Jak w Kanadzie oszczędzamy, kupujemy i wydajemy

Dużo słów o pieniądzach, czyli na co wydajemy te słynne góry dolarów.

Wiesz, jaki wpis jest numero uno bloga? O ten. O stawce minimalnej w B.C.

Kilkakrotnie zastanawiałam się, jak ugryźć pisanie o pieniądzach. Temat ciekawi wielu. Wiadomo, bez pieniędzy się nie da. Kanada czy nie Kanada (się nada; wiem, głupie, nie mogłam się powstrzymać, ja uwielbiam bzdurne rymowanki)

W mailach do nas temat finansowy przewija się najczęściej. Pytacie o koszty życia w Kanadzie, w Vancouver, o to, ile nasza czteroosobowa rodzina wydaje i jak jest nasz status materialny.

Musiałam w końcu napisać o tych górach dolarów, do których mi tylko złotych grabi brakuje (do grabienia tychże).

I pewnie będę tutaj dopisywać kolejne “mądrości”. Więc ustaw sobie jakieś przypomnienie, czy cuś, żeby co jakiś czas sprawdzić, ile to Jeziorska wydała.

Zwłaszcza po ostatnim piątku, kiedy radośnie nie przeczytałam polisy ubezpieczeniowej i 150 CAD poszło na króciuchną wizytę u dentysty…
Ej, miało być jak w Kanadzie oszczędzamy, kupujemy i wydajemy a nie o dentyście.

[no chyba, że chcesz wciąż o dentyście. To wtedy tu KLIK]

Nie jest mi łatwo dzielić się wiadomościami finansowymi z dwóch powodów:

  • → nie potrafię szczerze i bez wewnętrznej blokady pisać publicznie o zarobkach i wydatkach. W tej kwestii niedoścignionym wzorem jest dla mnie Michał z bloga jakoszczedzacpieniadze.pl – guru finansów osobistych i mistrz transparentności w gospodarowaniu pieniędzmi. Mi zawsze wychodzi tak trochę głupawo i wstydliwie.
  • → nie prowadzę budżetu jako takiego, choć wspomniamy Michał pokazuje, że to dobry przykład. Więc nie mam jak ci konkretnych paragonów pokazać. [ja tu tylko sprzątam]

 


Ten wpis ukazuje się teraz nieprzypadkowo. Kilka dni temu (a jest początek lipca 2017) bank, w którym mamy kredyt hipoteczny na mieszkanie w Warszawie (od 2011), podzielił się z nami dobrą wiadomością – została nam 1/3 całości do spłacenia!

Jupi, szampan i kokosanki, jest co świętować, bo kredyt wisi nad nami jak miecz Damoklesa. Ale już trochę mniej dynda.

Mimo dobrej informacji, nie jestem specjalnie radosna, bo mój udział w spłacie od czasu przyjazdu do Kanady był, niestety, więcej niż minimalny. Pracowałam, owszem, ale krótko. Taka już jestem, że lubię mieć swoje pieniądze i być współodpowiedzialną za finanse. A w Vancouver zarabianie mi nie wychodzi.

Tak sobie podyskutowaliśmy z Kubą na tematy (nie)zasadnicze, czyli o tym, na ile Kanada sprawdziła nam się jako kraj emigracji zarobkowej. Przed przylotem podstawowe wyliczenia wskazywały, że sięgniemy po polskie oszczędności zaraz na początku. Liczyliśmy się z tym, że przyjdzie nam wydać wszystkie nasze dotychczas oszczędzone pieniądze, żeby zrealizować pomysł na Kanadę.

Pensja Kuby, który, przypominam, został tutaj ściągnięty jako pracownik wysokowykwalifikowany, na papierze wyglądała zachęcająco.  Ale Vancouver okazało się być bardzo drogim miastem do życia dla czteroosobowej rodziny. To jest jak stały motyw życia w tym mieście – najlepsze miasto, a jednocześnie mało kogo stać na cokolwiek.

Udało nam się nie ruszyć polskich pieniędzy i do dziś utrzymujemy się z pensji Kuby plus co miesiąc spłacamy zobowiązanie hipoteczne z Polski.

Mieszkanie w Warszawie wynajmujemy, ale rata kredytu i inne wydatki mieszkaniowe (podatek, ubezpieczenie, opłata roczna, czynsz) są wyższe niż kwota wynajmu.

Na krótko nasz budżet zasilała moja kanadyjska pensja (około 20 tys. CAD brutto rocznie). W tym momencie wynagrodzenie roczne Kuby to trochę ponad 100tys. CAD brutto.

Tutaj sprawdzisz, ile wynosi średnia dla software engineer w Kanadzie.


Co kupujemy i jak żyjemy, żeby mieć na ratę kredytu?

1. Wydatki na mieszkanie

Gdzie mieszkamy?

Od września 2014 roku mieszkamy w tym samym miejscu. Wynajmujemy od sympatycznej profesorki. Mieszkanie jest małe, ma dwie sypialnie, standard średni, wyposażenie stare. A miejscami bardzo stare.

Płacimy 1800 CAD. To jest mało jak na takie samo mieszkanie w naszej okolicy. Teraz podobne w naszym bloku może kosztować nawet 600 CAD więcej.

Płacimy mniej niż stawka rynkowa bynajmniej nie z powodu sympatii do nas. Właścicielka nie może nam podnieść czynszu więcej niż 5% miesiącznej kwoty, co roku. Gdybyśmy się wprowadzili, wtedy mogłaby wynająć to mieszkanie za więcej.

→  Szukasz mieszkania? Przeczytaj wpis o dzielnicach w Vancouver

Naszą największą oszczędnością na kanadyjskim mieszkaniu jest rzadkie przeprowadzanie się.

Wyposażenie mieszkania

Jakaś dziwna jestem, bo nawet nam nie przyszło do głowy nadawać mienia przesiedleńczego (mniam, co za słowo). Z Polski przywiozłam tylko ulubioną miskę oraz kilka poszewek na poduszki, żeby nam pachniało domem. Emigracja radośnie uwolniła mnie od wielu rzeczy, nawet nie pytając o zdanie.

Trzy lata później nadal mamy niewiele sprzętów (nie mamy odkurzacza ani żelazka, ale mamy perlator do wody gazowanej).

Zakupy robimy:

  • → w Ikea  i Canadian Tire;
  • → w sklepach z używanymi rzeczami – Thrift Store, Salvation Army, Consignment Store. W niektórych sklepach można oddać niepotrzebne rzeczy, ubrania, książki, a dostać w zamian kupon zniżkowy);
  • → na wyprzedażach garażowych (Yard Sale, Garage Sale – informacje o nich są na Craigslist albo na tabliczkach przy drogach);
  • → na Craigslist (także sekcja free stuff). Sama też tam sprzedaję (dobra, raz coś sprzedałam) Craigslit to taki ubogi krewny Allegro i może mu buty czyścić (temu Allegru).
  • → w One dollar store / Dollarama (uważaj jednak, jakość potrafi być bardzo kiepska, lepiej założyć, że to rzecz jednorazowa);

Nie mamy oporów przed powtórnym wykorzystaniem rzeczy, oddanych/sprzedawanych przez kogoś. Tak zachowywaliśmy się w Polsce i Kanada tego nie zmieniła.

Do tej pory wydaliśmy na wyposażenie około 2000 CAD.

2. Jak kupujemy ubrania?

Najczęściej przywozimy je z Polski. Nie lubię kupować ubrań, więc mamy ich mało. Podejrzewam, że spokojnie mieszczą się w pojęciu capsule wardrobe.

Życie mamy intensywne i często na zewnątrz więc ubrania codzienne szybko się zużywają. Rzadko kupuję rzeczy markowe, głównie buty.

  • → Dla chłopaków jest najłatwiej, bo często dostajemy w spadku po starszych kuzynach.
    • W Lidlu poluję zawsze na dresy (kupuję od razu po 3-5 kompletów) , bo to ulubione spodnie dzieci (i Kanadyjczyków).
    • ↠ Kupuję w Tesco, w Biedronce, w dużych supermarketach, a także na tchibo.pl. Głównie z wygody – dyskonty są w każdej miejscowości, a ja jestem leniwa.
  • → Część ubrań (kurtki około $40-50) i butów ($20-30) dla nas kupuję używane w Sport’s Junkies
    (turystyczne)  albo do codziennego użytku marki Joe Fresh (mamy do nich czasami kupony zniżkowe od ubezpieczyciela ICBC, około 20 CAD).
  • → Kuba w Polsce wpada do Decathlonu na 2 godziny i wychodzi stamtąd z walizką ubrań na kolejny kanadyjski sezon (około 600 zł). Buty też z Polski. Raz kupił buty w Vancouver i żałował.

Najwięcej oszczędzamy nie wydając. Proste? Proste!

Zakupy w Polsce dla mnie i chłopaków  to jak na razie około 500-800 zł w czasie jednego wyjazdu. W Kanadzie wydałam do tej pory może z 500 CAD na ubrania. No i 250CAD na kalosze Hunter (które moim zdaniem nie powinny tyle kosztować, bo są… zwykłe. )

Jak w Kanadzie kupujemy, oszczędzamy i wydajemy_Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady1

3. Jedzenie i zakupy do domu 

W Polsce większość rzeczy zamawialiśmy z Tesco z dostawą do domu. Warzywa i owoce kupowaliśmy na bazarku dzielnicowym.

Spróbuj w Vancouver zamówić artykuły spożywcze online! Tyle, ile się naklikałam na saveonfoods.ca, żeby nic nie kupić w końcu, to (nie) moje.

  • → kupujemy raz w tygodniu, raz na dwa tygodnie w Costco. Mają tam wielkie paczki jedzenia, no nie wiem, jak liczna musiałaby być rodzina, żeby to wszystko zjeść, kiedy jest świeże.  Wydajemy średnio 300 CAD co dwa tygodnie;
  • → czego mi zabraknie lub potrzebne świeże kupuję w najbliższym Buy Low Food – zwykle 2-3 razy w tygodniu, wydaję około 40 CAD;
  • → mamy kartę do Shoppers Drug Mart i średnio raz w tygodniu / dwa tygodnie posyłam tam Krzyśka to po mleko, to po masło  z gotówką do 10 CAD. Robiąc zakupy dostajesz punkty, które możesz wymienić na zniżkę przy zakupach. My mamy do odebrania jakieś 80 CAD za rok kupowania;
  • okazjonalnie kupuję w polskim sklepie. Odkąd Kuba zaczął robić twaróg, a chleb sam piecze, nie mam potrzeby. Polsko smakującą kiełbasę na ognisko mamy z Costco, pierogi ruskie mamy z Buy Low Food albo z imprezy w kościele, a na schabowe przylatujemy do Polski;

Na stronie Pawła sprawdź listę sklepów, a potem porównuj ceny


#4. A co z rozrywką? Sport, wycieczki, outdoor

Tak już mamy, że uwielbiamy bycie na dworze. Narty, kempingi, rowery, to jest coś, na co wydajemy sporo pieniędzy.

  • → zajęcia sportowe – płacimy za chłopaków naukę pływania i naukę jazdy na łyżwach (240 CAD na pół roku, zajęcia na miejskich obiektach. Na UBC zapłacisz więcej). Od dwóch sezonów mamy karnety na narty (rodzinny 900 CAD, kupiony w promocji Early Birds, bo potem jest dwa razy droższy);
  • → sprzęt sportowy kupujemy używany lub na promocjach. Kiedyś jedna Amerykanka podarowała Kubie rower. Kanadyjka poznana przypadkowo oddała nam łyżwy. Bywają promocje do 40% na sprzęt kempingowy w Canadian Tire. Jak raz kupiłam materac, który w innym sklepie kosztował mniej, zrobiłam zdjęcie ceny i wróciwszy do sklepu, poprosiłam o zwrot różnicy (oszczędność 15 CAD);
  • → kempingi, wycieczki z nocowaniem w hotelach – kilka razy w roku wyjeżdżamy i chociaż staramy się rozsądnie wydawać, to jednak mamy zasadę, że na wakacjach hulaj dusza. Wolimy pojechać na jeden dzień i nie pilnować wydatków niż na dwa dni z kalkulatorem w ręku. Długi weekend (3 noce) na kempingu to koszt około 120 CAD dla dwóch rodzin i dwóch namiotów. Doba w hotelu kosztuje nas około 80 CAD. Jedzenie bierzemy ze sobą, ale też jak trafi się okazja, jemy coś miejscowego. Rzadko mamy plan zwiedzania i zazwyczaj wypoczywamy / wydajemy bez spiny;
  • → nie chodzimy do kina, bo udało nam się kupić używany odtwarzacz DVD (20 CAD) oraz rzutnik w promocji na Amazonie (110 CAD). Oglądamy filmy wypożyczone z biblioteki. Wielkim plusem jest to, że można je oglądać tylko jak jest ciemno, więc ciężko marnować czas za dnia. Telewizora nigdy nie mieliśmy i nie mamy nadal;
  • → kupuję książki tylko do bazgrania lub nauki, zwykle po 1 CAD w sklepach z używanymi rzeczami. Całą resztę wypożyczam i jestem nieprzytomną wręcz fanką naszej biblioteki publicznej. Nie kupuję gazet w ogóle. W Polsce obowiązuje tryb wakacyjny i wydaję więcej na książki i gazety.
  • → jeśli jadamy na mieście, to w weekendy lub na wycieczkach. Jednorazowy wydatek dla czterech osób to od 25 CAD (sushi) do 60 CAD (White Spot).
  • → wyjazd do Polski – to jest największy wydatek w naszym wycieczkowym budżecie. Latamy do Polski w wakacje Lufthansą, bilet dla dorosłego to około 1200-1500 CAD. W Polsce większość czasu jesteśmy z rodziną, ale wypuszczamy się też na wycieczki.

#5. Szkoła i przedszkole

  • → Żłobek dla Maćka (daycare) całodniowe w Vancouver, z pełnym wyżywieniem kosztowało 900 CAD/miesiąc. Płaciliśmy taką stawkę 6 miesięcy, potem spadła dla 3 latka do 750 CAD. Żłobek jest całoroczny, więc w pierwsze lato w Vancouver, kiedy chłopaki 2 miesiące spędzali z dziadkami w Polsce, także płaciliśmy. Łącznie od listopada 2014 do lutego 2016.
  • →  Przedszkole (preschool) kosztowało 290 CAD za trzy godziny dziennie, przez cztery dni w tygodniu. Przez ostatnie trzy miesiące Maciek chodził na dodatkowe trzy godziny popołudniu, za 300 CAD.
  • →  Krzyśka (i od września Maćka) szkoła podstawowa jest bezpłatna. Kupujemy tylko planer – rodzaj dzienniczka ucznia i płacimy za wycieczki. Całość zamknie się do 100 CAD za rok. Plus świetlica po szkole także 100 CAD dla jednego dziecka.

Sposoby na obniżenie kosztów nauki i socjalizacji przy okazji:

  • ↠  Dla dzieci – playdates! U nas często budowanie z klocków (zamiast drogich warsztatów Lego Robotics) czy malowanie/ rysowanie (aternatywa dla zajęć z Arts Umbrella). Tydzień bez playdate to tydzień stracony;
  • ↠  Dla mnie – bezpłatne albo bardzo tanie warsztaty, teraz głównie o kodowaniu (organizowane przez Red Academy albo Lighthouse Lab).

 

#6. Inne wydatki:

  • →  Transport.
    • Samochód używany, który kupiliśmy w styczniu 2017, kosztował 5500 CAD, ubezpieczenie 160 CAD za miesiąc, paliwo około 100 CAD miesięcznie. Jeździmy na wycieczki oraz po mieście, kiedy leje deszcz.  Zanim kupiliśmy auto, korzystaliśmy z opcji carsharing w Modo (na trasy kilkudniowe) oraz Evo (na szybkie poruszanie się po mieście). Czasami korzystaliśmy z regularnych wypożyczalni: Budget i Enterprise.  Przez pierwsze dwa lata, wypożyczając samochód wydaliśmy rocznie 2400 CAD. Zanim kupiliśmy samochód tutaj, przeanalizowaliśmy nasz styl życia i policzyliśmy koszty. Absolutnie nie żałujemy, że kupiliśmy samochód, ale dwa lata pokazały nam, że można bez niego żyć i również zwiedzać Vancouver, a nawet wybrać się do Stanów.
    • ↠ Autobus – korzystałam z biletów miesięcznych, które potem mogłam odpisać od podatku; Więc koszt zerowy. Sprawdź, czy przepisy podatkowe nadal na to pozwalają.
    • ↠ Rower – mamy kilka, intensywnie używamy. Wydaliśmy około 1000 CAD na rowery, sprzętokołorowerowy i przeglądy przez ostatnie 3 lata.
  • →  Telefon Mój telefon kosztuje nas 40 CAD, ale poza Vancouver  jest martwy. Taki plan, co mi specjalnie nie przeszkadza, zwłaszcza w lesie. Telefon Kuby kosztuje 20 CAD (zero danych, bo nie potrzebuje). Internet w domu- 50 CAD;
  • → Dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne 150 CAD na miesiąc; Uwaga, czytaj polisy! Albo chociaż ten post.

O matulu, jaki długi ten post wyszedł i naszpikowany offtopami. Chyba tak już jest, że jak jak nie ma pieniędzy, to nie ma niczego, a jak są pieniądze, to jest wszystko. I trzeba to opisać. [mądrość życiowa by KKJ, mów mi Konfucjusz].

Jeśli masz pytanie o inny konkret, jakiś wydatek lub sposób oszczędzania, który pominęłam, daj mi znać. Będę aktualizować post. Dzięki!


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Jakieś takie lewe jest to moje polskie prawo jazdy w Kanadzie.

Taki jestem wielki pan, samochodem jeżdzę sam. Acha, chciałoby się…

To będzie post-wspomnienie o tym, jak robiliśmy prawo jazdy w Kanadzie. Takie trochę pojękiwania z drogi.

Rozpocznę z przytupem: No jakże to, hola hola, taki ze mnie świetny polski kierowca,  a w Kanadzie to pies z kulawą nogą się nie zainteresuje? Ano tak, niestety….

Ponieważ kupno samochodu nie było na naszej liście priorytetów, doświadczenie mamy w sumie dość krótkie. Ale bogate w emocje, więc nie omieszkam się podzielić swoim zdaniem, a co!

Cała ta sytuacja z prawem jazdy nie była nawet jakoś specjalnie nieprzyjemna, ale lekki niesmaczek pozostał. I coś na kształt zdziwienia. Że jak to, że serio jakieś lewe to moje polskie prawo jazdy?
Ale od początku:

Co zabrać z Polski, żeby zrobić kanadyjskie prawo jazdy?

Ja mam prawo jazdy od roku 1999, Kuba podobnie. W Warszawie mieliśmy samochód, używany często, aczkolwiek niecodziennie. Ja siadałam za kółkiem zdecydowanie rzadziej.

Postanowiliśmy jednak, że zawczasu przygotujemy sobie polskie dokumenty na wypadek, jakby nam się jednak odwidziało z samochodem i w Kanadzie będziemy użytkować intensywnie. Better save than sorry 😉

W tym celu udaliśmy się do naszego urzędu na Woli i wystąpiliśmy o międzynarodowe prawo jazdy (taka szara książeczka) dla każdego z nas oraz o zaświadczenie, że żadne z nas nie miało nigdy cofniętego/zabranego prawa jazdy (kartka formatu A4 z pieczątkami i podpisami urzędników; warto się upewnić, że są na niej dane wymagane na tej stronie). Nie czekaliśmy na to długo, jakoś do tygodnia.Te zaświadczenia (po jednej kartce na każdego z nas) daliśmy potem do przetłumaczenia naszej tłumaczce przysięgłej w Warszawie (koszt chyba 20 zł od strony).

Czyli lecąc do Kanady każde z nas miało po trzy dokumenty stwierdzające, że możemy kierować samochodem osobowym.

Jak traktuje się polskie prawo jazdy w Kanadzie?

[dane na rok 2017] Polskie prawo jazdy nie jest dokumentem pozwalającym na poruszanie się po drogach Kolumbii Brytyjskiej, jeśli pozostajesz w prowincji dłużej niż 90 dni.

Opcje są więc dwie: albo co 90 dni przekraczasz granicę kanadyjską (ze Stanami na przykład), żeby sobie odnowić możliwość jeżdżenia na dokumencie polskim, albo robisz kanadyjskie prawo jazdy. Nie ma to jak mieć wybór, co?

W dodatku obowiązek zdawania egzaminu na kanadyjskie prawo jazdy mimo posiadanego dokumentu z innego kraju nie dotyczy wszystkich obcokrajowców, bo na przykład Brytyjczycy nie muszą, Niemcy nie muszą, Amerykanie nie muszą [wszyscy szczęśliwcy są na tej liście]. Powiem szczerze, że lekko mną zatrzęsło, jak się dowiedziałam o tak jawnym podziale na równych i “równiejszych”

Wiem, że są Polacy (i nie tylko oni), którzy granicę przekraczają, żeby mieć od nowa te 90 dni.

Inni decydują się na kanadyjskie prawo jazdy. (To nasz przypadek. Na początek wybrany do zadania został Kuba)

Jest jedna niewątpliwa korzyść z posiadania kanadyjskiego prawa jazdy – podobnie jak w Stanach, driving licence jest uznawane tutaj za dokument tożsamości. Nigdy nie wiesz, w jakich okolicznościach może ci się przydać, no i łatwiej je ze sobą nosić niż paszport z wbitą wizą.

 

Egzamin na kanadyjskie prawo jazdy.

Najpierw test z przepisów, logiki zachowania na drodze i takie tam

[tak to wyglądało w 2015, a w 2017, kiedy ja zdawałam wyglądało… tak samo ;)]

Ponieważ Kuba jeździł w Polsce autem dłużej niż dwa lata, nie musiał brać udziału w kursie, tylko mógł od przystąpić do egzaminu. Dostarczył dokumenty z Polskie [wszystkie szczegółowe dane, co i jak ma to wyglądać są na stronie ICBC] i zarezerwował termin. Dobrze jest zrobić to jak najwcześniej, bo w miesiącach letnich kolejki na egzamin praktyczny (road test) sięgają 12 tygodni oczekiwania. Podczas rejestrowania (i płacenia) otrzymał książkę papierową z wszystkimi przepisami i pytaniami do komputerowej wersji testu (knowledge test).

Pytania różne, książeczka darmowa do pobrania jest z ośrodka, testy można też robić w domu na komputerze. Mój faworyt: co robić, jak przed maskę wparaduje ci łoś? Albo inny niedźwiedź? No co robić?

Jak czujesz, że jesteś dobrze przygotowany, idziesz do jednego z ośrodków ICBC (otwarte od godzin porannych), zgłaszasz się do okienka i mówisz. A co mówisz? No to już zależy od ciebie, ja proponowałabym prawdę mówić.

Czyli, że jesteśmy z Polski i mamy polskie prawo jazdy. I chcemy uzyskać kanadyjskie.

I tutaj pani, mniej lub bardziej miła (albo pan) rzuci okiem na prawko, zobaczy, kiedy wydane, i zaordynuje: musisz zdać test z wiedzy oraz test praktyczny. Test z wiedzy możesz zdawać od razu, na wielkiej maszynie al’a jednoręki bandyta, na jazdy musisz się umówić. Koszt testu: 15 CAD.

Musisz mieć 40 pytań dobrze z 50, jak jakiegoś nie wiesz, możesz kliknąć funkcję: omiń i potem wrócić do niego. System pokazuje ci, ile masz dobrze odpowiedzianych, a ile błędnych, więc się nie musisz denerwować, jak czegoś nie wiesz  – możesz ominąć, a kto wie, może w ogóle nie będziesz musiał wracać do tego pytania. Pytania są jak w książeczce, nie takie same słowo w słowo, ale logika taka sama. Więc się nie stresuj. Na to przyjdzie czas.

Jak masz 40 pytań z głowy, pani macha na ciebie, odhacza coś w systemie i daje ci kartkę z linkiem i hasłem do logowania na stronę zapisów na road test. Login i hasło ustaw sobie jakieś takie łatwe i najlepiej napisz jej na kartce, żeby wstukała do komputera, bo odkręcanie błędnie podanego loginu wymaga osobistej wizyty w ośrodku ICBC. A po co ci to?

W tym momencie następuje też moment, kiedy pani żywo interesuje się twoim prawem jazdy i ci chce je zabrać. I teraz taka kwestia: słyszałam wiele historii o tym, jak Polacy “załatwiają sobie” nieoddawanie polskiego prawa jazdy. Nie powiem ci, co robić i jak, bo to nie moja sprawa.

Prawo B.C. mówi jasno: nie możesz mieć dwóch driving licences. Ale jaki jest powód i dlaczego prywatna firma może zabrać oficjalny dokument wystawiony przez inne państwo, tego nie wiem.

Oczywiście zapytałam. Dialog jak z Barei poniżej:

  • Pani na moje pytanie odpowiedziała w stylu iście polskim: Bo tak!
  • No to ja na to: Ale co zrobicie z moim polskim prawem jazdy?
  • Pani: Zniszczymy! (czy mi się wydawało, czy złowieszczy błysk w oku dojrzałam?)
  • A ja: Ale ja jadę do Polski za trzy miesiące, jak będę jeździć?
  • Pani na to: Będziesz mieć kanadyjskie!
  • Ja: Ale dlaczego myślisz, że mogę w Polsce jeździć na kanadyjskim, skoro w Kanadzie nie mogę na polskim?
  • Pani: milczenie….. dłuższe milczenie….w końcu: To sobie zrobisz międzynarodowe!
  • Ja: Ale ja już mam międzynarodowe! Chcesz zobaczyć?
  • Pani nie chciała.

Zabrała moje polskie prawo jazdy, powiedziała, że i tak jest nieważne, bo ważne było tylko 90 dni od mojego pierwszego przylotu do Kanady i tyle. Na nic moje utyskiwania, że jak to, nie miałam jeszcze praktycznego egzaminu, a co jak nie zdam, a co jak w trybie awaryjnym będę wracać do Polski? Nie żebym się awanturowała, o nie, ale no jakże to tak, panie kochany?

Zabrała i już.

Wzięłam kartkę z linkiem do strony logowania i w domu wpisałam się na pierwszy możliwy termin egzaminu praktycznego. I tak, terminy oczekiwania są długie, ale, ale jak często zaglądasz na stronę, to zwalniają się terminy na jutro czy pojutrze, bo ludzie odwołują w ostatniej chwili. Możesz też telefonicznie się umówić na egzamin.

A co na egzaminie praktycznym?

Po pierwsze przyjedżasz swoim samochodem, może być nawet pick up 😉 Nie to, co w Polsce kiedy się zdawało tylko na Fiatach Uno.

Zgłaszasz się do ośrodka, w którym zarezerwowałeś termin i placisz 50 CAD. Ja miałam w Północnym Vancouver, Kuba w Point Grey. Oczywiście usłyszysz w internetach, że w jakimś zdaje się łatwiej, w innym trudniej. Może. Ja myślę, że to bardziej zależy od egzaminatora niż konkretnego ośrodka.  Ja, korzystając z rad tych, co zdawali wcześniej, miałam nadzieję dostać kolesia z tatuażem, który podobno za ostry nie jest. I co? I oczywiście do mnie przyszedł Bob, a pan z tatuażem podszedł do młodego Azjaty tuż za mną! No pięknie się zaczyna…. nie ma to jak pozytywne myśli przed egzaminem.

Egzaminatorzy są różni i chociaż nie czepiają się tak, jak w Polsce, w sensie nie podpuszczą cię (Bob mi zresztą powiedział no tricks), ale jak się trafi bardzo skrupulatny, to dostaniesz więcej punktów za błędy.

A te mogą być różne:

  • ✔ Przede wszystkim wbij sobię w głowę nawyk kręcenia nią na wszystkie strony. Tzw. shoulder checks, czyli sprawdzanie przez ramię, czy nic nie nadjeżdża z prawa/lewa. Bardzo na to zwracają uwagę! I potem jak ci tik zostanie, to rodzina z Polski na wizycie w Kanadzie się dziwi, co tak głową machasz….
  • ✔ Odpowiednie zatrzymywanie się – jak jest stop, to stajesz, a nie tylko zwalniasz, że prawie stajesz. Prawie robi różnicę.
  • ✔ Skręcanie w lewo – dużo płyciej wjeżdża się na skrzyżowanie. Właśnie ten manewr w moim wykonaniu Bob skomentował na koniec: we could have been almost grilled….
  • ✔ Skręcanie w prawo – patrz na rowerzystów. Pamiętaj: W Vancouverze ludzie jeżdżą na rowerze. W ogóle to rozdział o rowerzystach poczytaj z książeczki – bo mogą zapytać o znaki sygnalizowania ręcznego. Wiedziałeś, że jak rowerzysta skręca w prawo, to może unieść lewą rękę do góry? No właśnie!
  • ✔ Światła, klakson, podgrzewanie szyby i wycieraczki to twoi przyjaciele – zawsze będziesz ich przedstawiał instruktorowi na egzaminie. Zapoznaj się.
  • ✔ Różnie bywa z prędkością – jak hamujesz ruch na drodze, to minusik, lepiej jechać nawet lekko więcej niż dozwolone. Pamiętaj, że na autostradę musisz wjechać z dostosowaną prędkością. (Nie pamiętam, ale w Polsce chyba nie minusują za zbyt wolną jazdę?) Ale, ale jeśli tylko kilomer czy dwa kilometry na godzinę więcej pojedziesz ponad limit 30 km w strefie szkolnej, to na bank masz minus.

Egzamin trwa około 40 minut, egzaminator w trakcie nie mówi ci, jak idzie, jedynie gdzie masz jechać i jeszcze: do this, do than when YOU think is safe. Na koniec dostaniesz kartkę z wszystkimi jego notatkami – jak nie zdałeś, to sobie poczytaj i do następnego testu już będziesz wiedział. Jak zdałeś, idziesz za egzaminatorem, płacisz opłatę za wydanie plastikowego prawa jazdy, robią ci zdjęcie i voila! Dostajesz papier, że możesz jeździć, a karta przyjdzie pewnie po tygodniu. Uważaj na jej ważność – Kuby prawo jazdy było ważne tak długo jak długo miał pierwsze pozwolenie na pracę. Później trzeba wymienić.

Suplement

PS. Nie musisz mieć jazd z instruktorem wcześniej, żeby przystąpić do egzaminu praktycznego. Ale instruktor sporo podpowiada o właśnie takich, typowo kanadyjskich smaczkach na drodze. Może warto to rozważyć? Jak nie masz swojego auta, to i tak musisz wynająć, żeby na nim móc zdać egzamin, może dodaj te pół godziny wcześniej i przejedź z instruktorem trasę? Wcześniej zdających poznasz na trasie po tym, że w ich samochodach są dwa lusterka.

PS2. W Polsce jeździłeś na manualnej skrzyni biegów? Automatyczna jest łatwiejsza, ale pamiętaj: przyzwyczajenie drugą naturą człowieka, weź ze dwa razy przejedź się na automatcznej, zanim ruszysz na egzamin. Ja ćwiczyłam w garażu, a cały pierwszy dzień lewą nogą próbowałam nacisnąć sprzęgło.

Ufff, tyle, wyszedł z tego prawie post poradnikowy. Inne może cię zainteresują: o pracy i o służbie zdrowia?


Inni blogerzy i vlogerzy kanadyjscy o prawie jazdy (opowieści z innych prowincji):

Zajrzyj też na Facebook – komentarze pod postem mogą się przydać!

👉👉[WPIS NOWY]Piątek, piąteczek, piątunio. Mniam!Rodzice moi wrócili do Polski, cynk dali, że cało dojechali (a…

Opublikowany przez Kanada się nada 31 marca 2017

Na koniec pytanie: Czy też myślisz, że w B.C. są najgorsi kierowcy w Kanadzie?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

AAAAA Rodzina z Polski przyjeżdża!!! Jak się nie rozczarować i ułatwić im przekroczenie granicy

Wizyta rodziny z Polski? Oj będzie się działo…. a może nie?

Jedna z wielu rozterek emigranta – odwiedziny (u) rodziny. Stres u nas był !

Powiem tak – temat: rodzina z Polski przyjeżdża, to nie jest błaha sprawa i sama intuicja nie zawsze wystarczy.

No bo jak to wygląda? Każdy mówi, że chciałby przyjechać, cię odwiedzić, ale jakoś zwykle tak wychodzi, że nie zawsze się da.

Odległość (za duża), pieniądze (za mało), czas (nie ma), język (się nie zna).

Albo z innej strony. Jakiś niewyjaśniony żal tu i tam, który nie pozwala wizytą się cieszyć.

Ale jak rodzina z Polski już się zdecyduje przylecieć, to radość oczekiwania przeplata się ze zdenerwowaniem, jak tu zrobić, żeby wyszło.

Wiem, co piszę. Dwa razy to przerabiałam. Nawet na grupie fejsbukowej szukałam inspiracji i pocieszenia, kiedy mnie panika dopadła.

Teraz już wiem, że:

Podstawą udanej wizyty jest jak zawsze plan. Nie musi być w Excelu, może być spisany na luźnej kartce.

Tak, brzmi jak dodatkowa robota, a i bez tego jesteśmy w  ciągłym niedoczasie. Więc po co wyskakuję z tym planem?

Po pierwszej wizycie rodziców [Mama i Tata J. pozdrawiamy], pozostało w nas wrażenie niedosytu i zbyt błahego przygotowania się do wizyty, a co za tym idzie, mniej świadomego przeżycia tejże.

Może gdybyśmy więcej zaplanowali, radość z wizyty byłaby większa?

Plan się przydaje, bo:

  • Pomaga pozbyć się wszystkich pomysłów z głowy  – spisujemy jak leci, co potrzeba przed wizytą załatwić, a co już podczas wizyty.

Odpowiednio wcześniej można zdecydować: gdzie kto będzie spał (u nas czy w hotelu), kto z gospodarzy bierze wolne z pracy i czy w ogóle (polecam zwłaszcza podczas pierwszej wizyty nie zostawiać rodziny samej sobie).

Warto też porozmawiać o kosztach wizyty, tak żeby żadna ze stron nie czuła się niekomfortowo.

  •  Spisując plan, można zobaczyć, ile Vancouver ma do zaoferowania.

Atrakcje, wycieczki, miejsca warte odwiedzenia układam potem jak puzzle, żeby nie było za dużo jednego dnia.

Grupuję wyjścia na takie, które można zrobić w deszczu, albo takie, które wymagają samochodu (bo w 2015 i 2016 musieliśmy na wizytę rodziny samochód wypożyczyć)

  • Na podstawie planu ogólnego, warto przygotować plan dnia.

Polecam zrobić albo dzień wcześniej, albo przy śniadaniu – od razu można skonsultować z rodziną, zobaczyć, jakie są nastroje i czy nie warto dzisiaj wyluzować.

  • Plan pozwala przyjrzeć się na spokojnie, czy aby nie wpadliśmy w pułapkę wizyta rodziny=100% turystyka.

Może się zdarzyć, że wizyta rodziny wygląda jak objazdówka z biura podróży, zorganizowana do ostatniej minuty, i w gruncie rzeczy mało osobista, za to bardzo męcząca.

Nie idźcie tą drogą! Nie samym zwiedzaniem rodzina żyje, a na pierwszej wizycie  turystyka powinna moim zdaniem zająć nie więcej niż 60-70 % wspólnego czasu. Tak żeby starczyło jeszcze na zwyczajne bycie ze sobą.

I to jest właśnie ten zasadniczy powód, dla którego rodzina z Polski przyjeżdża. Bo chcą być z Wami. A Wy chcecie być z nimi.


Dzięki planowi panujemy nad czasem, ale jak tutaj zapanować nad emocjami?

Psychologiczne przygotowanie się do wizyty streszczę banalnie: wyluzować.

Wizyta teściowej czy mamy w Vancouver w gruncie rzeczy nie różni się od wizyty w Warszawie.

Jeśli będzie powód do niesnasek, to położenie geograficzne jest tutaj jedynie katalizatorem.

Oczywiście może tak być, że rodzina z Polski przyjeżdża i zupełnie nie rozumie emigracyjnej rzeczywistości wokół. Są niezadowoleni, rozczarowani i ciągle porównują, jak to tutaj jest źle, a tam lepiej.

Albo porównują w drugą stronę, maskując słabo skrywaną zazdrością.

Cóż, niewiele można poradzić, bo na pewno odległość  nie pomoże w wyprostowaniu takich emocji.

Może w takim razie warto zaprosić tylko część rodziny, tę, o której wiecie, że się będzie lepiej czuła?

Emocji będzie sporo, więc trzeba na nie znaleźć miejsce i czas.

Mówiąc miejsce mam na myśli fizyczną przestrzeń. Po dwóch-trzech tygodniach nawet najbardziej kochające się osoby mogą mieć siebie dość.

I co wtedy?

Spacer! Niech goście pójdą na chwilkę na pobliski skwerek, sami. Albo niech wyjdą gospodarze.

To jest zły pomysł, żeby podczas wizyty rodziny z Polski być ze sobą 24/7. Choćbyśmy nie wiem jak byli stęsknieni, trzeba mieć przestrzeń wokół siebie.

I jeszcze o emocjach podczas wizyty.

Przygotowując się na przyjazd rodziny myślałam, że będziemy prowadzić długaśne Polaków rozmowy do późna w nocy. Jakoś do głowy mi nie przyszło, że byłoby to trochę dziwne, skoro takich rozmów nie prowadziliśmy w Polsce.

Nie wiem, może myślałam, że emigracja zmienia również i takie zachowanie?

Okazało się, że czas na rozmowy znalazł się sam, niewymuszony, nienachalny, odpowiadający obu stronom. Nic nie było na siłę. Trzeba dać czasowi czas.  Nie spinać się i nie wymagać zbyt wiele.

[Ale tego nauczyła mnie dopiero druga wizyta]
I nie przejmować się, że rodzice jako główne danie z Vancouver poznali poutine.

Cóż robić, dzieci niespecjalnie chciały pójść na sushi 🙂

Na koniec wskazówki praktyczne. To, co najważniejsze !

  • Język angielski. Tak, to bywa problemem.

Z dobrych rad (dzięki Ewa B.): warto przygotować dla rodziny mini słowniczek z podstawowymi zwrotami po angielsku, zwłaszcza z terenu lotniska: czyli np. gate=bramka do wejścia, departures=odloty, itd. Żeby rodzina czuła się w miarę komfortowo podczas rozmowy z celnikiem.

  • A jak mają rozmawiać z celnikiem na granicy? Co mają powiedzieć?

Jeśli znają angielski, to rozmowa powinna być krótka i bez ściemniania. Skoro przyjeżdżają w odwiedziny, to to właśnie trzeba powiedzieć.

Jak padnie pytanie, z czego się utrzymują w Polsce, trzeba mieć odpowiedź przygotowaną.

Nie mówić, że jest się bezrobotnym (wiem, oczywiste, ale lepiej przypomnieć). Ogólnie nie mówić nic, co mogłoby wzbudzić podejrzenia, że się nie chce odwiedzać, tylko pracować w Kanadzie. Nielegalnie.

Mówić mniej niż więcej.

Jak do czegoś nieprzyjemnego dojdzie, nie awanturować się, tylko poprosić o pomoc.

Kanadyjczycy są spokojni, krzykiem się nic nie wskóra (wiem, oczywiste, ale lepiej przypomnieć).  Tłumacz zwykle jest, a obywatele polscy mają zagwarantowaną pomoc konsula zagranicą.

  • Podczas przylotu do Kanady wymagane jest wystąpienia o eTA – wszystko o obowiązkowym elektronicznym zgłoszeniu swojego przylotu do Kanady przeczytacie na blogu Moniki

 

  • Ponieważ nie ma bezpośrednich lotów do Vancouver z Polski, pozostaje wybrać przesiadkę.

Stanowczo odradzamy fundowanie rodzinie międzylądowania w Kanadzie, czy w Stanach. Chcecie wiedzieć dlaczego? Tutaj opisaliśmy swoje przeżycia z drugiego przylotu przez Toronto.

Najlepiej wybrać lotnisko w takim z europejskich miast, gdzie rodzina się może dogadać lub gdzie mieszka ktoś, kto w razie czego mógłby pomóc na lotnisku.

  • Warto przygotować dokument a’la letter of invitation do pokazania celnikowi w Kanadzie.

Nie jest to dokument wymagany, Polacy podczas wjazdu do Kanady dostaną wizę turystyczną, ale wszystko i tak zależy od decyzji celnika na lotnisku.

A jak się dogadać, kiedy rodzina z Polski akurat po angielsku nic nie powie? Przyda się wydrukowana kartka.

Co my napisaliśmy na naszym zaproszeniu dla rodziny z Polski (kartka A4)?

  • List rozpoczęliśmy prośbą o pomoc podczas wjazdu do Kanady, ponieważ rodzice nie mówią po angielsku;
  • Imiona i nazwiska rodziców, daty urodzenia, numery paszportów, telefon i adres w Polsce;
  • Kim dla nas są, po co przyjeżdżają, jak długo zostaną (u nas po angielsku było o tym, że to są dziadkowie, którzy nie widzieli swoich wnuków od 6 miesięcy i przyjechali na ferie wiosenne, na trzy tygodnie);
  • Gdzie się zatrzymają i kto będzie za to płacił;
  • Nasze dane osobowe, gdzie mieszkamy, gdzie pracujemy (dobrze jest podać telefon do pracodawcy, jakby celnik chciał potwierdzić) i jaki jest nasz obecny status w Kanadzie (czyli, że mamy dwuletnie pozwolenie o pracę). Ksero naszych pozwoleń rodzice dołączyli do listu;
  • Na końcu były nasze numery telefonów z informacją, że czekamy na lotniksu i jeśli celnik chce nas wezwać na rozmowę, to jesteśmy w pobliżu;
  • I podziękowanie za pomoc.

I tyle. Nie było żadnych problemów na granicy. Celnik spojrzał na list, nie zadał żadnych pytań, wziął paszporty, oddał paszporty.

To co teraz?

Udanej wizyty! Cieszcz się rodziną, albo przyjaciółmi i pokaż im swój obecny dom! W końcu o to chodzi! Potrzebujesz więcej informacji? Daj znać!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Vancouver na city break ! Dzień w Parku Stanleya

Można nie chcieć iść w góry? Najwyraźniej można. Zapytajcie dzieci – one wolą te wypaśne place zabaw. Ewentualnie na rower. Ale tylko w Parku Stanley’a 🙂

Ten wpis początkowo ukazał się na blogu swojepodróże.pl. Teraz, w zmienionej formie zamieszczamy go i tutaj 🙂

Vancouver nie jest jednym z tych oczywistych miast, które wybierasz na city break.

W Europie nie leży (tylko w Kanadzie), tanich lotów nie ma (a te co są, oznaczają co najmniej jedną przesiadkę i kosztują około 3 tys. PLN), i zanim w ogóle pokonasz jet lag, to już wypada wracać. Ale, ale, jeśli przez jakieś zrządzenie losu znajdziesz się w tym największych  mieście zachodniej Kanady i i chcesz poczuć Vancouver, to czytaj dalej.

W Vancouver zacznij tu. Od Parku Stanleya. Nie trzeba mieć wielkich pieniędzy, ale jakieś się przydadzą, bo lody, bo wejście do Aquarium, bo rower wypożyczyć. Ale jak nie ma na rower, można obejść. Magia ta sama.

Wokół Stanley Parku na rowerze. Must see, must do.

Do Parku Stanleya dojedziesz komunikacją miejską. Nawet jak nie bezpośrednim autobusem #19, to wystarczy, że zapytasz dowolnego kierowcy dowolnego autobusu, a każdy ci powie, jak dojechać. Samochodu nie bierz, i tak nie ma gdzie go zaparkować. A jeśli śpisz w Downtown, to możesz nawet się do Parku Stanley przejść. Uwaga dla dzieciatych: wycieczka rowerowa wokół Parku jest fajniejsza niż klasyczny spacer.

Jeśli musisz wypożyczyć rower, to jest stosunkowo łatwe, bo wypożyczalnia rowerów, tandemów, przyczepek, fotelików, pół rowerków na holu, całego tego super sprzętu rowerowego znajduje się niemalże przy wejściu do Parku. Po drugiej stronie od przystanku autobusowego.

I potem już można ruszyć wokół Parku, ścieżką Seawall. Trzeba pamiętać, że rowerowy ruch na tej ścieżce jest jednostronny. Oraz że ścieżka jest dzielona z rolkarzami. Oraz że w ciepłe weekendowe dni na pomysł przejechania się tą najpiękniejszą drogą rowerową w Vancouver wpadnie co najmniej milion osób.

Nasza propozycja to: wypożyczasz rower, podjeżdżasz z dziećmi na plac zabaw z wielkim wozem strażackim, puszczasz luzem, niech się idą bawić. W tym czasie robisz im jedzenie, można na przenośnym grillu, ale pewnie go nie masz, zatem zostaje nieśmiertelne kanapki odpakować. Jak się dzieci  wyhasają, i największe tłumy rodzin na rowerach już przejadą, wsiadasz na rower i jedziesz. Albo dookoła, albo w zupełnie nie mainstreamowo, czyli szlakami w poprzek półwyspu. Podziwiasz, co można podziwiać (a można wiele: lasy,  zatoka, góry Północnego Vancouver na horyzoncie, może się trafi jakaś foka albo inny trans pacyficzny statek), dzieci nie marudzą (w końcu się wybawiły i najadły), jedziesz spokojnie.

Aż dojeżdżasz do Third Beach, która jest trzecią w kolejności plażą patrząc od strony Downtown, i gdzie (głosami większości) zachód słońca jest najpiękniejszy. To miejsce na przystanek, dzieci muszą iść w piaseczku się pobawić, a dorośli pogapić na półwysep UBC, i na Wyspę Vancouver, jeśli widoczność pozwoli. Na Trzecią docierają pieszo najwytrwalsi, więc jest szansa, że tłumów nie będzie. Po zabawie kończymy wypad rowerowy pętelką, i jak czas, i siły pozwolą, można podjechać do Aquarium. Vancuweryjskie Oceanarium jest miłe, nie największe może i nie najbardziej spektakularne na świecie, ale miłe. I w kawiarni dają dobre lody. Oraz frytki. Czyli coś, co dziecko zje.

Koniec opisu, teraz zdjęcia. Zbiorcze, z kilku różnych wypadów do Parku i Aquarium.

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

My średnio jesteśmy w  parku Stanley’a raz w miesiącu. Bo fajny jest i rodzino-przyjazny. I mamy dzień z głowy. Więc reklamujemy 🙂

Thank you Vancouver !


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.

Jak się w Polsce przygotować do wyjazdu do Kanady? Żeby łatwiej było

Bo dobry plan wyjazdu to podstawa. Ten nasz taki nie był, ale teraz jesteśmy mądrzejsi i możemy co nieco poradzić

Teraz to ja się mogę mądrzyć, ale prawda jest taka, że my działaliśmy bez planu, ze słabym rozeznaniem, trochę po omacku i przypuszczalnie wiele rzeczy można było uprościć i załatwić wcześniej. Mieliśmy o tyle łatwiej, ze firma Kuby wiele papierkologii, czyli całe staranie się o wizę pracowniczą, wzięła na siebie.

 

Znasz post o tym, jak dostaliśmy pobyt stały? Zajrzyj!

 

Co tam! Będziemy radzić, jak się w Polsce przygotować do wyjazdu do Kanady.

Wyjazdu na pobyt tymczasowy, dodamy.

Może coś się przyda.

O czym ten post NIE jest?

  • → Ponieważ ten opis to suma naszych doświadczeń, na pierwszym miejscu listy nie będzie: znajdź pracę w Vancouver. Założenie jest takie, że praca jest. O tym, co robić kiedy jej nie ma, będzie innym razem.
  • → Nie będzie to również post o tym, jakie formalności załatwić, żeby się w Kanadzie znaleźć.

Zanim jeszcze zacznę wyliczankę, najważniejsza moim zdaniem uwaga.

Najlepiej przygotujecie się do wyjazdu do Kanady ćwicząc, ile się da, angielski.

Właściwie nie ma co tego komentować. Im lepiej znacie angielski, tym sprawniej powiecie, czego Wam trzeba, łatwiej złapiecie kontakt, poczujecie się śmielej. I o to chodzi.

W Vancouver, przy takiej ilości osób z Azji, których wymowa naznaczona jest mocnym akcentem, angielski osób z Europy Środkowo-Wschodniej wydaje się łatwiej zrozumiały dla Kanadyjczyków [choć po akcencie od razu nas spytają, czy jesteśmy z  Rosji ;)]. Działa to na naszą korzyść.

Z naszych doświadczeń: w Polsce pracowaliśmy w języku angielskim, na co dzień. Z Amerykanami i Kanadyjczykami (to ja), z terminologią specyficzną dla branży (to Kuba). Krzysiek, jak wiecie z tego wpisu, znał angielski na poziomie ledwo, ledwo. Maciek nie mówił wcale.

Jeśli decyzja o wyjeździe zaczyna dopiero kiełkować w Waszych głowach, to najwyższy czas na naukę czy doskonalenie angielskiego. Komunikatywny angielski to minimum.

Znasz posty z cyklu Rozmówki Kanadyjskie? Tam sporo jest o gadaniu i angielskim:

  • → 3 główne grzechy komunikacyjne : LINK
  • → Akcent i czy mam na imię brama: LINK
  • → Angielski? Ale ja się boję: LINK

A teraz po kolei jak się dobrze przygotować w Polsce do wyjazdu.

Najpierw:

1. Jeszcze w Polsce bierzecie mapę Vancouver i zaznaczacie sobie biblioteki, community centre czy inne organizacje dla nowoprzybyłych (settlement services agency)

W ciągu pierwszych dni warto wybrać się do kilku takich miejsc. Gwarantuję, że zostaniecie dobrze przyjęci, ktoś się Wami zajmie, da Wam plik ulotek, poleci, gdzie szukać pracy w waszej branży,  czy przyjacielsko pogawędzi. Pokieruje na kurs angielskiego albo do kogoś w rodzaju mentora [nie zawsze wszystko jest dostępne dla osób z wizą pracowniczą, ale zapytać zawsze warto]

Taka wizyta bardzo dobrze wpływa na samopoczucie i pomaga walczyć z samotnością oraz tęsknotą pierwszych dni. Od początku wchodzicie w to, co Kanada ma najcenniejsze: społeczność.

Z innych korzyści: w takich miejscach możliwe jest darmowe lub za niewielką opłatą korzystanie z urządzeń typu drukarka, faks, skaner.

To zadanie pomaga także rozeznać się w topografii miasta i oswaja z nim. Warto wiedzieć, gdzie te miejsca znajdują się na mapie, żeby wiedzieć, jak wygląda sąsiedztwo, w którym planujemy mieszkać.

Co prowadzi do następnego zadania :

2. Będąc w Polsce, rozglądacie się za mieszkaniem na mapie i w Internecie

Żeby się zorientować, gdzie chcielibyście mieszkać, jak daleko jest do szkoły, jakie są ceny mieszkań. Jeśli nie nie ma możliwości wynajmu , sprawdzonego przez kogoś na miejscu, od razu na dłuższy czas (a standardem jest umowa roczna i nie polecamy wynajmowania na rok mieszkania, którego w życiu na oczy nie widzieliście ), dobrym rozwiązaniem będzie najem krótkoterminowy, idealny, żeby w tym czasie poszukać mieszkania docelowego. Jedna uwaga – taki wynajem często jest oferowany w dobrych lokalizacjach i przy dobrym standardzie mieszkań, gdyż właściciele liczą na wynajęcie ich ekspatom, profesjonalistom, którzy tymczasowo pracują w Vancouver. Dobrze wiedzieć o wynajmie krótkoterminowym i jeśli chcecie wypróbować jakąś dzielnicę, warto szukać mieszkań do wynajęcia na miesiąc – dwa. Jeśli żadna z opcji nie wchodzi w grę, pozostaje hotel.

Serwisy z ogłoszeniami: craiglist, airbnb, kijiiji.

Poszukiwanie już na miejscu: trochę ogłoszeń można znaleźć na tablicach w community centre czy bibliotekach. Czasami ogłoszenia o mieszkaniach są na tabliczkach przed budynkami, na trawnikach. Można spisać numer telefonu do właściciela czy agencji wynajmu. Często na tabliczkach są od razu godziny kiedy można mieszkanie obejrzeć (open house dates)

Wynajem jest w B.C regulowany przepisami, nie znamy nikogo, kto by mieszkanie wynajmował bez umowy najmu, polecam więc zapoznanie z informacjami na tej stronie, żeby być merytorycznie przygotowanym podczas house hunting.

I wiedzieć, czym się różni umowa najmu month-to-month (z miesiąca na miesiąc) od fixed terms (uzgodnione na stałe). Oraz że mieszkanie typu one bedroom, to w rzeczywistości polskiej dwupokojowe.

Możecie też spotkać się z “rekrutacją na najemcę”, która zasadniczo sprowadza się do tego, że wynajmujący preferuje najemców już sprawdzonych, z referencjami.

Ponieważ my takich nie mieliśmy, poprosiliśmy naszych sąsiadów z Polski (dzięki Matylda) o napisanie nam po angielsku kilku słów na kartce jako rekomendacji.

Można wtedy powiedzieć, że mamy referencje, nie trzeba od razu wyjaśniać, że są z polskiego adresu. Jak wynajmujący będzie chciał, to sam doczyta i się dopyta. A lepiej mieć, niż nie mieć.

O mieszkaniu i jego szukaniu na blogu było i jeszcze będzie.

[edit] obszerny wpis-poradnik ukazał się w 2017 – zajrzyj.

Kolejne zadania do zrobienia w Polsce:

3. Jeszcze w Polsce robicie kopie dokumentów polskich i ich tłumaczenia przysięgłe po angielsku.

Jak my wybraliśmy tłumacza przysięgłego?

Wyguglaliśmy panią najbliżej nas, zanieśliśmy dokumenty i po kilku dniach było gotowe. Przy wyborze nie kierowaliśmy się żadnymi innymi wytycznymi, oprócz tego, że jest ona tłumaczem przysięgłym z języka angielskiego i mieszka na warszawskiej Woli. Niestety nie pamiętam stawek za tłumaczenie strony, ale nie jest to mała kwota za komplet na czteroosobową rodzinę.

Obowiązkowo akty urodzenia dzieci oraz akt małżeństwa mieliśmy przetłumaczone. O akty urodzenia nas dorosłych nikt nie prosił w Kanadzie, ale jeśli je macie, też można przetłumaczyć i zabrać. Ostatnio dowiedzieliśmy się, że na akty urodzenia w polskich urzędach czeka się około 3 miesięcy, zatem dobrze jest mieć je zawczasu przygotowane. Nigdy nie wiesz, czy się nie przyda.

Co my jeszcze tłumaczyliśmy z dokumentów?

  • → karty szczepień z poradni dziecięcej z Polski. Trzeba się zgłosić do pielęgniarki, powiedzieć o wyjeździe za granicę, wtedy wydadzą kartkę ze szczepieniami dziecka, z odpowiednimi pieczątkami. Nie pamiętam, czy to kosztowało, ale nawet jeśli, to jakoś niewiele.
  • → świadectwo ukończenia klasy I przez Krzysia. Gdyby Krzysiek był w starszej klasie, pewnie przetłumaczylibyśmy jego ostatnie świadectwo.
  • → nasze zaświadczenia o uprawnieniu do kierowania samochodem (taki dokument A4 wydany w urzędzie, w dziale komunikacji, kosztował około 20 złotych)

Dokumenty, które zabraliśmy, ale nie tłumaczyliśmy:

  • → nasze dyplomy z uczelni (UW i ASP). Nie tłumaczyliśmy ich przysięgle, gdyż wydano nam je po angielsku. Można również poprosić o suplementy do dyplomów z wykazem szczegółowym, czego się na polskich uczelniach uczyliście. Nie zgadzamy się z powszechnym przekonaniem, że polskie papiery nic nie znaczą w Kanadzie. Mój wykaz przedmiotów ze studiów podyplomowych został skrupulatnie przejrzany podczas aplikowania o pracę. Dyplom Kuby był wymagany podczas przygotowywania się do aplikowania o work permit. Napiszę ponownie: lepiej mieć, niż nie mieć. To zawsze w jakimś stopniu potwierdza wykształcenie.
  • → akty chrztu dzieci. Nigdy nie wiadomo, czy nie przyjdzie nam szukać katolickiej placówki oświatowej.
  • → prawo jazdy polskie, międzynarodowe prawo jazdy, [zniżek OC od ubezpieczyciela nie braliśmy, dosłali nam potem, sami przetłumaczyliśmy na angielski i daliśmy do tutejszego ubezpieczyciela, ale wiemy, że w innych prowinacjach Kanady to wygląda inaczej]
  • → wszelkie dane bankowe i ubezpieczeniowe dotyczące spraw w Polsce, umowy z dostawcami mediów, słowem wszystkie nasze niepozamykane sprawy polskie, które wymagać mogą zdalnego sterowania zza oceanu

W ogóle sporo papierów zabraliśmy, w przeciwieństwie do innych rzeczy. Tego nie da się w Kanadzie kupić. Więc jeśli się zastawiacie, czy jakiś dokument wziąć, to znaczy że trzeba wziąć. Najlepiej mieć zeskanowane gdzieś, żeby łatwo było do nich trafić w razie potrzeby.  W sprawach urzędowych często wystarczy przesłać tylko skan dokumentu, więc jego posiadanie jest sporym ułatwieniem.

Dokumenty, które zostawiliśmy. W zasadzie jeden:

  • → upoważnienie notarialne dla naszych rodziców do reprezentowania nas w Polsce we wszystkich instytucjach (wszelakie urzędy, kuratorium, rada mieszkańców, banki, nasi byli polscy pracodawcy). Gdyby przyszło do sprzedaży naszych rzeczy w  Polsce, to również mogą to zrobić w naszym imieniu. Upoważnienia zostawiliśmy obu rodzinom. Od was zależy jak szerokie uprawnienia zostawicie rodzinie w Polsce i czy w ogóle. U nas się przydało.

4. W Polsce wykupujecie ubezpieczenie zdrowotne !

Jakie ubezpieczenie zdrowotne? Czy koniecznie muszę?!

Musisz, raju, lepiej nie brać nic w walizy, a kupić ubezpieczenie. No chyba, że chodzi o ryzyko i zalew adrenaliny. To wtedy nie kupujcie. Ostrzegam, ostatnio taka historia była, że się dwóch Australijczyków, żądnych mocnych wrażeń, na narty wybrało do Whistler. Mieli ubezpieczenie wykupione, żeby nie było, ale przyoszczędzili na opcji: sport ekstremalny. No i teraz łzy się leją, bo jeden po zwichnięciu czy też innym urazie, dostał taki rachunek ze szpitala, że już ogłasza upadłość konsumencką. UBEZPIECZENIE MUSI BYĆ !!!

Nie pamiętam naszego, chyba turystyczne z Hestii, ze 3 tysiące dla całej rodziny. Pochodziliśmy trochę po różnych warszawskich ubezpieczalniach i koniec końców najkorzystniejsze zaoferowało nam to towarzystwo, w którym mieliśmy już inne ubezpieczenia.

5. W Polsce sprzedajecie, co się da. Z rzeczy do zabrania do Kanady najważniejsze są pieniądze.

Naszym zdaniem nie ma sensu nic zabierać, a już na pewno nie pakować w kontener i nadawać do Kanady. No chyba, że są to rzeczy absolutnie unikatowe, bezcenne i w ogóle hoho. I sporo kosztują i są waszą lokatą pieniędzy. Ale jeśli nie, to sprzedać. A pieniądze ze sprzedaży zabrać ze sobą. Zawsze też można drobne rzeczy dosłać paczką z Polski, a jaka radocha!

Oczywiście pomijam kwestię ubrań i rzeczy pierwszej potrzeby na pierwsze dni w Vancouver. Ale kurtka puchowa nie będzie potrzebna, serio.

Co było w naszych walizkach?

  • → Klocki lego przede wszystkim 🙂 i zabawki, ale tylko te wartościowe i najukochańsze
  • → Ubrania, ale tylko te najlepsze i potrzebne na najbliższą porę roku. Jak zabraknie odzieży, zawsze jest MEC
  • → Kilka książek po polsku (nie wiedzieliśmy wtedy, że w Vancouver jest biblioteka z polskim działem książkowym). Podręczniki dla klasy II dla Krzyśka
  • → Sprawdzone lekarstwa dla nas i dla dzieci. Syrop prawoślazowy, bo dzieci lubią, jak łagodzi podrażnione gardło. Antybiotyki też. Nie wpisywaliśmy ich w deklaracje celną.
  • → Soczewki kontaktowe.
  • → Sakwy rowerowe i kilka drobiazgów rowerowych, typu lampka (bo rower to nasz podstawowy środek transportu)
  • → Pisałam, żeby nie brać nic z Polski, ale musimy się przyznać, że jednak dwie poduszki wzięliśmy. Bo nam się poszewki podobały. I pachniały domem.
  • → Telefony ze zdjętym simlockiem oraz nasze laptopy i aparat fotograficzny

Sławetną przejściówkę do elektroniki z Polski można kupić m.in. w Chinatown. I w innych miejscach też.

Kabanosów nie braliśmy 😉 Przeczytajcie też o naszym pierwszym i drugim przylocie do Vancouver. Jak wyglądało i kto z nami rozmawiał.

Jak nam coś jeszcze przyjdzie do głowy odnośnie listy rzeczy – damy znać. Na pewno. Pomóż innym i napisz, co było w Twojej walizce?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Powrót do Vancouver po trzech tygodniach w Polsce – o przelocie

Siedzimy w samolocie do Vancouver. Znowu. Dobrze, że tym razem Lufthansa nie strajkuje. Ale jeśli myślicie, że będzie łatwo, to zapraszam do czytania.

Raz przylecieliśmy, to co, ma nam się drugi raz nie udać? Hehehe, ale człowiek to naiwny jest [to o mnie]

#1

Zacznę od lotu

 

Ja nie wiem, czemu my takie sieroty byliśmy, żeby się zgodzić na lot z dwiema przesiadkami, w tym jedną już na terenie Kanady (Toronto konkretnie).

Ciężka to przeprawa, nawet jak już się mniej więcej wie, czego się spodziewać (w  końcu rozmowę z urzędnikami Immigration Canada mieliśmy w zeszłym roku).

Najpierw spóźnił się samolot Lufthansy z Warszawy do Monachium

 

[Przyznawać się? Nieee? No dobra, przyznam się, niech trochę fejmu i na mnie spłynie 😉 ]

Lecieliśmy z nie byle kim, z samym Korwinem – Mikke. Ale się na nas nie obejrzał, nie żebyśmy się znali, ale mógł, c’nie? Jednak nie. W pierwszej klasie siedział, dostał jedzenie na talerzu, nie to co my szare ludki, li i jedynie kanapka do rączki.

Tak memląc kanapkę, dolecieliśmy do Monachium

Po wylądowaniu i podjechaniu autobusem, 15 minut rączym kłusem przebiegliśmy przez lotnisko. Kontrola, w sumie szybka, przez Polizei, dzieci w stanie do życia nawet, w końcu to dopiero jedna godzina w samolocie i kanapki do rączki były, więc co tam, można biec na następny samolot do Toronto.

My zdążyliśmy wsiąść, nasze walizki już nie (tak podejrzewamy).

I jeszcze żeby nakreślić mniej więcej obraz jak wyglądaliśmy: dwójka dorosłych, trzylatek na ręku i ośmiolatek pod ręką, dwie walizki podręczne, torba moja, torba na lapka, walizka jeździk i mega nieporęczny fotelik samochodowy.

Plus oczywiście te wielkie 4 walizy, zgubione gdzieś pomiędzy Warszawą a Monachium.

No ale dobra, siedzimy w samolocie do Toronto

 

I teraz niech mi ktoś to wyjaśni: samolot z Frankfurtu do Vancouver (zachodnia Kanada) leci 9 godzin z kawałkiem, samolot do Toronto z Monachium leci 8 godzin z kawałkiem (wschodnia Kanada).

Jak to możliwe, hę? Zakrzywia się czasoprzestrzeń, samoloty z Frankfurtu mają superdopalanie, czy po prostu ta odległość około 5 h pomiędzy Vancouver a Toronto to jakaś ściema?

Dla porównania: na początku września z Montrealu do Brukseli lecieliśmy około 7 godzin, ale tego lotu tez nie wspominamy dobrze, bo słabo karmili (Air Canada wstydźcie się, tutaj punkcik dla Lufthansy), a nasze telewizorki nie działały (dostaliśmy co prawda przeprosinowy voucher zniżkowy na następny lot tymi liniami, ale kto by tam leciał następnym razem, skoro serwis taki słaby).

[dopisek w 2017 – nie cierpię Air Canada, nie łudzę się, że ktoś z ich obsługi to czyta, ale serio, ten przewoźnik jest bardzo, bardzo zły i jak mam lecieć Air Canada, to się zastanawiam, czy chcę aż tak bardzo do Polski]
Podczas wczorajszego lotu Maciuś nam się rozchorował. To znaczy najpierw rozchorowałam się ja, ale nie tak spektakularnie i na widoku. Jakieś trzy godziny przed Toronto zwymiotował na wszystko co było pod ręką, przede wszystkim na mnie.

Szybka akcja, łatwo nie było, w końcu to samolot i wanny nie ma, siedzieliśmy w rzędzie najdalej od WC, więc trzeba biednego, słaniającego się nieść przez pół pokładu.

Jakieś ubrania na zmianę były, więc dało radę, stewardesa przyniosła torebkę z kawą, żeby zapach zneutralizować.

Pech chciał, że zaczęto roznosić jedzenie, no to Maćka rozbolało po raz drugi.

W pewnym momencie pomyślałam, że zostanę toples, bo ja dodatkowych ubrań nie miałam oczywiście.

Podobno damskie toples jest dozwolone w Ontario, więc może by mnie nie zamknęli, a mina urzędnika imigracyjnego byłaby bezcenna.

Wysiadamy w Toronto i teraz to dopiero cyrk się zaczął

 

Przede wszystkim każą pójść po walizy te nadane w Warszawie, czyli że mamy cały, CAŁY nasz bagaż przetaszczyć na następny lot.

Mieliśmy teoretycznie prawie 2 godziny na przesiadkę.

Ale jak tylko zobaczyliśmy pierwszą kolejkę (żeby cię wpuścili do Kanady), wiedzieliśmy, że lekko nie będzie. Tłum dziki się kłębił, Maciek wyglądał, jakby miał się zaraz pochorować ponownie, więc proszę pierwszego lepszego urzędnika o pomoc.

Wepchnął nas do kolejki dla niepełnosprawnych – około 20 wózków inwalidzkich i my.

Celniczka niezadowolona, że co my niby w tej kolejce robimy, to mówię, że dziecko wymiotuje, a odprawa na następny lot za niecałą godzinę.

Wpuściła nas do Kanady, wielkie czerwone litery na deklaracji celnej, co się ją w samolocie wypełnia, napisała, więc biegniemy po walizy, te wielkie.

Po 45 minutach czekania wciąż ich nie ma. Dobrze, że ktoś przyszedł i powiedział, że więcej nie ma bagażu, bo byśmy pewnie do dzisiaj tam stali, wpatrując się tępym wzrokiem w taśmę karuzeli bagażowej.

Zatem biegiem do okienka, że bagaż zgubiony. Proszę ludzi w kolejce o przepuszczenie.

Dostajemy kwity do wypełnienia (kolejne 5 min.), biegiem do celnika. Ten każe iść na lewo.

Tam tłum długi ponowny, więc proszę ludzi w kolejce o przepuszczenia po raz drugi. Celnik krzyczy, że tak nie można i że mam czekać na swoją kolej.

Nerwy mi puszczają, płaczę, szukam innego celnika i dosłownie mówiąc proszę o zlitowanie, tłumaczę, że mam dziecko chore i jeszcze 5 godzin lotu przede mną, a odprawę zamykają z pół godziny, i że wszystkie nasze walizki zginęły.

Macha ręką i możemy iść.

Do tej pory nie rozumiemy z Kubą, po co nam kazano stać w tej kolejce, skoro nie mieliśmy bagażu, bo walizki zgubione, ale grunt, że ktoś się zlitował.

Biegiem dalej, tym razem do odprawy na lot do Vancouver

 

Biegnę i krzyczę wymiotujące dziecko, wymiotujące dziecko, żeby ludzie z drogi zeszli.

Kolejna kontrola celna, kolejna kolejka, więc proszę ludzi w kolejce o przepuszczenie po raz trzeci.

Problem – fotelik samochodowy, nie wchodzi do skanera. Chyba mam już szał w oczach, albo co, bo wszyscy patrzą na mnie z wyraźnym zdziwieniem, żeby nie powiedzieć przerażeniem, co to za wariatka. No i pachniemy wszyscy wiadomo jak.

Dobra, fotelik sprawdzili, można iść dalej.

To teraz do gate, do wejścia na samolot, boże czemu to lotnisko jest takie wielkie.

Zdążyliśmy wbiec na pokład 10 minut przed odlotem. Ale i tak za późno, żeby spokojnie klapnąć na siedzenia, bo najwyraźniej już się spodziewano, że nie zdążymy, gdyż nasze miejsca były przyznane innym.

Więc  kolejne pięć minut przesadzania.

Lot do Vancouver pamiętam jak przez mgłę, chyba spałam na podłodze, żeby Krzyś mógł nogi wyciągnąć. Albo zemdlałam. Albo obie rzeczy naraz. Nie zdziwiłabym się.

Potem jeszcze wypełnienie kwitu na zgubiony bagaż (ma być dzisiaj), taksówka i jesteśmy.

Wyjechaliśmy na Okęcie o 11 rano, 28 września, weszliśmy do mieszkania w Vancouver o  8 rano polskiego czasu, 29 września.

Krzyś jest w szkole, Maciek w przedszkolu, Kuba w pracy, ja ogarniam.

Dziękujemy Wam wszystkim za ten czas w Polsce, za dobre myśli i kciuki. Dziękujemy!


a o naszym przekraczaniu granicy przeczytasz jeszcze → w poniższych wpisach kliknij w obrazek

Podróż do Kanady_Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady.


 

#2

Dzień drugi, czyli jak już dolecieliśmy, to jak to wyglądało.

Trochę jest niefajnie teraz, jednak trzy miesiące chłopaków poza Kanadą robią różnicę. Nie są zbyt pewni siebie, raczej niechętnie się odzywają po angielsku. Wciąż walczymy ze zmianą czasu, a noce niespanie raczej nie pomaga.

Maciek zachowuje się tak, jakby w swoim przedszkolu nigdy nie był, choć panie te same, większość dzieci też.

Krzysiek już na trzeci dzień łatwiej znosi szkolną rzeczywistość, w ławce siedzi z dobrym kumplem z zeszłego roku, pani wprawdzie inna, ale koledzy ci sami. Szalenie to miłe było, że wszyscy się ucieszyli na nasz widok, koledzy, nauczyciele, sąsiedzi, welcome back, to kiedy kawa?

Myślimy z Kubą, że chłopakom mała rozgrzewka się przyda i będzie dobrze. No bo w końcu jak może nie być, c’nie?

Z rzeczy innych:

  1. walizki się odnalazły, jupikajej
  2. poprosiłam w pracy o zmniejszenie liczby godzin, no bo gdzie ten life-work balanace, hę?
  3. polska drożdżówko z serem, och, wracaj, choćby we wspomnieniu? Miałam kilka w bagażu podręcznym, przecież to niemożliwe, żeby tak szybko zostały skonsumowane…….

Tylko tyle, albo aż tyle. Jak masz ocotę podzielić się swoją historią z lądowania w Kanadzie, daj znać w komentarzu, a ktoś ci podziękuje. Ode mnie ❤


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Vancouver is awesome?! Powiedz nam, jakie jesteś Vancouver?

Wracać czas – Warszawa lepsza niż Vancouver?

Ten post najpierw ukazał się na portalu Klub Polek na Obczyźnie.

Jakie jesteś Vancouver? Nasze-nie-nasze?

Zachęcamy do obejrzenia tego filmiku, tak na dobry początek. W filmie w zabawny sposób pokazani są mieszkańcy Vancouver. A kto, jak nie mieszkańcy, najlepiej odpowie na pytanie, czym jest miasto i czy Vancouver jest wspaniałe.

Poniżej, w wyliczance,  znajdziecie sporo punktów opisanych na podstawie tego filmu. So true!

Nie jest to typowa lista plusów i minusów, chociaż na dole trochę będzie o tym, czy mieszkańcy Vancouver są nieszczęśliwi. A warszawiacy są?

To zaczynamy wyliczankę

W Vancouver mieszkańcy narzekają na pogodę.

Jak deszcz, to źle, jak słońce, to za gorąco. Miasto z racji położenia nad Pacyfikiem, z górami za plecami, ma dość łagodny klimat jak na kanadyjskie standardy. Stąd często pada.

I dlatego Vancouverczycy  mogą poszczycić się sporą kolekcją parasoli, a na tutejszym uniwersytecie pojawił się biznes w postaci wypożyczalni parasoli poprzez aplikację na smartfonie. Nie ma co, bez parasola ani rusz w mieście, które z powodu deszczu otrzymało ksywkę Raincouver.

Jak pada, to pada, stąd dzieci z Vancouver mają niewielkie szanse na White Christmas.

Ale nie ma co płakać, śniegu można szukać na któreś z okolicznych gór: Grouse Mountain, Seymour Mountain czy Cypress Mountain.

Funkcjonują tam przyjemne kurorty narciarskie, gdzie każdy może poznać uroki szusowania.

A do miejscowości Whistler, mekki snowboardzistów, gdzie odbyła się olimpiada w 2010, jedzie się niecałe dwie godziny, w bonusie otrzymując przepiękną widokowo drogę Sea to Sky.

Olimpiada 2010

To jest takie wydarzenie, które na stałe wpisało się w historię miasta. Najlepszy czas ever dla wielu Vancouverczyków. Dowodem niech będzie nieustająca miłość do tamtych chwil, czule pielęgnowane wspomnienia, obecność olimpijskich gadżetów w ofercie sklepów i oblężenie Wioski Olimpijskiej w Whistler. Trudno się dziwić – Kanadyjczycy zdobyli wtedy 14 złotych medali, co sprawia, że są rekordzistami w tej kategorii.

Oprócz tematu Olimpiady emocje sięgają zenitu, kiedy Vancouverczycy rozmawiają o hokeju.

Logo drużyny Vancouver Canucks jest obecne wszędzie, od przedmiotów użytku codziennego, po deklaracje na autobusach w dniu meczu: Go Canucks, go! Każdy mieszkaniec ma swoich ulubionych zawodników, a kiedy w Rogers Arena odbywają się mecze, to korki wieczorową porą gwarantowane!

O korkach i jakości jazdy w mieście też można sporo powiedzieć.

Korki skutecznie utrudniają funkcjonowanie w wąskim Downtown. Stąd plany Urzędu Miasta i zachęta burmistrza, żeby przesiadać się na rower.

Miasto oferuje dobrze rozwiniętą siatkę ścieżek rowerowych, które pozwolą przebić się przez Śródmieście, świetne trasy nadmorskie oraz możliwość przewożenia rowerów w autobusach i metrze. Zatem zamiast kisić się w samochodach,

Vancouverczycy przemieszczają się rowerami, jakże zdrowym środkiem transportu.

A zdrowie, zdrowe rzeczy, to jest to, co tutejsi mieszkańcu lubią najbardziej.

W Vancouver każdy biega, chodzi na siłownie, jeździ na rowerze, nartach, pływa po Pacyfiku kajakiem czy paddle board (rodzaj łódki z wiosłem, na której się stoi) czy praktykuje jogę w którymś z licznych parków.

Mieszkańcy dzielą się przepisami na sałatkę z jarmużem czy polecają sobie rodzaje wody kokosowej, rzucając hasłami: shop organic i shop local.

Dobrze jest być w Vancouver hipsterem, w któreś z rozlicznych kafejek, pochylonym nad laptopem z jabłuszkiem.

Miasto jest mekką dla młodych ciałem i duchem, otwartym na wszelkie pomysły i inicjatywy.

A jeśli jeszcze do tego jesteś specjalistą w IT, Vancouver jest miastem idealnym.

Przygarnie cię któryś ze start up’ów technologicznych, wyrastających tutaj jak grzyby po deszczu, czy odział firmy z Doliny Krzemowej, przeniesiony do Vancouver ze względu na tańsze podatki i tę samą strefę czasową.

Pracę da się znaleźć.

Ale tanie mieszkanie już niekoniecznie.

Na wiosnę echem w całej Kanadzie odbiła się akcja mieszkanki Vancouver #DontHave1Million, nagłaśniająca problem młodych ludzi , których nie stać na mieszkania, bo ceny tychże sięgają kosmicznego pułapu.

Rynek nieruchomości skutecznie zniechęca do pozostania w Vancouver, stąd wielu młodych przenosi się do miejscowości ościennych: BurnabySurreyRichmond. Zresztą nie tylko młodych.

Jak pokazują badania urzędu statystycznego StatCan, Vancity niestety najmniej szczęśliwym miastem w Kanadzie.

Jak to, zjawiskowe położenie, pomiędzy górami a oceanem, ulice z kwitnącymi wiśniami, jak to możliwe, że tak urokliwe okoliczności przyrody nie wzbudzają zachwytu i poziom szczęścia nie oscyluje gdzieś w granicach kosmosu?

→ Mieszkańcy Vancouver są nieszczęśliwi, bo nie ma szansy na kupno mieszkania w Vancouver.

Większość milleniasów (czyli około 30stki) albo wynajmuje, albo mieszka w miejscowościach ościennych, no ale znowu w takim Surrey, to strach się bać mieszkać, bo tam od marca trwa wojna  hindusko-somalijsko-kanadyjskich gangów narkotykowych i już 12 osób straciło życie w strzelaninach.

Nie stać cię na mieszkanie, a na dodatek cały czas pada, więc jak, jak panie premierze Harperze, żyć i być szczęśliwym?

Odkąd jesteśmy tutaj, deszczu nie było wcale więcej niż w Polsce. [edit z 2016-2017 – padało przez 5 miesięcy, średnio 28 dni w miesiącu. Taaaaa]

Zatem mimo, że mieszkamy w najmniej szczęśliwym mieście Kanady, to mamy szczęście, że nie padało tej jesieni-zimy-wiosny tak jak padać powinno.

Badania pokazały, że najszczęśliwsi Kanadyjczycy mieszkają w Quebecu, w miastach poniżej 250 tys. mieszkańców. 

Oczywiście oficjele na wieść o raporcie nie mogli się powstrzymać od podsumowania, że nawet jeśli mieszkańcy są nieszczęśliwi, to i tak szczęśliwsi od statystycznego obywatela innego kraju niż Kanada. Prawda to?

Vancouver a Warszawa

Jeszcze jedno ciekawe info  z kwietnia 2015:

Warszawa w pierwszej piętnastce najlepszych miast do życia dla 30latków. A Vancouver za nią ! Na 17. miejscu.

Toronto na 6. miejscu, najwyżej w Kanadzie.

Pytać? Nie pytać? Dobra, zapytam 🙂 – Jak myślicie, które miasto lepsze?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Zdjęć garstka – wiosenne rowelove i kwitnące wiśnie w Vancouver. Cherry blossom festival

Jak nie ma pomysłu, to są rowery. I najpiękniejsze o tej porze kwitnące drzewa wiśni.

Holandia ma tulipany, a Vancouver ma kwitnące wiśnie. Tak, dobrze czytacie, Vancouver aka mała Japonia 😉

Kanada to nie tylko kraj klonowego liścia, okazuje się. Co roku, na wiosnę, na wielu ulicach i pomniejszych uliczkach zakwitają na różowo drzewa wiśni. Mniejsze, większe, pochyłe i rozłożyste. Na Instagramie szał kwiatów. [czekam tylko, aż ktoś ustawi hashtag na #robięzdjęcieludziomrobiącymzdjęciekwitnącymwiśniom ;)]

Ok, ładnie, ale skąd one się tutaj wzięły? Kwitnące wiśnie w Vancouver to od zawsze tak?

Też byłam ciekawa, zwłaszcza jak już przestałam się na nie gapić z otwartymi ustami [na rowerze nie polecam, bo muchy wpadają]. Skąd te drzewka tutaj? Poszperałam i oto jest proszę państwa :

Vancouver cherry blossom festival 

czyli taki czas w marcu i kwietniu, kiedy się o kwitnących wiśniach opowiada, dostojnie pomiędzy nimi przechadza (tree talks and walks), jeździ pomiędzy nimi na rowerze, spotyka z sąsiadami i przyjaciółmi i w ogóle co się da. Idea jest taka, żeby uświadomić mieszkańcom miasta, że drzewka wiśniowe to takie samo dziedzictwo jak zabytkowe domy, że trzeba je chronić i dbać o to, żeby miały swoje stałe miejsce na turystycznej mapie Vancouver.

Historycznie, jednym słowem, je potraktować. Pierwsze drzewka pojawiły się w Vancouver w latach trzydziestych, podarowane, oczywiście, przez zaprzyjaźnione japońskie miasta. Od tamtego czasu, na przestrzeni lat, to dosadzano, to znów usuwano drzewka, żeby mieszkańcom się ładnie i wygodnie żyło (klik po więcej historii). Obecnie jest ich 130,000 ! Sporo. I dobrze 🙂

Ładnie wyglądają na zdjęciach. Te poniżej są z 2015 i 2016, z naszych rowerowych wycieczek i spacerów po okolicy.

wiosenne rowelove April 2015

wiosenne rowelove April 2015

kwitnące wiśnie Vancouver cherry blossom 2016 Kanada się nada

Vancouver cherry blossom 2016 Kanada się nada

Vancouver cherry blossom 2016 Kanada się nada

do miłego !

Wiosenne marcowe rowelove

Najdłuższa jak dotąd nasza wycieczka rowerowa. A okoliczności przyrody sprzyjające i nawet małoletni na rowerach się nie znudzą.

Prawie 30 kilometrów ścieżką rowerową Seawall, które wiedzie m.in. wokół Parku Stanleya. My pojechaliśmy nią w drugim kierunku, w stronę Kampusu UBC .

Wiosna się panoszy na ulicach. Rowerem po Kits.

Traska wiodła nadbrzeżem i poprzez dzielnicę Kitsilano, która jest prze-pięk-na i zamieszkana przez starszą, zamożną część Vankuwerczyków. Eh, dom nad oceanem z widokiem na góry…….

MOA March 2015 - bike pics MOA March 2015 - bike pics

[symple_box color=”blue” fade_in=”false” float=”center” text_align=”center” width=””]Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.[/symple_box]

PODZIEL SIĘ

Jesteśmy komjutersami – 6 ciekawostek zza szyby autobusu

Z ang. to commute , przemieszczać się środkami komunikacji miejskiej. Więc się przemieszczamy, dojeżdżamy, w korkach tkwimy.

Od paru dni jeździmy całą rodziną autobusami, trolejbusami i kolejko-metrem po Vancouver i nawet do Burnaby (druga strefa biletowa).

Ferie wiosenne w szkołach wymusiły taką oto aktywność naszą. Krzysiek uczestniczy w zajęciach pozaszkolnych w placówce YMCA (około 140 $ za cały tydzień od 9 do 17), zajęcia niestety są w sporej odległości od naszego domu, trzeba się przejechać do śródmieścia.

A dodatkowo obecnie w Vancouver trwa kampania zachęcająca mieszkańców do głosowania za zwiększeniem wydatków na transport miejski, niestety kosztem podniesienia podatków, co jak możecie zgadnąć, wielkiej radości wśród ludzi nie budzi. Temat na czasie zatem 🙂

Obserwowanie życia komjutersów to zajęcie fascynujące. 6 takich przemyśleń sobie spisałam:

  1. Wszyscy mają jakieś kubki, termosiki, czy wręcz kanistry z piciem, przysięgam widziałam panią ze słoikiem wody, w której pływał zielony ogórek pokrojony w plasterki, ot taka popitka ku zdrowotności.
  2. Trzeba mieć nie lada cierpliwość, żeby jeździć autobusami regularnymi, ledwo ruszy, już się zatrzymuje na następnym przystanku, ja rozumiem, że się nie chce nikomu za daleko chodzić, no ale żeby z przystanku było widać następny, to już chyba lekka przesada. Najlepiej jeździć ekspresowymi liniami.
  3. Do autobusu wsiada się przednim wejściem, uiszcza opłatę u kierowcy/kasuje bilet/pokazuje bilet/ uśmiecha się i mówi hałdujudu, po czym przesuwa się na tył autobusu (nie kierowcy). Jak się chce wysiąść, trzeba szarpnąć linkę biegnącą wzdłuż okien, wysiąść tylnym wyjściem, a wysiadając wypada podziękować i życzyć miłego dnia kierowcy (w końcu nas wpuścił, przewiózł i wypuścił). Na przystanku się czeka w kolejce, czasami wiją się owe w długich zawijasach (zwłaszcza na przystanku ekspresówki 99, przy stacji Commercial – Broadway), ale nie bój nic, są wymalowane pasy na chodniku, nie zginiesz w kolejce, która z składa się z przedkolejki, śródkolejki i tyłkolejki.
  4. Pojazd magiczny – SKYTRAIN, budzące bezustanną fascynację Maćka. Metro-kolejka, która jeździ sama, bez konduktora, bez maszynisty, ale miejsce dla konduktora i maszynisty posiada (czyli pojedyncze siedzenie tuż przy panoramicznej szybie przedniej). Jak się słusznie domyślacie miejsce to jest przedmiotem dzikiego pożądania i  chłopaki zawsze się o nie kłócą, no ale jest fajne, więc i ja czasami się przyłączam do wyścigu o nie.
  5. Koszt biletów zobacz na tej stronce, miesięczny od 99 do 150 $, pojedyncze w bloczkach (bilet jest ważny przez 90 minut) 2.10$ dla dorosłego, coś ponad 1.70$ dla Krzyśka.
  6. Moda moi drodzy, moda autobusowa, za bardzo się nie różni od mody ulicznej, ma być wygodnie. Jest jedna różnica – w autobusie da się wykonać makijaż, maznąć kreskę na zaspanym oku (ale tylko w pospiesznych, te regularne zbyt często się zatrzymują i można się nieźle dziabnąć w oko)

i jeszcze nie mogłam się powstrzymać i linka podsyłam ….. choć autobusy w Vancity są niebieskie 🙂

[symple_box color=”blue” fade_in=”false” float=”center” text_align=”center” width=””]Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.[/symple_box]

PODZIEL SIĘ