotowe” – na początku nie musieliśmy sami wyszukiwać, jak wyemigrować, z jakiego programu skorzystać. Dostaliśmy listę dokumentów do przygotowania, ofertę pracy, bilety lotnicze i już.

Latem 2014 nie wiedziałam nawet, jakie są sposoby na wyjechanie i pracę w Kanadzie. Nie interesowaliśmy się tym.

Do Kanady nie da się wjechać i pracować, bo tak chcesz. Nawet jeśli masz furę pieniędzy i wieloletnie doświadczenie. To nie Unia Europejska bez granic i z wolnym rynkiem pracy. (Ale jakoś pocieszające jest, że nie tylko dla Polaków Kanada jest taka szczelna, inne narodowości też muszą przejść procedurę wjazdu, czasami nawet bardziej skomplikowaną niż polska).

Dziś już wiem, że lepiej jest wiedzieć więcej niż mniej. Być lepiej przygotowanym niż my. Oszczędzi się sobie stresu, kiedy już nie będzie konsultanta imigracyjnego na wyciągnięcie ręki.

Dobrze przygotowany imigrant to pewny siebie imigrant 😉

Z dnia na dzień przybywa miejsc w sieci, gdzie można przeczytać o tym, jak proces wygląda, zasięgnąć rady, czy nawet dołączyć do grupy osób, które aplikowały o różne rodzaje wiz w tym samym czasie.


Strony w internecie, gdzie możesz szukać informacji

Jeśli korzystasz z usług doradcy imigracyjnego, to przed pierwszą wizytą sprawdź sobie chociaż to narzędzie na stronie rządowej [eng]. Będziesz lepiej przygotowany do wizyty:

>>> Czy mogę wyemigrować do Kanady jako pracownik wykwalifikowany?<<<

Jeśli nie masz zielonego pojęcia, jak zacząć myślenie o Kanadzie, przeczytaj co napisała Monika na swoim blogu [pol]:

>>>Express Entry, czyli jak zamieszkać na stałe w Kanadzie<<<

albo Paweł na swojej stronie [pol]

>>>Szanse na wyjazd<<<


 

Nasza droga do PR_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_1

My, po sprawdzeniu, co i jak, wiedzieliśmy już, że aplikować będziemy przez program Canadian Experience Class.

Na czym polega Canadian Experience Class?

[Uwaga: to są wymogi ważne w momencie, kiedy my rozpoczęliśmy swoją aplikację, czerwiec 2016]

Żeby móc skorzystać z tej ścieżki emigracyjnej, pracownik mieć przepracować przynajmniej rok u pracodawcy kanadyjskiego. Nie jest konieczne, żeby to był rok przepracowany ciurkiem (wymagana jest suma  z trzech ostatnich lat). Nie musi to być ten sam pracodawca. Zawód musi być z określonej grupy NOC (o tym, co to jest przeczytasz w poście o pracy).

Zbieraj wszystkie dokumentu, emaile dotyczące pracy, pracodawcy, oferty. Na późniejszych etapach aplikacji o PR pojawiła się konieczność dostarczenia oferty pracy, którą Kuba dostał od pierwszego i drugiego kanadyjskiego pracodawcy.

Nie wiem, czy jest to ścieżka łatwiejsza niż pozostałe, czy szybciej dostaje się pobyt stały. U nas głównym aplikantem był  Kuba i to na jego ofercie pracy, doświadczeniu z Polski oraz znajomości języka oparliśmy system punktowy Express Entry.

Test językowy – IELTS

Zdecydowaliśmy, że tylko Kuba (jako główny aplikant) podejdzie do testu językowego. Dlaczego tak?

Podczas podliczania, czy mamy wymaganą ilość punktów, żeby zostać wylosowanymi, wyszło nam, że moje wyniki z egzaminu językowego nie są konieczne. Tak samo, jak ewalucja naszych dyplomów z uczelni.

Znamy przypadki, że test językowy zdawały dwie osoby z rodziny – właśnie po to, żeby mieć więcej punktów i większą szansę na otrzymanie zaproszenia do aplikowania.

Zdecydowaliśmy się na IELTS, General, bo ma większą rozpoznawalność i uznawalność poza Kanadą. Do celów emigracyjnych można również zdawać kanadyjski CELPIP.

Jest wiele ośrodków, gdzie można podejść do egzaminu językowego. My wyszukaliśmy w google, porównaliśmy ceny testów (nieznacznie się różniły, serio, sama byłam zdziwiona, myślałam, że jest to odgórnie ustalone), i koniec końców stanęło na British Council.

Cały test, część pisemna, słuchanie, czytanie i mówienie trwało kilka godzin. Nawet osoby, dla których angielski jest językiem ojczystym, radziły wcześniej zrobić przykładowy test.

Przydatne linki o IELTS: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 10

Informacje o wyniku egazminu przyszły po kilku dniach pocztą oraz emailem.

Jeśli brakuje Ci jakiś punktów do Epress Entry, to właśnie wynik egzaminu językowego może to zmienić. Bo Express Entry ma 4 kluczowe wskaźniki: wiek (tego raczej nie zmienisz, a właściwie tylko pogorszysz), wykształcenie, doświadczenie zawodowe i znajomość angielskiego/francuskiego. Zmieniając któryś z tych wskaźników, możesz podnieść swoją sumę punktów w systemie.

Ponieważ my mieliśmy wystarczająco dużo, nie wystąpiliśmy do WES po  Educational Credential Assessment (ECA), czyli uznanie naszych polskich dyplomów. Ale jeśli punktów ci zabraknie, to sprawdź, czy ewaluacja twojego wykształcenia coś zmieni.

Jak dostaliśmy pobyt stały w Kanadzie_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_3

Tworzenie profilu w Express Entry

Do tego momentu nie wiedzieliśmy, jakie dokumenty będą nam potrzebne, więc żadnych nie przygotowywaliśmy. Z lenistwa trochę też. Och zemści się to, zemści później…

Nie jest to najlepsze rozwiązanie, więc nie idź tą drogą! 😀 Bo później ma się tylko określony czas na dostarczenie dokumentów (90 dni). Jak się da, warto przygotować je sobie wcześniej. Ale znowu nie wszystkie da się mieć wcześniej, bo tracą ważność np. po upływie roku.

Możesz wcześniej (ale nie za wcześnie) wystąpić o zaświadczenia o niekaralności z krajów, gdzie byłeś 6 miesięcy i dłużej. Na niektóre z dokumentów czeka się dłużej (wyobrażasz to sobie? – prosisz o coś FBI?!), a czas na ich dostarczenie niepokojąco się kurczy.

Nie będę się rozpisywała, jakie są po kolei kroki w wpisywaniu informacji, bo system sam podpowiada dość wyraźnie, co i jak masz teraz wpisać czy dołączyć. A jak są wątpliwość, to pytaj w internecie.

Już po wpisaniu wszystkich informacji osobistych do Express Entry (a trochę ich jest), pojawiło się info o punktach przyznanych za każdy z elementów składowych. U nas było ich około 800 (sama oferta pracy z LMIA dawała 600 punktów, do listopada 2016).

W czerwcu 2016  ITA (Invitation to Apply, zaproszenie do składania wniosku o pobyt stały) przyznawane były od około 500 punktów.

Wiedzieliśmy więc od początku, że powinniśmy dostać zaproszenie (które oczywiście wcale nie gwarantuje, że urzędnik pozytywnie rozpatrzy naszą późniejszą aplikację o pobyt stały).

Czas leci, czas leci jak szalony

W teorii większość aplikacji złożonych przez Express Entry powinna być rozpatrzona do 6 miesięcy. W praktyce, dolicz jeszcze te dwa-trzy miesiące potrzebne na zebranie papierów, zanim prześlesz kompletną aplikację.

Po tygodniu od założenia profilu odbyło się losowanie i 29. czerwca przyszła automatyczna wiadomość, że zostało nam przyznane zaproszenie i mamy kilkadziesiąt dni na uzupełnienie dokumentów, skompletowanie papierów i przesłanie wszystkiego elektronicznie. Tik-tak, zaczęło się odliczanie.

Główny aplikant to Kuba i to od niego wymagana była większość dokumentów. Na szczęście Kuba nigdzie nie mieszkał poza Polską dłużej niż 6 miesięcy, więc odpadło nam uzyskiwanie zaświadczenia o niekaralności dla niego z różnych ciekawych krajów.

Ja z kolei, 30. czerwca spotkałam się spotkanie z konsulem honorowym Węgier, celem autoryzacji mojego podpisu. Musiałam wystąpić do urzędu w Budapeszcie o wydanie mi zaświadczenia o niekaralności.

Dlaczego? Dlatego, że studiowałam na Węgrzech przez półtora roku. I żeby dostać taki papier, będąc w Vancouver, musiałam poprosić o pośrednictwo konsula, a potem ambasadę Węgier w Ottawie. Papier zdobyłam, nadałam kurierem (bo akurat Canada Post zapowiedziała na ten czas strajk). W tym miejscu chcę serdecznie podziękować bratankom- Węgrom, bo konsul nie wziął ode mnie pieniędzy za podpis notarialny, a kazał iść do domu i kibicować polskim piłkarzom (akurat w czerwcu/lipcu 2016 jakieś zawody były).

I teraz już widzisz, dlaczego warto zadbać przynajmniej o niektóre dokumenty wcześniej? (Ale znów nie za wcześnie, bo niektóre mają termin ważności, i muszą być aktualne w trakcie przyznawania statusu stałego rezydenta).

Zaświadczenia o niekaralności były wymagane od nas, dorosłych.

Dołączyliśmy zaświadczenia z Polski (wydane nam w Warszawie od ręki, ale można również elektronicznie je uzyskać), oraz węgierskie dla mnie. Nie musieliśmy załączać zaświadczenia o niekaralności z Kanady. Przy polskim zaświadczeniu mieliśmy zagwozdkę, czy dodać gdzieś info, do czego to potrzebujemy ten papier. W końcu dopisaliśmy już na dokumencie: do wizy stałego pobytu w Kanadzie, i tak nam przetłumaczyła tłumaczka.

Cała rodzina musiała stadnie udać się na badania lekarskie, ale nie do pierwszego lepszego lekarza, czy nawet lekarza rodzinnego, o nie.

Trzeba umówić wizytę u lekarza uprawnionego do wykonywania badań do celów imigracyjnych (panel physician). I sporo za to zapłacić. Data badania też nie może być przypadkowa – są one ważne przez 12 miesięcy i muszą być ważne w momencie, kiedy fizycznie stawisz się na granicy po uruchomienie stałego pobytu. Dlatego najlepiej wykonać je, jak już otrzymasz ITA. U lekarza pobrano nam krew, zrobiono prześwietlenie klatki piersowej, badanie moczu i oczu, oraz ogólnie wywiad.

Przy rejestracji potrzebny był paszport, ale same wyniki badań zostały przesłane bezpośrednio do urzędu imigracyjnego. Kilka miesięcy później dostaliśmy informacje w emailu, że zaliczyliśmy te badania. Wydrukowane kartki od lekarza (w zamkniętej kopercie), na których zresztą niewiele było napisane, zabraliśmy ze sobą na granicę, kiedy aktywowaliśmy status Permanent Resident. Może o nie zapytać oficer imigracyjny, więc ich nie zgub przez te kilka miesięcy czekania.

Tłumaczenia wszystkich potrzebnych dokumentów na angielski zrobiliśmy w Warszawie – znowu skorzystaliśmy z opcji: tanio i blisko, na Woli.

Najwięcej zachodu przysporzyło nam zdobycie  wszystkich zaświadczeń od  wszystkich naszych pracodawców.

Zdecydowaliśmy się poprosić o te zaświadczenia wszystkich pracodawców, choć czytaliśmy też rady, żeby nie wszystkich wymieniać. Zwłaszcza tych, u których się pracowało za czasów dinozaurów 😉 Canadian Experience Class wymagało udowodnienia jedynie roku pracy u kanadyjskiego pracodawcy. Ale jeśli dostaniesz punkty za doświadczenie zawodowe, musisz je udowodnić dokumentami.

I oczywiście z pracodawcami z Polski mieliśmy najwięcej problemów. Dobra zmiana w TVP. Nie pracuje tam już nikt, kto przed dziesięciu laty znał Kubę. Odbyło się wielkie poszukiwanie po mediach społecznościowych kogoś, kto znał kogoś, kto znał kogoś. A na końcu ten ktoś niestety nie mógł swoim nazwiskiem poświadczyć faktu zatrudnienia Kuby. Jedyne, co dostaliśmy to wyciągi z księgowości, pokazujące przelew pensji na konto. I zero informacji o tym, za co, w jakim wymiarze, na jakim stanowisku. Wszystko to opisaliśmy w liście dodatkowym (letter of explanation) dołączonym do dokumentów w naszym profilu Expres Entry.

Letter of Explanation to zresztą twój przyjaciel – możesz go wykorzystać do wyjaśnienia wszystkich kwestii niejasnych w dokumentach.

Dla przykładu: CIC chciał ode mnie dokumentu potwierdzającego zmianę nazwiska. Bo przecież przed ślubem byłam Ignatowicz, a po ślubie Jeziorska. Konia z rzędem temu, kto taki dokument wydaje 😉 Ja dołączyłam akt małżeński oraz właśnie letter of explanation, gdzie napisałam coś w stylu: w Polsce zwyczajowo kobieta przyjmuje nazwisko męża po ślubie i wiele z tych nazwisk ma formę żeńską i męską.  I przeszło.

Załączyliśmy również proof of funds, czyli wyciąg z konta.

Teoretycznie nie jest to potrzebne, jeśli masz pracę na cały etat i na czas nieokreślony oraz jesteś już w Kanadzie. W praktyce dostaliśmy od ręki taki papier w TD Canada, więc czemu nie dodać?

Jak zorganizować tę górę dokumentów?

Jednym z czynników, które przemawiają za tym, aby skorzystać z usług doradcy, jest konieczność zajęcia się całą papierkologią.

Bardzo dużo wypełniania online, załączania pdfów w jednym pliku, odhaczania, co jeszcze zostało do zrobienia, pilnowania terminów.

My zrobiliśmy to sami i piszę te słowa już jako stały rezydent, ale jak najbardziej rozumiem potrzebę wynajęcia kogoś do pomocy.

Jak my się zroganizowaliśmy? Papiery spływały z różnych źródeł, my większość dostawaliśmy jako skany. Wszystkie zaświadczenia od pracodawców z Polski dostaliśmy jako skany (oryginały papierowe czasami nam wysyłali na adres polski, ale nikt w Kanadzie nie kazał nam ich przedstawiać, wystarczyły te skany)

Trello plus Google Calendar plus Google Drive

Jest taki program- aplikacja do zarządzania notatkami, Trello. Wersja podstawowa bezpłatna. To rodzaj tablicy, na której przypinasz informacje, notatki, luźne myśli. W naszym przypadku było to wszystko, ale to wszystko, o Permanent Residency. Screeny ze strony Immigration Canada, linki, daty, komentarze.

Do kart na tablicy możesz dołączyć dokumenty, pliki, zdjęcia, a wszystko to zsynchronizować z kalendarzem.

Stworzyliśmy jedną tablicę Trello, którą mogliśmy wspólnie edytować. Trello można zintegrować z kalendarzem Google, skąd otrzymywaliśmy powiadomienia o nadchodzących terminach.

Zerknij, jak to wyglądało.

Jak dostaliśmy pobyt stały w Kanadzie_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady
Tablica współdzielona Trello

Aby wszystkie dokumenty zeskanowane przechowywać w jednym miejscu i mieć do nich dostęp, użyliśmy dysku w chmurze czyli Google Drive.

Na zdjęciu zobaczysz nasz system folderów. Również do nich mieliśmy dostęp ze wszystkich urządzeń i naszej poczty emailowej.

Jak dostaliśmy pobyt stały w Kanadzie_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_4
Foldery na Google Drive

Ok, dobrnęliśmy do prawie końca.

Aplikacja się procesowała, a my czekaliśmy

Co jakiś czas przychodził automatyczny email, który pokazywał status aplikacji. W pewnym momencie poproszono nas o wpłatę, co do której byliśmy przekonani, że już ją uiściliśmy. Zatem niefrasobliwie napisaliśmy, że ale halo, macie błąd w papierach! Okazało się po dwóch dniach, że zapłaciliśmy, ale za coś innego (opłata za procesowanie aplikacji dla naszej czwórki: 1400 CAD), a nie opłatę za PR (980 CAD). Lekkie przerażenie w oczach, że teraz to już na pewno nas odrzucą, ale nie, dopuścili email wyjaśniający i potwierdzenie przelewu. Więc nie takie straszne CIC, jak je malują 😉 Tam też pracują ludzie.

W ostatnim tygodniu stycznia 2017 dostaliśmy informację, że aplikacja została przeprocesowana. Done.

Na granicy ze Stanami, czyli fizyczny landing

Tydzień po tym, jak dostaliśmy CoPR czyli dokument Confirmation of Permanent Residency, pojechaliśmy na granicę ze Stanami. Nie musisz jechać na granicę, możesz umówić się w biurze CIC w Vancouver i tak zrobić tzw. landing.

Być może spotkasz się z terminem: flagpole, czyli akcją, że nie musisz wjeżdżać do USA, tylko zostać zawróconym z granicy (dostać odmowę wjazdu do USA) i wrócić do Kanady. Nie wjeżdżając do USA, robisz właśnie taki objazd słupa z flagą (choć oczywiście nie jest to tylko objazd, musisz z samochodu wysiąść, przynajmniej w tym punkcie granicznym, gdzie my się stawiliśmy). W internecie przeczytasz, że flagpole to najprostsza metoda przekroczenia granicy, aby wrócić do Kanady jako stały rezydent. Podobno nie potrzeba mieć wtedy wizy turystycznej do USA, bo skoro i tak celnik odmawia ci wjazdu, to po co wiza? Pojawiają się jednak opinie, że odmowa wjazdu do Stanów może zaważyć na twoich następnych próbach wjechania do USA. Musisz sam zdecydować, jak chcesz to rozwiązać. Być może wizyta w biurze CIC w twoim mieście wystarczy?

My mamy wizy do Stanów, już raz wjechaliśmy do tego kraju, żeby podczas powrotu otrzymać nowy Work Permit.

Dlatego 11 lutego 2017 wyruszyliśmy na granice z USA, do Peace Arch.

I to był błąd.

Bo 11 lutego to była sobota tuż przed Family Day, kiedy setki mieszkańców B.C. wyruszyło poza miasto, także do południowych sąsiadów. Sznur samochodów do granicy skutecznie nas otrzeźwił i zmusił do podjęcia decyzji: zostawiamy auto, idziemy pieszo.

Samochód zostawiliśmy na darmowym parkingu tuż przy budynku kanadyjskiego urzędu imigracyjnego. Mijamy więc najpierw celników kanadyjskich, którzy oczywiście hałdujudu i co my tutaj robimy? Odpowiadamy, że musimy zrobić landing for PR, ale samochodów tyle, że idziemy pieszo. Celnik macha ręką w stronę majaczącego w oddali budynku amerykańskiego urzędu imigracyjnego, że mamy iść tam i dostać papier, że weszliśmy do USA (albo, że nie weszliśmy do USA, ale przynajmniej wyszliśmy z Kanady, o matko bosko i córko!).

Idziemy, dobrze, że słońce świeci, ale jest zimno i trawa jest mokra. Chodnik kończy się przy fladze amerykańskiej, w USA to już na chodnik nie starczyło? [żart]

Wchodzimy do budynku amerykańskiego urzędu, a tam tłok większy niż na arabskim bazarze. Ja już się ustawiam w kolejkę, która wije się z wszystkich możliwych stron, ale Kuba puka się w głowę i zarządza: zawracamy.

Oczywiście wracamy przez trawnik (ziemia niczyja?), bez żadnych dokumentów od urzędnika USA. Nikt nas nie zatrzymuje, nikogo nie interesuje, czego my tak sobie spacerujemy pomiędzy Kanadą a USA. Zasieki niby są, celnicy nas mijają, ale nikt o nic nie pyta. Dochodzimy do budynku kanadyjskiego i już sobie układam w głowie, co powiem, jak mnie jednak zapytają, dlaczego wchodzę do Kanady [hehehe].

Kanadyjska urzędniczka pyta, to zgodnie z prawdą odpowiadamy, że próbowaliśmy wejść do Stanów, żeby dostać odmowę wejścia do Stanów, żeby móc wejść do Kanady. [uwielbiam to zdanie, serio, chyba je sobie na jakimś plakacie wydrukuję!]

Ale nam się nie udało (nie)wejść do Stanów, bo ludzi za dużo. Dlatego przepraszamy ale na dziś wystarczy, kiedy indziej przyjedziemy zrobić landing.

Brzmi surrealistycznie i pewnie tak jest, bo celniczka patrzy na nas, później na sznur samochodów, coś tam pisze i mówi: idźcie do okienka B, zróbcie landing, widziałam Was, jak przez trawnik szliście z USA (sic!).

Dalej to już nuda, zero kolejek przed kanadyjskim celnikiem, kilka pytań, kilka zapewnień (także takich, że karty stałego obywatela czyli PR Cards mogą przyjść nawet po 4 miesiącach. To dość istotne, bo bez takiej karty nie możemy wrócić do Kanady, eh).

To również ten czas, kiedy deklarujesz majątek, jaki wwozisz do Kanady. Żeby ci potem nie naliczyli podatku czy cła. Ważne, jeśli np. przyjeżdżasz wyładowanym po brzegi autem i robisz landing. Cały nasz kanadyjski majątek ruchomy to mały miki, więc nie było co deklarować.

I jeszcze na granicy były proporczyki kanadyjskie dla chłopaków i Welcome to Canada. Oraz: nie zgubcie kartki, bo od teraz liczy się wasza rezydentura w Kanadzie, potrzebna do obywatelstwa.

Ale to jeszcze minimum 4 lata.

Uff.

PS. Karty plastikowe przyszły po trochę ponad miesiącu.

Jak dostaliśmy pobyt stały w Kanadzie_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_2

Podsumowanie

Mieliśmy całą górę przygody: Po drodze były zagubione i zawrócone dokumenty, wystąpienie do MSP o zwrot kosztów badania imigracyjnego, zastanawianie się, czy na zaświadczeniu o niekaralności powinno być napisane, że jest do wizy, czy że nie powinno?

A i tak nie przewidzieliśmy wszystkiego, bo i wszystkiego nie da się przewidzieć! Przyjęliśmy taktykę: według naszej najlepszej wiedzy jest tak…. i po prostu liczyliśmy, że jak będą pytania (np. o tę nieszczęsną współpracę z Telewizją Polską), to urzędnik się do nas zwróci.

Nic takiego nie nastąpiło. Jest więc duża szansa, że u ciebie będzie podobnie. Może potrwa to dłużej, może będzie wymagać więcej wysiłku, ale jeśli chcesz zostać stałym rezydentem Kanady, to pewnie się uda! Tego ci życzymy!


Koszty  dla naszej rodziny tak wyglądały (możliwe, że jakieś drobne gotówkowe opłaty nam wyleciały z głowy):

  • Aplikacja PR 1400.00 CAD
  • Oplata PR: 980.00 CAD
  • Badania medyczne 630.00 CAD (część udało nam się odzyskać z ubezpieczenia dodatkowego)
  • Zdjecia 20.90 CAD
  • Koperty 20.00 CAD
  • Kurier 80 CAD
  • Zaświadczenie o niekaralności z Węgier 70 CAD
  • Egzamin IELTS 295.00 CAD
  • Zaświadczenie o niekaralności z Polski po około 30 zł
  • Tłumaczenia przysięgłe na angielski za stronę 12 zł (sporo stron nam wyszło, pewnie około 50)

To tyle.

Jeśli masz jakieś pytania o proces, daj znać w komentarzu.

Powodzenia i do zobaczenia w Kanadzie!


Ten artykuł ma ponad 4 tysiące słów. Sporo nad nim pracowałam.

Jeśli ci się spodobał, będzie mi miło, jeśli się nim podzielisz.



 

Poradnik – praca w Kanadzie

Post-kolos czyli poradnik o pracy w Kanadzie. Tak. Taki post musi być!

To będzie drugi post z cyklu: poradnik. Spodobał Wam się ten pierwszy, o służbie zdrowia.

Poradnik-praca w Kanadzie to jest temat na grubaśną książkę, bo praca w Kanadzie to najczęściej wyszukiwana fraza przez osoby chcące wyemigrować do kraju klonowego liścia.


Post z założenia ma charakter “ciąg dalszy nastąpi”, czyli będzie uzupełniany o nowe informacje. Jeśli jest jakieś zagadnienie, które Cię interesuje, a dotyczy pracy w Kanadzie, koniecznie daj znać. A jeśli coś wygląda inaczej, niż napisałam, daj znać tym bardziej. Inni czytelnicy Ci za to podziękują!


 

Zacznę tak: znajdziesz pracę w Kanadzie. Praca jest. Pytanie tylko, w jakim stopniu wpisuje się ona w Twoje oczekiwania. Bo te, jak pokazuje niejedna ludzka historia, mogą się nieco rozmijać z rzeczywistością.

 

First things first. Czyli masz pozwolenie na pracę.

I zanim jeszcze ktokolwiek będzie czytać dalej, napiszę, że to nie jest post z radami, jak zdobyć pozwolenie na pracę czyli work permit. O tym być może będzie kiedy indziej. Tutaj chcę kompleksowo potraktować temat pracy w Kanadzie, z naciskiem na Kolumbię Brytyjską. Czyli działkę employment and business [westchnięcie, bo o business mam bardzo mgliste pojęcie]

Zacznę od kilku terminów:

#1 credentials, czyli kwalifikacje

Aby dobrze pracować w Kanadzie potrzebujesz mieć potwierdzenie tego, co już umiesz. Czyli musisz pokazać, jakie masz kwalifikacje, żeby dany zawód wykonywać.

Gromadząc informacje o swoim zawodzie w Kanadzie możesz się spotkać z następującymi wyrażeniami: credentials [kwalifikacje zawodowe w formie papierowej], diplomas [dyplomy], certificates of merit [potwierdzenie dokonań naukowych/zawodowych], school completion records albo reports [świadectwa szkolne / akademickie], licence to practise [licencja zawodowa]. Przydadzą się także referencje z poprzednich miejsc pracy [zawsze możesz napisać kilka zdań samemu i poprosić przełożonego czy dział kadr o podpisanie się].

Wszystkie te dokumenty powinieneś mieć po angielsku lub francusku, żeby w razie konieczności łatwiej wystąpić o uznanie Twoich kwalifikacji zgodnie z wymogami w Kanadzie.

Więc jeśli powziąłeś decyzję: będę pracować (i żyć) w  Kanadzie, to o tych dokumentach zacznij myśleć od razu. Szczególnie jeśli wykonujesz zawód regulowany.

Co prowadzi nas do drugiego punktu:

#2 regulated occupations, czyli zawody regulowane

Problemem jest brak spójności w tej dziedzinie na szczeblu krajowym. Każda prowincja/terytorium ma swoje zasady uznawalności dyplomów zdobytych zagranicą (czy poza prowincją) i swoje wymagania, co do uzupełnienia wykształcenia / treningu zawodowego, żeby wykonywać zawód regulowany.

W samej Kolumbii Brytyjskiej jest ponad 280 zawodów, które są regulowane, czyli można je wykonywać tylko będąc zarejestrowanym. Każda z tych profesji ma inne wymagania, które trzeba spełnić, żeby móc je wykonywać jako internationally trained worker.

Wszystkie informacje o zawodach regulowanych w Kolumbii Brytyjskiej znajdziesz pod tym linkiem, a tutaj jest lista zawodów regulowanych w B.C.

Uwaga: te same zawody nie muszą być regulowane na terenie całej Kanady!


Żeby znaleźć informacje o wymaganiach dotyczących Twojego zawodu w danej prowincji/terytorium:

1. wpisz w wyszukiwarkę: “nazwa zawodu”+”requirements (lub) regulatory body”+”nazwa prowincji/terytorium”

2. idź do tej strony: The Canadian Information Centre for International Credentials (CICIC)


Strona CICIC nie jest ośrodkiem, który oceni Twoje kwalifikacje czy wyda Ci zaświadczenie. Znajdziesz tam informacje o swoim zawodzie w Kanadzie, a linki pokierują Cię dalej.

Jak wspomniałam, poszczególne zawody wymagają różnych dokumentów. Prawie na pewno zostaniesz poproszony o ocenę (ewaluację) Twojego wykształcenia pod kątem wykonywania danej profesji. Niektóre z organizacji zawodowych robią to same, wewnętrznie, inne korzystają z usług zewnętrznych “oceniaczy”. Zanim wyślesz gdzieś swoje świadectwo, sprawdź zasady (żebyś nie przepłacał za niepotrzebne ocenianie Twoich dyplomów). Organizacją, która zajmuje się  odpłatnie oceną edukacji spoza Kanady jest The International Credential Evaluation Service (ICES).

Poza powyższym, możesz zostać poproszony o:

  • udowodnienie znajomości języka angielskiego / francuskiego,
  • podjęcie dodatkowej nauki na terenie Kanady
  • zdanie egzaminu zawodowego przed komisją

Całość może trwać długo i kosztować sporo. Spróbuj zapytać również w Polsce, czy w innym kraju, gdzie aktualnie pracujesz, czy nie mają programów partnerskich z Kanadą. Zdziwisz się, jak wiele można się dowiedzieć, pytając w mało oczywistych miejscach.

Jeśli jesteś w B.C, być może masz szansę na pomoc finansową podczas rejestracji. Sprawdź również te strony:

#3 zawody nieregulowane

W przypadku zawodów nieregulowanych (non-regulated occupation) nie jest konieczne posiadanie licencji czy rejestracja, żeby pracować w tym zawodzie w Kanadzie. Większość z takich zawodów ma jednak swoje organizacje (association of) więc śmiało guglaj je w poszukiwaniu rad (best practices). Możesz pracować, jak tylko pomyślnie uda Ci się znaleźć pracę. Polecam jednak być przygotowanym do szukania pracy tak jak w zawodach regulowanych, czyli mieć historię pracy, referencje z poprzednich miejsc pracy czy potwierdzenie kwalifikacji.

Najbardziej popularne zawody regulowane: lekarz, inżynier, fizjoterapeuta, pielęgniarka, prawnik, nauczyciel, pracownik socjalny.

#4 prawo pracy

Prawo pracy, standardy zatrudnienia, minimalna liczba godzin, nadgodziny, płaca minimalna, wszystkie te pracowe aspekty różnią się w zależności od prowincji / terytorium.  To, co jest wspólne dla całego kraju: 40-godzinny tydzień pracy i prawo do półgodzinnej przerwy co 5 godzin.  W większości firm płaci się również za nadgodziny (oczywiście będą firmy, które tego nie robią, ale to akurat nie jest wyjątkowe dla Kanady).


Żeby znaleźć aktualne prawo pracy, wpisz w wyszukiwarkę Employment Standards Act +nazwa prowincji/terytorium.


#5 NOC czyli National Occupation Classification

Jeśli zdecydujesz się na emigrację do Kanady, na pewno zetkniesz się z pojęciem: NOC. Do wielu programów emigracyjnych wymagana jest bowiem kanadyjska oferta pracy, której wartość wyraża się właśnie poprzez kwalifikację NOC.

To jest ogólnokrajowy system, który pokazuje klasyfikacje zawodów w Kanadzie. W uproszczeniu zawody (zarówno regulowane, jak i nieregulowane) podzielone są na 5 grup:

  • 0: Management jobs – stanowiska dyrektorskie, zarządzające, menadżerskie, kierownicze
  • A: Professional jobs – specjaliści z wyższym wykształceniem, “białe kołnierzyki”
  • B: Technical jobs and skilled trades – pracownicy z wykształceniem kierunkowym o określonym fachu
  • C: Intermediate jobs
  • D: Labour jobs – zawody niewymagające wykształcenia

Znajdź swój NOC próbując dopasować wykonywany obecnie zawód do kanadyjskiego opisu. Numer będzie ci potrzebny także do aplikowania o pobyt stały.

 #6 Rodzaje zatrudnienia: permanent / temporary job, full time / part-time job, freelancer, contractor

Umowa na czas nieokreślony czyli permanent job to najczęstsza forma zatrudnienia. Zwykle permanent job to jednocześnie full time job, czyli praca na cały etat.

Będziesz miał określoną pensję (czasami z prowizją), czas i miejsce pracy, płatne urlopy (choć zapomnij o 26 dniach wolnego, jaki ustawowo przysługuje w Polsce). Urlopy wypoczynkowe, zwolnienia lekarskie, dni “na dziecko” czy urlopy okolicznościowe, wszystko to powinno zostać zawarte w Twojej umowie o pracę. Ponieważ Act of Labour czyli odpowiednik polskiego Kodeksu Pracy jest dość elastyczny w wielu kwestiach i zostawia je w gestii pracodawcy. Od Twojej pensji (paycheck, payroll) będą odciągane składki na ubezpieczenie społeczne (jak na polski ZUS) – Employment Insurance oraz Canada Pension Plan, składki na podatek dochodowy: Income Tax, czasami również składki na ubezpiecznie zdrowotne (podstawowe: premiums i rozszerzone: extended medical care; więcej poczytaj w poradniku o służbie zdrowia) oraz składki na związki zawodowe: Union Fees / Dues (w Kanadzie wciąż dość popularne w wielu dużych firmach).

Kiedy stracisz taką pracę nie z własnej woli, najpewniej będzie Ci przysługiwał zasiłek wypłacany z Employmeny Insurance.

#stawka minimalna czyli ile zarobisz na godzinę?

Stawka minimalna w B.C. jest naprawdę minimalna, ale od jakiegoś czasu nie jest najniższa w Kanadzie. Obecnie wynosi 10.85 CAD. Wszystkie dane o stawce godzinowej w różnych prowincjach znajdziesz na tej stronie. A jeśli interesuje Cię, na ile ta kwota zmieni się w przyszłych latach, zajrzyj tutaj (i wybierz w okienku: Select the decade odpowiednie daty).

>>>> post o stawce minimalnej

a skoro przy stawce minimalnej jesteśmy:

#pensja i czy wystarczy na życie

W końcu przede wszystkim dlatego pracujemy.

Podrzucam link, z którym jesienią podzieliła się z nami czytelniczka (dziękujemy Małgosiu). Na tej stronie po wpisaniu swojego dochodu z Polski będziesz mógł porównać ceny produktów i usług w Vancouver. Możesz wpisać dowolne polskie i kanadyjskie miasto. Bardzo dobra porównywarka.

W tym miejscu stawiam kropkę, ale to na pewno nie jest ostatnie słowo.


I jeszcze bonus, czyli spis treści tekstów o pracy w Kanadzie:

Inni blogerzy i vlogerzy kanadyjscy o pracy:

ps. Znasz dobry tekst o pracy w Kanadzie? Napisz w komentarzu linka, a dodamy do listy. Nowe osoby szukające informacji na pewno ci podziękują!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

To nie plan na 2017. Rozważania o zmianie zawodu. Mojego.

W ostatnim wpisie było, ze jestem zbyt zmęczona, żeby planować 2017. To zatem nie jest plan. A raczej ogólna wytyczna, czym się będę zajmować. Jak nie będę się zajmować chłopcami. I blogiem 🙂

Jeśli czytasz nasz blog od dawna, wiesz, że ten blog jest mniej o Kanadzie, a bardziej o nas w Kanadzie. Dlatego być może czasami trudno Ci jest znaleźć informacje nienaznaczone naszym subiektywnym spojrzeniem. Albo doświadczeniem.

O blogu

Często treści, którymi się z Tobą dzielę, wydają się sprzeczne. No bo jak, raz nam się Kanada podoba, a raz nie. Jak zachwyca, jak nie zachwyca. I w ogóle to lepiej byś Kaśka pisała więcej o tym, jak zdobyć prawo stałego pobytu w Kanadzie.

Podsumuję to tak: chcę pisać, to co Ty chcesz czytać. Nie wiem jeszcze, na jakich tematach skupię się na blogu, bo z planu na 2017 mam na razie tylko: napisać plan na bloga. Być może będzie więcej tekstów specjalistycznych, bo wiem, że ich szuka najwięcej osób. Z kolei posty o emocjach są najczęściej czytane. I takie też wypadałoby pisać.

Dodaj do tego odpowiedzi na pytania w mailach i rzeczy okołoblogowe (więcej we wpisie o tym, co na blogu w 2016 roku) i już mamy full time job, czyli pracę na cały etat. Którą to pracę muszę zmieścić w trzy godziny, kiedy Maciek jest w preschool, bo ciężko jest napisać coś sensownego ze skaczącym czterolatkiem u boku.

Maciek jak tylko widzi, że siadam do komputera, szelmowsko się uśmiecha i mówi: skoro ty pracujesz mamo, to ja chcę tablet. Uwierz mi, nie mam najmniejszych szans na wygranie takich negocjacji.

Bloga będzie mniej.

W 2017 planuję, że treści blogowej jest mniej i będzie się rzadziej ukazywała.  Postaram się utrzymać jeden wpis tygodniowo. Oprócz tego znajdziesz nas w mediach społecznościowych: Facebook i Instagram.

Nie wiem jeszcze, jaki priorytet nadam kanałowi You Tube, bo chociaż chciałabym nagrywać filmiki, to jednak jest to bardzo czasochłonne. I chociaż jestem jak najbardziej zwolenniczką hasła: Zrobione jest lepsze od doskonałego, to jednak pewien poziom chciałabym utrzymać. Z czystego szacunku do Ciebie jako czytelnika i widza 🙂

Myślę, że niewiele stracisz, bo na szczęście kanadyjska blogosfera i vlogosfera rośnie w siłę. Coraz więcej blogerów i blogerek pisze o swoim życiu w różnych kanadyjskich prowincjach, pomaga na grupach facebookowych czy organizuje spotkania w realu. Wiem, że znajdziesz swoich ludzi i odpowiedzi na nurtujące Cię pytania.

Tymczasem dla mnie 2017 to będzie rok próbowania i testowania. Chcę zmienić branżę i przekwalifikować się zawodowo.

Z kogo na kogo, być może zapytasz.

Kim byłam?

Jeśli jeszcze tego nie wiesz, napiszę, że jestem z wykształcenia hungarystą (to ktoś taki, który ogarnia Węgry i język węgierski). Studiowałam podyplomowo finanse i rachunkowość, bo kiedy byłam na 3 roku studiów hungarystycznych, pewien mądry człowiek powiedział mi: Kasia, rzadki język to plus, ale o czym będziesz w tym języku rozmawiać? Wybrałam więc finanse, bo po prawie 8 latach studiów filologicznych mój mózg domagał się sztywnych reguł i jasnych zasad, a rachunkowość jawiła się wtedy jako dobre rozwiązanie. Przez kilka lat pracowałam w outsorcingu księgowym, wykorzystując przy okazji węgierski i niemiecki. Bardzo moją pracę lubiłam.

I wtedy przytrafiła się Kanada.

Kiedy tutaj przylecieliśmy, byłam tak zwanym trailing spouse, czyli małżonkiem na doczepkę, bez większych planów zawodowych i jasnej odpowiedzi na pytanie, co ja chcę robić w Kanadzie.

Bo co Kuba tutaj robi, to już wiesz. Przypomnę: najpierw programował narzędzia do przygotowywania filmowych efektów specjalnych w Scanline, a teraz pracuje dla AnimalLogic. Jest bardzo zadowolony i czuje, że się rozwija.

Ja pracę w Vancouver znalazłam jako Account Payable Analyst, podobną do tego, co robiłam kilka lat temu w firmie w Polsce. Bez języka węgierskiego, bo tutaj nie jest on zbyt popularny.

Po 10 miesiącach, będąc jeszcze w niepewności, czy za chwilę nie wracamy do Polski, zdecydowaliśmy, że odchodzę z obecnej pracy.

Powodów było kilka. Myśląc o swojej pracy zawodowej w Kanadzie, chciałam, żeby była ona bardziej przyjazna naszej rodzinie. Czasowo bardziej elastyczna, mniej absorbująca, w większym stopniu zależna ode mnie. Nie wiem, czy to emigracja tak wpływa na ludzi, zmiana środowiska, efekt świeżego startu? Może to, a może coś więcej?

Wiem, że nie chcę pracować w finansach i księgowości w Vancouver.

Żeby się rozwijać, musiałabym uzyskać tutejsze wykształcenie, a najlepiej rozpocząć kursy na Chartered Professional Accountant. I później, za kilka lat (wiele lat) pracować jako księgowy w samodzielnym biurze lub w korporacji.

Brzmi kusząco, ale jednak po głębszym zastanowieniu stwierdziłam, że wolę nauczyć się czegoś bardziej ogólnego i uznawanego na całym świecie. Na wypadek, gdybyśmy się znowu przeprowadzili. Znajomość przepisów księgowości kanadyjskiej poza Kanadą na niewiele mi się zda. Tak jak znajomość języka węgierskiego poza Europą.

Co chcę robić?

Pracując nad naszym blogiem, nauczyłam się sporo o WordPressie, marketingu w mediach społecznościowych oraz narzędziach IT służących do budowania stron. I na to ostatnie chcę postawić w 2017 – nauczyć się, jak zostać Junior Front-End Developerem. Czyli umieć zbudować stronę internetową, w oparciu o CMS WordPressa.

Zamierzam to zrobić metodą samodzielnej nauki przez pierwszy kwartał. Później mam nadzieję, że dostaniemy Permanent Residence i będę mogła zapisać się na krótkie kursy na BCIT.

Pisałam już kiedyś, że w Vancouver jest łatwiej,  gdy masz pracę w branży IT.

Wiosną 2015 zaczęłam nawet kurs Pythona, z podobną myślą. Chwilę potem zaczęłam pracę na etacie w Accenture i niestety poległam czasowo.

Przekonam się, jak wyjdzie tym razem. I dam znać pod koniec roku. Napisałam to całemu światu, więc teraz już mus!

Trzymaj za mnie kciuki 🙂


Podobało się? Kliknij ikonki poniżej i pokaż nam, co lubisz czytać!

 

Praca z kanadyjskiej agencji? Czy warto pójść po pomoc do agencji zatrudnienia

Chcesz do agencji? Tym razem dzielimy się doświadczeniami z agencjami zatrudnienia w Vancouver.

Lato jest, na trawkę trzeba iść, słoneczkiem kanadyjskim (za mało go ostatnio !) się cieszyć. Ale cieszyć się, jak nie ma pracy, ciężko. Wiem.

Kiedy przylecieliśmy do Kanady, to przez pierwsze 6 miesięcy nie miałam pracy. Byłam na urlopie wychowawczym, udzielonym przez pracodawcę polskiego (mieliśmy wrócić zimą 2016 do Polski, a w maju 2016 powinnam była stawić się przy swoim polskim biurku na Torwarze). Zawsze to jakaś wymówka, żeby sobie wtedy pracą głowy nie zawracać.

Mimo to chciałam rozeznać się na rynku kanadyjskim. I mocno się rozczarowałam faktem, że nikt mojego CV nie przyjmował z pocałowaniem ręki. Może egoistycznie, ale gdzieś tkwiło we mnie to przekonanie, jeszcze z Polski – udało mi się w korporacji w Warszawie, to co ma mi się nie udać w Vancouver. Też w korporacji. Takie proste przełożenie i założenie nie pomaga w szukaniu pracy. Niestety. I człowiek kończy jako rozczarowany emigrant.

Podobno zajęcie zawsze można znaleźć. Zatem jak już na miejscu szukać pracy w Kanadzie?

Są ludzie, którym się to udaje. I powiem Wam, że takich jest większość. Na podstawie doświadczeń kilku moich koleżanek, oraz  pamiętając szukanie swojej pierwszej pracy w Vancouver, napiszę, co może pomóc podczas poszukiwania. W poprzednich postach znajdziecie inne wskazówki co do pracy w Vancouver. Mam nadzieję, że przydatne..

Tło sytuacyjne: lądujemy w Kanadzie i mamy otwarte pozwolenie na pracę lub przyznany status permanent resident (czyli prawo do pobytu stałego).

Zaczynamy standardowo czyli od szukania oferty pracy. Od pierwszego dnia, a jeszcze lepiej zanim wylądujesz w Kanadzie pracuj nad swoimi papierami. Na przykład podciągnij resume do standardów kanadyjskich. Przeglądaj oferty i aplikuj wszędzie tam, gdzie twoje doświadczenie/umiejętności pokrywają się z 60 % zawartości oferty.

Ale nie poprzestawaj na takim jednostronnym działaniu.

Z doświadczenia moich rozmówczyń wynika, że dobrym pomysłem jest udanie się do agencji zatrudnienia. Jeśli masz prawo do pobytu stałego, to zacznij od WorkBC, która nie jest typową agencją, ale strategie ma podobne.  Jeśli jesteś na Working Holiday visa (czyli w ramach programu IEC) to pracę, to zacznij od agencji zatrudnienia (staffing agency / temporary job agency).


Obalamy mity o agencji zatrudnienia

 

Mit 1

Że praca z agencji, to nie jest praca, tylko taka “fake-job”.

EEEEE, nawet jeśli, to i tak się liczy jako kanadyjskie doświadczenie. Nawet jeśli tylko na miesiąc, czy dwa, lepiej tak, niż wcale. I serio, są jeszcze osoby, które myślą, że raz rozpoczęta praca jest już na całe życie? Jeszcze jedno. Wielkie korporacje, te, które mają osoby zatrudnione na umowie o pracę, współpracują także z agencjami. Wiele firm wyprowadza pewne zajęcia do zewnętrznych podwykonawców (outsourcing) lub zatrudnia tych podwykonawców u siebie jako contract workers, a do poszukiwania takich pracowników wykorzystuje agencje zatrudnienia.

Mit 2

Taka praca jest słabo płatna, bo jedyne zajęcie, które można przez nią znaleźć, to entry-level positions (pierwsza praca, zwykle oferowana absolwentom) lub surviving job (czyli mało prestiżowe zajęcia). 

Znowu nie zgadzam się z tym do końca, bo agencjom zależy na tym, żeby obie strony były zadowolone. Dobry agent przypasuje Ciebie do pracy, a nie pracę do Ciebie. I tak ja aplikowałam na stanowisko administratora, ale ze względu na doświadczenie z Polski rekruter zaproponował analityka (stopnień wyżej). To co miałam nie skorzystać ? 🙂

No dobrze, może ktoś zapytać, ale jeśli agencja akurat nie ma żadnej oferty dla mnie? Nie znalazłem nic na jej stronie, nie ma w żadnym agregatorze ofert.

To jak wtedy zacząć? I jak to zrobić, żeby nie tracić za dużo czasu?

  1. Wejdź na ten link z recenzjami agencji w Vancouver,  a potem na kartce napisz trzy najbliżej twojego domu.
  2. Zadzwoń do każdej z nich, zapytaj o procedury przyjęcia, powiedz, że jesteś specjalistą w tym i w tym i czy możesz podesłać swoje resume. Często zamiast resume proszą o wypełnienie aplikacji online, żeby od razu twoje dane trafiły do ich bazy.
  3. Zawsze proś o spotkanie. W Kanadzie wiele rzeczy załatwia się przez telefon, zdecydowanie więcej niż w Polsce, ale ja jestem zwolenniczką rozmowy twarzą w twarz. Nawet jeśli będzie to tylko 10 minut, to to już jest 10 minut więcej doświadczenia w kanadyjskim job hunting. 
  4. Kolejny plus agencji – poćwiczysz angielski, a może nawet przeprowadzą z tobą mock interview (czyli taką rozmowę kwalifikacyjną na sucho).
  5. Na koniec spotkania zabierz ulotki. Mimo że nie do końca przyjazne środowisku, mają aspekt psychologiczny, że ma się w ręku potwierdzenie swojego działania. A to zawsze pomaga.

Znane nam agencje w Vancouver: AppleOne , Hays  oraz Randstad i Manpower

Więc nie odrzucaj z marszu agencji pracy. To jest jedno z dobrych miejsc, gdzie po wylądowaniu w Kanadzie można szukać pracy.

Masz jakieś doświadczenie w szukaniu pracy przez agencję zatrudnienia? Napisz w komentarzu, a nowe osoby w Vancouver ci za to podziękują ! A może korzystałeś z usług pośrednika będąc w Polsce? Daj znać, a nuż się komuś przyda.


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać

 

Rozczarowani emigranci czyli zawiodłaś mnie Kanado. Dwie strony emigracji

Niektórzy chcą przyjechać i zostać. Inni już są, a wciąż chcą wyjechać. Na emigracji nie tylko tęsknota rządzi wyborami. Co, jeśli rozczarowanie odbiera energię do działania?

Ruszam temat kontrowersyjny. Ale muszę. Siedzą gdzieś we mnie te dwie strony emigracji i właśnie się ulało. Bo niedawne spotkanie, bo Brexit też. Bo za chwilę urlop w Polsce…

Zanim o rozczarowanych emigrantach, słowo wprowadzenia.

W ostatnim czasie poznaliśmy wielu ciekawych Polaków, którzy przylecieli do Vancouver w ramach programu Working Holiday (część programu International Experience Canada). Za każdym z nich stoi poruszająca historia, bagaż doświadczeń, wiele energii i nadziei. Mimo że IEC nie jest programem emigracyjnym, to dla większości uczestników, jest wstępem do starań o kartę stałego pobytu.

Występowanie o pobyt stały (czyli o status Permanent Resident → jak my dostaliśmy pobyt stały ) rodzi wiele pytań i jeszcze więcej wątpliwości.

Odpowiedzi na nie jest tyle, ile ludzkich przypadków. Każda rozmowa w polskim gronie prędzej czy później schodzi na temat, z jakiego programu emigracyjnego skorzystać, czy lepiej pracę tu, czy tam, a może w ogóle pójść do szkoły? Nieco zazdrośnie, ale i z nadzieją, patrzy się na tych, którzy starania mają już za sobą.

Starsi stażem emigracyjnym Polacy dają dobre rady i pomagają, jak mogą (wiem, może trudno w to uwierzyć, ale Polonia w Vancouver przeczy ogólnemu przekonaniu, że na emigracji największym wrogiem Polaka jest drugi Polak). Historie tych, którym się udało, działają motywująco na nowoprzybyłych. I bardzo dobrze.

Rozumiem jak najbardziej chęć zostania w Kanadzie, zwłaszcza jeśli jest się młodym, mobilnym obywatelem świata. Kanada ma wiele do zaoferowania, Vancouver jest miastem cudnym wprost (na pewno?), dobrze można żyć.  Entuzjazm i zafascynowanie, czyli miesiącu miodowym trwaj !

A i nasze kanadyjskie życie jest dobre. Mamy nadzieję, że czytając posty na Kanada się nada czujecie, że pozytywne emocje są w większości. Całkiem niedawno pisaliśmy o naszych ostatnich odczuciach związanych z mieszkaniem w Vancouver. Wniosek: chcemy kontynuować naszą przygodę z Vancouver.

No właśnie, skoro dobrze można żyć, to skąd ci rozczarowani emigranci?

Wczoraj miałam spotkanie z koleżanką Wenezuelką, która pomaga mi przy nowym projekcie. Przyprowadziła ze sobą starszego mężczyznę, Meksykanina, który uśmiechnął się na widok  chłopaków (nieodłączna składowa wszystkich moich spotkań :D). Powiedział, że jest chirurgiem dziecięcym z 20letnim stażem. Ja na to oczy wielkie i wow na ustach. Już chciałam mu powiedzieć “zazdroszczę”, kiedy Sykarius dodał, że w Kanadzie pracuje jako doradca finansowy. Bo praktykować medycyny nie może. Bo żeby mógł, to musi się cofnąć do szkoły, praktycznie jeszcze raz studiować to samo, tyle że na kanadyjskiej uczelni. A nie zrobi tego, bo lata już nie te, rodzinę ma na utrzymaniu i w ogóle, co to jest za pomysł.

I wiecie co, ja go rozumiem. Że nie jest w stanie poświęcić tyle, żeby osiągnąć podobną pozycję w swoim zawodzie, jaką miał w Meksyku. Swoje już w szkole odsiedział. Nie każdy chce i może uczyć się całe życie.

Rozumiem to rozczarowanie w jego głosie. Rozczarowanie, które jest doświadczeniem zwłaszcza starszych imigrantów w Kanadzie. Takich, co wiele, więcej niż 10 lat, pracowali w swoich krajach, dorobili się pewnego statusu zawodowego, byli kimś. No proszę was, chirurg dziecięcy?

Znaczyli w społeczeństwie, a potem wyemigrowali do Kanady.

Dwie strony emigracji.

Emigracja to ciągłe żonglowanie dwiema emocjami. Radość, że możesz zacząć wszystko od nowa i być kimś innym, a poprzednie życie zostało w tamtym kraju. Oraz rozczarowanie, że musisz wszystko zacząć od nowa, a twoje poprzednie życie nic nie znaczy. Nas także nie omijają podobne rozterki.

I wiem, że niektórzy z Was pomyślą, skoro tak, to niech wraca, a w ogóle to po co się pchał do Kanady, skoro w Meksyku było mu tak dobrze. I macie prawo zadawać takie pytania i tak się dziwić. Tylko że to rozczarowanym emigrantom nie pomaga ani trochę.

Choć Kanada jest krajem o długiej tradycji imigracyjnej, a społeczeństwo kanadyjskie imigrantami stoi, to jednak kapitał społeczny i zawodowy nowoprzybyłych nie jest doceniany. A czasami jest wręcz marnowany. W Vancouver, gdzie znalezienie lekarza rodzinnego jest niemożliwe, a na izbie przyjęć Szpitala Dziecięcego Kuba z Maćkiem czekał prawie 10 godzin na nastawienie złamanej ręki, więc w tym Vancouver chirurg dziecięcy sprzedaje produkty finansowe. Dla mnie to dziwne i świadczy o słabości systemu. (Inne rzeczy też mnie zaskakują, tak na marginesie)

Nikt na tym nie zyskuje, a wszyscy na tym tracą.

Opiekunka Maćka ze żłobka była doktorem inżynierii w Iraku. Moja koleżanka z Dubaju ma MBA w zarządzaniu szpitalem i doktorat z pielęgniarstwa, właśnie idzie do szkoły w Kanadzie. Jest bogata, stać ją, dzieci czwórkę odchowała.

A inni? Ci, co jeżdżą taksówkami, choć u siebie byli profesorami? Chińczyk, który wraz ze mną aplikował o pracę jako analityk finansowy, a miał ponad  15 tak doświadczenia menadżerskiego w banku? Można im powiedzieć, bądźcie pokorni i zaczynajcie od nowa. I właśnie to robią. Głównie ze względu na dzieci, żeby im było łatwiej. Ale rozczarowani są. Zmarnowane lata ciężkich studiów, zaprzepaszczone wyrzeczenia. Bo choć pisałam o tym, ile znaczą kompetencje miękkie w poszukiwaniu pracy w Kanadzie, to starszym pracownikom nie jest tak łatwo je przyswoić. Zwłaszcza jeśli do tej pory w ich rodzinnych krajach liczyła się “twarda wiedza”.

Badania z 2008 pokazują, że 40% wykwalifikowanych imigrantów opuściło Kanada w ciągu 10 lat od przyjazdu. Bo mimo że poświęcili tak wiele, żeby wyemigrować, to ich rozczarowanie i praca poniżej kwalifikacji sprawiają, że jakość życia w Kanadzie jest gorsza, niż była w rodzinnym kraju. Czasami dochodzi do tego ukryty rasizm.

I tak, wiem, że to nie tylko Kanada, że to tak wszędzie jest. I w Anglii na zmywaku, i w Niemczech przy truskawkach. I w Polsce też na śmieciówkach, po dwóch kierunkach studiów. I tak, znam i akceptuję to powiedzenie: jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz. 

Ale rozumiem tych, których emigracja rozczarowała. A Kanada zawiodła.

Bo skoro my tak bardzo chcemy, to czemu ona nas nie chce równie mocno?



Jak się w Polsce przygotować do wyjazdu do Kanady? Żeby łatwiej było

Bo dobry plan wyjazdu to podstawa. Ten nasz taki nie był, ale teraz jesteśmy mądrzejsi i możemy co nieco poradzić

Teraz to ja się mogę mądrzyć, ale prawda jest taka, że my działaliśmy bez planu, ze słabym rozeznaniem, trochę po omacku i przypuszczalnie wiele rzeczy można było uprościć i załatwić wcześniej. Mieliśmy o tyle łatwiej, ze firma Kuby wiele papierkologii, czyli całe staranie się o wizę pracowniczą, wzięła na siebie.

 

Znasz post o tym, jak dostaliśmy pobyt stały? Zajrzyj!

 

Co tam! Będziemy radzić, jak się w Polsce przygotować do wyjazdu do Kanady.

Wyjazdu na pobyt tymczasowy, dodamy.

Może coś się przyda.

O czym ten post NIE jest?

  • → Ponieważ ten opis to suma naszych doświadczeń, na pierwszym miejscu listy nie będzie: znajdź pracę w Vancouver. Założenie jest takie, że praca jest. O tym, co robić kiedy jej nie ma, będzie innym razem.
  • → Nie będzie to również post o tym, jakie formalności załatwić, żeby się w Kanadzie znaleźć.

Zanim jeszcze zacznę wyliczankę, najważniejsza moim zdaniem uwaga.

Najlepiej przygotujecie się do wyjazdu do Kanady ćwicząc, ile się da, angielski.

Właściwie nie ma co tego komentować. Im lepiej znacie angielski, tym sprawniej powiecie, czego Wam trzeba, łatwiej złapiecie kontakt, poczujecie się śmielej. I o to chodzi.

W Vancouver, przy takiej ilości osób z Azji, których wymowa naznaczona jest mocnym akcentem, angielski osób z Europy Środkowo-Wschodniej wydaje się łatwiej zrozumiały dla Kanadyjczyków [choć po akcencie od razu nas spytają, czy jesteśmy z  Rosji ;)]. Działa to na naszą korzyść.

Z naszych doświadczeń: w Polsce pracowaliśmy w języku angielskim, na co dzień. Z Amerykanami i Kanadyjczykami (to ja), z terminologią specyficzną dla branży (to Kuba). Krzysiek, jak wiecie z tego wpisu, znał angielski na poziomie ledwo, ledwo. Maciek nie mówił wcale.

Jeśli decyzja o wyjeździe zaczyna dopiero kiełkować w Waszych głowach, to najwyższy czas na naukę czy doskonalenie angielskiego. Komunikatywny angielski to minimum.

Znasz posty z cyklu Rozmówki Kanadyjskie? Tam sporo jest o gadaniu i angielskim:

  • → 3 główne grzechy komunikacyjne : LINK
  • → Akcent i czy mam na imię brama: LINK
  • → Angielski? Ale ja się boję: LINK

A teraz po kolei jak się dobrze przygotować w Polsce do wyjazdu.

Najpierw:

1. Jeszcze w Polsce bierzecie mapę Vancouver i zaznaczacie sobie biblioteki, community centre czy inne organizacje dla nowoprzybyłych (settlement services agency)

W ciągu pierwszych dni warto wybrać się do kilku takich miejsc. Gwarantuję, że zostaniecie dobrze przyjęci, ktoś się Wami zajmie, da Wam plik ulotek, poleci, gdzie szukać pracy w waszej branży,  czy przyjacielsko pogawędzi. Pokieruje na kurs angielskiego albo do kogoś w rodzaju mentora [nie zawsze wszystko jest dostępne dla osób z wizą pracowniczą, ale zapytać zawsze warto]

Taka wizyta bardzo dobrze wpływa na samopoczucie i pomaga walczyć z samotnością oraz tęsknotą pierwszych dni. Od początku wchodzicie w to, co Kanada ma najcenniejsze: społeczność.

Z innych korzyści: w takich miejscach możliwe jest darmowe lub za niewielką opłatą korzystanie z urządzeń typu drukarka, faks, skaner.

To zadanie pomaga także rozeznać się w topografii miasta i oswaja z nim. Warto wiedzieć, gdzie te miejsca znajdują się na mapie, żeby wiedzieć, jak wygląda sąsiedztwo, w którym planujemy mieszkać.

Co prowadzi do następnego zadania :

2. Będąc w Polsce, rozglądacie się za mieszkaniem na mapie i w Internecie

Żeby się zorientować, gdzie chcielibyście mieszkać, jak daleko jest do szkoły, jakie są ceny mieszkań. Jeśli nie nie ma możliwości wynajmu , sprawdzonego przez kogoś na miejscu, od razu na dłuższy czas (a standardem jest umowa roczna i nie polecamy wynajmowania na rok mieszkania, którego w życiu na oczy nie widzieliście ), dobrym rozwiązaniem będzie najem krótkoterminowy, idealny, żeby w tym czasie poszukać mieszkania docelowego. Jedna uwaga – taki wynajem często jest oferowany w dobrych lokalizacjach i przy dobrym standardzie mieszkań, gdyż właściciele liczą na wynajęcie ich ekspatom, profesjonalistom, którzy tymczasowo pracują w Vancouver. Dobrze wiedzieć o wynajmie krótkoterminowym i jeśli chcecie wypróbować jakąś dzielnicę, warto szukać mieszkań do wynajęcia na miesiąc – dwa. Jeśli żadna z opcji nie wchodzi w grę, pozostaje hotel.

Serwisy z ogłoszeniami: craiglist, airbnb, kijiiji.

Poszukiwanie już na miejscu: trochę ogłoszeń można znaleźć na tablicach w community centre czy bibliotekach. Czasami ogłoszenia o mieszkaniach są na tabliczkach przed budynkami, na trawnikach. Można spisać numer telefonu do właściciela czy agencji wynajmu. Często na tabliczkach są od razu godziny kiedy można mieszkanie obejrzeć (open house dates)

Wynajem jest w B.C regulowany przepisami, nie znamy nikogo, kto by mieszkanie wynajmował bez umowy najmu, polecam więc zapoznanie z informacjami na tej stronie, żeby być merytorycznie przygotowanym podczas house hunting.

I wiedzieć, czym się różni umowa najmu month-to-month (z miesiąca na miesiąc) od fixed terms (uzgodnione na stałe). Oraz że mieszkanie typu one bedroom, to w rzeczywistości polskiej dwupokojowe.

Możecie też spotkać się z “rekrutacją na najemcę”, która zasadniczo sprowadza się do tego, że wynajmujący preferuje najemców już sprawdzonych, z referencjami.

Ponieważ my takich nie mieliśmy, poprosiliśmy naszych sąsiadów z Polski (dzięki Matylda) o napisanie nam po angielsku kilku słów na kartce jako rekomendacji.

Można wtedy powiedzieć, że mamy referencje, nie trzeba od razu wyjaśniać, że są z polskiego adresu. Jak wynajmujący będzie chciał, to sam doczyta i się dopyta. A lepiej mieć, niż nie mieć.

O mieszkaniu i jego szukaniu na blogu było i jeszcze będzie.

[edit] obszerny wpis-poradnik ukazał się w 2017 – zajrzyj.

Kolejne zadania do zrobienia w Polsce:

3. Jeszcze w Polsce robicie kopie dokumentów polskich i ich tłumaczenia przysięgłe po angielsku.

Jak my wybraliśmy tłumacza przysięgłego?

Wyguglaliśmy panią najbliżej nas, zanieśliśmy dokumenty i po kilku dniach było gotowe. Przy wyborze nie kierowaliśmy się żadnymi innymi wytycznymi, oprócz tego, że jest ona tłumaczem przysięgłym z języka angielskiego i mieszka na warszawskiej Woli. Niestety nie pamiętam stawek za tłumaczenie strony, ale nie jest to mała kwota za komplet na czteroosobową rodzinę.

Obowiązkowo akty urodzenia dzieci oraz akt małżeństwa mieliśmy przetłumaczone. O akty urodzenia nas dorosłych nikt nie prosił w Kanadzie, ale jeśli je macie, też można przetłumaczyć i zabrać. Ostatnio dowiedzieliśmy się, że na akty urodzenia w polskich urzędach czeka się około 3 miesięcy, zatem dobrze jest mieć je zawczasu przygotowane. Nigdy nie wiesz, czy się nie przyda.

Co my jeszcze tłumaczyliśmy z dokumentów?

  • → karty szczepień z poradni dziecięcej z Polski. Trzeba się zgłosić do pielęgniarki, powiedzieć o wyjeździe za granicę, wtedy wydadzą kartkę ze szczepieniami dziecka, z odpowiednimi pieczątkami. Nie pamiętam, czy to kosztowało, ale nawet jeśli, to jakoś niewiele.
  • → świadectwo ukończenia klasy I przez Krzysia. Gdyby Krzysiek był w starszej klasie, pewnie przetłumaczylibyśmy jego ostatnie świadectwo.
  • → nasze zaświadczenia o uprawnieniu do kierowania samochodem (taki dokument A4 wydany w urzędzie, w dziale komunikacji, kosztował około 20 złotych)

Dokumenty, które zabraliśmy, ale nie tłumaczyliśmy:

  • → nasze dyplomy z uczelni (UW i ASP). Nie tłumaczyliśmy ich przysięgle, gdyż wydano nam je po angielsku. Można również poprosić o suplementy do dyplomów z wykazem szczegółowym, czego się na polskich uczelniach uczyliście. Nie zgadzamy się z powszechnym przekonaniem, że polskie papiery nic nie znaczą w Kanadzie. Mój wykaz przedmiotów ze studiów podyplomowych został skrupulatnie przejrzany podczas aplikowania o pracę. Dyplom Kuby był wymagany podczas przygotowywania się do aplikowania o work permit. Napiszę ponownie: lepiej mieć, niż nie mieć. To zawsze w jakimś stopniu potwierdza wykształcenie.
  • → akty chrztu dzieci. Nigdy nie wiadomo, czy nie przyjdzie nam szukać katolickiej placówki oświatowej.
  • → prawo jazdy polskie, międzynarodowe prawo jazdy, [zniżek OC od ubezpieczyciela nie braliśmy, dosłali nam potem, sami przetłumaczyliśmy na angielski i daliśmy do tutejszego ubezpieczyciela, ale wiemy, że w innych prowinacjach Kanady to wygląda inaczej]
  • → wszelkie dane bankowe i ubezpieczeniowe dotyczące spraw w Polsce, umowy z dostawcami mediów, słowem wszystkie nasze niepozamykane sprawy polskie, które wymagać mogą zdalnego sterowania zza oceanu

W ogóle sporo papierów zabraliśmy, w przeciwieństwie do innych rzeczy. Tego nie da się w Kanadzie kupić. Więc jeśli się zastawiacie, czy jakiś dokument wziąć, to znaczy że trzeba wziąć. Najlepiej mieć zeskanowane gdzieś, żeby łatwo było do nich trafić w razie potrzeby.  W sprawach urzędowych często wystarczy przesłać tylko skan dokumentu, więc jego posiadanie jest sporym ułatwieniem.

Dokumenty, które zostawiliśmy. W zasadzie jeden:

  • → upoważnienie notarialne dla naszych rodziców do reprezentowania nas w Polsce we wszystkich instytucjach (wszelakie urzędy, kuratorium, rada mieszkańców, banki, nasi byli polscy pracodawcy). Gdyby przyszło do sprzedaży naszych rzeczy w  Polsce, to również mogą to zrobić w naszym imieniu. Upoważnienia zostawiliśmy obu rodzinom. Od was zależy jak szerokie uprawnienia zostawicie rodzinie w Polsce i czy w ogóle. U nas się przydało.

4. W Polsce wykupujecie ubezpieczenie zdrowotne !

Jakie ubezpieczenie zdrowotne? Czy koniecznie muszę?!

Musisz, raju, lepiej nie brać nic w walizy, a kupić ubezpieczenie. No chyba, że chodzi o ryzyko i zalew adrenaliny. To wtedy nie kupujcie. Ostrzegam, ostatnio taka historia była, że się dwóch Australijczyków, żądnych mocnych wrażeń, na narty wybrało do Whistler. Mieli ubezpieczenie wykupione, żeby nie było, ale przyoszczędzili na opcji: sport ekstremalny. No i teraz łzy się leją, bo jeden po zwichnięciu czy też innym urazie, dostał taki rachunek ze szpitala, że już ogłasza upadłość konsumencką. UBEZPIECZENIE MUSI BYĆ !!!

Nie pamiętam naszego, chyba turystyczne z Hestii, ze 3 tysiące dla całej rodziny. Pochodziliśmy trochę po różnych warszawskich ubezpieczalniach i koniec końców najkorzystniejsze zaoferowało nam to towarzystwo, w którym mieliśmy już inne ubezpieczenia.

5. W Polsce sprzedajecie, co się da. Z rzeczy do zabrania do Kanady najważniejsze są pieniądze.

Naszym zdaniem nie ma sensu nic zabierać, a już na pewno nie pakować w kontener i nadawać do Kanady. No chyba, że są to rzeczy absolutnie unikatowe, bezcenne i w ogóle hoho. I sporo kosztują i są waszą lokatą pieniędzy. Ale jeśli nie, to sprzedać. A pieniądze ze sprzedaży zabrać ze sobą. Zawsze też można drobne rzeczy dosłać paczką z Polski, a jaka radocha!

Oczywiście pomijam kwestię ubrań i rzeczy pierwszej potrzeby na pierwsze dni w Vancouver. Ale kurtka puchowa nie będzie potrzebna, serio.

Co było w naszych walizkach?

  • → Klocki lego przede wszystkim 🙂 i zabawki, ale tylko te wartościowe i najukochańsze
  • → Ubrania, ale tylko te najlepsze i potrzebne na najbliższą porę roku. Jak zabraknie odzieży, zawsze jest MEC
  • → Kilka książek po polsku (nie wiedzieliśmy wtedy, że w Vancouver jest biblioteka z polskim działem książkowym). Podręczniki dla klasy II dla Krzyśka
  • → Sprawdzone lekarstwa dla nas i dla dzieci. Syrop prawoślazowy, bo dzieci lubią, jak łagodzi podrażnione gardło. Antybiotyki też. Nie wpisywaliśmy ich w deklaracje celną.
  • → Soczewki kontaktowe.
  • → Sakwy rowerowe i kilka drobiazgów rowerowych, typu lampka (bo rower to nasz podstawowy środek transportu)
  • → Pisałam, żeby nie brać nic z Polski, ale musimy się przyznać, że jednak dwie poduszki wzięliśmy. Bo nam się poszewki podobały. I pachniały domem.
  • → Telefony ze zdjętym simlockiem oraz nasze laptopy i aparat fotograficzny

Sławetną przejściówkę do elektroniki z Polski można kupić m.in. w Chinatown. I w innych miejscach też.

Kabanosów nie braliśmy 😉 Przeczytajcie też o naszym pierwszym i drugim przylocie do Vancouver. Jak wyglądało i kto z nami rozmawiał.

Jak nam coś jeszcze przyjdzie do głowy odnośnie listy rzeczy – damy znać. Na pewno. Pomóż innym i napisz, co było w Twojej walizce?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Jak napisać kanadyjskie CV…. wróć. Kanadyjskie resume znaczy się. I je wybielić.

W pogoni za pracą najważniejszy papier. Ten papier. I nie jest to Work Permit 😉

O raju, żebym wiedziała, że czytanie o pracy w Kanadzie cieszy się taką popularnością, zrobiłabym kurs doradcy zawodowego i coach’a kariery, zamiast raporty w Excelu obrabiać [żarcik]

Prosiliście o wpis o kanadyjskim CV. No więc jest.

Poniższe informacje pochodzą ze moich spotkań i warsztatów kariery. Takich w Vancouver nie brakuje, na pewno się na jakieś załapiecie 🙂

Zupełna podstawa czyli resume. Czyli polskie CV.

Zwykle mamy max 30 sekund, żeby czytającego nasze resume do siebie przekonać. W ciągu tego czasu zapada decyzja: zostawić czy do śmietnika. Dobre resume to podstawa jest. Ma być konkretne, czytelne, skromne, bez kłamstw. Owszem, ma być naszą reklamą jako potencjalnego pracownika, ale to taka trochę bardziej rozbudowana wizytówka. Mocno profesjonalna.

Opowiadanie o sobie zostawimy na interview, tam przydadzą się umiejętności miękkie. W resume interesują nas (ich) twarde fakty !

Takie typy resume się wyróżnia :

  1. Chronologiczny, czyli robisz to, co robisz od zarania dziejów i historia twojej pracy jest solidna oraz  bogata. Lubisz i chcesz robić to dalej.
  2. Funkcjonalny, czyli popracowałeś trochę tu, trochę tam, a jeszcze gdzieś był rok przerwy na włóczęgę po Indiach. Ciągłość pracy zaburzona, ale za to masz masę innych doświadczeń, którymi nie omieszkasz się pochwalić. Lubisz robić coś i chcesz pokazać to pracodawcy.
  3. Mieszany, moim zdaniem typ najlepszy, bo z obu powyższych wzorów wyciągasz, co potrzebne i pod konkretne stanowisko przygotowujesz. Najbardziej pracochłonne, ale też pokazujące, że ci zależy. Bo przecież ci zależy, prawda?

To teraz mała graficzka, poszalałam sobie 😉

resume_Kanada_CV_ Kanada się nda

Przykład, jak zbudowane jest kanadyjskie resume:

kanadyjskie resume

A teraz o co chodzi z tym wybielaniem? Ale cicho sza, bo to niepoprawne politycznie jest.

Jedna z pierwszych rad, jakie usłyszałam tutaj w temacie poszukiwania pracy?

Katarzyna? Katarzyna ?! Nie da się łatwo wymówić, zmień sobie !

Ano tak. Smutna prawda. Do kanadyjskiego resume nie dodaje się zdjęć, nie załącza się informacji, które mogą cię zidentyfikować, jako człowieka o określonej rasie, matkę, starca, etc. No ale imię to zazwyczaj zostawiamy w papierach.

Okazuje się jednak, że nasze imię własne, nadane nam dumnie przez rodziców, więc to imię może przeszkadzać pracę w Ameryce znaleźć. I niestety mimo że nikt się nie przyzna (grozi pozwem), to nasze imię często decyduje, czy pracodawca kanadyjski (amerykański) zadzwoni. Bo co, jeśli nie chce się wysilać mówiąc “Katarzyna” [chlip, chlip]? Albo “Kaszia”?

Badania pokazują, że problem występuje także w firmach, które chlubią się różnorodnością wśród pracowników (diversity). Nawet one nie są wolne od uprzedzeń rasowych, a osoby o obco brzmiących imionach/nazwiskach są zapraszane na rozmowę 2 – 2,5 raza rzadziej niż ci ze swojskim imieniem.

Problem dotyczy zwłaszcza Azjatów, stąd sporo z nich zangielszcza/zmienia swoje imiona na bardziej lokalnie brzmiące. Wybiela się tym sposobem. Stąd pojęcie: wybielanie resume.

A ja, chociaż Azjatką nie jestem, w swoim kanadyjskim resume występuję jako Kate. Na Linkedin mam wprawdzie Katarzyna, ale w linku do profilu jestem Kate.

Chcesz zobaczyć mój profil na LinkedIn? Kliknij tutaj

Przyznam się wam, że Kate ułatwia mi życie nie tylko podczas poszukiwania pracy. Ale to już temat na osobny post…

Na razie tyle. Wiem, wiem, ledwie liznęłam temat. Będzie więcej, tylko nie tak jednym rzutem. Najpierw testuję na sobie, żeby potem wam samą samiuśką prawdę pisać. 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Brak kanadyjskiego wykształcenia równa się brak pracy w Kanadzie? A wcale że nie !!!

Nie masz papierka z kanadyjskiej uczelni? Nie pracowałeś nigdy w kanadyjskiej korporacji? Kilka rad, jak mimo tego pracę znaleźć.

To kolejny post, który piszę w odpowiedzi na wasze pytania mailowe o pracę w Kanadzie. Temat pracy jest jak rzeka, jak już wejdziesz, musisz płynąć 😉

Wśród pytań często przewija się prośba, żebyśmy odnieśli do powyższego stwierdzenia, czyli w sumie potwierdzili, że brak kanadyjskiego wykształcenia oznacza niemożność dostania pierwszej pracy w Kanadzie. Jeszcze niedawno sama tak myślałam, ale teraz już wiem, że to nie takie oczywiste.

Żadne z nas nie ma wykształcenia kanadyjskiego, a jednak dostaliśmy pracę w Kanadzie. Program IEC nie miałby racji bytu, bo większość ludzi, która z niego korzysta, przylatuje do Kanady  z wykształceniem zdobytym w innym kraju i bez ofert pracy na miejscu. A jednak pracują i dobrze się mają.

Oczywiście musisz zweryfikować swoje oczekiwania względem nowej pracy w nowym kraju. Jeśli w Polsce pracowałeś na niższym stanowisku, to nikt w Kanadzie nie zrobi z ciebie od razu menadżera. A jeśli byłeś w Polsce menadżerem, a przyjeżdżasz bez zagwarantowanej pracy, to licz się z tym, że mogą ci zaproponować niższe stanowisko na początku. Taka sytuacja dotyczy większość imigrantów o zawodach mało wyspecjalizowanych ( to ja ) i nie ma w tym nic zdrożnego. Z czasem wyrobisz sobie i doświadczenie, i swoją markę na rynku kanadyjskim. A wykształcenie zawsze możesz nadgonić.

Dotychczasowe doświadczenie zawodowe a brak kanadyjskiego wykształcenia

A czy w Polsce każdy pracuje zgodnie ze swoim wykształceniem? No pewnie, że nie.

Ja z wykształcenia jestem filologiem węgierskim, a pracowałam w Warszawie w outsourcingu księgowym. Ale idąc tutaj na rozmowę o pracę przypomniałam sobie skrupulatnie wszystkich Kanadyjczyków, z którymi miałam okazję pracować z Polski (niewielu) i jak tylko nadarzyła się okazja podczas rozmowy z przyszłą szefową, to o tej współpracy powiedziałam. Zdanie zaledwie powiedziałam: że kiedy dzwoniłam do kontrahentów do Montrealu, to oni zawsze pytali o pogodę w Polsce.

To wystarczyło, żeby pojawiła się malutka nić wiążąca mnie z Kanadą na gruncie biznesowym. Da się? Da się!

Więc mała rada: może kiedyś w życiu spotkałeś się z kimś z Kanady, coś dla niego zrobiłeś? Przypomnij sobie i spróbuj o tym powiedzieć kilka słów na rozmowie.

Zatem jeszcze raz: Nie musisz mieć wykształcenia ani doświadczenia kanadyjskiego, żeby znaleźć pierwszą pracę.

Musisz się ciągle rozwijać, dokształcać, działać, żeby znaleźć lepszą kanadyjską pracę. Taka sama reguła działa wszędzie.

Warto mieć ze sobą swoje dyplomy, zaświadczenia, przetłumaczone na angielski, żeby w razie czego poprzeć się papierami. Nawet jeśli nie są one kanadyjskie, to powinny być po angielsku. Tak, żeby Kanadyjczyk zrozumiał.

Brak kanadyjskiego wykształcenia, a co za tym idzie doświadczenia z Kanady, możesz zrekompensować umiejętnościami miękkimi. A nawet musisz !

Na jednym z wielu spotkań w naszym domu sąsiedzkim miałam przyjemność rozmawiać z wielce inspirującą osobą: Rodrigo. Od niego dowiedziałam się, że powszechne stwierdzenie No Canadian experience = No Canadian job w rzeczywistości oznacza:

No Canadian Experience = You do not have right soft skills !

Czyli to nie brak papierka z kanadyjską pieczątką uniemożliwia znalezienie pracy, ale ograniczają nas umiejętności nasze, inne niż techniczne, zdobyte wraz z wykształceniem.

A jakie to są te pożądane w Kanadzie umiejętności miękkie? Ano takie:

  • → Communication Skills
  • → Local Language
  • → Presentation Skills
  • → Small Talk
  • → Leadership and Initiative
  • → Conflict Resolution and Negotiation
  • → Accepting Constructive Criticism
  • → Flexibility
  • →Business Etiquette

Na pierwszym miejscu są umiejętności komunikacyjne!

Rozmawianie, prezentowanie, angielski ( francuski w innych prowincjach) i oczywiście small talk.

Potem mamy bycie liderem, najlepiej takim z inicjatywą, oraz rozwiązywanie konfliktów (tutaj doświadczenie z poligonu domowego dwójki synów mam ogromne).

Akceptowanie konstruktywnej krytyki – to myślę taki obszar, nad którym całą Polska powinna popracować, c’nie? Zwłaszcza politycy.

Poza tym musisz być elastyczny (wysportowany też, ale akurat nie o to chodzi tutaj), i oczywiście profesjonalny w zachowaniach biznesowych.

Jeśli swobodnie działasz w tych obszarach, nie masz się co obawiać. Tego właśnie oczekują od imigrantów kanadyjscy pracodawcy. Poniższa tabelka na potwierdzenie.

soft skills

Do Kanady zjeżdżają imigranci wyszkoleni, wyedukowani, z wiedzą szeroką, ale z niepasującymi do rynku kanadyjskiego umiejętnościami miękkimi. I to właśnie to niedopasowanie jest przyczyną początkowych porażek w poszukiwaniu pracy.

To co? Polski dyplom zanieś do tłumacza, a przed lustrem poćwicz elevator speach.

i daj znać, jak poszło w komentarzu poniżej 

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Wolontariat w Kanadzie czyli pomóż innym i sobie

Wolontariat w Kanadzie to działanie dla społeczeństwa. Ale przysługa przede wszystkim sobie.

Czy wiesz, co charakteryzuje wolontariat w Kanadzie? Bo chyba czym jest wolontariat, nie trzeba wyjaśniać…

Praca społeczna na rzecz społeczności (twojej po sąsiedzku i tej bardziej rozległej), kościoła czy instytucji charytatywnej jest w Kanadzie normą.

Społecznie pracują Kanadyjczycy niezależnie od wieku, od nastolatków po emerytów. Specjalnie używam tutaj sformułowania społecznie pracują, właśnie po to, żeby słowo pracować nie kojarzyło się tylko z zarabianiem pieniędzy. Wolontariat to jest forma pracy, nieodpłatnej w przeważającej większości, ale wcale nie traktowanej gorzej. Pracy, którą w Kanadzie się ceni i w którą warto się angażować.

Wolontariat jako praca na rzecz twojej społeczności. Nowej społeczności.

Jak jest się na etapie wylądowałem w Kanadzie i co dalej, to przemyślany wolontariat może okazać się przepustką do nowego emigracyjnego życia. Bo dla Kanadyjczyków ( i Amerykanów też, żeby nie było) wolontariat jest ważnym świadectwem tego, jakim jesteś człowiekiem. Kanada to przede wszystkim społeczeństwo, i jeśli chcesz do niego dołączyć, chcesz, żeby ktoś zrobił coś dla ciebie, najpierw ty zrób coś dla niego (tego społeczeństwa).

Wolontariat to przede wszystkim giving back to the community.

Tak rozumiany wolontariat, czyli służenie innym przybiera często formę zbiórek charytatywnych (więcej pisałam o tym tutaj), przygotowania i dystrybucji żywności dla potrzebujących, prac fizycznych czy nauczania. Popularny jest mentoring, czyli regularne spotkania z drugą osobą, celem wsparcia w różnych problemach i doświadczeniach. Mentoring nie ma w Vancouver tylko korporacyjnego znaczenia – tutaj możesz zostać mentorem w wieku lat nastu dla młodszego o kilka lat kolegi i na przykład pomagać mu w relacjach z rówieśnikami. Czasami wolontariat jest wręcz wymagany jako element edukacji social studies w szkole (ale szczegółów nie znam, bo Krzysiek jeszcze nie jest na tym etapie)

Większość udziela się wolontaryjnie w sposób nieformalny. Możliwości są nieograniczone i nie ma miejsca użyteczności publicznej, które by nie organizowało takich programów. Najlepszym źródłem informacji jest tablica ogłoszeń czy też strona govolunteer.ca oraz oczywiście networking czyli wieść się niesie wśród bliższych i dalszych znajomych.

Trzy przykłady mojego kanadyjskiego wolontariatu.

Ludzie angażują się w wolontariat z różnych powodów. U mnie była to chęć pobycia wśród ludzi i nawiązania przyjaźni zaraz po przeprowadzce do Vancouver. Potrzebowałam (i nadal potrzebuję) poszerzyć grono znajomych, a nie pracując miałam ograniczone możliwości, za to sporo wolnego czasu, który mogłam z pożytkiem wykorzystać.

Zaproponowałam nauczycielce Krzysia, że przyjdę i przeczytam dzieciom w klasie bajkę o Smoku Wawelskim oraz opowiem trochę o Polsce. Przygotowanie się i przeprowadzenia takiej lekcji zajęło mi może ze 4 godziny (korzystałam z tej książki ). Radość dzieciaków i duma w oczach syna – bezcenne 🙂

Podobnie, bo również w szkole, zgłosiłam się do pomagania przy targach książki. Codziennie przez tydzień, około 40 minut dziennie. Niewielkim nakładem sił i czasu mogłam poobserwować, jak funkcjonuje biblioteka szkolna, jakie wydawnictwa i książki czytają dzieci kanadyjski, pogawędzić z bibliotekarką i rodzicami, którzy wraz z dziećmi odwiedzali targi. Ciekawe doświadczenie.

Typowym giving back to community było poświęcenie pewnej soboty i przyjście na spotkanie dla imigrantów, żeby opowiedzieć im, jak znalazłam pierwszą pracę w Vancouver. Czułam się zaszczycona, że mogę w ten sposób spłacić swój dług w stosunku do tych, którzy mi pomogli, kiedy to ja szukałam pracy.

Jak widzicie, te przykłady to tylko kilka godzin, góra cały dzień, który spędziłam próbując być pomocną dla innych. Kilkakrotnie rozmawiałam z osobami, które słysząc słowo wolontariat odrzucały ten pomysł na wejściu, wymawiając się brakiem czasu. Ok, rozumiem, ale, jak pokazuję to na swoim przykładzie, bycie wolontariuszem nie musi oznaczać pracy na cały etat za darmo. Nie w Kanadzie.

Często od wolontariatu się zaczyna. Wolontariat może być pierwszym krokiem zawodowym, pozwolić na poznanie ludzi w branży i w końcu zdobycie pracy.

Mamy tutaj do czynienia z drugim znaczeniem słowa wolontariat, rozumianym bardziej jako bezpłatna praktyka czy staż.

Ale, ale, powtórzę to z pełną mocą – tak rozumiany wolontariat nadal powinien być przede wszystkim działaniem na rzecz innych, a nie tylko kolejnym punktem do odhaczenia na drodze do pracy. Uwierzcie mi, Kanadyjczycy to zaraz wyczują.

Znam osoby, które swoją karierę zawodową rozpoczęły od wolontariatu, jednak znowu wypływał on przede wszystkim z chęci służenia innym. Takie podejście zostało docenione przez organizacje i rozwinęło się w konkretne propozycje etatu. Głównie w branży social services, na przykład ktoś za darmo prowadził stronę fundacji, i jego zaangażowanie tak się spodobało, że został wybrany jako social media coordinator, bez rekrutacji ogłaszanej na to stanowisko.

Inna historia: dziewczyna zorganizowała na UBC pierwszy klub samotnej matki i po kilku latach rozwinęła go w prężnie działający program, finansowany ze środków uczelni. Ja wyciągnęłam z tych historii następujący wniosek o wolontariacie: pomysł na swój rozwój zawodowy (czy też startowanie od zera w nowym miejscu) za pomocą wolontariatu musi wypływać z pasji, chęci zrobienia czegoś dobrego dla innych, chęci zaproponowania innym nowych rozwiązań, ulepszeń, daniu innym czegoś z siebie. Dopiero na drugim miejscu jestem ja jako potencjalny pracownik. Pracodawcy kanadyjscy nie szukają niewolników do pracy za darmo, oni chcą kogoś autentycznie zaangażowanego, będącego częścią zespołu. Kiedy poczują, że jesteś dla nich kimś ważnym, być może zaproponują pracę, a na pewno rekomendacje. I zawsze będziesz o te doświadczenia bogatszy.

Szukanie wolontariatu w Vancouver tak samo jak szukanie pracy warto zacząć wielowątkowo.

Masz pomysł, gdzie ewentualnie chciałbyś pracować czy być wolontariuszem ale akurat nie mają żadnych ofert? Brak mi doświadczenia w pytaniu się o wolontariat czy też bezpłatne praktyki, tam, gdzie nie są one ogłaszane, ale nie ma powodu, dla którego nie można by było wejść do takich miejsc i zapytać.

To co możesz zrobić od razu.

Wypisz wszystkie miejsca w Vancouver, jakie znajdziesz i o których myślisz, że mógłbyś być dla nich cennym pracownikiem. Polub ich na Facebooku, Instagramie, Twitterze i zacznij komentować, przeznacz chociaż chwilkę dziennie. Żeby zostawić swój ślad u kogoś innego, żeby pokazać, że ci zależy. Każdy biznes ma swój profil w mediach społecznościowych, a jak nie ma, to tym bardziej się do nich zgłoś i zaproponuj, że powinni mieć i że masz pomysł, jak go poprowadzić. Pokaż, że chcesz pracować dla kogoś, a nie u kogoś (czujesz różnicę?). To w sumie dość banalne uwagi, ale mają znaczenie i warto o tym pamiętać.

A potem trzeba działać osobiście. Pukać do drzwi i wracać oknem. Vancouver jest miastem bardzo przyjaznym dla energicznych.

Nawet jeśli od razu nie będzie to dream job, tylko surviving job, to nic. Ważne, żeby zacząć.

I do przodu !


Podobało się? Kliknij ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.

Daj pan wizę czyli jedziemy do Stanów. Jak przekroczyć granicę kanadyjsko-amerykańską?

Musieliśmy pojechać do Stanów, czyli wyjechać z Kanady, żeby wrócić do Vancouver i móc zostać. Brzmi dziwnie? Jest dziwnie.

Pytanie na dzisiejsze śniadanie: Jak przejść granicę kanadyjsko-amerykańską?

I po co nam to w ogóle?

No właśnie, ciężko jest o mniej absurdalny powód przechodzenia granicy niż konieczność wymuszona przez biurokrację kanadyjską.

Sprawa wygląda tak: żeby przedłużyć/odnowić/wystąpić o inne pozwolenie na pracę w Kanadzie, trzeba się udać się na tzw. Canada Port of Entry, czyli na granicę.

Dlaczego my musimy, skoro mamy Work Permit ważny do lipca 2017?

Musimy, gdyż Kuba zmienił pracodawcę.

A jego dotychczasowy Work Permit był ważny tak długo, jak pracował dla tego jedynego, jednego pracodawcy, który go do Vancouver ściągnął.

Zatem w momencie, kiedy na horyzoncie pojawiła się inna praca (i inny pracodawca) dotychczasowe pozwolenie na pracę staje się nieważne i trzeba wystąpić o nowe.

Zrobić to można tylko w Port of Entry, czyli albo na lotnisku, albo na granicy. Tak czy inaczej trzeba z Kanady wyjechać, żeby do niej wjechać, nawet jak się już w niej jest.

Musimy na lotnisku w Kanadzie, albo na przejściu lądowym zaaplikować ponownie o dokumenty.

Ok, trzeba to trzeba, więc teraz pytanie dokąd jechać?

  • Wylecieć do Polski? Byłoby najlepiej i najprzyjemniej, jednak fakt, że rodzice przylatują lada dzień, sprawia że podróż do Polski w tym momencie mija się z celem.
  • To może do Stanów pojechać samochodem? Do granicy niedaleko, tylko ta wiza do USA, nieszczęsna wiza.

[UWAGA: żeby wyrobić dokumenty na granicy, nie musisz wjeżdżać do Stanów. Możliwe jest wykonanie tzw. flagpole, czyli wyjechanie z Kanady na przejściu granicznym, przejechanie kawałka “ziemi niczyjej” wokoło masztu z flagą, bez wjeżdżania do Stanów i zaaplikowanie o dokumenty na granicy. My chcieliśmy przy okazji zobaczyć Seattle, a o wizę amerykańską i tak planowaliśmy wystąpić]


 

Stanęło na Stanach. Wymyśliliśmy, że pojedziemy do Seattle na jeden dzień.

Żeby móc wjechać do Stanów, potrzebowaliśmy wizy turystyczne.

#1

Poniżej kilka słów o tym, jak wygląda wizyta w konsulacie USA w Vancouver.

→ Wystąpiliśmy o wizy turystyczne dla całej rodziny, pozwalające nam na wjazd do USA. Zrobiliśmy to w Vancouver, wybierając jako placówkę konsulat USA w Vancouver.

→ Najpierw jednak było wypełnianie wniosku o wizę DS-160 na tej stronie. Sporo pisania, dla każdego z nas osobna porcja, chociaż po kliknięciu w Family application część informacji się kopiuje z poprzedniego wniosku. Sporo pytań (więcej dla Kuby, np. w jakich krajach był w ciągu ostatnich 5 lat), mniej dla mnie, dla dzieci jeszcze mniej.

Po polsku info o wizie jest tu.

→ Podczas wypełniania wniosku zaznaczyliśmy, że występujemy o wizę USA w konsulacie w Vancouver. Opłata jest taka sama, jak gdybyśmy o wizę wystąpili w Warszawie.

→ Nie trzeba być rezydentem ani obywatelem Kanady, żeby wystąpić o wizę amerykańską na terenie Kanady. Na stronie jest wprawdzie napisane, żeby o wizę występować w kraju, w którym się mieszka (czyli Polak przebywający w Kanadzie na wizie turystycznej powinien aplikować z Polski), ale jednocześnie piszą, że można umówić się w konsulacie w innym kraju.

→ Po wysłaniu elektronicznej aplikacji, system wygenerował nam potwierdzenia mailowe oraz opcje płatności za wizy.

Postanowiliśmy zapłacić gotówką, co jest o tyle uciążliwe, że musisz ją wyjąć, zanieść do określonego banku i tam wpłacić na przesłane konto.

Ale o tym przekonaliśmy się już po kliknięciu, że płacimy gotówką.

Myśleliśmy, że po prostu będziemy musieli mieć te pieniądze przy sobie, podczas spotkania w konsulacie. Jednak nie, więc piszemy, jakby ktoś miał podobne założenia do naszych.

→ Oprócz aplikacji oraz płatności konieczne były też zdjęcia. Zarówno w formie elektronicznej, jak i przyniesione do konsulatu.

Niby jest tam fotobudka, ale to dla tych co wniosą zdjęcia niepasujące formatem. Więc zdjęcia lepiej mieć.

→ I jeszcze jedno zaskoczenie tuż przy wejściu do konsulatu: nie można mieć toreb ze sobą.

Ani jedzenia. Ja oczywiście zaraz zapytałam się, czy dla dzieci wodę mogę wnieść, i książkę, i klocki Lego. Wyobraźnię mam sporą i doświadczenie też, i wiedziałam, że chłopaki już po godzinie czekania w konsulacie będą głodni i znudzeni.

Zgodzili się, tyle tylko że kazali przy sobie napić się z wnoszonej butelki.

Okoliczne biznesy zwąchały pismo nosem i oferują skrytki, gdzie można torby oraz inne rzeczy, których do ambasady nie wniesiesz, zostawić. Za opłatą.

Sama rozmowa w konsulacie, chyba z trzema różnymi osobami, to już taki standard small talku. Po co do Stanów, co będziemy robić, czy mamy rodzinę w Stanach i co robimy w Kanadzie.

Rozmowa spokojna, bo chłopaki wtedy budowali z Lego na podłodze i się nie wtrącali. Na koniec dostaliśmy info, że mamy wizy i mamy czekać na maila od 3 do 5 dni.

A potem pani urzędniczka amerykańska zabrała nam paszporty.

I to już było mocne, nieprzyjemne zaskoczenie.

Zostaliśmy bez żadnego dokumentu, bo i zezwolenia na pracę były w paszportach.

Umiejętnie pokierowani przez ochronę i żegnani przez urzędniczkę nawet nie zdążyliśmy zaprotestować i otrzeźwienie przyszło dopiero na ulicy.

O żeszkuwłoski. Dobrze, że kilka godzin później na maila przyszło info, że wizy zostały wklejone i paszporty nadane do miejsca, które wskazaliśmy przy składaniu aplikacji.

Paszporty zostały wysłane pocztą (sic!) do urzędu pocztowego. Za dostarczenie do rączek własnych jest dodatkowa opłata.

#2

Ale nic to, mamy paszporty, bierzemy samochód, pakujemy dokumenty do nowego kanadyjskiego Work Permit i jedziemy na granicę.

Na przejściu celnik amerykański zadał kolejny zestaw pytań z cyklu five w’s, czyli po co, do kogo i na jak długo.

Powiedzieliśmy, że do Seattle, że wracamy wieczorem, więc celnik kiwnął głową, nalepkę przykleił na szybę i kazał jechać do drugiej kontroli. Takiej w budynku, ze sprawdzaniem odcisków i robieniem zdjęć. Kolejni urzędnicy i kolejne rozmowy, nic poważnego, możemy wjechać do Stanów, tylko jeszcze opłata za white papers. I tu nas macie – nie mamy bladego pojęcia, co to są te białe papiery, które nam obok wizy wkleili, wygląda to jak kolejny rodzaj pozwolenia, w naszym wypadku ważny do sierpnia 2016 (a same wizy ważne 10 lat).

Ten dzień spędziliśmy w Seattle, w Muzeum Lotnictwa, ale o tym będzie kiedy indziej.

#3

Na razie wracamy na granicę, wracamy do Kanady.

Zaraz na przejściu, po pytaniu ze strony celnika kanadyjskiego, jaki jest nasz status w Kanadzie, zostaliśmy skierowaniu do budynku, aby przejść ponownie procedurę aplikowania o Work Permit.

Możemy z czystym sumieniem polecić tę drogę dostania się do Kanady, całkiem inną niż przylot samolotem, a nasze wrażenia są pozytywne.

W budynku skierowano nas do odpowiedniej kolejki, która w porównaniu z kolejkami na lotnisku wyglądała wręcz pociesznie.

Dobry znak, pomyśleliśmy, może szybko pójdzie.

I rzeczywiście, w miarę szybko nas wywołano, a celnik zaraz po obejrzeniu naszych dokumentów zapytał się, po co nam nowe pozwolenie, skoro stare jest wciąż w mocy.

Kolejne tłumaczenie, poparte całym plikiem dokumentów, wydruków z nowej firmy. Ok, celnik zrozumiał, nie ma problemu.

Jeszcze jedna rzecz: ponieważ Kuba pracuje do końca marca dla poprzedniego pracodawcy, to dobrze by było, żeby miał też to stare pozwolenie. Więc zrobiliśmy oczy kota ze Shreka i celnik zostawił mu jego papier, chociaż moje i dzieci stare pozwolenia zabrał.

I już mogliśmy wjechać do Kanady, i mamy pozwolenie na pobyt i pracę do lutego 2018.

Czy zostaniemy, na jak długo zostaniemy i w ogóle co dalej, to już jest temat na osobną historię 🙂 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Peak Hiring Period – znowu o szukaniu pracy w Vancouver

Teraz jest dobry czas na szukanie pracy. Kilka rad i linków o tym, jak zacząć. Sprawdzi się nie tylko w Kanadzie.

Początek roku to w wielu północo-amerykańskich firmach okres, kiedy zwiększają się szanse, że cię zatrudnią.

W ciągu roku takich momentów, które są peak hiring period  jest kilka, oczywiście wiele zależy od branży czy też sezonowości pracy. Ale jeśli twoim celem na 2016 jest mieć (lepszą) pracę, to czas, kiedy zatrudniają sporo nowych ludzi, właśnie trwa. Firmy zabudżetowały nowe stanowiska, zaczynają rekrutacje, a zadaniem działu HR jest znalezienie nowego pracownika. Będą się chcieli wyrobić przed końcem pierwszego kwartału (przed pierwszą ewaluacją performance planu hehehe)

Poniżej spisałam kilka punktów, popartych moimi doświadczeniami w szukaniu pracy w Vancouver. Której to pracy szukałam już po wylądowaniu w Kanadzie, mając przyznane otwarte pozwolenie na prace.

Myślę, że przynajmniej część tych zasad jest uniwersalna, więc śmiało używaj, ile wlezie.

Co powinieneś zrobić w peak hiring period ?

1. Odśwież resume, albo najlepiej napisz je od nowa.

I nie w Wordzie (no chyba, że wymagają). Możesz skorzystać z gotowych szablonów, ładnych, minimalistycznych, darmowych, jakich w sieci pełno. Żadnych zdjęć, stanu cywilnego, wieku oraz wyciągu z konta nie należy dołączać. No chyba że chcesz mieć gwarancję, żeby twoje resume wylądowało koszu. Wtedy śmiało dołączaj.

2. Zajrzyj na Linkedin, napisz maila “Hej co tam, pamiętasz mnie ?” do kolegów z pracy, których masz w znajomych.

Napisz też do tych nowych, co na LinkedIn są twoim trzecim kręgiem znajomych – może twój manager z Polski ma zakumlowanego kolegę z Kanady? Przecież grzeczne zaczepienie w sieci jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Najwyżej cię zlekceważą. Ale może nie. A może chcesz dołączyć do moich znajomych LinkedInie?

3. Znajdź agencję pracy tymczasowej.

Od czegoś trzeba zacząć. Ale przyjdź do nich przygotowanym, z papierami (przynajmniej z resume) i z uśmiechem. Może będzie coś od razu?

4. Idź do najbliższego community centre, neighbourhoud house czy biblioteki, podejdź do tablicy informacyjnej albo jeszcze lepiej do żywego człowieka i zapytaj, czy w temacie pracy, coś się będzie działo.

Na 100 % coś się dzieje, albo za chwilę się zacznie. Warsztat, sesja informacyjna, grupa wsparcia. Pomogą odświeżyć resume, potrenują z tobą rozmowę. A może kogoś znają i ten ktoś będzie ciebie potrzebował?

5. Męża sąsiadki spytaj, koleżankę, panią na ulicy.

Nie żeby tak prosto z mostu walić z pytaniem do nieznajomych, ale wyczuj moment. Najlepiej najpierw zapytaj o pogodę. Potem płynnie przejdź na życie zawodowe tej osoby, i jak już się rozwinie w odpowiedzi, gwarantowane, że ta osoba będzie chciała usłyszeć, jak to wygląda u ciebie.

6. Pochodź po internecie, szukaj Vancouver job fair, job events, itp.

Często są, często za darmo.

7. Zajrzyj na strony internetowe.

ja szukałam głównie na tej: craiglist oraz w zakładce jobs na Linkedinie. Bardziej specjalistyczne od kątem IT:  techvibes.

8. Nie bój się.

Znalazłeś ogłoszenie i chcesz aplikować, ale nie masz kanadyjskiego dyplomu? Ja też nie. Ale mam umiejętności, które są wszędzie przydatne, niezależnie od kraju i wykształcenia. To się nazywa transferable skills. Prowadziłeś spotkania, robiłeś raporty, jesteś dobry w słuchaniu i odpowiadaniu na potrzeby ludzi, umiesz mówić do publiczności? To najpierw napisz o tym w liście motywacyjnym, a potem powiedz rekruterowi. Może ten dyplom nie będzie najważniejszy.

9. I przypomnij sobie, co dobrego zrobiłeś kiedyś, dla kogoś za free.

Wolontariat, nawet minimalny, ma znaczenie. Poćwicz, czy umiesz powiedzieć choćby dwa zdania o tym.

10. I nie myśl, że się nie uda. Myśl, że się uda 🙂

Zmieniacie / szukacie (pierwszej, nowej, innej) pracy w tym roku? Grupa wsparcia by się przydała – może znajdziecie ją na FB?


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi ! Wtedy wiemy, co lubisz czytać !


Fundraising czyli jak w Kanadzie zbiera się pieniądze dla potrzebujących

Kwestować każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej.
Pomysły, jak zebrać pieniądze w (nie tylko kanadyjskiej) podstawówce oraz korporacji.

Zbiórka pieniędzy na cel dowolny, fundraising, zrzutka dobrowolna, co łaska panie.

Już niedługo w Polsce zacznie znowu grać WOŚP. Będzie głośno, wesoło, szlachetnie. Całe mnóstwo czerwonych serduszek, ciekawych akcji i aukcji, uśmiechu na twarzy i otwartych portfeli. I chociaż co roku kontrowersje wzbudza (zazdroszczą, ot co), to i tak Orkiestra będzie grała do końca świata i o jeden dzień dłużej.

Moja przygoda ze zbiórką pieniędzy zaczęła się własnie od Orkiestry.

Wczesna podstawówka, dwie przyjaciółki i brat (zgłosić się, czy pamiętacie) i plakat wymalowany na prześcieradle. Coś o rock & rollu, pieniądzach i miłości. Pamiętam mroźny styczniowy wiatr na twarzy, kiedy machałyśmy tym transparentem zatrzymując samochody. Pamiętam też uczucie niesamowitej dumy, kiedy udało się coś uzbierać. I później dorzucić do wspólnego koszyczka.

Oprócz Orkiestry niewiele mam innych doświadczeń w proszeniu o pieniądze. To raczej mnie prosili, np. o składki na komitet rodzicielski 🙂

Odkąd przyjechaliśmy do Kanady z ciekawością przyglądam się, jak ludzie tutaj zbierają pieniądze.

Akcji dla potrzebujących jest sporo, cały czas się coś dzieje. Znając już trochę mentalność Kanadyjczyków i ich podejście do wolontariatu i pomagania innym, nie dziwię się wcale, że zbiórki pieniędzy są na porządku dziennym. Kwestować każdy może, zarówno dorosły, jak i dziecko.

W szkole Krzyśka nie ma składki miesięcznej na komitet rodzicielski. Skąd więc PAC (Parent Advisory Council) bierze pieniądze np. na wycieczki szkolne czy dofinansowanie stołówki? No właśnie poprzez kwestowanie czyli fundraising.

Ale, ale, zbierają pieniądze nie prosząc o nie bezpośrednio! Czyli co robią, zapytacie.

Często organizowane jest kino szkolne, czyli Movie Night Out.

Na sali gimnastycznej, na ekranie wyświetlana kreskówka. Wstęp co łaska. Można na miejscu kupić pizzę i popcorn. Żeby było zabawniej, można przyjść w pidżamie (nie wiem w sumie dlaczego, no ale cóż szkodzi ). Wszystkie zebrane pieniądze idą na potrzeby szkoły. A pizzę i popcorn zwykle dostarcza najbliższy supermarket, który współpracuje ze szkołą nie tylko przy takich okazjach. Takie wieczorne oglądanie to także okazja to poznania sąsiadów, innych rodziców, wszystkich tych, którzy potem budują twoją społeczność (community). Zawsze sala wyładowana jest po brzegi !

Inną formą zbierania pieniędzy (nie tylko) dla szkoły są targi.

Zarówno rzeczy używanych jak i wyrobów własnych. Przynosisz to, co już niepotrzebne, sprzedajesz, a kwota idzie na fundusz potrzebujących. A co to wyroby własne zapytacie (nie wiem dlaczego to słowo mi się jakoś z wędlinami kojarzy)? To nie tylko rękodzieło. To również wypieki czy dania przygotowane przez rodziców/nauczycieli/uczniów sprzedawane na targach. Można popróbować ciasteczek mamy kolegi z klasy. I swoim chlebkiem bananowym się pochwalić. A przy okazji za te smakołyki pobrać niewielkie pieniądze, żeby pomóc.

Targom często towarzyszy loteria.

Można kupić jeden los, można dwa, a można i kilkanaście (tyle, ile wynosi długość łokcia). Potem takie losy uczestniczą w loterii 50/50, czyli wygrany bierze połowę uzbieranych pieniędzy. Raffle to także okazja, żeby oddać nieużywane rzeczy, które nam już nie posłużą, ale mogą dostać drugie życie u kogoś innego. A przy okazji przechodzenia z rąk do rąk, kilka toonie (2 CAD) czy loonie (1 CAD) wyląduje w skarbonce dla potrzebujących.

Wyścigi i zawody sportowe w szkole to również świetna okazja, żeby zebrać pieniądze.

Chociaż kontrowersją powiało, kiedy Krzysiek powiedział o ostatnim pomyśle na zbiórkę w biegu Terrego Foxa. Otóż żeby dzieciaki zmotywować do kwestowania, nauczyciele zapowiedzieli, że za każde 500 CAD zebrane w klasie będzie możliwość rzucenia ciastem w wychowawcę ! Albo w dyrektorkę. Nie wiem, czy Krzyś pamięta, na co wtedy zbierali, ale na pewno pamięta, komu z nauczycieli w śmietanie z ciasta było najbardziej do twarzy (sic!). Pomysł jest 😀

I jeszcze 3 pomysły tym razem z mojej pracy. Firma niejednokrotnie włączała się w akcje charytatywne. To norma, że kanadyjskie biznesy, i to wcale nie tylko to największe, kwestują, jak mogą i do pomocy zachęcają.

Quarter toss– czyli rzucanie ćwierćdolarówkami w stronę butelki wina. Czyja moneta jest najbliżej, ten wygrywa butelkę, a reszta monet idzie do potrzebujących. Dla niepijących (tak, tak, niematotamto) przygotowywana jest butelka dobrej wody gazowanej.

Bad tie day – płacisz dolara/dwa wpisowego, przychodzisz w baaaardzooo brzydkim krawacie, a w losowaniu możesz wygrywać połowę z pieniędzy za wpisowe. Wersja dla panien: Funny hut day, czyli kapelusik zamiast krawata.

Jeans day – płacisz dolara/dwa, żeby móc przyjść w dżinsach do pracy. Przydatne zwłaszcza jeśli dress code w firmie jest bardzo oficjalny. Uwaga: szorty raczej nie przejdą 😉

A Wy macie jakieś patenty na kwestowanie? Ciekawe doświadczenia w temacie? Ręką do góry a komentarz do okienka !

Do tematu jeszcze wrócę, bo jest o czym pisać. Tymczasem pozdrawiamy 🙂

[symple_box color=”blue” fade_in=”false” float=”center” text_align=”center” width=””]Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.[/symple_box]

PODZIEL SIĘ

Pogadajmy o pieniądzach – za ile $/h da się przeżyć czyli płaca minimalna w Vancouver

No ten tego, o pieniądzach. Stawka minimalna, stawka na (prze)życie. Nie jest za dobrze.

Ten post napisałam na jesieni 2015 roku, ale postanowiłam go nieco odświeżyć i uzupełnić, bo o pieniądze często pytacie w mailach; przykładowe pytanie od Was : czy damy rade żyć z jednej pensji (powiedzmy na początek ok 80 tys. dolarów), tak żeby można w weekend gdzieś pojechać- pozwiedzać i ew. cos odłożyć?

Nie jest łatwo odpowiedzieć na takie pytanie, bo każdy indywidualnie ustala sobie poziom życia i ile pieniędzy na niego potrzebuje.

W tym poście postaram się przybliżyć, jaka jest płaca minimalna w Vancouver. I czym się różni od stawki na życie.

Nie będzie tutaj typowych wyliczeń kosztów życia, ale nie wykluczam, że kiedyś o tym napiszę także.

Edit z 2017: Napisałam → Jak w Kanadzie wyjdajemy, oszczędzamy, kupujemy?


Najpierw o tym, czy w Kanadzie często rozmawia się ze znajomymi o pieniądzach.

W którymś z ubiegłotygodniowych wydań Metra przeczytałam taką o to  tezę, że kobiety wciąż zarabiają mniej od mężczyzn, gdyż za mało rozmawiają ze sobą o pieniądzach.

Powinnyśmy zdecydowanie więcej dzielić się danymi finansowymi, a nie tylko szkoła, dzieci, ciuchy, co na obiad i Top Model w Masterchefie.

Jakby któraś z dziewczyn miała ochotę na taką pogaduszkę o pieniądzach, proszę dać mi znać.

Do kanadyjskich znajomych jakoś wciąż nie mam śmiałości uderzyć z pytankiem: no a przy okazji, to ile zarabiasz? (No dobra, wiem, ile jedna moja koleżanka zarabia, ale z nią już chyba z pięć kaw wypiłam i mamy najdłuższy staż znajomościowy).

Sobie zatem kontynuując niezobowiązująco temat (może mi się pensja zwiększy magicznie, hę?), podzielę się z Wami, jak to jest w Kolumbii Brytyjskiej. Zasadniczo różowo nie jest.

Stawka minimalna wynosi 10.25 CAD [edit: przed kwietniem 2016 było to 10.45]

Od kwietnia 2016 roku kwota ta zostanie podniesiona o wskaźnik inflacji, czyli o kilka centów, raczej nie przekroczy 11 CAD, co sprawi, że Kolumbia Brytyjska będzie prowincją Kanady o najniższej stawce minimalnej.

*inflacja wzrasta o około 1,1%, natomiast wydatki na opiekę nad dzieckiem do lat 5 rocznie wzrastają o 3-4%.

To jest bardzo niewiele, stąd zapowiedź burmistrza, że pracownicy miejscy będą zarabiać około 20 dolarów za godzinę, gdyż to jest tzw. living wage, czyli stawka, która pozwala żyć, rachunki płacić, jedzenie kupić i mieć dzieci. Szczegóły możecie sobie doczytać (po angielsku) poniżej na zdjęciu i TU.

Ja w pierwszej kanadyjskiej pracy nie zarabiałam 20 dolarów na godzinę.

living wage, czyli stawce pozwalającej na godne życie dowiedziałam się więcej rozmawiając z menadżerką tej kampanii w marcu 2016.

Kolumbia Brytyjska oprócz niechlubnego tytułu prowincji, gdzie płacą najmniej, ma również najwyższy wskaźnik biedy wśród dzieci [podaję za stroną kampanii living wage for families]. Większość takich dzieci jest w rodzinach, gdzie oboje rodziców pracuje. Ale mimo że często pracują na cały etat lub też na dwa etaty, to ich płaca nie pozwala im na życie, a jedynie na przeżycie.

Stawka na życie to wynik kalkulacji dla rodziny czteroosobowej, gdzie rodzice pracują na pełen etat. Taki dorosły powinien zarabiać 20.68 CAD na godzinę, czyli jak łatwo policzyć, dwa razy więcej niż obecna stawka minimalna.

Co zawiera się w tej kwocie?

Podstawowe wydatki na wynajem mieszkania (największy koszt budżetu domowego), opiekę nad dzieckiem (drugi największy koszt), jedzenie, transport, ubranie, wydatki na urządzenia domowe, MSP (Medical Service Plan) plus rozszerzone ubezpieczenie zdrowotne, dokształcanie się i w końcu pewne formy rekreacji, czyli np. uczestniczenie w zajęciach w community centre czy wyjście na pizzę raz na jakiś czas.

Taka stawka NIE POZWALA na spłacenie długów, oszczędzanie na emeryturę czy wkład własny na mieszkanie, odkładanie na fundusz w razie wypadków. Według specjalistów nie jest to również kwota wystarczająca na godne życie rodziny z osobą niepełnosprawną czy zniedołężniałą.

Każdorazowo z  20.68 CAD rodzina 4 dolary przeznacza na child care, czyli zapewnieni opieki dziecku, które jeszcze nie chodzi do szkoły. Ani Kanada jako kraj, ani Kolumbia Brytyjska jako prowincja nie mają ogólnokrajowego/ogólnoprowincjonalnego programu opieki nad dziećmi przedszkolnymi (ale np. Quebec ma taki program), co oznacza w dużym uproszczeniu wolną amerykankę cenową i brak regulacji tego segmentu.  Jeszcze do tematu opieki zorganizowanej nad dziećmi wrócę.

Przykłady innych działań na rzecz podniesienia stawki godzinowej czy obniżenia kosztów życia w B.C.:

Fight for 15 CAD

Ponad połowa ogłoszeń o pracę z 2015 przeanalizowanych przez animatorów kampanii proponowała stawki poniżej 15 CAD/h. Ta kampania chce to zmienić i wywindować stawkę minimalną do poziomu co najmniej 15 CAD za godzinę

$10 a Day child care

Twórcy tej kampanii społecznej apelują do rządu prowincji o ustalenie kosztu opieki nad dziećmi na nie więcej niż 10 dolarów za dzień. Biorąc pod uwagę fakt, że przedszkoli i żłobków jest niewiele i są one mocno oblegane, te które są , często dyktują bardzo wysokie ceny i nie ma żadnych regulacji prowincjalnych w tym zakresie. Rodzice płaczą i płacą, a potem zarabiają na to, pracując na dwóch etatach.

Podsumowanie

Przy dwóch osobach, które mają po 10 CAD za godzinę,  nie da się wynająć mieszkania w Vancouver (1750 CAD za miesiąc) i zapłacić za żłobek  (825 CAD za miesiąc). Pewnie, że jeśli się kształcisz, zdobywasz tutejsze uprawnienia, w końcu stawka godzinowa idzie w górę. Ale na początku stoi w miejscu. A rachunki się muszą zapłacić.

Więc już do znudzenia napiszę – proszę sobie zrobić podstawową matematykę, zanim się kupi one way ticket do kraju klonowych liści.

Żeby pesymistycznie nie kończyć. Pensje może i są głodowe czasami, ale jest też siatka pomocowa dla tych, co nie dają rady, ale nie o tym jest ten wpis, więc się rozwodzić nie będę.

Niechże wszyscy biorą przykład z burmistrza i stawkę większą niż minimalna proponują. Pełna lista takich fair pracodawców jest dostępna na stronach kampanii.

Ten post jest najczęściej czytaną treścią na blogu. Masz pytanie o pieniądze? Daj znać w komentarzu!

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Pracy szukanie i znajdowanie w Vancouver – moje obserwacje na początku emigracji

Najlepiej jest oczywiście przylecieć na gotowe. No ale co, jak się nie da? Kim być (zawodowo), żeby kimś być?

Napisałam ten post latem 2015, kiedy po trzech miesiącach pracy poprzez agencję pracy, firma zatrudniła mnie na stałe. Spisałam, co przyszło mi do głowy, czytając ogłoszenia o pracę, artykuły blogowe, informacje na LinkedIn, czy wreszcie słuchając historii wokół mnie.

Szukanie pracy w Vancouver to pestka dla osób z IT

Jak jesteś tym pożądanym tutaj (czytaj: programistą) to krótka rozmowa przez skype albo przez telefon jeszcze z Polski, (twoje) negocjacje, decyzja i już.

Wszystko za ciebie radośnie załatwia firma.

A jest co załatwiać :

  • ✔ Firma musi wystąpić o rodzaj zezwolenia na sprowadzenie obcokrajowca do pracy LIMA  (czytaj: nie było Kanadyjczyków którzy się nadają, więc zapłacimy 1000 CAD urzędowi emigracyjnemu, żeby w pozwolił pracownika z Polski zatrudnić, i to jak najszybciej).
  • ✔ No i już można pakować walizki, pozwolenie na pracę (inaczej wiza pracownicza) otrzymuje się na granicy (koszt około 150 CAD).

Wszystko fajnie, o ile pracodawca jest ok. Bo jak nie jest, i chce się z tej pracy odejść, to pozwolenie na pracę wygasa z automatu i nowy pracodawca musi występować o LIMA od początku.

No ale dobrze, dla potrzeb wpisu załóżmy, że posiadacz oferty pracy i pozwolenia na nią jest na miejscu, szczęśliwy, pracuje sobie i nic go nie obchodzi. To teraz żona (albo mąż oczywiście), czyli ten, co to pracy nie miał zagwarantowanej.

Czyli ja.

Jak ma przy okazji pracy małżonka załatwione przez jego firmę open work permit (czyli pozwolenie na pracę u dowolnego pracodawcy), to już jest coś.

Nawet jak zawód wyuczony nie tego, słabo jest poszukiwany. Język węgierski to raczej nie ta strona świata (z wykształcenia jestem magistrem hungarystyki i nie, nie jest to nauka o głodzie)

  • → to zawsze jest szansa w McDonalds czy Starbucks, dlaczego nie?

Najważniejsze to zacząć szukać, zacząć od byle czego, to się tutaj nazywa surviving job, czyli byle przeżyć, byle trochę doświadczenia kanadyjskiego mieć, byle się zaczepić.

#1

Zatem jak wygląda szukanie pracy w Vancouver? – polecam bibliotekę jako punkt wyjścia.

Znajdziesz tu:

  • darmowe kursy,
  • ocena CV i listu motywacyjnego,
  • warsztaty kariery.
  • i jeszcze wsparcie, oraz pełno innego dobra (biblioteka się kiedyś doczeka swojego wpisu, bo ja jestem psychofanką biblioteki publicznej)

W każdej bibliotece się odbywają, a w Centralnej to nawet cyklicznie. A także są miejscem, gdzie mówi się o innych miejscach, gdzie można się o kanadyjskiej pracy dowiedzieć i o pracę dowiadywać.

#2

No ale jeśli z racji bycia Polakiem jest się super przywiązanym do niezapomnianej obsługi z Powiatowego Urzędu Pracy, to proszę bardzo, można się wybrać do ośrodków rządowych, które pomogą w poszukiwaniach.

Tylko nie oczekujcie po nich bezsensownie długich kolejek, sfochowanej pani w okienku i nieaktualnych ofert dla spawaczy. To raczej kameralne kafejki WorkBC Centre, gdzie można skorzystać z internetu, ksero, kawy i wiedzy fachowej wolontariuszy, którzy pomogą podrasować cefałkę pod kanadyjskie standardy. Oczywiście bezpłatne.

No dobrze, więc popijamy sobie kawę, a pracy ani widu, ani słychu, no jakże to nie chcą nas i naszych wspaniałych umiejętności??? I to zagranicą??? A miało być łatwiej o pracę, niż w Polsce?!

I wtedy przychodzi ten moment, kiedy sobie uświadamiasz, że takich imigrantów jak Ty są setki, a kolejni czekają w kolejce, że niemalże co drugi z Azji chce do Kanady, no i pracę też chce, oczywiście.

A ludzie z Europy Zachodniej, myślicie, że ich tutaj nie ma, o nie, też jest ich sporo, w końcu pozwalniali te miejsca pracy w UK i w Irlandii, które teraz Polacy zapełniają.

#3

Dalej w temacie – przydaje się networking

Czym by nie był:

  • → ściana płaczu gdzieś w polskim sklepie/kościele,
  • → znajomi zaczepieni na ulicy,
  • → czy też profil na LinkedIn (Twiterze, Instagramie, Fejsie i gdzie tam sobie jeszcze chcesz też).

Jak kogoś poznajemy przy okazji wyżej wymienionych czynności (biblio czy kawka), to kontakt zapisany, mówimy, że jesteśmy specjalistą w tym czy w tamtym, i żeby jak ktoś coś słyszał, to my jesteśmy bardzo chętni.

Ja o sobie powiedziałam m.in. pastorce z kościoła i przelotnie poznanej mamie na placu zabaw, i po jakimś czasie dostałam info o pracy, która nie była nawet ogłaszana!

#4

To, co teraz robię, również  jest zasługą rekrutacji szeptanej (hihi), ktoś mnie znał i znał kogoś, kto chciałby mnie poznać.

Miałam dwie rozmowy kwalifikacyjne, przeszłam background check (czyli pytają poprzedniego pracodawcę o mnie, i sprawdzają mój dyplom z UW) i dałam ofertę.

Na początku  byłam zatrudniona przez agencję pracy, obecnie podpisuję stały kontrakt z tutejszym pracodawcą. Robię to, co robiłam (kiedyś) w Polsce, ale o szczegółach może innym razem. Teraz cieszę się, że pracuję, choć stawka godzinowa nie powala, jak pracownik tymczasowy nie mam żadnych przywilejów pracowniczych typu płatny urlop :). Ale to jest pierwszy krok, put your feet into the door, pracuję.

Tytułem podsumowania: praca nie leży na ulicy, nie ma co śnić na jawie, tylko zrobić porządny wywiad, kogo potrzebują i z jakimi umiejętnościami. Zawsze też można zacząć od wolontariatu, to jest bardzo dobrze widziane.

Żeby zacząć. Potem się zobaczy 🙂


Przeczytaj inne posty o pracy w Kanadzie:

  1. Praca – poradnik
  2. Napisz CV czyli resume
  3. Słowo o agencji zatrudnienia
  4. 10 wskazówek co robić w Peak Hiring Season
  5. Szczegółowo jak pracy w Vancouver szukałam
  6. Kanadyjskie wykształcenie i doświadczenie – ważne?
  7. Kanadyjski start-up

Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.

3 ciekawostki , czyli gdzie pracować jak nie w kanadyjskiego korporacji?

Wpis z cyklu “ciekawostki i drobiazgi okołopracowe”. Myśli przewodniej brak. Ale za to jest coś innego 🙂

Ten post został odświeżony latem 2016 i połączony z dwoma, równie luźnymi tematami “okołopracowymi”. Mam nadzieję, że teraz będzie się dobrze czytało 🙂

W Vancouver jak się okazało, da się pracować nie tylko w korporacji !

Dobra, nie bijcie, wiem, ten lead taki se. Przecież nie każdy chce i musi pracować w korpo. To w zasadzie nie jest wcale post o kanadyjskiej korporacji i jak się w niej pracuje. Może o tym więcej będzie kiedyś.

W tym, jak widać po wstępnie, odświeżonym poście, będą trzy różne i luźne uwagi-ciekawostki. Poważnie o pracy to tutaj i tutaj, i tutaj też.

#1

Popatrzcie na małą tylko scenkę, godzinę zaledwie z dnia matki i pracownika. Szukasz w Kanadzie work-life balance? Się zastanów trzy razy.

Kończę o 16, wybiegam, trasę z google maps rozpisaną na 8 minut, przebiegam w 4, wpadam pędem na peron kolejki, trącając ludzi po bokach, wsiadam do kolejki, jadę 4 przystanki, wypadam modląc się, żeby ekspresowy autobus jeszcze nie odjechał, biegnę na przystanek, okazuje się, że właśnie ruszył (autobus), wiec biegnę do kierowcy z błagalnym spojrzeniem, on na mnie patrzy dziwnie i pokazuje na tył, gdzie właśnie podjeżdża drugi ekspresowy, wiec biegnę do drugiego, jest 16:24 i zostało mi 6 minut na odebranie Maćka ze żłobka, wiec tylko się modlę, żeby nie było robót drogowych, bo korki są na szczęście w drugą stronę, potem wyskakuję na przystanku ekspresowym, biegnę dwa przystanki zwykle,  do żłobka (dobrze, że w dół), jest 16:30, czasem 16:31, ufff, odbieram Maćka i świńskim truchtem biegniemy dwie przecznice w dół po Krisa, co jest w świetlicy, żeby go odebrać, dobiec do domu, zjeść coś, przebrać się i na 17 pójść na jujitsu na druga stronę ulicy.

no to chyba z lekka tłumaczy, czemu czasami czuję się jak zombi….

bo niestety rzeczywistość skrzeczy – jest jak w tej piosence.

W sumie to mogę zostać poddana takiemu sprintowi po-pracowemu, bo i tak korpofartuszek taki se:

W roli obuwia eleganckiego i nie tylko, występują również japonki czy sandały, nierzadko w zestawie z puchówką, bo jednak poranki zimne dość. Makijaż minimalny, wersja maxi tylko na dziewczętach w wieku na oko gimnazjalnym.  Zasada w makijażu: im młodsza dziewczyna, tym mocniejszy make up, a już koło cheerliderek to strach przejść, takie wymalowane (aż się zdziwiłam, że to przecież chyba podczas ćwiczeń, się rozmyje, choć może to jakieś specjalne kosmetyki są ???)

Szału nie ma. Zasadniczo.

kanadyjska korpomatka Kanada się nada

Ale może dlatego, że moje obserwacje dotyczą w większości ludzi poruszających się po okolicy najbliższej, czyli Mount Pleasant, gdzie jednak żyje się inaczej niż w centrum Vancouver. Domy są niższe, nawet wieżowce są przyjemniejsze jakoś tak, większe parki i szersze ulice. Biurowce światowych korporacji onieśmielają w Downtown, i pewnie korpopanie i korpopanowie mają inne, bardziej oficjalne korpofartuszki. Jak zobaczę, to obfocę i potwierdzę.

#2

Jak nie korpo, to co? Może armia kanadyjska?

Znalezione w serwisie ogłoszeń o pracę. Wymagane jest obywatelstwo, więc dla tymczasowych imigrantów nieteges. Wynagrodzenie też nie powala (minimalna stawka w BC to trochę ponad 10 CAD za godzinę).

No ale mundur jest, a za mundurem jak wiadomo panny sznurem……

#3

I w końcu żadna to praca, ale też można zarobić, czyli dorabianie przez badanie.

Dorabianie do pensji, dodatkowy dochód, albo po prostu zabawa i chęć pomagania – udział w badaniach. I nie chodzi o badania kliniczne, ani testy leków.

Zupełnie przypadkiem trafiłam na badania prowadzone online przez Uniwersytet Kolumbii Brytyjskiej, a konkretnie przez centrum badań nad rodzicielstwem.

Za wypełnienie ankietki (20 minut maks) dostałam czek na 15$. Jupikajej. Pochwaliwszy się koleżance w pracy, dowiedziałam się, że to nic specjalnego, że sporo ludzi uczestniczy w badaniach, zwłaszcza studenci. Koleżanka to nawet wybredna była, brała udział nie tylko w badaniach online, jeździła na kampus  (całkiem spory kawałek drogi), ale tylko wtedy jeśli za badania dostawała nie mniej niż 40 dolców 😉

Tak więc tak.  To koniec okołopracowych drobiazgów. Jeśli coś zainteresowało Cię bardziej, zapytaj w komentarzu. Pozdrawiamy !


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać

 

Vancouver is awesome?! Powiedz nam, jakie jesteś Vancouver?

Wracać czas – Warszawa lepsza niż Vancouver?

Ten post najpierw ukazał się na portalu Klub Polek na Obczyźnie.

Jakie jesteś Vancouver? Nasze-nie-nasze?

Zachęcamy do obejrzenia tego filmiku, tak na dobry początek. W filmie w zabawny sposób pokazani są mieszkańcy Vancouver. A kto, jak nie mieszkańcy, najlepiej odpowie na pytanie, czym jest miasto i czy Vancouver jest wspaniałe.

Poniżej, w wyliczance,  znajdziecie sporo punktów opisanych na podstawie tego filmu. So true!

Nie jest to typowa lista plusów i minusów, chociaż na dole trochę będzie o tym, czy mieszkańcy Vancouver są nieszczęśliwi. A warszawiacy są?

To zaczynamy wyliczankę

W Vancouver mieszkańcy narzekają na pogodę.

Jak deszcz, to źle, jak słońce, to za gorąco. Miasto z racji położenia nad Pacyfikiem, z górami za plecami, ma dość łagodny klimat jak na kanadyjskie standardy. Stąd często pada.

I dlatego Vancouverczycy  mogą poszczycić się sporą kolekcją parasoli, a na tutejszym uniwersytecie pojawił się biznes w postaci wypożyczalni parasoli poprzez aplikację na smartfonie. Nie ma co, bez parasola ani rusz w mieście, które z powodu deszczu otrzymało ksywkę Raincouver.

Jak pada, to pada, stąd dzieci z Vancouver mają niewielkie szanse na White Christmas.

Ale nie ma co płakać, śniegu można szukać na któreś z okolicznych gór: Grouse Mountain, Seymour Mountain czy Cypress Mountain.

Funkcjonują tam przyjemne kurorty narciarskie, gdzie każdy może poznać uroki szusowania.

A do miejscowości Whistler, mekki snowboardzistów, gdzie odbyła się olimpiada w 2010, jedzie się niecałe dwie godziny, w bonusie otrzymując przepiękną widokowo drogę Sea to Sky.

Olimpiada 2010

To jest takie wydarzenie, które na stałe wpisało się w historię miasta. Najlepszy czas ever dla wielu Vancouverczyków. Dowodem niech będzie nieustająca miłość do tamtych chwil, czule pielęgnowane wspomnienia, obecność olimpijskich gadżetów w ofercie sklepów i oblężenie Wioski Olimpijskiej w Whistler. Trudno się dziwić – Kanadyjczycy zdobyli wtedy 14 złotych medali, co sprawia, że są rekordzistami w tej kategorii.

Oprócz tematu Olimpiady emocje sięgają zenitu, kiedy Vancouverczycy rozmawiają o hokeju.

Logo drużyny Vancouver Canucks jest obecne wszędzie, od przedmiotów użytku codziennego, po deklaracje na autobusach w dniu meczu: Go Canucks, go! Każdy mieszkaniec ma swoich ulubionych zawodników, a kiedy w Rogers Arena odbywają się mecze, to korki wieczorową porą gwarantowane!

O korkach i jakości jazdy w mieście też można sporo powiedzieć.

Korki skutecznie utrudniają funkcjonowanie w wąskim Downtown. Stąd plany Urzędu Miasta i zachęta burmistrza, żeby przesiadać się na rower.

Miasto oferuje dobrze rozwiniętą siatkę ścieżek rowerowych, które pozwolą przebić się przez Śródmieście, świetne trasy nadmorskie oraz możliwość przewożenia rowerów w autobusach i metrze. Zatem zamiast kisić się w samochodach,

Vancouverczycy przemieszczają się rowerami, jakże zdrowym środkiem transportu.

A zdrowie, zdrowe rzeczy, to jest to, co tutejsi mieszkańcu lubią najbardziej.

W Vancouver każdy biega, chodzi na siłownie, jeździ na rowerze, nartach, pływa po Pacyfiku kajakiem czy paddle board (rodzaj łódki z wiosłem, na której się stoi) czy praktykuje jogę w którymś z licznych parków.

Mieszkańcy dzielą się przepisami na sałatkę z jarmużem czy polecają sobie rodzaje wody kokosowej, rzucając hasłami: shop organic i shop local.

Dobrze jest być w Vancouver hipsterem, w któreś z rozlicznych kafejek, pochylonym nad laptopem z jabłuszkiem.

Miasto jest mekką dla młodych ciałem i duchem, otwartym na wszelkie pomysły i inicjatywy.

A jeśli jeszcze do tego jesteś specjalistą w IT, Vancouver jest miastem idealnym.

Przygarnie cię któryś ze start up’ów technologicznych, wyrastających tutaj jak grzyby po deszczu, czy odział firmy z Doliny Krzemowej, przeniesiony do Vancouver ze względu na tańsze podatki i tę samą strefę czasową.

Pracę da się znaleźć.

Ale tanie mieszkanie już niekoniecznie.

Na wiosnę echem w całej Kanadzie odbiła się akcja mieszkanki Vancouver #DontHave1Million, nagłaśniająca problem młodych ludzi , których nie stać na mieszkania, bo ceny tychże sięgają kosmicznego pułapu.

Rynek nieruchomości skutecznie zniechęca do pozostania w Vancouver, stąd wielu młodych przenosi się do miejscowości ościennych: BurnabySurreyRichmond. Zresztą nie tylko młodych.

Jak pokazują badania urzędu statystycznego StatCan, Vancity niestety najmniej szczęśliwym miastem w Kanadzie.

Jak to, zjawiskowe położenie, pomiędzy górami a oceanem, ulice z kwitnącymi wiśniami, jak to możliwe, że tak urokliwe okoliczności przyrody nie wzbudzają zachwytu i poziom szczęścia nie oscyluje gdzieś w granicach kosmosu?

→ Mieszkańcy Vancouver są nieszczęśliwi, bo nie ma szansy na kupno mieszkania w Vancouver.

Większość milleniasów (czyli około 30stki) albo wynajmuje, albo mieszka w miejscowościach ościennych, no ale znowu w takim Surrey, to strach się bać mieszkać, bo tam od marca trwa wojna  hindusko-somalijsko-kanadyjskich gangów narkotykowych i już 12 osób straciło życie w strzelaninach.

Nie stać cię na mieszkanie, a na dodatek cały czas pada, więc jak, jak panie premierze Harperze, żyć i być szczęśliwym?

Odkąd jesteśmy tutaj, deszczu nie było wcale więcej niż w Polsce. [edit z 2016-2017 – padało przez 5 miesięcy, średnio 28 dni w miesiącu. Taaaaa]

Zatem mimo, że mieszkamy w najmniej szczęśliwym mieście Kanady, to mamy szczęście, że nie padało tej jesieni-zimy-wiosny tak jak padać powinno.

Badania pokazały, że najszczęśliwsi Kanadyjczycy mieszkają w Quebecu, w miastach poniżej 250 tys. mieszkańców. 

Oczywiście oficjele na wieść o raporcie nie mogli się powstrzymać od podsumowania, że nawet jeśli mieszkańcy są nieszczęśliwi, to i tak szczęśliwsi od statystycznego obywatela innego kraju niż Kanada. Prawda to?

Vancouver a Warszawa

Jeszcze jedno ciekawe info  z kwietnia 2015:

Warszawa w pierwszej piętnastce najlepszych miast do życia dla 30latków. A Vancouver za nią ! Na 17. miejscu.

Toronto na 6. miejscu, najwyżej w Kanadzie.

Pytać? Nie pytać? Dobra, zapytam 🙂 – Jak myślicie, które miasto lepsze?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.