Jak być fit w Vancouver? Prosto, sportowo, darmowo. Plus emocje, a właściwie wyścig

Ćwiczyć czy nie ćwiczyć, oto jest pytanie. Jeśli chcesz się dowiedzieć, jak być fit w Kanadzie, mam dla ciebie krótką listę. Spodoba się.

 

Z wrześniem jest jak z nowym rokiem – lubię robić plany. I postanowienia. Że coś zmienię i coś się zmieni. Na lepsze oczywiście. 

Zwłaszcza, że po obżarstwie wakacjach w Polsce, moim numero uno jest zadbać o siebie i chłopaków, czyli więcej się ruszać, czyli być fit!

Miesiąc wrzesień, oprócz hasła “szkoła woła”, sponsoruje zawołanie: ruch to zdrowie! I nie ma że boli, że drogo, że coś tam jeszcze.

Kto ze mną?

Uwaga: w poście będzie trochę pokrzykiwania trenerskiego rodem z boiska. Wiesz, zagrzewanie do boju i motywacja do działania. Się przygotuj.

Być fit w Vancouver jest bardzo prosto. I często zupełnie za darmo.

Mieszkać w Vancouver i nie uprawiać żadnego sportu, nawet nie spacerować, jest bardzo trudno. No, nie wypada wręcz 😉

Za ładnie jest miasto położone, za blisko do góry i na plażę, za dużo ścieżek, gdzie się nie stoi jak w kolejce na Giewont.

[ chociaż po prawdzie, jak się idzie na Quarry Rock, to bywa tłoczno. Albo na Grouse Mountain. Wciąż jednak można znaleźć miejsca zupełnie odosobnione.]

I ta presja tłumu. Kanadyjczycy są aktywni na serio, biegają, grają w piłkę, jeżdżą na rowerach, pływają, chodzą na siłownię.

Od ogółu do szczegółu, czyli jak żyć sportowo i co najbardziej mi się podoba ❤ w Vancouver (i często jest powszechne w Kanadzie)

Lecimy w punktach. Bo ławiej się czyta. Podobno.

  • Dostępność siłowni, albo i nawet basenów w budynkach mieszkalnych, dla mieszkańców. W naszym budynku, starym jak świat (albo i starszym) jest siłownia. Byliśmy może z 5 razy, choć całkowicie za darmo, otwarta całą dobę, tłumów nie ma, a jest sporo sprzętu, choć akurat bieżni nie (ale głupia wymówka, c’nie?). A mieć basen w budynku to już w ogóle miodzio, wiem, bo przez tydzień mieliśmy taki w Downtown [westchnięcie].

Sprawdź, czy masz w budynku swoim siłownię / basen.

 

  • Publiczne fontanny wody pitnej – mega pomysł. Dzięki niej można zaoszczędzić sporo pieniędzy, bo nie trzeba kupować butelkowanej wody mineralnej w cenie od 1,5 CAD w górę. A i matce na spacerze pomoże ogarnąć nagłe pragnienie dziecka, które musi zostać ugaszone natychmiast (pragnienie, nie dziecko). Taka fontanna składa się z małej misy i zaworu, ustawionego tak, aby dorosły mógł się napić bez używania kubka. Albo dziecko, albo pies (bo na takich wysokościach też się montuje fontanny). Często jest specjalny kranik na napełnienie bidonu, bo z butelkami na wodę chodzą tutaj wszyscy.  Fontanny stoją zarówno na zewnątrz i wewnątrz budynków sportowych też. Niektóre działają nawet zimą.

Miej przy sobie butelkę z wodą – będziesz wyglądać na lokalasa!

 

  • Publiczne korty tenisowe, skateparki [tak to się pisze?], boiska sportowe przy szkołach. Spośród wszystkich obiektów, parków i boisk tylko kilka jest płatnych. Większość jest dostępna, niezamykana na noc.

Nas spotkasz najczęściej na boiskach przy szkołach:

  • → Mount Pleasant Elementary (kort tenisowy, boisko trawiaste do piłki nożnej, plac do koszykówki);
  • → Simon Fraser Elementary (skatepark, wygumowany plac do koszykówki, świetne 3 place zabaw).

Nie ma wymówki, że za daleko. Szkoła jest za rogiem!

 

  • Bezpłatne parki wodne (spray parks, splash pads) przy szkołach czy ścieżkach spacerowych. To rodzaj placu z fontannami, sikawkami do polewania się, małymi brodzikami, a czasami nawet ze zjeżdżalnią. Nie są tak ogromne jak parki wodne i nadają się nawet dla małych dzieci.

Czynne latem. Nie ma na nich ratowników.  Sprawdzone przez nas i popularne to:

  •  → Granville Island Water Park w parku przy Granville Island. Są zjeżdżalnie!;
  •  → jeśli często bywasz w parku Stanleya, zwłaszcza rowerem, to taki park jest mniej więcej w połowie ścieżki rowerowej Seawall;
  •  → przy muzeum z prawdziwym pociągiem i placu zabaw w Steveston;
  •  →  Prince Edward Spray Park przy szkole David Livingstone;
  •  → przy Marpole Community Centre;

Każdego lata jesteśmy przynajmniej kilka razy w zwykłej fontannie w parku Robson. Pracownicy wymieniają wodę średnio co godzinę.

W czasie wakacji często w okolicy są dodatkowe atrakcje, organizowane przez miasto. Wspólne kolorowanie, gry w piłkę, wyścigi na jeździkach, czy hot dogi sprzedawane przez nastolatków. A także koncerty lokalnych artystów. Za darmo lub za niewielką opłatą można spędzić czas jak na pikniku.

Lubisz wodę? Idź się popryskaj!

 

  • Centra sportowe. Jedna opłata i korzystasz ile wlezie. Albo i bez opłat.

Miejska siłownia, basen, lodowisko, sala do tańca, sala gimnastyczna – mogą występować pojedynczo lub w różnych kombinacjach. Najlepiej znaleźć community centre koło siebie i zobaczyć, jakie zajęcia mają w ofercie.

  • → Na tej miejskiej stronie wyszukasz większość zajęć sportowych po rodzajach zajęć LINK
  • → Na tej stronie masz spis wszystkich obiektów sportowych i community centre LINK
  • → Kiedy już znajdziesz zajęcia dla siebie, rejestrujesz się poprzez system Vancouver Recreation LINK

Rejestracja na zajęcia to jest osobny temat. Emocjonujący dość, wręcz jak obstawianie wyścigów, uda się czy nie?

Zajęcia popularne, takie jak nauka pływania czy nauka jazdy na łyżwach zapełniają się w mgnieniu oka. Teoretycznie są trzy możliwości rejestracji: online, telefonicznie i osobiście. Jednak w praktyce warto tuż przed 9 rano, w dniu rejestracji, być na stronie Vancouver Recreation i zarejestrować dzieci od razu. Bo o 9:05 już często jest pozamiatane.

Stąd te emocje, hehe, palec na klawiaturę, karta kredytowa w pogotowiu i jeszcze tylko: 5…4…3…2…1… bach, zajęcia lądują w koszyku.

Ale tak zupełnie serio nie musisz się stresować – takie atrakcje najczęściej mają miejsce w Hillcrest Community Centre (które jest równocześnie Hillcrest Aquatic Centre oraz Hillcrest Rink).

W innych obiektach dużo łatwiej o miejsca. Rejestracja ma miejsce kilka razy do roku, więc jak nie te zajęcia, to będą następne.

Wskazówka ode mnie: jak masz dwoje dzieci do zarejestrowania na zajęcia, zacznij od najmłodszych. Na zajęciach dla maluchów jest mniej miejsc w ogóle, a chętnych zawsze najwięcej.

Sprawdzone przez nas miejsca:

  • →  basen: Britannia Pool (zimno zimą, potrzebna kłódka do szafek w przebieralni), Kerrisdale Pool (zimno, potrzebna kłódka do szafek w przebieralni ), Hillcrest Aquatic Centre (love, love, love, nowocześnie, ciepło, dużo miejsca);
  • →  lodowisko: Trout Lake Community Centre (ok, blisko bistrokawiarnia, ładne i nowe), Britannia Rink (ok minus, przydałby się remoncik), Kerrisdale Rink (ok minus, przydałby się remoncik), Hillcrest Rink (byłoby ok ok, ale tłumy takie, że ciężko się przebierać, więc w sumie tylko ok);

A jeśli nie uda się Wam zapisać na zajęcia to nie ma co płakać, tylko wybrać się na lodowisko czy basen kiedy są “godziny dla publiczności” (public skating and ice-hockey, public swimming).

Możesz kupić bilet jednorazowy, wejściówkę na miesiąc (nielimitowana liczba wejść monthly pass) lub karnet 10 wejść. Sprawdzaj stronę miasta Vancouver, bo co jakiś czas pojawiają się promocje, np. 50% off.

Osoby o niższym dochodzie mogą wykupić zajęcia ze zniżką. Szczegóły w linku.

Przykładowy cennik:

  • cykl zajęć pływackich (10 spotkań) – około 70 CAD,
  • nauka jazdy na łyżwach około 50 CAD.
  • wstęp jednorazowy na lodowisko z wypożyczniem łyżew : 10 CAD

Znajdź najbliższe community centre!

  • Za darmo zupełnie – plaże, parki, szlaki. 

No i co ja Ci będę pisać o wyjściach i wycieczkach, jak o tym co drugi post jest. Przypominam jedynie, że listę naszych wyjść w okolicy obejrzysz po kliknięciu kategorii WYCIECZKI w menu na stronie głównej.

I nie zapominajmy o nartach! Do końca września karnety na wiele okolicznych szczytów kupisz za połowę ceny!

Także tak.

Koniec wymówek. Ruszasz w miasto, albo poza miasto!

A jak szukasz partnerki, daj mi znać. W przyszły wtorek testuję zajęcia: Adult Jazz Dance. Więc wiesz, możesz mnie namówić na wiele 😉


***

PS. W Vancouver jest Groupon! Przetestowałam w ten sposób już dwa studia jogi. Całkiem przyjemne zniżki!

Ps2. Dwa polecenia, bo znam fajne Polki, które w Vancouver zaproszą Cię do ruchu:

***


Mam prośbę do Ciebie. Jeśli uprawiasz sport o którym nie napisałam, daj znać, jak to wygląda w Vancouver. Razem stworzymy post o aktywnym życiu w naszym mieście. Ktoś ci za to podziękuje!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Jak w Kanadzie oszczędzamy, kupujemy i wydajemy

Dużo słów o pieniądzach, czyli na co wydajemy te słynne góry dolarów.

Wiesz, jaki wpis jest numero uno bloga? O ten. O stawce minimalnej w B.C.

Kilkakrotnie zastanawiałam się, jak ugryźć pisanie o pieniądzach. Temat ciekawi wielu. Wiadomo, bez pieniędzy się nie da. Kanada czy nie Kanada (się nada; wiem, głupie, nie mogłam się powstrzymać, ja uwielbiam bzdurne rymowanki)

W mailach do nas temat finansowy przewija się najczęściej. Pytacie o koszty życia w Kanadzie, w Vancouver, o to, ile nasza czteroosobowa rodzina wydaje i jak jest nasz status materialny.

Musiałam w końcu napisać o tych górach dolarów, do których mi tylko złotych grabi brakuje (do grabienia tychże).

I pewnie będę tutaj dopisywać kolejne “mądrości”. Więc ustaw sobie jakieś przypomnienie, czy cuś, żeby co jakiś czas sprawdzić, ile to Jeziorska wydała.

Zwłaszcza po ostatnim piątku, kiedy radośnie nie przeczytałam polisy ubezpieczeniowej i 150 CAD poszło na króciuchną wizytę u dentysty…
Ej, miało być jak w Kanadzie oszczędzamy, kupujemy i wydajemy a nie o dentyście.

[no chyba, że chcesz wciąż o dentyście. To wtedy tu KLIK]

Nie jest mi łatwo dzielić się wiadomościami finansowymi z dwóch powodów:

  • → nie potrafię szczerze i bez wewnętrznej blokady pisać publicznie o zarobkach i wydatkach. W tej kwestii niedoścignionym wzorem jest dla mnie Michał z bloga jakoszczedzacpieniadze.pl – guru finansów osobistych i mistrz transparentności w gospodarowaniu pieniędzmi. Mi zawsze wychodzi tak trochę głupawo i wstydliwie.
  • → nie prowadzę budżetu jako takiego, choć wspomniamy Michał pokazuje, że to dobry przykład. Więc nie mam jak ci konkretnych paragonów pokazać. [ja tu tylko sprzątam]

 


Ten wpis ukazuje się teraz nieprzypadkowo. Kilka dni temu (a jest początek lipca 2017) bank, w którym mamy kredyt hipoteczny na mieszkanie w Warszawie (od 2011), podzielił się z nami dobrą wiadomością – została nam 1/3 całości do spłacenia!

Jupi, szampan i kokosanki, jest co świętować, bo kredyt wisi nad nami jak miecz Damoklesa. Ale już trochę mniej dynda.

Mimo dobrej informacji, nie jestem specjalnie radosna, bo mój udział w spłacie od czasu przyjazdu do Kanady był, niestety, więcej niż minimalny. Pracowałam, owszem, ale krótko. Taka już jestem, że lubię mieć swoje pieniądze i być współodpowiedzialną za finanse. A w Vancouver zarabianie mi nie wychodzi.

Tak sobie podyskutowaliśmy z Kubą na tematy (nie)zasadnicze, czyli o tym, na ile Kanada sprawdziła nam się jako kraj emigracji zarobkowej. Przed przylotem podstawowe wyliczenia wskazywały, że sięgniemy po polskie oszczędności zaraz na początku. Liczyliśmy się z tym, że przyjdzie nam wydać wszystkie nasze dotychczas oszczędzone pieniądze, żeby zrealizować pomysł na Kanadę.

Pensja Kuby, który, przypominam, został tutaj ściągnięty jako pracownik wysokowykwalifikowany, na papierze wyglądała zachęcająco.  Ale Vancouver okazało się być bardzo drogim miastem do życia dla czteroosobowej rodziny. To jest jak stały motyw życia w tym mieście – najlepsze miasto, a jednocześnie mało kogo stać na cokolwiek.

Udało nam się nie ruszyć polskich pieniędzy i do dziś utrzymujemy się z pensji Kuby plus co miesiąc spłacamy zobowiązanie hipoteczne z Polski.

Mieszkanie w Warszawie wynajmujemy, ale rata kredytu i inne wydatki mieszkaniowe (podatek, ubezpieczenie, opłata roczna, czynsz) są wyższe niż kwota wynajmu.

Na krótko nasz budżet zasilała moja kanadyjska pensja (około 20 tys. CAD brutto rocznie). W tym momencie wynagrodzenie roczne Kuby to trochę ponad 100tys. CAD brutto.

Tutaj sprawdzisz, ile wynosi średnia dla software engineer w Kanadzie.


Co kupujemy i jak żyjemy, żeby mieć na ratę kredytu?

1. Wydatki na mieszkanie

Gdzie mieszkamy?

Od września 2014 roku mieszkamy w tym samym miejscu. Wynajmujemy od sympatycznej profesorki. Mieszkanie jest małe, ma dwie sypialnie, standard średni, wyposażenie stare. A miejscami bardzo stare.

Płacimy 1800 CAD. To jest mało jak na takie samo mieszkanie w naszej okolicy. Teraz podobne w naszym bloku może kosztować nawet 600 CAD więcej.

Płacimy mniej niż stawka rynkowa bynajmniej nie z powodu sympatii do nas. Właścicielka nie może nam podnieść czynszu więcej niż 5% miesiącznej kwoty, co roku. Gdybyśmy się wprowadzili, wtedy mogłaby wynająć to mieszkanie za więcej.

→  Szukasz mieszkania? Przeczytaj wpis o dzielnicach w Vancouver

Naszą największą oszczędnością na kanadyjskim mieszkaniu jest rzadkie przeprowadzanie się.

Wyposażenie mieszkania

Jakaś dziwna jestem, bo nawet nam nie przyszło do głowy nadawać mienia przesiedleńczego (mniam, co za słowo). Z Polski przywiozłam tylko ulubioną miskę oraz kilka poszewek na poduszki, żeby nam pachniało domem. Emigracja radośnie uwolniła mnie od wielu rzeczy, nawet nie pytając o zdanie.

Trzy lata później nadal mamy niewiele sprzętów (nie mamy odkurzacza ani żelazka, ale mamy perlator do wody gazowanej).

Zakupy robimy:

  • → w Ikea  i Canadian Tire;
  • → w sklepach z używanymi rzeczami – Thrift Store, Salvation Army, Consignment Store. W niektórych sklepach można oddać niepotrzebne rzeczy, ubrania, książki, a dostać w zamian kupon zniżkowy);
  • → na wyprzedażach garażowych (Yard Sale, Garage Sale – informacje o nich są na Craigslist albo na tabliczkach przy drogach);
  • → na Craigslist (także sekcja free stuff). Sama też tam sprzedaję (dobra, raz coś sprzedałam) Craigslit to taki ubogi krewny Allegro i może mu buty czyścić (temu Allegru).
  • → w One dollar store / Dollarama (uważaj jednak, jakość potrafi być bardzo kiepska, lepiej założyć, że to rzecz jednorazowa);

Nie mamy oporów przed powtórnym wykorzystaniem rzeczy, oddanych/sprzedawanych przez kogoś. Tak zachowywaliśmy się w Polsce i Kanada tego nie zmieniła.

Do tej pory wydaliśmy na wyposażenie około 2000 CAD.

2. Jak kupujemy ubrania?

Najczęściej przywozimy je z Polski. Nie lubię kupować ubrań, więc mamy ich mało. Podejrzewam, że spokojnie mieszczą się w pojęciu capsule wardrobe.

Życie mamy intensywne i często na zewnątrz więc ubrania codzienne szybko się zużywają. Rzadko kupuję rzeczy markowe, głównie buty.

  • → Dla chłopaków jest najłatwiej, bo często dostajemy w spadku po starszych kuzynach.
    • W Lidlu poluję zawsze na dresy (kupuję od razu po 3-5 kompletów) , bo to ulubione spodnie dzieci (i Kanadyjczyków).
    • ↠ Kupuję w Tesco, w Biedronce, w dużych supermarketach, a także na tchibo.pl. Głównie z wygody – dyskonty są w każdej miejscowości, a ja jestem leniwa.
  • → Część ubrań (kurtki około $40-50) i butów ($20-30) dla nas kupuję używane w Sport’s Junkies
    (turystyczne)  albo do codziennego użytku marki Joe Fresh (mamy do nich czasami kupony zniżkowe od ubezpieczyciela ICBC, około 20 CAD).
  • → Kuba w Polsce wpada do Decathlonu na 2 godziny i wychodzi stamtąd z walizką ubrań na kolejny kanadyjski sezon (około 600 zł). Buty też z Polski. Raz kupił buty w Vancouver i żałował.

Najwięcej oszczędzamy nie wydając. Proste? Proste!

Zakupy w Polsce dla mnie i chłopaków  to jak na razie około 500-800 zł w czasie jednego wyjazdu. W Kanadzie wydałam do tej pory może z 500 CAD na ubrania. No i 250CAD na kalosze Hunter (które moim zdaniem nie powinny tyle kosztować, bo są… zwykłe. )

Jak w Kanadzie kupujemy, oszczędzamy i wydajemy_Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady1

3. Jedzenie i zakupy do domu 

W Polsce większość rzeczy zamawialiśmy z Tesco z dostawą do domu. Warzywa i owoce kupowaliśmy na bazarku dzielnicowym.

Spróbuj w Vancouver zamówić artykuły spożywcze online! Tyle, ile się naklikałam na saveonfoods.ca, żeby nic nie kupić w końcu, to (nie) moje.

  • → kupujemy raz w tygodniu, raz na dwa tygodnie w Costco. Mają tam wielkie paczki jedzenia, no nie wiem, jak liczna musiałaby być rodzina, żeby to wszystko zjeść, kiedy jest świeże.  Wydajemy średnio 300 CAD co dwa tygodnie;
  • → czego mi zabraknie lub potrzebne świeże kupuję w najbliższym Buy Low Food – zwykle 2-3 razy w tygodniu, wydaję około 40 CAD;
  • → mamy kartę do Shoppers Drug Mart i średnio raz w tygodniu / dwa tygodnie posyłam tam Krzyśka to po mleko, to po masło  z gotówką do 10 CAD. Robiąc zakupy dostajesz punkty, które możesz wymienić na zniżkę przy zakupach. My mamy do odebrania jakieś 80 CAD za rok kupowania;
  • okazjonalnie kupuję w polskim sklepie. Odkąd Kuba zaczął robić twaróg, a chleb sam piecze, nie mam potrzeby. Polsko smakującą kiełbasę na ognisko mamy z Costco, pierogi ruskie mamy z Buy Low Food albo z imprezy w kościele, a na schabowe przylatujemy do Polski;

Na stronie Pawła sprawdź listę sklepów, a potem porównuj ceny


#4. A co z rozrywką? Sport, wycieczki, outdoor

Tak już mamy, że uwielbiamy bycie na dworze. Narty, kempingi, rowery, to jest coś, na co wydajemy sporo pieniędzy.

  • → zajęcia sportowe – płacimy za chłopaków naukę pływania i naukę jazdy na łyżwach (240 CAD na pół roku, zajęcia na miejskich obiektach. Na UBC zapłacisz więcej). Od dwóch sezonów mamy karnety na narty (rodzinny 900 CAD, kupiony w promocji Early Birds, bo potem jest dwa razy droższy);
  • → sprzęt sportowy kupujemy używany lub na promocjach. Kiedyś jedna Amerykanka podarowała Kubie rower. Kanadyjka poznana przypadkowo oddała nam łyżwy. Bywają promocje do 40% na sprzęt kempingowy w Canadian Tire. Jak raz kupiłam materac, który w innym sklepie kosztował mniej, zrobiłam zdjęcie ceny i wróciwszy do sklepu, poprosiłam o zwrot różnicy (oszczędność 15 CAD);
  • → kempingi, wycieczki z nocowaniem w hotelach – kilka razy w roku wyjeżdżamy i chociaż staramy się rozsądnie wydawać, to jednak mamy zasadę, że na wakacjach hulaj dusza. Wolimy pojechać na jeden dzień i nie pilnować wydatków niż na dwa dni z kalkulatorem w ręku. Długi weekend (3 noce) na kempingu to koszt około 120 CAD dla dwóch rodzin i dwóch namiotów. Doba w hotelu kosztuje nas około 80 CAD. Jedzenie bierzemy ze sobą, ale też jak trafi się okazja, jemy coś miejscowego. Rzadko mamy plan zwiedzania i zazwyczaj wypoczywamy / wydajemy bez spiny;
  • → nie chodzimy do kina, bo udało nam się kupić używany odtwarzacz DVD (20 CAD) oraz rzutnik w promocji na Amazonie (110 CAD). Oglądamy filmy wypożyczone z biblioteki. Wielkim plusem jest to, że można je oglądać tylko jak jest ciemno, więc ciężko marnować czas za dnia. Telewizora nigdy nie mieliśmy i nie mamy nadal;
  • → kupuję książki tylko do bazgrania lub nauki, zwykle po 1 CAD w sklepach z używanymi rzeczami. Całą resztę wypożyczam i jestem nieprzytomną wręcz fanką naszej biblioteki publicznej. Nie kupuję gazet w ogóle. W Polsce obowiązuje tryb wakacyjny i wydaję więcej na książki i gazety.
  • → jeśli jadamy na mieście, to w weekendy lub na wycieczkach. Jednorazowy wydatek dla czterech osób to od 25 CAD (sushi) do 60 CAD (White Spot).
  • → wyjazd do Polski – to jest największy wydatek w naszym wycieczkowym budżecie. Latamy do Polski w wakacje Lufthansą, bilet dla dorosłego to około 1200-1500 CAD. W Polsce większość czasu jesteśmy z rodziną, ale wypuszczamy się też na wycieczki.

#5. Szkoła i przedszkole

  • → Żłobek dla Maćka (daycare) całodniowe w Vancouver, z pełnym wyżywieniem kosztowało 900 CAD/miesiąc. Płaciliśmy taką stawkę 6 miesięcy, potem spadła dla 3 latka do 750 CAD. Żłobek jest całoroczny, więc w pierwsze lato w Vancouver, kiedy chłopaki 2 miesiące spędzali z dziadkami w Polsce, także płaciliśmy. Łącznie od listopada 2014 do lutego 2016.
  • →  Przedszkole (preschool) kosztowało 290 CAD za trzy godziny dziennie, przez cztery dni w tygodniu. Przez ostatnie trzy miesiące Maciek chodził na dodatkowe trzy godziny popołudniu, za 300 CAD.
  • →  Krzyśka (i od września Maćka) szkoła podstawowa jest bezpłatna. Kupujemy tylko planer – rodzaj dzienniczka ucznia i płacimy za wycieczki. Całość zamknie się do 100 CAD za rok. Plus świetlica po szkole także 100 CAD dla jednego dziecka.

Sposoby na obniżenie kosztów nauki i socjalizacji przy okazji:

  • ↠  Dla dzieci – playdates! U nas często budowanie z klocków (zamiast drogich warsztatów Lego Robotics) czy malowanie/ rysowanie (aternatywa dla zajęć z Arts Umbrella). Tydzień bez playdate to tydzień stracony;
  • ↠  Dla mnie – bezpłatne albo bardzo tanie warsztaty, teraz głównie o kodowaniu (organizowane przez Red Academy albo Lighthouse Lab).

 

#6. Inne wydatki:

  • →  Transport.
    • Samochód używany, który kupiliśmy w styczniu 2017, kosztował 5500 CAD, ubezpieczenie 160 CAD za miesiąc, paliwo około 100 CAD miesięcznie. Jeździmy na wycieczki oraz po mieście, kiedy leje deszcz.  Zanim kupiliśmy auto, korzystaliśmy z opcji carsharing w Modo (na trasy kilkudniowe) oraz Evo (na szybkie poruszanie się po mieście). Czasami korzystaliśmy z regularnych wypożyczalni: Budget i Enterprise.  Przez pierwsze dwa lata, wypożyczając samochód wydaliśmy rocznie 2400 CAD. Zanim kupiliśmy samochód tutaj, przeanalizowaliśmy nasz styl życia i policzyliśmy koszty. Absolutnie nie żałujemy, że kupiliśmy samochód, ale dwa lata pokazały nam, że można bez niego żyć i również zwiedzać Vancouver, a nawet wybrać się do Stanów.
    • ↠ Autobus – korzystałam z biletów miesięcznych, które potem mogłam odpisać od podatku; Więc koszt zerowy. Sprawdź, czy przepisy podatkowe nadal na to pozwalają.
    • ↠ Rower – mamy kilka, intensywnie używamy. Wydaliśmy około 1000 CAD na rowery, sprzętokołorowerowy i przeglądy przez ostatnie 3 lata.
  • →  Telefon Mój telefon kosztuje nas 40 CAD, ale poza Vancouver  jest martwy. Taki plan, co mi specjalnie nie przeszkadza, zwłaszcza w lesie. Telefon Kuby kosztuje 20 CAD (zero danych, bo nie potrzebuje). Internet w domu- 50 CAD;
  • → Dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne 150 CAD na miesiąc; Uwaga, czytaj polisy! Albo chociaż ten post.

O matulu, jaki długi ten post wyszedł i naszpikowany offtopami. Chyba tak już jest, że jak jak nie ma pieniędzy, to nie ma niczego, a jak są pieniądze, to jest wszystko. I trzeba to opisać. [mądrość życiowa by KKJ, mów mi Konfucjusz].

Jeśli masz pytanie o inny konkret, jakiś wydatek lub sposób oszczędzania, który pominęłam, daj mi znać. Będę aktualizować post. Dzięki!


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Poradnik – służba zdrowia w Kanadzie

Służba zdrowia w Kanadzie – to jak to jest? Darmowa i dobra czy wręcz przeciwnie? Post z serii “Poradnik”.

Często dostajemy od Was w mailach ogólne pytania o emigracyjne życie w Kanadzie. O to, jak wygląda służba zdrowia czy szkoła kanadyjska. Postanowiłam więc przygotować serię postów poradnikowych, kompleksowo ujmujących jakiś temat, taki trochę post- filar.

To będzie pierwszy z nich.

Po więcej informacji oraz osobiste nasze doświadczenia w temacie pracy, mieszkania, lekarza czy szkoły w Kanadzie, zapraszamy do kategorii w Vancouver.


Po tym, co się ostatnio dzieje w moim życiu, stwierdzam, wcale nie odkrywczo, że zdrowie jest najważniejsze. A jak się przyjeżdża do innego kraju (szczególnie z rodziną, szczególnie z małymi dziećmi) to warto jest mieć choć ogólne rozeznanie, jak to wygląda.

To zaczynamy 🙂

Służba zdrowia w Kanadzie jest podobna do tej, którą mamy w Polsce. Czyli powszechna, ogólnie dostępna i przynajmniej w założeniu bezpłatna. Poniżej postaram się w miarę czytelnie opisać, jak wygląda, z naciskiem na Kolumbię Brytyjską.

1 # powszechność i finansowanie służby zdrowia

Kanada ma ogólnokrajowy system opieki medycznej (Medicare), finansowany w znacznej mierze z budżetu i administrowany na szczeblu samorządowym. W praktyce każda prowincja czy terytorium ma swój własny plan medyczny. W niektórych prowincjach jest on w całości finansowany z podatków mieszkańców. Ale w innych, niestety także w B.C., trzeba co miesiąc płacić składkę na ubezpieczenie zdrowotne (medical insurance premiums). Opłacenie tej składki czasami proponuje pracodawca, w ramach świadczeń pracowniczych, więc podczas rozmowy o pracę możesz się zapytać, czy firma płaci za MSP (Medical Service Plan in B.C.)

Z płacenia podstawowej składki zdrowotnej zwolnieni są często seniorzy oraz rodziny o niskim dochodzie. Mitem jest jednak twierdzenie, że Kanada ma bezpłatną opiekę zdrowotną.

Koszt składki dla osób mieszkających w Kolumbii Brytyjskiej znajdziesz TUTAJ.

Podstawowe ubezpiecznie medyczne zapewnia dostęp do podstawowych usług medycznych. Np. wizyta u lekarza rodzinnego, prześwietlenia klatki piersiowej, nastawienie złamanej ręki. Po listę zabiegów zawartych w podstawowym ubezpieczeniu medycznym Kolumbii Brytyjskiej zajrzyj TUTAJ.

Rozszerzone ubezpiecznie medyczne dotyczy rzeczywiście dodatkowych zabiegów czy wizyt, nieujętych w programie podstawowym. Jest to na przykład wizyta/rehabilitacja u fizjoterapeuty czy badania laboratoryjne.

Wygląda to inaczej niż w Polsce, gdzie prywatne ubezpieczenie medyczne to zazwyczaj łatwiejszy dostęp do tych śwadczeń, które są i tak płacone przez NFZ. Myślałam na początku, przenosząc doświadczenia z Polski, że extended health care to coś właśnie jak abonament w Luxmedzie, gdzie ma się szybszy dostęp do lekarza pierwszego kontaktu czy pediatry. A to coś innego.


Kanadyjskie ubezpiecznie zdrowotne = MUSISZ MIEĆ plan podstawowy (albo finansowany przez prowincję, albo ty płacisz sam, albo pracodawca płaci za Ciebie jako bonus) + MOŻESZ MIEĆ plan rozszerzony (ty płacisz sam albo pracodawca płaci za Ciebie jako bonus pracowniczy, zwany z polska: benefitem)


2 # rozszerzone ubezpiecznie medyczne

Budżet prowincji ma wpływ na to, jakie usługi medyczne są wliczone w podstawowy pakiet medyczny. Za wszystkie inne przyjdzie Ci niestety zapłacić dodatkowo. W przypadku konieczności skorzystania z usługi medycznej niezawartej w podstawowym ubezpieczeniu zapłacisz z własnej kieszeni (out-of-packet payment) albo zostanie ona pokryta z ubezpieczenia dodatkowego (extended health care plan). Szczegóły poniżej:

[symple_column size=”one-half” position=”first” fade_in=”false”]Masz tylko podstawowe ubezpiecznie zdrowotne (MSP), a całość kosztów dodatkowych świadczeń sam płacisz  – to proste, dostajesz przy wyjściu fakturę i uiszczasz opłatę. Jeśli nie jest to sprawa zagrażająca życiu KONIECZNIE zapytaj najpierw o koszt usługi [wiem, oczywiste, ale lepiej przypomnieć, bo może zaboleć]. Przykład: u dentysty koszt wizyty – i nie piszę tutaj o jakimś zaawansowanym plombowaniu – to około 200-300 CAD. Jak mówią internety, często bardziej opłaca się wylecieć do Polski i wyleczyć co trzeba. Z biletem lotniczym i tak wyjdzie taniej niż w Kanadzie[/symple_column]

[symple_column size=”one-half” position=”last” fade_in=”false”]Masz dodatkowe ubezpiecznie zdrowotne (extended health care plan zwany też third-party insurance), koszty dodatkowych świadczeń współpłacisz z ubezpieczycielem. Tutaj również możliwe są różne warianty:

  1. Płacisz całość kwoty u lekarza, u dentysty czy okulisty (up-front payment) i później fakturę wysyłasz do ubezpieczyciela (towarzystwa ubezpieczeniowego), który zwraca Ci całą lub część tej kwoty na konto/czekiem. Sposób mniej przyjazny dla ciebie, bo oznacza konieczność wysłania dokumentów (extended health care claim) do ubezpieczyciela (pocztą lub emailem) i czasami dodatkowych wyjaśnień czy dyskusji o ten wydatek medyczny.
  2. Płacisz część opłaty (w zależności od Twojego planu może to być np. 20% całej kwoty, nie słyszałam o extended health care pokrywającym 100% wydatków medycznych). O resztę klinika/szpital/dentysta czy inna placówka medyczna występuje sama do ubezpieczyciela. Nie musisz się właściwie o nic martwić, pokazujesz tylko swoją kartę, że masz dodatkową opiekę medyczną i koniec formalności.[/symple_column]

Trochę informacji o prywatnym ubezpieczeniu zdrowotnym znajdziesz w artykule z Vancouver Sun [ang]

Towarzystwa ubezpieczeniowe, w których mamy/mieliśmy dodatkowe ubezpiecznie extended health care plan:

  • SunLife – nasz obecny ubezpieczyciel (z firmy Kuby). Obsługa telefoniczna w miarę ok (czasami sobie zaprzeczają, więc zawsze notujemy imię konsultatnta, żeby nie było potem niedomówień), czas oczekiwania na połączenie z konsultantem w kanadyjskiej normie. Największy minus – przyjmują wnioski tylko w formie papierowej, więc musisz nadać list z rachunkami (koszt normalnego około 2 CAD)
  • Maunlife – poprzedni ubezpieczyciel (z firmy Kasi). Jakoś tak wyszło, że wszystkie opłaty dodatkowe za usługi medyczne były bezpośrednio ściągane przez przychodnie, więc nie mamy osobistych doświadczeń w kontakcie.

Co warto wiedzieć: jeśli dwie soby mają w rodzinie ubezpieczenie od innych ubezpieczycieli (bo np. takie mają przyznane w ramach bonusów od pracodawców) to często można kumulować zwrot za usługi medyczne bądź podwyższać sumę świadczeń. Nigdy tak jeszcze nie robiliśmy, ale wiemy, ze można. I wtedy można dostać nawet 100% zwrotu zaplombowanie czy okulary.

#3 – oczekiwanie na ubezpieczenie i aplikowanie o nie

Wiesz już, że musisz być w jakiś sposób objęty ubezpieczeniem medycznym. Ponieważ to kanadyjskie nie przysługuje automatycznie, trzeba o nie wystapić. Dokumenty aplikacyjne są dostępne w przychodniach, szpitalach, a najlepiej rozejrzeć się online.

Kanadyjskie ubezpieczenie zdrowotne zależy od Twojego statusu tutaj. Niebędąc rezydentem czy obywatelem niekoniecznie przysługuje Ci ubezpieczenie (znowu zależy od prowincji), a jeśli tak, to zwykle jest ono ważne tak długo, jak Twoja wiza.

Okres oczekiwania na rozpoczęcie okresu ubezpieczeniowego może wynosić nawet 3 miesięce. Na ten czas musisz mieć ubezpieczenie komercyjne. Najczęściej kupione jeszcze w Polsce, polecam z jak najszerszym pakietem. [Uwaga: zapoznaj się dokładnie z Ogólnymi Warunkami Ubezpieczeń i upewnij, że nie dotyczy ono tylko pobytu turystycznego, ale także pobytu na wizie pracowniczej, czyli zwrócą Ci za ewentualny wypadek przy pracy].

#4 – co NIE jest zawarte w bezpłatnym planie medycznym

Poniżej najważniejsze trzy usługi okołomedyczne, za które w większości miejsc zapłacisz z własnej kieszeni całość kosztów:

1. DENTYSTA: Praktycznie cała opieka stomatologiczna w Kanadzie jest prywatna. Oczywiście są miejsca, gdzie możesz zbadać czy leczyć zęby za darmo, ale są one dla ludzi o bardzo niskim dochodzie, albo tylko dla dzieci, albo tylko dla seniorów. W Polsce też teoretycznie usługi dentystyczne są płacone przez NFZ. A w praktyce? No właśnie, i tak wszyscy chodzimy leczyć zęby prytwanie (pozdrowienia dla naszej Pani Dentystki z Mcza, dr B. Ż !)


Crime story pt: “My kontra dentyści w Vancouver“. Z litości nie wspominam o kosztach!


2. OKULISTA i OPTYK: W B.C. dzieci i seniorzy mają prawo do bezpłatnego badania wzroku raz do roku. Za okulary się płaci dodatkowo. Dorośli płacą za wszystko. Koszt badania w Vancouver to około 70 CAD, koszt okularów 200-300 CAD.

3. LEKI: lekarstwa (poza tymi, które dostaniesz w szpitalu, podczas hospitalizacji*) nie są zawarte w ogólnym, podstawowym planie medycznym. Dostajesz receptę, idziesz do apteki i płacisz. Częściowe współpłacenie jest możliwe z rozszerzonym ubezpieczeniem. Dla osób bez dodatkowego ubezpieczenia, które potrzebują stałych leków, rządy prowincji oferują pomoc finansową. O szczegóły musisz zapytać farmaceutę. W Kolumbii Brytyjskiej jest program PharmaCare dla osób o niewielkim dochodzie. Szczegóły TUTAJ.

*może się zdażyć, że będzie wersja bezpłatna i płatna, np. zwykły gips jest bezpłatny, a ten wodoodporny lub termoplastyczny kosztuje. Jeśli się na niego zdecydujesz i przyjdzie Ci zapłacić, sprawdź czy dodatkowe ubezpiecznie medyczne Ci za to nie zwraca.

Gdzie znaleźć aptekę? Pytaj Googla o Drugstores czy Pharmacies. 

  • My mamy najbliższą w Shopper’sie.
  • Możesz kupić lekarstwa bez recepty (non-prescription drugs lub over-the-counter drugs), stojące na regałach w sklepie, tak jak ogólnodostępne leki w polskich supermarketach.
  • Jeśli lekarz wypisze Ci leki na receptę (prescription), wtedy przynosisz ją do okienka z napisem drop off, gdzie zostawiasz receptę farmaceucie.
  • On przygotuje dla Ciebie lekarstwa (zwykle czeka się kilkanaście minut) i możesz je odebrać w następnym okienku (pick up).
  • Jeśli lekarstwa będziesz musial przyjmować stale, farmaceuta ustali z Tobą system uzupełniania zapasów (częstotliwość, jak je będziesz odbierał, czy farmaceuta ma dzwonić z przypomnieniem itd.).
  • Część ubezpieczycieli zwraca pewną kwotę także za lekarstwa, więc sprawdź czy masz to w swoim extended health care plan‘ie.

CIEKAWOSTKA: Marihuana lecznicza jest legalna w Kanadzie. Napisałam kiedyś do Magazynu Fuss, jak wygląda sytuacja zioła w Vancouver. Chcesz poczytać?


#5 – Jesteś chory, masz chore dziecko, co robić wtedy?

  • Jeśli jesteś chory, najpierw idziesz do swojego lekarza rodzinnego (jak  go masz), albo do przychodni (walk in clinic). Tam Cię zbadają i w razie konieczności dostaniesz skierowanie do lekarza specjalisty (także pediatry) czy na dodatkowe badania. Wizytę u lekarza rodzinnego zwykle rezerwujesz wcześniej, powinni Cię przyjąć w przeciągu kilku dni. Do przychodni, jak nazwa wskazuje, możesz wejść z ulicy i odczekać swoje w kolejce. Uwaga na odwoływanie wizyt: większość praktyk lekarskich stosuje (late) cancellation fee, jeśli za późno odwołasz wizytę lub w ogóle się na nią nie stawisz.
  • Nie ma limitu wizyt w przychodni czy u swojego lekarza rodzinnego. Nie jest łatwo znaleźć takiego, który przyjmuje nowych pacjentów. Przed wizytą należy podać powód tejże (jeden problem medyczny na wizytę!). Nie musisz mieć ani lekarza rodzinnego, ani ubezpieczenia, żeby zostać przyjętym do szpitala w razie zagrożenia życia.
  • Zajrzyj pod ten link, żeby się dowiedzieć, w której przychodni (walk in clinic) są najkrótsze kolejki!
  • Jeśli spotkał Cię wypadek, dzwonisz na 911 lub idziesz do najbliższego szpitala.
  • Jeśli nie wiesz, co robić, dzwonisz na 811. Porozmawiasz z pielęgniarką, która Cię pokieruje, co robić, da adres do lekarza, wskaże przychodnię. Miej przy sobie numer karty zdrowia (BC Health Care Card). Zadzwoń tam, jeśli masz dziecko z gorączką i nie wiesz, czy ktoś może przyjść obejrzeć je w domu. Wizyty domowe w Kanadzie nie są w standardzie !

Zagrożenie życia – jedziesz do szpitala

Brak bezpośredniego zagrożenia życia – jedziesz do przychodni / swojego lekarza rodzinnego.


#6 różne ważne info

 A co jak wyjeżdżasz z Vancouver, albo z Kanady? Plan ubezpieczenia zdrowotnego zależy od prowincji/terytorium i wyjeżdżając z niej jesteś wprawdzie ubezpieczony, ale zorientuj się, czy nie jest wymagana dodatkowa rejestracja albo spełnienie innych warunków (out of province health care). Najczęściej ubezpiecznie jest ważne do sześciu miesięcy poza Kanadą. I pokrywa wydatki do wysokości kwot kanadyjskich (tzw. table-rates). Czyli np. w USA w razie wypadku zostaniesz poproszony o dopłacenie różnicy za usługi medyczne, które są tam droższe niż w Kanadzie.

Sprawdź swoją polisę dodatkowego ubezpieczenia zdrowotnego ! Może masz coś, co możesz wykorzystać, np. wizyty u masażysty? Niewykorzystane w danym roku zabiegi nie przechodzą na następny rok i nie kumulują się. Jeśli korzystasz z wizyt u lekarza/masażysty/psychiatry, zorientuj się, czy mają zarejestrowaną praktykę medyczną (jesli nie, może być Ci trudniej odzyskać zwrot kosztów leczenia od ubepzieczyciela)

Trzymaj rachunki od lekarza ! Ponieważ jak się zdążyłeś zorientować dostarczycieli usług medycznych jest kilku, a każdy rządzi się trochę innymi prawami, zawsze trzymaj wszystkie rachunki medyczne i faktury, żeby w razie czego móc wystąpić o zwrot kosztów leczenia. W Kanadzie służba zdrowia w dużo większym stopniu niż w Polsce opiera się na strategii biznesowej.

Szczepionki. Kto nie ma dzieci, temu może wcale do głowy nie przyjść, że szczepienia to temat kontrowersyjny. Zdania rodziców co do szczepień dzieci Co do edukacji przed-szkolnej, to zależy od typu placówki (trzeba się informować u źródeł). Kalendarz szczepień dla dzieci w B.C. znajdziesz TUTAJ. O naszym doświadczeniu ze szczepionkami TUTAJ. Dobry wpis na blogu Polityki o szczepionkach w Kanadzie i nie tylko.

Szpital. Wszelkie lekarstwa, procedury (zabiegi, znieczulenia, operacje, zdjęcia, testy laboratoryjne, poród, prowadzenie ciąży, opieka poporodowa) są zawarte w podstawowym planie medycznym. Badania zlecone dodatkowo przez inne instytucje (np. do prawa jazdy, do ubezpieczenia, do celów imigracyjnych) są płatne przez Ciebie. Uwaga: w wielu prowincjach transport karetką jest dodatkowo płatny, nieujęty w podstawowym ubezpieczeniu zdrowotnym.

 

Mam nadzieję, że teraz wiesz już więcej o tym, jak wygląda służba zdrowia w Kanadzie.

Podsumowując moje odczucia: po dwóch latach mieszkania w Vancouver, widzę, że najlepiej nam było z abonamentami w Medicover czy Luxmedzie.

Byliśmy szczęściarzami, mając do nich dostęp w Polsce. Ale w Vancouver też nie narzekamy, a w porównaniu z bardzo niedofinansowaną publiczną polską służbą zdrowia, bardziej nam się podoba publiczny system kanadyjski.

I jest bardziej życzliwy, choć zaskakuje mnie wciąż…

To co kochani ? Na zdrowie !


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Jak się w Polsce przygotować do wyjazdu do Kanady? Żeby łatwiej było

Bo dobry plan wyjazdu to podstawa. Ten nasz taki nie był, ale teraz jesteśmy mądrzejsi i możemy co nieco poradzić

Teraz to ja się mogę mądrzyć, ale prawda jest taka, że my działaliśmy bez planu, ze słabym rozeznaniem, trochę po omacku i przypuszczalnie wiele rzeczy można było uprościć i załatwić wcześniej. Mieliśmy o tyle łatwiej, ze firma Kuby wiele papierkologii, czyli całe staranie się o wizę pracowniczą, wzięła na siebie.

 

Znasz post o tym, jak dostaliśmy pobyt stały? Zajrzyj!

 

Co tam! Będziemy radzić, jak się w Polsce przygotować do wyjazdu do Kanady.

Wyjazdu na pobyt tymczasowy, dodamy.

Może coś się przyda.

O czym ten post NIE jest?

  • → Ponieważ ten opis to suma naszych doświadczeń, na pierwszym miejscu listy nie będzie: znajdź pracę w Vancouver. Założenie jest takie, że praca jest. O tym, co robić kiedy jej nie ma, będzie innym razem.
  • → Nie będzie to również post o tym, jakie formalności załatwić, żeby się w Kanadzie znaleźć.

Zanim jeszcze zacznę wyliczankę, najważniejsza moim zdaniem uwaga.

Najlepiej przygotujecie się do wyjazdu do Kanady ćwicząc, ile się da, angielski.

Właściwie nie ma co tego komentować. Im lepiej znacie angielski, tym sprawniej powiecie, czego Wam trzeba, łatwiej złapiecie kontakt, poczujecie się śmielej. I o to chodzi.

W Vancouver, przy takiej ilości osób z Azji, których wymowa naznaczona jest mocnym akcentem, angielski osób z Europy Środkowo-Wschodniej wydaje się łatwiej zrozumiały dla Kanadyjczyków [choć po akcencie od razu nas spytają, czy jesteśmy z  Rosji ;)]. Działa to na naszą korzyść.

Z naszych doświadczeń: w Polsce pracowaliśmy w języku angielskim, na co dzień. Z Amerykanami i Kanadyjczykami (to ja), z terminologią specyficzną dla branży (to Kuba). Krzysiek, jak wiecie z tego wpisu, znał angielski na poziomie ledwo, ledwo. Maciek nie mówił wcale.

Jeśli decyzja o wyjeździe zaczyna dopiero kiełkować w Waszych głowach, to najwyższy czas na naukę czy doskonalenie angielskiego. Komunikatywny angielski to minimum.

Znasz posty z cyklu Rozmówki Kanadyjskie? Tam sporo jest o gadaniu i angielskim:

  • → 3 główne grzechy komunikacyjne : LINK
  • → Akcent i czy mam na imię brama: LINK
  • → Angielski? Ale ja się boję: LINK

A teraz po kolei jak się dobrze przygotować w Polsce do wyjazdu.

Najpierw:

1. Jeszcze w Polsce bierzecie mapę Vancouver i zaznaczacie sobie biblioteki, community centre czy inne organizacje dla nowoprzybyłych (settlement services agency)

W ciągu pierwszych dni warto wybrać się do kilku takich miejsc. Gwarantuję, że zostaniecie dobrze przyjęci, ktoś się Wami zajmie, da Wam plik ulotek, poleci, gdzie szukać pracy w waszej branży,  czy przyjacielsko pogawędzi. Pokieruje na kurs angielskiego albo do kogoś w rodzaju mentora [nie zawsze wszystko jest dostępne dla osób z wizą pracowniczą, ale zapytać zawsze warto]

Taka wizyta bardzo dobrze wpływa na samopoczucie i pomaga walczyć z samotnością oraz tęsknotą pierwszych dni. Od początku wchodzicie w to, co Kanada ma najcenniejsze: społeczność.

Z innych korzyści: w takich miejscach możliwe jest darmowe lub za niewielką opłatą korzystanie z urządzeń typu drukarka, faks, skaner.

To zadanie pomaga także rozeznać się w topografii miasta i oswaja z nim. Warto wiedzieć, gdzie te miejsca znajdują się na mapie, żeby wiedzieć, jak wygląda sąsiedztwo, w którym planujemy mieszkać.

Co prowadzi do następnego zadania :

2. Będąc w Polsce, rozglądacie się za mieszkaniem na mapie i w Internecie

Żeby się zorientować, gdzie chcielibyście mieszkać, jak daleko jest do szkoły, jakie są ceny mieszkań. Jeśli nie nie ma możliwości wynajmu , sprawdzonego przez kogoś na miejscu, od razu na dłuższy czas (a standardem jest umowa roczna i nie polecamy wynajmowania na rok mieszkania, którego w życiu na oczy nie widzieliście ), dobrym rozwiązaniem będzie najem krótkoterminowy, idealny, żeby w tym czasie poszukać mieszkania docelowego. Jedna uwaga – taki wynajem często jest oferowany w dobrych lokalizacjach i przy dobrym standardzie mieszkań, gdyż właściciele liczą na wynajęcie ich ekspatom, profesjonalistom, którzy tymczasowo pracują w Vancouver. Dobrze wiedzieć o wynajmie krótkoterminowym i jeśli chcecie wypróbować jakąś dzielnicę, warto szukać mieszkań do wynajęcia na miesiąc – dwa. Jeśli żadna z opcji nie wchodzi w grę, pozostaje hotel.

Serwisy z ogłoszeniami: craiglist, airbnb, kijiiji.

Poszukiwanie już na miejscu: trochę ogłoszeń można znaleźć na tablicach w community centre czy bibliotekach. Czasami ogłoszenia o mieszkaniach są na tabliczkach przed budynkami, na trawnikach. Można spisać numer telefonu do właściciela czy agencji wynajmu. Często na tabliczkach są od razu godziny kiedy można mieszkanie obejrzeć (open house dates)

Wynajem jest w B.C regulowany przepisami, nie znamy nikogo, kto by mieszkanie wynajmował bez umowy najmu, polecam więc zapoznanie z informacjami na tej stronie, żeby być merytorycznie przygotowanym podczas house hunting.

I wiedzieć, czym się różni umowa najmu month-to-month (z miesiąca na miesiąc) od fixed terms (uzgodnione na stałe). Oraz że mieszkanie typu one bedroom, to w rzeczywistości polskiej dwupokojowe.

Możecie też spotkać się z “rekrutacją na najemcę”, która zasadniczo sprowadza się do tego, że wynajmujący preferuje najemców już sprawdzonych, z referencjami.

Ponieważ my takich nie mieliśmy, poprosiliśmy naszych sąsiadów z Polski (dzięki Matylda) o napisanie nam po angielsku kilku słów na kartce jako rekomendacji.

Można wtedy powiedzieć, że mamy referencje, nie trzeba od razu wyjaśniać, że są z polskiego adresu. Jak wynajmujący będzie chciał, to sam doczyta i się dopyta. A lepiej mieć, niż nie mieć.

O mieszkaniu i jego szukaniu na blogu było i jeszcze będzie.

[edit] obszerny wpis-poradnik ukazał się w 2017 – zajrzyj.

Kolejne zadania do zrobienia w Polsce:

3. Jeszcze w Polsce robicie kopie dokumentów polskich i ich tłumaczenia przysięgłe po angielsku.

Jak my wybraliśmy tłumacza przysięgłego?

Wyguglaliśmy panią najbliżej nas, zanieśliśmy dokumenty i po kilku dniach było gotowe. Przy wyborze nie kierowaliśmy się żadnymi innymi wytycznymi, oprócz tego, że jest ona tłumaczem przysięgłym z języka angielskiego i mieszka na warszawskiej Woli. Niestety nie pamiętam stawek za tłumaczenie strony, ale nie jest to mała kwota za komplet na czteroosobową rodzinę.

Obowiązkowo akty urodzenia dzieci oraz akt małżeństwa mieliśmy przetłumaczone. O akty urodzenia nas dorosłych nikt nie prosił w Kanadzie, ale jeśli je macie, też można przetłumaczyć i zabrać. Ostatnio dowiedzieliśmy się, że na akty urodzenia w polskich urzędach czeka się około 3 miesięcy, zatem dobrze jest mieć je zawczasu przygotowane. Nigdy nie wiesz, czy się nie przyda.

Co my jeszcze tłumaczyliśmy z dokumentów?

  • → karty szczepień z poradni dziecięcej z Polski. Trzeba się zgłosić do pielęgniarki, powiedzieć o wyjeździe za granicę, wtedy wydadzą kartkę ze szczepieniami dziecka, z odpowiednimi pieczątkami. Nie pamiętam, czy to kosztowało, ale nawet jeśli, to jakoś niewiele.
  • → świadectwo ukończenia klasy I przez Krzysia. Gdyby Krzysiek był w starszej klasie, pewnie przetłumaczylibyśmy jego ostatnie świadectwo.
  • → nasze zaświadczenia o uprawnieniu do kierowania samochodem (taki dokument A4 wydany w urzędzie, w dziale komunikacji, kosztował około 20 złotych)

Dokumenty, które zabraliśmy, ale nie tłumaczyliśmy:

  • → nasze dyplomy z uczelni (UW i ASP). Nie tłumaczyliśmy ich przysięgle, gdyż wydano nam je po angielsku. Można również poprosić o suplementy do dyplomów z wykazem szczegółowym, czego się na polskich uczelniach uczyliście. Nie zgadzamy się z powszechnym przekonaniem, że polskie papiery nic nie znaczą w Kanadzie. Mój wykaz przedmiotów ze studiów podyplomowych został skrupulatnie przejrzany podczas aplikowania o pracę. Dyplom Kuby był wymagany podczas przygotowywania się do aplikowania o work permit. Napiszę ponownie: lepiej mieć, niż nie mieć. To zawsze w jakimś stopniu potwierdza wykształcenie.
  • → akty chrztu dzieci. Nigdy nie wiadomo, czy nie przyjdzie nam szukać katolickiej placówki oświatowej.
  • → prawo jazdy polskie, międzynarodowe prawo jazdy, [zniżek OC od ubezpieczyciela nie braliśmy, dosłali nam potem, sami przetłumaczyliśmy na angielski i daliśmy do tutejszego ubezpieczyciela, ale wiemy, że w innych prowinacjach Kanady to wygląda inaczej]
  • → wszelkie dane bankowe i ubezpieczeniowe dotyczące spraw w Polsce, umowy z dostawcami mediów, słowem wszystkie nasze niepozamykane sprawy polskie, które wymagać mogą zdalnego sterowania zza oceanu

W ogóle sporo papierów zabraliśmy, w przeciwieństwie do innych rzeczy. Tego nie da się w Kanadzie kupić. Więc jeśli się zastawiacie, czy jakiś dokument wziąć, to znaczy że trzeba wziąć. Najlepiej mieć zeskanowane gdzieś, żeby łatwo było do nich trafić w razie potrzeby.  W sprawach urzędowych często wystarczy przesłać tylko skan dokumentu, więc jego posiadanie jest sporym ułatwieniem.

Dokumenty, które zostawiliśmy. W zasadzie jeden:

  • → upoważnienie notarialne dla naszych rodziców do reprezentowania nas w Polsce we wszystkich instytucjach (wszelakie urzędy, kuratorium, rada mieszkańców, banki, nasi byli polscy pracodawcy). Gdyby przyszło do sprzedaży naszych rzeczy w  Polsce, to również mogą to zrobić w naszym imieniu. Upoważnienia zostawiliśmy obu rodzinom. Od was zależy jak szerokie uprawnienia zostawicie rodzinie w Polsce i czy w ogóle. U nas się przydało.

4. W Polsce wykupujecie ubezpieczenie zdrowotne !

Jakie ubezpieczenie zdrowotne? Czy koniecznie muszę?!

Musisz, raju, lepiej nie brać nic w walizy, a kupić ubezpieczenie. No chyba, że chodzi o ryzyko i zalew adrenaliny. To wtedy nie kupujcie. Ostrzegam, ostatnio taka historia była, że się dwóch Australijczyków, żądnych mocnych wrażeń, na narty wybrało do Whistler. Mieli ubezpieczenie wykupione, żeby nie było, ale przyoszczędzili na opcji: sport ekstremalny. No i teraz łzy się leją, bo jeden po zwichnięciu czy też innym urazie, dostał taki rachunek ze szpitala, że już ogłasza upadłość konsumencką. UBEZPIECZENIE MUSI BYĆ !!!

Nie pamiętam naszego, chyba turystyczne z Hestii, ze 3 tysiące dla całej rodziny. Pochodziliśmy trochę po różnych warszawskich ubezpieczalniach i koniec końców najkorzystniejsze zaoferowało nam to towarzystwo, w którym mieliśmy już inne ubezpieczenia.

5. W Polsce sprzedajecie, co się da. Z rzeczy do zabrania do Kanady najważniejsze są pieniądze.

Naszym zdaniem nie ma sensu nic zabierać, a już na pewno nie pakować w kontener i nadawać do Kanady. No chyba, że są to rzeczy absolutnie unikatowe, bezcenne i w ogóle hoho. I sporo kosztują i są waszą lokatą pieniędzy. Ale jeśli nie, to sprzedać. A pieniądze ze sprzedaży zabrać ze sobą. Zawsze też można drobne rzeczy dosłać paczką z Polski, a jaka radocha!

Oczywiście pomijam kwestię ubrań i rzeczy pierwszej potrzeby na pierwsze dni w Vancouver. Ale kurtka puchowa nie będzie potrzebna, serio.

Co było w naszych walizkach?

  • → Klocki lego przede wszystkim 🙂 i zabawki, ale tylko te wartościowe i najukochańsze
  • → Ubrania, ale tylko te najlepsze i potrzebne na najbliższą porę roku. Jak zabraknie odzieży, zawsze jest MEC
  • → Kilka książek po polsku (nie wiedzieliśmy wtedy, że w Vancouver jest biblioteka z polskim działem książkowym). Podręczniki dla klasy II dla Krzyśka
  • → Sprawdzone lekarstwa dla nas i dla dzieci. Syrop prawoślazowy, bo dzieci lubią, jak łagodzi podrażnione gardło. Antybiotyki też. Nie wpisywaliśmy ich w deklaracje celną.
  • → Soczewki kontaktowe.
  • → Sakwy rowerowe i kilka drobiazgów rowerowych, typu lampka (bo rower to nasz podstawowy środek transportu)
  • → Pisałam, żeby nie brać nic z Polski, ale musimy się przyznać, że jednak dwie poduszki wzięliśmy. Bo nam się poszewki podobały. I pachniały domem.
  • → Telefony ze zdjętym simlockiem oraz nasze laptopy i aparat fotograficzny

Sławetną przejściówkę do elektroniki z Polski można kupić m.in. w Chinatown. I w innych miejscach też.

Kabanosów nie braliśmy 😉 Przeczytajcie też o naszym pierwszym i drugim przylocie do Vancouver. Jak wyglądało i kto z nami rozmawiał.

Jak nam coś jeszcze przyjdzie do głowy odnośnie listy rzeczy – damy znać. Na pewno. Pomóż innym i napisz, co było w Twojej walizce?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

2 wizyty na pogotowiu czyli jak wygląda kanadyjski szpital?

Kciuk złamany, olaboga. Trzeba do znachora, tfu, na pogotowie. Słów kilka o tym, jak wygląda kanadyjski szpital. Tylko sprawdzone info.

Najpierw, żeby rodziny nie stresować, piszemy, że już wszystko ok.

Na pogotowiu wylądowaliśmy dwa razy tej zimo-wiosny. Najpierw ja ze złamanym palcem, potem Maciek z rozcięciem nad łukiem brwiowym.

OK, to teraz historii i histerii o zdrowiu na emigracji ciąg dalszy. Jak wygląda kanadyjski szpital ?

Najlepiej to kanadyjski szpital wygląda od zewnątrz. Jak każdy inny zresztą.

Po zabiegu zębowym [ałaaaaa] przyszedł czas na pierwszą moją wizytę na SORze [ niech mnie ktoś poprawi, czy to jest to samo, co pogotowie, czy nie? Odkąd usłyszałam tę nazwę w “Lekarzach”,  się zastanawiam]

Szpitale w Vancouver są. Kilka nawet.

Mamy to szczęście, że koło nas spacerkiem jest jeden. Mount Sain Jospeh Hospital. Jest też kolejny całkiem niedaleko, na Dziesiątej Zachodniej, Vancouver General Hospital. I na UBC, i dziecięcy też. I jeszcze jeden w Downtown, St. Paul’s Hospital (autobusem spod stacji metra Burrad można dojechać).

Złamałam palec.

W taki głupi sposób, a mianowicie podczas zabawy z chłopakami. Uderzyłam huśtawkę i trach, było po kciuku prawej ręki. Najpierw przez dwa tygodnie skutecznie go ignorowałam, ale kiedy obudziłam się z niesprawnym ramieniem, nie ma bata, trzeba było pójść na izbę przyjęć. Co ja zrobię bez kciuka przecież?

Jak było w środku izby przyjęć?

Szpital Mount Sain Jospeh Hospital wyglądał jakoś niepozornie, to nie byłam zbyt onieśmielona.

→ Weszłam na izbę, a tam spokój, cisza (niedziela rano była), ① młoda recepcjonistka wypadła zza szyby i pyta, co się dzieje. Jakbym co najmniej krwią się zalewała, albo omdlałym wzrokiem wodziła po ścianach.

Nie powiem, miłe, że się zainteresowała. Powiedziałam, co się dzieje, to kazała usiąść i czekać.

→ Potem nadeszła ② druga pielęgniarka, ta to już spisała imię, nazwisko, numer karty zdrowia (BC Health Card/ Care Card).

Gładko odpowiadałam, ale jak  zapytała o religię moją, to lekko mnie zatkało. Oczywiście się pytam, po co jej to. Okazało się, że muszą wiedzieć i jeszcze żebym podpisała, że nie pociągnę szpitala do odpowiedzialności, jeśli jakiś zabieg będzie niezgodny z moją religią.

Przypomniały mi się te wszystkie seriale, gdzie rodzice świadkowie Jehowy nie zgadzają się na transfuzję krwi choremu dziecku.

→ Po zebraniu wszystkich papierów, znowu czekam, po chwili wołają już do środka, tam gdzie są lekarze, pielęgniarze i personel pomocniczy.

→ Wchodzę i widzę sale stare, wydaje się, że trochę zaniedbane, nowoczesnym sprzętem nie porażające.

Jeśli liczycie na wnętrze rodem z “Chirurgów”, to pewnie trzeba do Seattle podjechać 😉 Ale na pocieszenie dodam, że co najmniej dwóch lekarzy wyglądało jak młodsi bracia  Mc Dream’ego, więc nie jest źle.

Łóżka pacjentów za zasłonkami, generalnie otwarta przestrzeń i wszyscy chodzą wokół wszystkich.

→ Wywiad kolejny o mnie zbiera ③lekarz stażysta, prawa ręka lekarza już-nie-stażysty.

→ Wysyłają mnie na prześwietlenie, idę, robię, czekam, przysyłają zdjęcia, ④lekarz patrzy i mówi: złamanie.Małe na szczęście, dziwne bardzo, bo jakieś 99% złamań kciuka jest w drugą stronę (nie ma to, jak być wyjątkową, hehehe). Lekarz mówi, że się zrośnie za trochę i będzie dobrze.

→ Uradowana wybiegam ze szpitala, zapominając się wypisać. Za pół godziny dostaję więc telefon, że co ja taka prędka, i że lekarz na izbie umówił mi wizytę w klinice ręki w szpitalu Świętego Pawła. I że mam się tam stawić za dwa dni.


Znasz te posty?

 


W wskazanym dniu idę do następnego szpitala.

St Paul’s Hospital jest bez porównania większy, liczniejszy, ruch jest na nim taki, jak z serialu ER. Też odnoszę wrażenie, że mało nowoczesny, ale wszystko sprawnie idzie.

Co chwila inna osoba mnie przejmuje, kieruje dalej, podpowiada, ile czekać. Lekarz w końcu mnie ogląda, wysyła na założenie opaski termoplastycznej na kciuka i każe przyjść na kontrolę za trzy tygodnie. Opaska kosztowała 35 CAD, płatne na miejscu, będę pisać do ubezpieczyciela, żeby trochę ją zrefundowali. Wszystko trwało 2 godziny.

Tyle o mnie. A teraz

Maciek i zderzenie czołowe z rowerem.

Biegł chodnikiem, upadł i nieszczęśliwie uderzył czołem w stojący rowerek. Pech. Zalewał się krwią, więc po opatrzeniu w domu, wsadziłam w nosidło i idę na znaną mi już izbę pobliskiego szpitala.

I znowu taka sama procedura:

  1. wstępny wywiad, ocena pod kątem, ile możesz jeszcze wytrzymać;
  2. podstawowe badania niemalże na korytarzu: ciśnienie, temperatura i inne takie ;
  3. papierkologia (Maćka nie pytali o religię, hmmm, ciekawe dlaczego?);
  4. wejście głębiej, gdzie jest lekarz/chirurg (hura!);
  5. badanie, leczenie, szycie i inne takie;
  6. wypis (i jeśli trzeba płatność).

Maciek rozczarowany na maksa, bo nie było plastrów z Batmanem. Ani innym Supermanem. Niestety. [Usłyszałam, jak lekarka mówi do pielęgniarki, że to niefajnie, i że ona jutro kupi, i przyniesie, bo kto to widział, żeby na pogotowiu nie mieli plastra z Batmanem. No kpina !]

Z innych przydatnych informacji :

  1. Trzeba mieć przy sobie kartę BC Health Card. To jest podstawowy dokument identyfikacyjny podczas rejestracji. Jak nie ma, to chociaż paszport trzeba mieć.
  2. Jeśli jest problem ze zrozumieniem po angielsku, o co chodzi lekarzom, to można spokojnie wejść z tłumaczem.
  3. Od razu przedstawią rachunek, ile co kosztuje, o ile nie jest zawarte w prowincjonalnym programie ubezpieczeniowym (Medical Service Plan). I od razu skasują należność (kartą/gotówką). To jest różnica w stosunku do płatności u dentysty na przykład, bo tam płaciliśmy od razu owszem, ale tylko 20% kosztów, o resztę klinika występowała sama do ubezpieczyciela. W przypadku szpitala tak nie jest. Wygląda na to, że szpitale nie zawracają sobie głowy rozmowami z towarzystwem ubezpieczeniowym. Oczywiście ta obserwacja to wynik naszych doświadczeń jedynie. Nie wiem, jak to jest w przypadku, kiedy stawia się na pogotowiu ktoś BEZ ubezpieczenia.

Co zapamiętałam najlepiej?

Nikt, absolutnie nikt, nie traktował nas jak kolejnego zadania do zliczenia, bez empatii, współczucia. Nikomu nie przeszkadzaliśmy swoją obecnością. Kiedy Maćka zabierali na badania, pielęgniarka zapytała Krzyśka, czy jego też zbadać. Ciśnienie zmierzyć i temperaturę. Miłe to było dla Krzyśka (że ktoś się nim zainteresował) i dla Maćka (no jak starszy brat taki dzielny, to ja też).

Last but not least. Myślicie, że polska służba zdrowia jest niedofinansowana? Na pierwszy rzut oka (bo tylko takie mamy doświadczenie), kanadyjska też nie jest w jakieś super kondycji.

No nie mają plastrów z Batmanem przecież !

Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Dziecko kontra kanadyjski dentysta czyli po co te zęby?

Auł, mamo, ząb mnie boli !!! Grozą powieje. Historia prawdziwa.

Dentysta ogólnie

dentystą jest jak z lekarzem rodzinnym (pierwszego kontaktu). Trzeba się do niego zapisać, czyli znaleźć takiego, który przyjmuje nowych pacjentów.

Ale zanim w ogóle pójdziemy do dentysty, to trzeba sprawdzić, czy nas na niego stać. Zabiegi dentystyczne nie są niestety zawarte w prowincjonalnym planie medycznym.

Dobra wiem, że w Polsce też większość i tak korzysta z prywatnych usług dentystycznych, ale na upartego by się znalazło takie gabinety, gdzie można ząbki podrasować na NFZ. Wiem, że to wiedza tajemna, gdzie takie są, ale są. Wracając do Kanady – zatem jeśli tutejszy pracodawca wspaniałomyślnie nie dorzuci dental coverage do pakietu przywilejów pracowniczych, to wszystkie plombowania, czyszczenia i inne takie płacimy 100%.

My mamy na szczęście 80% dental coverage z ubezpieczenia w firmie K., czyli płacimy tylko 20% standardowej ceny.

W 2015 działało to tak:  Zapisujemy się do dentysty, miła pani recepcjonistka/technik dentystyczny bierze od nas numer ubezpieczenia, dzwoni do nich i dowiaduje się, ile możemy wydać na zęby rocznie. W naszym przypadku 750$ na głowę. Pierwsza wizyta: rentgen, czyszczenia, plan leczenia – 250 CAD.

Reszta ubezpieczania wystarcza na 2, może 2 i pół plomby.

Na rok. Dużo? Mało? Za mało?

Dentysta dziecięcy

Boli ząb

Przychodzi taki dzień, kiedy twoje dziecko cię budzi z płaczem, że boli. Masakra i bezsilność, i wkurzenie też. Bo plan porankowy się sypie, bo grzebiąc w głowie nie znajdujesz lekarstwa, a w szafce też pustki. Jedyne, co możesz aplikować to pocieszenie. Słabo. Mało.

Krzysia rozbolał ząb. Istne przebudzenie mocy (tej złej). Dziecko kontra kanadyjski dentysta.

Szukanie dentysty na CITO. Niby mamy jakiegoś takiego family dentist, ale dość daleko, i najczęściej jeździmy do niego rowerem. Zresztą to bardziej dentysta od dorosłych jest ( a jest różnica, o czym dalej będzie) Popołudniem w deszczu, ciągnąc Maćka i opierającego się Krzyśka,  wcale mi się nie chce tam jechać. Więc szukam w pobliżu. Jest jeden, w Olimpic Village, nowo otwarty i ma promocję na wizyty. Dzwonię, mówię, że dziecko cierpi, i że popołudniem się zgłosimy.

U dentysty nr 1

Przychodzimy, i w sumie nie powinnam być zdziwiona, bo multitasking to przecież amerykański wynalazek, ale jestem, bo wita nas pani recepcjonistka łamane na dentystka. Ok, niech i tak będzie. Krzyśka ładujemy na fotel, otwarcie paszczy i już wiem, że te wszystkie doświadczenia z naszą dentystyką panią Bogusią drogą, te wszystkie polskie doświadczenia na nic się Krzyśkowi tutaj nie przydadzą, bo cały jest w nerwach podczas tej swojej pierwszej kanadyjskiej dentystycznej wizyty. Lekarka kiwa głową, pokazuje mi dziąsło biedne obolałe (Krzyśka, nie swoje) i mówi, że ona nic tutaj nie zrobi, ząb mleczny idzie do wyrwania, a zrobić to może li i jedynie pediatric dentist. O mamo, i co po tych jej dyplomach z Harvardu, jak dziecku zęba mlecznego nie jest w stanie wyrwać?

Wkurzam się, a Krzysia nadal boli.

Lekarka, odchodzi od fotela dentystycznego, siada do telefonu na recepcji i dzwoni. Po dziecięcych klinikach dentystycznych. I to jest pierwszy raz, kiedy się dowiaduję, że takowe istnieją. Jakoś do tej pory żyłam w nieświadomości zupełnej, dentysta to dentysta. Ale nie. Miło ze strony tej naszej dentystyki, że dzwoni i próbuje coś załatwić, dla nas. A lekko nie jest, to okres świąteczny i większość lekarzy, tych dla dzieci i tych dla dorosłych, wyjechała na urlop do Kalifornii. Ewentualnie do Whistler na narty. Co tu robić, Krzysia rozbolał ząb, trza rwać, a nie ma komu. Przypomina mi się nie wiadomo czemu film “Znachor”. Dobrze chociaż, że Krzysiek dostał antybiotyk na ten ząb, jakoś mniej się słania, coś się poprawia chociaż chwilowo.

Po 20 minutach lekarce udaje się umówić nas na wizytę u dziecięcego dentysty w Richmond. Ha, to jest pod Vancouver, musimy jechać dwoma autobusami i metrem, najważniejsze jednak, że jest wizyta. Ale, ale to jest konsultacja, na której zobaczą, czy są w stanie mu pomóc, i jakby co umówią drugą wizytę, tydzień później. Cholera jasna, myślę już mało cenzuralnie, dziecko cierpi, co oni chcą oglądać? Dentystka chyba myśli podobnie, mimo tego Harvardu, bo im mówi, że konsultacje i zdjęcia już zrobiła, że im prześle i że trzeba rwać. Się zgadzają, żeby zrobić dwa w jednym i mamy się pojawić na czczo.

Znaczy się Krzysiek na czczo, ale ja też w ramach współodczuwania nie jem śniadania.

U dentysty nr 2

Bladym świtem docieramy do Richmond. Łał, oczy robią się wielkie jak spodki, i się upewniam, czy to przychodnia, czy raczej salon z playstation. Telewizory, bajki, eksboksy, czyli wszystko, żeby dziecko zapomniało, po co tu jest. Kreujemy pozytywne doświadczenia dentystyczne. Rozumiem ideę, ale jak dla mnie trochę przesada w drugą stronę. Bo co to za nauka dla dziecka, że jak zębów nie myłem i u dentysty wylądowałem, to mogę w końcu pograć w fifę? Więcej cukierków i mniej szczotkowania równa się częstsze wizyty w tym rajskim pomieszczeniu. Proste co? Logiczne co?

Ok, moje rozmyślania przerywa pani pomoc dentystyczna (albo technik dentystyczna, w sumie to nie wiem) i wzywa Krzyśka na fotel. Obok, na innych fotelach leżą inne dzieci, oglądają filmy na innych telewizorkach, inne panie pomoce dentystyczne przygotowują dziecięce buźki na nadejście doktora. Który to doktor jest jeden, chodzi od fotela do fotela, tu pogrzebie, tutaj zaordynuje, tam pokręci głową. Tak to jest pomyślane, efektywność pracy i czynnika osoboludzkiego.

Od lżejszych spraw nie jest doktor.  Od grubszych, jak się okazało, również nie.

Stomatolog patrzy na Krzyśka, zaspanego, wkurzonego, że grać nie może, z bolącym zębem i mówi, że on nie będzie rwał. Że Krzysiek sobie nie da, że on jako doktor rekomenduje zabieg. Pod pełną narkozą, w centrum chirurgicznym. Jezu, myślę, przecież to ząb mleczny jest, jak to doktor od dziecięcych zębów nie może go wyrwać? No nie może, chce kreować pozytywne doświadczenie dentystyczne, żeby nie bolało WCALE, musi być narkoza. Mówię, że Kris bardziej się przestraszy, że musi iść do szpitala, na zabieg, niż żeby mu teraz szczękę otworzyć, zęba wyrwać, rachu ciachu i po strachu. Ale lekarz się nie zgadza. Mówi, że on tego nie zrobi. Że żaden z jego kolegów tego nie zrobi. Trzeba do szpitala.

Oczywiście nasze ubezpieczenie dentystyczne nie obejmuje operacji wyrwania zęba mlecznego.

A chirurgiem przeprowadzającym operację jest syn dentysty. Milczę, bo co mam powiedzieć. Przecież chcę, żeby Krzyśka przestało boleć, nieważne jakim kosztem.

U dentysty nr 3

Zatem trzecia placówka, dobrze, że przyjęli nas jako nagły przypadek. I to jest pierwszy raz, kiedy doświadczam tego strachu rodzica dziecka, które jest zabierane na salę operacyjną. Kiedy przychodzi anestezjolog i mówi o powikłaniach. Nie słyszę tego, że są mało prawdopodobne. Że takich zabiegów wykonuje się tutaj do 6 dziennie. Że nie ma się co bać.

I rzeczywiście, po godzinie jest już po strachu. I po zębie. Okropnym, zepsutym zębie. Krzysiek się trochę słania, zamawiają nam taksówkę i w końcu jesteśmy w domu.

Bez zęba. I bez około 400 CAD, które zapłaciliśmy. Resztę kosztów, czyli 80% całości, zapłacił ubezpieczyciel z firmy Kuby. Przynajmniej taką mam nadzieję, bo przysyłają do nas i do klinik tyle korespondencji, że ciężko się połapać.

A ząb ku przestrodze leży w komodzie. Straszak, jak chłopaki zbytnio się ociągają ze szczoteczką.

Ufff. Koniec. Z pierników i słodkości pozostaje nam jedynie oglądać zdjęcia.

Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Speach language patologist czyli logopeda po kanadyjsku

Maciek i jego zmagania z językami. Post podsumowujący sesje z logopedą kanadyjskim.

To będzie post o zmaganiach Maćka z mową. Przy pomocy speach language patalogist.

Pisałam już o tym kilkakrotnie, bo temat Maćka mowy spędzał (nie tylko) mi sen z powiek od początku naszego przyjazdu do Vancouver. Trochę uporządkuję wspomnienia w tym wpisie, na wypadek jakby zajrzał tu ktoś z podobnym problemem. Proszę tylko nie traktować naszej historii jako wykładni medycznej prawdy absolutnej. To spisane doświadczenia z speach language patologist czyli logopedą.

Historia, więc najpierw polski.

Przyjechaliśmy do Kanady, zanim Maciek zaczął w pełni mówić po polsku. Miał wtedy 2,5 roku. Jego mowa nie była rozwinięta, jego sposób opisywania świata, komunikacji z innymi w zasadzie ograniczał się do pojedynczych słów. Martwiło mnie to, ale nieprzesadnie, chociaż mając tyle lat, Krzyś już śpiewał i komunikował się sprawnie. Maciek okazał się być tym, który swoje zdanie wyrazi później (late talker).

Podczas przypadkowej rozmowy z kanadyjską mamą dowiedziałam się, że w okolicy jest klinika, w której mogą Maćka zbadać i w razie konieczności zalecić terapię mowy. Więc postanowiliśmy nie czekać, jak sytuacja się rozwinie, tylko zacząć działać. To był przełom roku 2014 i 2015.

Fakt, że Maciek mówił niewiele, spowodował, że jeszcze w Polsce miał badanie słuchu. Powtórzyliśmy to badanie także w Kanadzie (bezpłatnie, czekaliśmy około 2 tygodnie, wyniki zostały przesłane pocztą do nas i do logopedy). Z uszami i słuchem wszystko w porządku.

Nie zna polskiego? To z angielskim będzie nielekko.

Podczas pierwszej wizyty logopedka zrobiła nam wywiad i powiedziała, co następuje. Otóż wbrew mojemu przekonaniu, że Maciek złapie angielski szybciej niż Krzysiek, jest zupełnie inaczej. Maćkowi jest dużo trudniej nadgonić z angielskim do poziomu native speaker, ponieważ przyjechał do Kanady bez przyswojenia sobie całego polskiego. Jego polski nie był taki rozwinięty, żeby mógł dokonać tranzycji na angielski. Co więcej było mu trudniej ruszyć z mową w ogóle, ponieważ te części mózgu odpowiedzialne za mowę wciąż się rozwijały, w miarę jak rósł z niemowlaka do przedszkolaka. W dodatku poszedł do kanadyjskiego przedszkola, co oznaczało, że ma mniej o 40 godzin tygodniowo polskiego niż jego rówieśnik w Polsce.

To było dla mnie zaskoczenie. Myślałam bowiem, że im mniejsze dziecko i im więcej styczności z drugim, trzecim językiem, tym łatwiej i szybciej zacznie mówić. Otóż nie zacznie. Najpierw musi poznać dobrze jeden język, swój, ojczysty, żeby potem łapać szybko drugi. Maciek był przez 40 godzin w tygodniu otoczony tylko angielskim, czyli automatycznie pozbawiony tych 40 godzin polskiego, a to spowalnia jego rozwój mowy. Godzina, dwie, obcego języka, to nie robi wielkiej różnicy, ale już podział po połowie tak. Jesteśmy tego przykładem.

Zaczęliśmy zajęcia z logopedką jakoś na wiosnę. Były to sesje jednogodzinne, raz w tygodniu, na których Maciek pracował z terapeutką mowy w towarzystwie Kuby. Uwielbiał te zajęcia, uwielbiał logopedkę, do teraz pamięta jej imię, drogę do przychodni. Zajęcia polegały na powtarzaniu słów angielskich, ćwiczeniu wymowy specyficznych głosek angielskich, nazywaniu rzeczy i interakcji podczas zabaw. Chłopaki chodzili do Kelly przez 3 miesiące.  W domu ćwiczyliśmy z materiałami z zajęć (kolorowe wydruki na pojedynczych kartkach), jednocześnie czytając polskie książeczki.

A potem Maciek pojechał do Polski na dwa miesiące.

100% polskiego. I sporo angielskiego.

Po wakacjach w Polsce, gdzie był przez cały czas otoczony tylko polskim, Maciek mówi po polsku. Buduje zdania z trzema, czterema wyrazami, odmienia czasowniki i przymiotniki polskie, potrafi nawet dostrzec humor językowy. Śpiewa po polsku. Wymawia typowe dla polskiego głoski (np. t bez wkładania języka między zęby, które wcześniej brzmiało jak angielskie th).

Co więcej, Maciek mówi też po angielsku. Po dwóch, trzech tygodniach od naszego powrotu do Vancouver, po ponownym przyzwyczajeniu się do przedszkola, okresie trudnym, Maciek rozmawia po angielsku.

I to jest jeszcze raz dowód na to, że żeby mówić dobrze w drugim języku, trzeba najpierw mówić dobrze w pierwszym. Po angielsku mówi zdania trzywyrazowe, reaguje na polecenia i wyraża prośby typu More water please, John, come here, Look at me. W zabawie z kanadyjskimi dziećmi płynnie przechodzi na angielski. I śpiewa też 🙂 Nie umiem określić, czy jego akcent angielski jest poprawny, ale raczej nie odbiega od wymowy innych dzieci. W domu czasami czytamy po angielsku, czasami oglądamy po angielsku, ale mówimy między sobą tylko po polsku.

Co dalej?

Po wizycie kontrolnej na początku grudnia wiemy, że wszystko jest jak w najlepszym porządku, i na najlepszej drodze. Dostaliśmy obszerny raport, a w nim np. informację, że wymawia angielskie th jak f, bez wkładania języka między zęby! (najwyraźniej nie da się na tym etapie mówić prawidłowo po polsku t i po angielsku th).

Nie ma potrzeby chodzić na dodatkowe zajęcia logopedyczne. Następna wizyta kontrolna za pół roku, pielęgniarka zadzwoni i umówi termin.

Maciek kontynuuje rozmawianie po angielsku w przedszkolu, a w domu po polsku.

I świetnie rozumie, że są dwa osobne języki. Na dowód angedotka:

Kuba odprowadza Maćka do przedszkola.

Zdejmując kurtkę, Maciek mówi do niego: Tato, ja teraz będę mówił po angielsku. 

I zwracając się w stronę kolegów: Hello, everybody !!!

🙂

I jeszcze na koniec: Za standard przyjmuje się tutaj, ze obcojęzyczny 2-, 3-latek, po przyjeździe do Kanady, potrzebuje około 5 lat, żeby poziomem angielskiego dorównać rodzimemu użytkownikowi języka. W przypadku dzieci, które wyemigrowały w starszym wieku, czyli np. jak nasz Krzyś, taki poziom na ogół osiąga się po 2 latach.

Zdjątko z gatunku: Gimnastyka buzi i języka

gimnastyka buzi i języka

Jest dobrze. Pozdrawiamy wszystkich serdecznie.

I na koniec dziękujemy raz jeszcze Cioci Dorocie – bez Ciebie byłoby nam znaczniej trudniej !

[symple_box color=”blue” fade_in=”false” float=”center” text_align=”center” width=””]Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.[/symple_box]

PODZIEL SIĘ

If it is not broken, do not fix it – co lekarz na to?

To będzie wpis z cyklu “Przychodzi baba do doktora”. Przyszła chora, wyszła chorsza.

To będzie wpis z cyklu Przychodzi baba do doktora. 

Do doktora poszliśmy razem z Kubą, chcąc odhaczyć kolejny punkt na liście rzeczy do zrobienia w wakacje, kiedy będziemy mieć czas (czyli akuratnie teraz).

Myślimy sobie, trzeba zajrzeć do lekarza, porobić badania krwi, oczy zbadać oraz narząd programisty nadmiernie eksploatowany – rękę.

Słowem, dać się zbadać kompleksowo, wypadałoby chyba raz do roku, c’nie? Plus oczywiście nasze doświadczenie z kanadyjską służbą zdrowia jest niewielkie, więc trzeba się uczyć.

Zatem dobrze, jedziemy do walk in clinic, czyli tej przychodni co to już kilka razy w niej byłam, bo innego pomysłu gdzie by pójść nie ma, a wciąż nie mamy doktora pierwszego kontaktu (family doctor).

Zajeżdżamy, fajnie, tylko godzina czekania, no i próbuję wytłumaczyć recepcjonistce z czym ja przyszłam. Że to nie jestem chora ani cierpiąca tylko tak profilaktycznie chcę zobaczyć doktora, ginekologa może (cytologia i te sprawy).

I co się okazuje?

  • →Że po pierwsze to od takich spraw jest lekarz rodzinny, jak nie mam, to ona mi da kontakty do tych co akurat przyjmują nowych pacjentów (fajnie).

 

  • → A po drugie, owszem mogą w tej klinice mnie zbadać też, ale mam się zdecydować na jeden powód wizyty, słownie JEDNĄ dolegliwość. Jak mam dwie, to muszę przyjść na  kolejną wizytę, bo mi ubezpieczenie (Medical Service Plan) tego nie pokrywa. No ok, dziwne, ale ok, ja mówię, że idę po konsultację ginekologiczną, a K. że po zbadanie krwi.

Dalej będzie o tym, co nam doktor powiedział w gabinecie, ale bez drastycznych szczegółów.

Zaczął od tego, że on nie jest zwolennikiem badania osób zdrowych, czyli nas, bo  jak się coś znajdzie, to dopiero będziemy mieć problemy.

Przede wszystkim się zestresujemy niepotrzebnie, a poza tym bank nam nie da kredytu na mieszkanie, albo polisy na życie, bo już będziemy mieć w medycznych papierach, że coś nam zdrowie szwankuje. No i w ogóle, twierdzi, jak się szuka, to się znajdzie, a po co? Lepiej się nie przejmować, lepiej nie naprawiać czegoś, co popsute nie jest (vide tytuł posta). Moja reakcja –  SZOK. Pytam o profilaktykę, o badania przesiewowe, o standardy. I co się okazuje? Że w Kolumbii Brytyjskiej sytuacja wygląda inaczej niż bym to sobie wyobrażała. Na przykład – nie robią kobietą USG piersi (podobno szkodliwe). Aha, no a jak to się ma do tych wszystkich różowo-wstążkowych marszów i nawoływania do zwiększenia świadomości na temat raka piersi? No nijak się ma, nie ma takich badań i już.

Dalej w temacie kobiecych badań – cytologia owszem jest , co roku, a w takim np. Ontario podobno rzadziej (słowa lekarza).

Kiwa głową ze zrozumieniem i tłumaczy, że muszę zweryfikować swoje oczekiwania wobec tutejszej służby zdrowia, bo oni co i rusz mają jakieś audyty, a za zlecanie badań zdrowym ludziom dostają po łapkach.

OK, to może chociaż tabletki dostanę? I tu pozytywne zaskoczenie – są refundowane częściowo, jupikajej (w Polsce chyba nadal nie są?).

Co do badań męskich, się nie będę rozwodzić, Kuba dostał skierowania gdzie trzeba, więc się zbada. P0 raz kolejny się przekonaliśmy, że służba zdrowia działa tutaj na innych zasadach, nie piszę specjalnie  gorszych – lepszych, tylko innych, trzeba się przyzwyczaić.

Podsumowując tę scenkę rodzajową dzisiejszą, chcę napisać o naszych przemyśleniach już po wyjściu od doktora (skąd inąd miły był i powiedział, że Polacy robią najlepszą kapustę na świecie i że on nie tyka nawet kijem bigosu przygotowanego przez nie-Polaka).

✔ wpis – poradnik o służbie zdrowia → KLIK

✔ wpis – o kanadyjskim dentyście → KLIK


Rozmawialiśmy sobie z K., że w sumie takie podejście –  zostawmy jak jest, póki nie jest zepsute (albo chore) – już kilka razy dało nam się zauważyć w kontaktach z Kanadyjczykami.

Weźmy na przykład sprawę naszej pralki. Właścicielka mieszkania jeszcze we wrześniu mówiła, że pralkę nam wymienią. Dawaliśmy znać, że głośno chodzi, że jakieś tam elementy powyginane są, ale temat się urwał, powiedziała: skoro pracuje, to niech będzie. No i proszę ze trzy tygodnie temu, K. daje jej znać, ze pralka cieknie. Nie mija nawet tydzień, kiedy podłoga w sypialni przylegającej do łazienki puchnie. A kulminacją był nocny alarm pożarowy, który zerwał WSZYSTKICH mieszkańców z łóżek o 2 nad ranem. Staliśmy sobie wszyscy na ulicy (dobrze, ze ciepło było), koło wozów strażackich i słyszymy, że alarm spowodowało spięcie instalacji elektrycznej, na którą skądś kapała woda. Aha, no możecie się domyślić, co nam przyszło do głowy – yeap, pralka zawiniła. No i teraz właścicielka mieszkania ma ze trzy razy większy (i kosztowniejszy) problem niż gdyby nam tę  18letnią pralkę wymieniła zeszłej jesieni. No ale nie chciała, bo przecież pralka działała.

Więc jak działa, to nie ruszać.

W pracy też to mamy – proces jest do dupy, ale nikogo nie interesuje, żeby go usprawnić, żeby życie ułatwić. Działało tak zawsze, zostawmy, aż się nie wywali. A wywali się NA PEWNO, i wtedy dopiero będzie.

No więc tak, refleksją się podzieliłam. Zdrówka!

 

Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Dragi i jak wygląda walk-in clinic czyli kanadyjska przychodnia

Od jakiegoś czasu boli mnie ręka, ale tak porządnie, nawet w nocy. Więc Kuba nakazał mi wizytę u lekarza.

Akcja odświeżania bloga 2017 i łączenia treści. Żeby było łatwiej czytać. Połączone dwa posty: o przychodni rejonowej Raven Song Health  Community Center oraz o przychodni typu walk-in. I trochę o aptece.

Do odwiedzenia pielęgniarki szykowałam się od początku pobytu.

Bardziej, żeby się zorientować, o co chodzi, niż z rzeczywistej potrzeby.

Przychodnia społeczna, czyli Raven Song community health centre, jest na szczęście blisko naszego mieszkania. Spacerkiem 5 minut.

Pierwsze wrażenie było miłe, bo zadzwoniła do nas pielęgniarka, wypytywała o sporo rzeczy przez telefon, umówiła nam wizytę. Na miejscu też wszyscy bardzo mili i pomocni, kolejek dużych nie ma, choć widać że to przychodnia dla tych z mniej zasobnym portfelem.  Sam budynek, jego wyposażenie, no cóż pamięta pewnie lepsze czasy, powiem szczerze, że lekko się zdziwiłam, kiedy Maćka zmierzono na korytarzu, bo tam ustawiono te przyrządy, a nie w gabinecie. Dobra, wiem, że nie należy sądzić po pozorach, po prostu mi się zatęskniło za kolorową poczekalnią prywatnych Luxmedów i innych Medicaverów, gdzie był ful zabawek, a komputer doktora nie wyglądał jak z epoki kamienia łupanego. Tak to tylko piszę, żeby Wam dać jako taki obraz 🙂

Ciekawostka – tutaj zwracają pacjentom opłatę parkingową, ha!

Z kolei po porównaniu kalendarzy szczepień wyszło, że wszystkie szczepionki, które w Polsce są dodatkowe (i mocno bijące po kieszeni, kto szczepił, ten wie), no więc te wszystkie szczepienia są tutaj opłacone przez Medical Service Plan, czyli tym ubezpieczeniem medycznym, który jest podstawowy i my go mamy 🙂

Maćka czeka szczepienie przeciwko menigokokom, którego w Polsce nie robiliśmy (koszt chyba z 1000 pln). Poza tym waży w normie, wysoki jest z lekka poniżej średniej. Idziemy na wizytę za tydzień.

Możemy się też bezpłatnie zaszczepić na grypę – co tydzień jest tzw. Tuesday Flu Clinic, gdzie przychodzisz z ulicy i możesz się zaszczepić. Zaszczepić się też możesz w wielu tzw. supermarketach aptecznych (drug store, ja to nazywam supermarket apteczny, bo jest skrzyżowaniem Żabki, Rossmana i apteki, oraz w przypadku sklepu najbliżej nas, również poczty!). Szczepienia oferowane są także w community centre, wszystko, żeby ludziom życie ułatwić i zapobiec rozprzestrzenianiu się paskudztwa.

Dla przypomnienia nasza sytuacja ze służbą zdrowia wyglądała tak – dzieci były zapisane do państwowej przychodni na ul. Płockiej w Warszawie, do pediatry. Maciek został dopisany do pacjentów tylko dlatego, że od 2007 Krzysiek był pacjentem doktora Łodygi, bo tak to lista była pełna.W sumie ok, lekarz sensowny, przychodnia blisko, tłumnie, numerki na godziny wydawane z rana, najlepiej się osobiście rejestrować. Powiedziałabym, standard.

Oprócz tego korzystaliśmy z abonamentów firmowych najpierw w Luxmedzie (lepiej), potem w Medicoverze (gorzej) – dało radę,szczególnie ze specjalistami, chociaż czasami terminy takie że zapomnij. Standard.

Więc nasze pierwsze zderzenie ze standardem w Vancouver wygląda tak, że po dwóch miesiącach dostaliśmy karty zdrowia i możemy się leczyć niejako państwowo.

Do tej pory mieliśmy ubezpieczenie wykupione w Polsce, turystyczne, ale najbardziej rozszerzone (chyba ze 3 000 zł nas kosztowało), ale to konieczność,

bo jak nie masz kanadyjskiego ubezpieczenia zdrowotnego, to nie ma bata, w razie choroby bankrutujesz, płacąc za wszystko z własnej kieszeni. Zdrowie w Kanadzie kosztuje.

serio
Podobno są nawet negocjatorzy, którzy w razie takich sytuacji negocjują spłatę świadczenia medycznego (sic!) pomiędzy nieszczęśnikiem a szpitalem.

Ubezpieczenie to MUS.

Do nas przyszły eleganckie karty BC Health Cards i teraz szukam dla nas lekarza rodzinnego, czyli takiego, który będzie dla całej rodziny pierwszym kontaktem.

Nie ma podziału na to, czy to pediatra, czy też internista dla dorosłych; przynajmniej tak mi się wydaje……

Korzystam z takiej strony szukając lekarza, którzy przyjmują nowych pacjentów. Jak znajdę, to nas zapiszę.

Oprócz tego są jeszcze tzw. walk in clinic, czyli przychodnie, gdzie możesz skorzystać z porady lekarza na miejscu, nawet jak nie jesteś do niego przypisanym pacjentem.

 

Trudno jest zapisać się do lekarza rodzinnego. Kiedy jesteś “na chwilę” w Vancouver, pozostaje kanadyjska przychodnia dostępna dla wszystkich, na zasadzie, kto pierwszy, ten krócej czeka.

Postanowiłam korzystać z faktu, ze mam elastyczny czas pracy (hęhę) i mimo długiego oczekiwania wybrać się na wizytę do walk-in clinic, czyli przychodni, gdzie nie trzeba się wcześniej umawiać na wizyty.

Poszłam do tej, kilka osób mi o niej mówiło, trzeba było spróbować. Weszłam, przedstawiłam się, pani wzięła moją kartę BC Health Card, przejechała tą kartą w czytniku i mówi, że niestety czas oczekiwania na wizytę to prawie dwie godziny i żebym sobie poszła gdzieś coś pozałatwiać albo na kawę i wróciła. No ale dobra, na kawę się nie wybieram, postanowiłam zostać i poobserwować.

Pierwsza obserwacja – lekarze nie noszą fartuchów, przynajmniej nie wszyscy, druga obserwacja – lekarze cały czas są w ruchu, serio, przemieszczają się wszyscy, a nie że tylko recepcjonistka lata.

Jakieś to inne od polskich przychodni, gdzie z reguły jak się ktoś biega, to to na bank pacjent, poddenerwowany, że no co kurcze blade, co tak długo.

Czekam i czekam, standardowy czas wizyty to około 10-15 min, choć widziałam jak mały chłopiec co się ojcu lał przez ręce, chyba z 40 minut był badany, a na końcu przyjechała po niego karetka 🙁

No ale dobra, wchodzę i ja, 2 godziny odczekałam, mówię co i jak, doktórka o azjatyckich rysach zadaje pytanie, czy mam rozszerzony plan medyczny, żebym mogła pójść na masaż, bo to zwichnięcie ramienia, noż jasna cholera! Nie wiem, czy mam, więc na wszelki wypadek mówię, że nie mam. Muszę sprawdzić. Receptę dostaję, wychodzę po 15 minutach. Źle nie było, ale się naczekałam. Może trzeba było jednak pójść na tę kawę.

Potem apteka.

Są albo takie osobne apteki (koło nas jakaś taka niepozorna, chybaby się bała do niej wejść), albo kombajny apteczne, czyli np. Shoppers Drug Mart, apteko-drogerio-spożywczak w pobliżu. Idę i mówię, że ja pierwszy raz, i żeby mi wytłumaczyli co mam robić, bo mam tylko tę kartkę A4 z wypisanymi lekarstwami. No to się mnie pytają czy mam rozszerzone ubezpieczenie, sic, no widzicie sami, wszędzie to samo! Ale tutaj już jestem mądrzejsza i szybko wyciągam coś, co mi kiedyś Kuba dał, kartę znaczy się jakąś na której jest napisane insurance. Widzę błysk zadowolenia w oczach farmaceutki, znaczy się jest dobrze, trafiłam z tą kartą. Mogę albo poczekać na leki 20 minut (o nienienie), albo przyjść później. No to przyszłam później, leki w pełni spersonalizowane i po obniżce (część pewnie pokryło mi to ubezpieczenie, co to nie wiem, czy je mam, a jak je mam, to od czego).

Łykam dragi i się leczę, proszę się nie martwić 🙂


Podobało się? Podziel się z innymi – wtedy wiem, co lubisz czytać. I o czym mam pisać