BYOB czyli kanadyjskie imprezowanie. Alkohol w Vancouver

In vino veritas. Ale co robić, jeśli dostęp do źródeł prawdy jest mocno ograniczany?

Ok. To najpierw tak. Uprasza się, żeby osoby poniżej 18 lat nie czytały tekstu poniżej. Nie żebym namawiała do czego złego, czy coś. Ustawa o wychowaniu w trzeźwości jest? Jest! No. Poniżej jest post pt. Alkohol w Vancouver.

Imprezy, z ludźmi przebywanie czyli alkohol potrzebny od zaraz. Jakoś tak wychodzi, że na spotkaniach towarzyskich łatwiej wchodzi. Się w klimat, w rozmowę się wchodzi, procenty pomagają.

Niektórzy lubią mniej, niektórzy więcej. My tak sobie. W Kanadzie lubimy cydr z Okanagan, z sokiem jabłkowym.

Lato, czyli sezon ogórkowy, czyli taki temat musi być. Wróć, już kiedyś był! To co przeczytasz poniżej, to rozbudowany tekst z maja 2o15, uzupełniony i przygotowany specjalnie na akcję Blogerów kulturowych i językowych pt. Alkohol w kraju X.  LINK DO WPISU

I jeszcze jedno – żadna ze mnie znawczyni salonów i bywalczyni domówek, więc śmiało pisz swoje uwagi, jak gdzieś za bardzo w temacie popłynę.

#1 tytułem wstępu

Gotowi na trochę kanadyjskiej historii?→

→ Wcale nie tak dawno niemożliwym było zakupienie napoju alkoholowego w supermarkecie.

Do kwietnia 2015 r. alkohol w Kolumbii Brytyjskiej był sprzedawany jedynie w miejscach do tego wyznaczonych, licencjonowanych, takich jak np sieć BC Liquor Stores.

Przepisy się zmieniły  i od kwietnia 2015 można kupić wino w supermarkecie. Pierwszy sklep w prowincji, który się na to odważył jest w Surrey (klik TU). Koło nas, najbliższy Buy Low Food nie ma. Jeszcze.

Żeby nie było, że można wszystko, o tak dobrze to nie ma. Jest prawo, jest strona regulująca spożycie / użycia czy nadużycie.

Przydatne uwagi i jeden smaczek:

  • ✔ Nie możesz pić w parkach, na plażach czy w górach. Ale możesz na swoim miejscu kempingowym.
  • ✔ Możesz mieć w samochodzie zamknięty alkohol, ale nie możesz otwartej puszeczki.
  • ✔ Możesz przynieść swoje wino do restaurcaji i kelner musi ci je polać.  A jak zostanie, to oddać resztę. Ale korkowe też może pobrać przy okazji. Czyli wszyscy w sumie zadowoleni.

W Polsce co i rusz gazeta.pl testuje wina za 10 zł z Biedronki czy innego Lidla vs. wino z piwniczki renomowanego salonu, a tutaj posucha.

Posucha taka nie do końca, napojów bezalkoholowych w naszym najbliższym supermarkecie jest bez liku, przy czym nam w oko wpadło wino ODALKOHOLIZOWANE, białe lub czerwone w cenie 8 $ za flaszkę.  Nie żebym się czepiała, ale polski gugle pokazuje mi taki obrazek, jak wpisuję odalkoholizowane (bo to przecież coś innego niż bezalkoholowe).

Piłam to odalkoholizowane wino, no i tak….. mnie smakuje jak wino bez wina. Dobre średnio, średnio daje radę. W sumie nie wiem, po co to wyprodukowali?

Są jeszcze jakieś takie napoje, jakby oranżady, też bez alkoholu, ale nie napiszę więcej, bo nie próbowałam. Kolorowe bardzo, jakoś nie wzbudzają mojego zaufania. [na skali hipstera 1-10 mam teraz coś pewnie minus 3]

#2 BYOB czyli na bring your own beer. I może kanapkę też, na wszelki wypadek

 

Zaczynamy od imprezy proszonej, czyli skrzykujemy się na domówkę u kogoś. Przewaga nie-Polaków. Tak jakoś w pierwszym roku pobytu w Vancouver zostałam zaproszona na wieczorne spotkanie, imienin świętowanie u koleżanki koleżanki mojej koleżanki. Ja i koleżanka to były jedyne Polki.

Przed imieninami dostałam emaila, że uprasza się o przyniesienie swojego alkoholu. Ha!

Na początku zdziwko, ale potem zrozumienie, jak zobaczyłam, ile wino kosztuje. Na imprezie każdy sobie pije swoje, ile chce, jakie chce. Zadowoleni wszyscy. Oczywiście nikt nie powiedział, że nie można się dzielić

Taki zwyczaj, wcześniej mi z Polski nie znany.

Byliśmy też kilkakrotnie na imprezach integracyjnych, pracowych kanadyjskich. I takie spotkanie też inaczej wygląda niż w Polsce. Dostaliśmy po dwa bilety-karneciki na alkohol (dwie lampki lub dwa drinki na głowę), reszta była do zakupu samodzielnego na barze. Do tego mini kanapeczki i mini paszteciki. W ogóle mini, mini, tycie, tyciuteńkie. Nie mówię, że do dobrej imprezy potrzebne jest morze alkoholu i fura żarcia. Mówię, że w Kanadzie wygląda tak. A w Polsce, no to sam wiesz. Więc czuj się ostrzeżony 😉

 

#3 Jak dostać alkohol czyli tour-the-beer

Alkohol możesz dostać na dwa sposoby: kupić w sklepie i wypić poza sklepem, albo kupić gdzie indziej (pub, restauracja, bar) i wypić na miejscu. Hehe, nie mogłam się powstrzymać, musiałam to napisać 😉

W sklepie w B.C. zobaczysz ludzi grzecznie stojących do kas z sześciopakami w ręku. Albo z większą ilością. Zagęszcza się w weekendy, bo sklepy nie są całodobowe i trzeba zrobić zapasy. Nie wiem, czy wszystkie tak mają – ten najbliżej nas nie jest cały czas otwarty.

Co do piwa, to w naszej dzielnicy radośnie hipsterskiej, czyli na Mount Pleasant, są malutkie browary, gdzie równie tłumnie bywa, jak w sklepach monopolowych.

Ja nie wiem, czy to przystoi, dobra, wiem, że nie za bardzo przystoi pisać tak o warzelniach piwa (???), ale te tutaj są… urocze. Czyściutkie, lśniące pojemniki – beczki, z leciutchną nutką drewna. Industrialnie, ale nie za bardzo.

A przed kasą każdy stoi ze swoim bukłaczkiem po tzw. refill, czyli ponowne napełnienie piwną cieczą (wychodzi taniej niż za każdym razem kupować nową butlę, a jak ekologicznie!)

Wcale nie rzadko stoi się też z dzieckiem (albo i dwójką) – nie wiem, czy mają wstęp do środka, czy tak się tylko oko na to przymyka, bo raz mieliśmy sytuację, że nas z chłopcami nie wpuszczono do baru-pubu na śniadanie. Powód: serwowano tam alkohol i dzieci musiały być w pewnej odległości od nalewaka. Do środka nie wolno było, ale w ogródku już tak. Podstawy prawnej nie znam – ktoś pomoże?

Próbowałam kilka takich craft sample beer w okolicy. Dobre. Na desce stoi od 5 do więcej malutkich szklaneczek z piwem i sobie próbujesz. Piwo to chyba można ze sobą mieszać? #nieznamsiealesiewypowiem

Masz ochotę na wycieczkę po tutejszych browarach?

Ostrzeżenie, czyli serio ktoś do piwa je smażone ogórki?

Najdziwiejsza rzecz, jaką nam zaserwowano do piwa to były smażone w panierce pikle czyli fried pickles.

Jesteśmy pierwsi do próbowania, ale to niedobre było. Serio. W dwóch miejscach jedliśmy i dwa razy bee. No wiem, ja na małosolnych chowana, a do alkoholu to tylko kwaszony (taka tradycja). Ktoś jadł dobre fried pickels?

Ps. Znasz historię, jak pomyliłam najsłynniejszy kanadyjski drink Ceasar z sałatką? LINK

To co, na zdrowie?


→ Zobacz, co inny blogerzy napisali o alkoholu w ich krajach LINK do kulturowojęzykowi. Chcesz dołączyć do grupy? Napisz na blogi.jezykowe1@gmail.com


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Jak w Kanadzie oszczędzamy, kupujemy i wydajemy

Dużo słów o pieniądzach, czyli na co wydajemy te słynne góry dolarów.

Wiesz, jaki wpis jest numero uno bloga? O ten. O stawce minimalnej w B.C.

Kilkakrotnie zastanawiałam się, jak ugryźć pisanie o pieniądzach. Temat ciekawi wielu. Wiadomo, bez pieniędzy się nie da. Kanada czy nie Kanada (się nada; wiem, głupie, nie mogłam się powstrzymać, ja uwielbiam bzdurne rymowanki)

W mailach do nas temat finansowy przewija się najczęściej. Pytacie o koszty życia w Kanadzie, w Vancouver, o to, ile nasza czteroosobowa rodzina wydaje i jak jest nasz status materialny.

Musiałam w końcu napisać o tych górach dolarów, do których mi tylko złotych grabi brakuje (do grabienia tychże).

I pewnie będę tutaj dopisywać kolejne “mądrości”. Więc ustaw sobie jakieś przypomnienie, czy cuś, żeby co jakiś czas sprawdzić, ile to Jeziorska wydała.

Zwłaszcza po ostatnim piątku, kiedy radośnie nie przeczytałam polisy ubezpieczeniowej i 150 CAD poszło na króciuchną wizytę u dentysty…
Ej, miało być jak w Kanadzie oszczędzamy, kupujemy i wydajemy a nie o dentyście.

[no chyba, że chcesz wciąż o dentyście. To wtedy tu KLIK]

Nie jest mi łatwo dzielić się wiadomościami finansowymi z dwóch powodów:

  • → nie potrafię szczerze i bez wewnętrznej blokady pisać publicznie o zarobkach i wydatkach. W tej kwestii niedoścignionym wzorem jest dla mnie Michał z bloga jakoszczedzacpieniadze.pl – guru finansów osobistych i mistrz transparentności w gospodarowaniu pieniędzmi. Mi zawsze wychodzi tak trochę głupawo i wstydliwie.
  • → nie prowadzę budżetu jako takiego, choć wspomniamy Michał pokazuje, że to dobry przykład. Więc nie mam jak ci konkretnych paragonów pokazać. [ja tu tylko sprzątam]

 


Ten wpis ukazuje się teraz nieprzypadkowo. Kilka dni temu (a jest początek lipca 2017) bank, w którym mamy kredyt hipoteczny na mieszkanie w Warszawie (od 2011), podzielił się z nami dobrą wiadomością – została nam 1/3 całości do spłacenia!

Jupi, szampan i kokosanki, jest co świętować, bo kredyt wisi nad nami jak miecz Damoklesa. Ale już trochę mniej dynda.

Mimo dobrej informacji, nie jestem specjalnie radosna, bo mój udział w spłacie od czasu przyjazdu do Kanady był, niestety, więcej niż minimalny. Pracowałam, owszem, ale krótko. Taka już jestem, że lubię mieć swoje pieniądze i być współodpowiedzialną za finanse. A w Vancouver zarabianie mi nie wychodzi.

Tak sobie podyskutowaliśmy z Kubą na tematy (nie)zasadnicze, czyli o tym, na ile Kanada sprawdziła nam się jako kraj emigracji zarobkowej. Przed przylotem podstawowe wyliczenia wskazywały, że sięgniemy po polskie oszczędności zaraz na początku. Liczyliśmy się z tym, że przyjdzie nam wydać wszystkie nasze dotychczas oszczędzone pieniądze, żeby zrealizować pomysł na Kanadę.

Pensja Kuby, który, przypominam, został tutaj ściągnięty jako pracownik wysokowykwalifikowany, na papierze wyglądała zachęcająco.  Ale Vancouver okazało się być bardzo drogim miastem do życia dla czteroosobowej rodziny. To jest jak stały motyw życia w tym mieście – najlepsze miasto, a jednocześnie mało kogo stać na cokolwiek.

Udało nam się nie ruszyć polskich pieniędzy i do dziś utrzymujemy się z pensji Kuby plus co miesiąc spłacamy zobowiązanie hipoteczne z Polski.

Mieszkanie w Warszawie wynajmujemy, ale rata kredytu i inne wydatki mieszkaniowe (podatek, ubezpieczenie, opłata roczna, czynsz) są wyższe niż kwota wynajmu.

Na krótko nasz budżet zasilała moja kanadyjska pensja (około 20 tys. CAD brutto rocznie). W tym momencie wynagrodzenie roczne Kuby to trochę ponad 100tys. CAD brutto.

Tutaj sprawdzisz, ile wynosi średnia dla software engineer w Kanadzie.


Co kupujemy i jak żyjemy, żeby mieć na ratę kredytu?

1. Wydatki na mieszkanie

Gdzie mieszkamy?

Od września 2014 roku mieszkamy w tym samym miejscu. Wynajmujemy od sympatycznej profesorki. Mieszkanie jest małe, ma dwie sypialnie, standard średni, wyposażenie stare. A miejscami bardzo stare.

Płacimy 1800 CAD. To jest mało jak na takie samo mieszkanie w naszej okolicy. Teraz podobne w naszym bloku może kosztować nawet 600 CAD więcej.

Płacimy mniej niż stawka rynkowa bynajmniej nie z powodu sympatii do nas. Właścicielka nie może nam podnieść czynszu więcej niż 5% miesiącznej kwoty, co roku. Gdybyśmy się wprowadzili, wtedy mogłaby wynająć to mieszkanie za więcej.

→  Szukasz mieszkania? Przeczytaj wpis o dzielnicach w Vancouver

Naszą największą oszczędnością na kanadyjskim mieszkaniu jest rzadkie przeprowadzanie się.

Wyposażenie mieszkania

Jakaś dziwna jestem, bo nawet nam nie przyszło do głowy nadawać mienia przesiedleńczego (mniam, co za słowo). Z Polski przywiozłam tylko ulubioną miskę oraz kilka poszewek na poduszki, żeby nam pachniało domem. Emigracja radośnie uwolniła mnie od wielu rzeczy, nawet nie pytając o zdanie.

Trzy lata później nadal mamy niewiele sprzętów (nie mamy odkurzacza ani żelazka, ale mamy perlator do wody gazowanej).

Zakupy robimy:

  • → w Ikea  i Canadian Tire;
  • → w sklepach z używanymi rzeczami – Thrift Store, Salvation Army, Consignment Store. W niektórych sklepach można oddać niepotrzebne rzeczy, ubrania, książki, a dostać w zamian kupon zniżkowy);
  • → na wyprzedażach garażowych (Yard Sale, Garage Sale – informacje o nich są na Craigslist albo na tabliczkach przy drogach);
  • → na Craigslist (także sekcja free stuff). Sama też tam sprzedaję (dobra, raz coś sprzedałam) Craigslit to taki ubogi krewny Allegro i może mu buty czyścić (temu Allegru).
  • → w One dollar store / Dollarama (uważaj jednak, jakość potrafi być bardzo kiepska, lepiej założyć, że to rzecz jednorazowa);

Nie mamy oporów przed powtórnym wykorzystaniem rzeczy, oddanych/sprzedawanych przez kogoś. Tak zachowywaliśmy się w Polsce i Kanada tego nie zmieniła.

Do tej pory wydaliśmy na wyposażenie około 2000 CAD.

2. Jak kupujemy ubrania?

Najczęściej przywozimy je z Polski. Nie lubię kupować ubrań, więc mamy ich mało. Podejrzewam, że spokojnie mieszczą się w pojęciu capsule wardrobe.

Życie mamy intensywne i często na zewnątrz więc ubrania codzienne szybko się zużywają. Rzadko kupuję rzeczy markowe, głównie buty.

  • → Dla chłopaków jest najłatwiej, bo często dostajemy w spadku po starszych kuzynach.
    • W Lidlu poluję zawsze na dresy (kupuję od razu po 3-5 kompletów) , bo to ulubione spodnie dzieci (i Kanadyjczyków).
    • ↠ Kupuję w Tesco, w Biedronce, w dużych supermarketach, a także na tchibo.pl. Głównie z wygody – dyskonty są w każdej miejscowości, a ja jestem leniwa.
  • → Część ubrań (kurtki około $40-50) i butów ($20-30) dla nas kupuję używane w Sport’s Junkies
    (turystyczne)  albo do codziennego użytku marki Joe Fresh (mamy do nich czasami kupony zniżkowe od ubezpieczyciela ICBC, około 20 CAD).
  • → Kuba w Polsce wpada do Decathlonu na 2 godziny i wychodzi stamtąd z walizką ubrań na kolejny kanadyjski sezon (około 600 zł). Buty też z Polski. Raz kupił buty w Vancouver i żałował.

Najwięcej oszczędzamy nie wydając. Proste? Proste!

Zakupy w Polsce dla mnie i chłopaków  to jak na razie około 500-800 zł w czasie jednego wyjazdu. W Kanadzie wydałam do tej pory może z 500 CAD na ubrania. No i 250CAD na kalosze Hunter (które moim zdaniem nie powinny tyle kosztować, bo są… zwykłe. )

Jak w Kanadzie kupujemy, oszczędzamy i wydajemy_Kanada sie nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady1

3. Jedzenie i zakupy do domu 

W Polsce większość rzeczy zamawialiśmy z Tesco z dostawą do domu. Warzywa i owoce kupowaliśmy na bazarku dzielnicowym.

Spróbuj w Vancouver zamówić artykuły spożywcze online! Tyle, ile się naklikałam na saveonfoods.ca, żeby nic nie kupić w końcu, to (nie) moje.

  • → kupujemy raz w tygodniu, raz na dwa tygodnie w Costco. Mają tam wielkie paczki jedzenia, no nie wiem, jak liczna musiałaby być rodzina, żeby to wszystko zjeść, kiedy jest świeże.  Wydajemy średnio 300 CAD co dwa tygodnie;
  • → czego mi zabraknie lub potrzebne świeże kupuję w najbliższym Buy Low Food – zwykle 2-3 razy w tygodniu, wydaję około 40 CAD;
  • → mamy kartę do Shoppers Drug Mart i średnio raz w tygodniu / dwa tygodnie posyłam tam Krzyśka to po mleko, to po masło  z gotówką do 10 CAD. Robiąc zakupy dostajesz punkty, które możesz wymienić na zniżkę przy zakupach. My mamy do odebrania jakieś 80 CAD za rok kupowania;
  • okazjonalnie kupuję w polskim sklepie. Odkąd Kuba zaczął robić twaróg, a chleb sam piecze, nie mam potrzeby. Polsko smakującą kiełbasę na ognisko mamy z Costco, pierogi ruskie mamy z Buy Low Food albo z imprezy w kościele, a na schabowe przylatujemy do Polski;

Na stronie Pawła sprawdź listę sklepów, a potem porównuj ceny


#4. A co z rozrywką? Sport, wycieczki, outdoor

Tak już mamy, że uwielbiamy bycie na dworze. Narty, kempingi, rowery, to jest coś, na co wydajemy sporo pieniędzy.

  • → zajęcia sportowe – płacimy za chłopaków naukę pływania i naukę jazdy na łyżwach (240 CAD na pół roku, zajęcia na miejskich obiektach. Na UBC zapłacisz więcej). Od dwóch sezonów mamy karnety na narty (rodzinny 900 CAD, kupiony w promocji Early Birds, bo potem jest dwa razy droższy);
  • → sprzęt sportowy kupujemy używany lub na promocjach. Kiedyś jedna Amerykanka podarowała Kubie rower. Kanadyjka poznana przypadkowo oddała nam łyżwy. Bywają promocje do 40% na sprzęt kempingowy w Canadian Tire. Jak raz kupiłam materac, który w innym sklepie kosztował mniej, zrobiłam zdjęcie ceny i wróciwszy do sklepu, poprosiłam o zwrot różnicy (oszczędność 15 CAD);
  • → kempingi, wycieczki z nocowaniem w hotelach – kilka razy w roku wyjeżdżamy i chociaż staramy się rozsądnie wydawać, to jednak mamy zasadę, że na wakacjach hulaj dusza. Wolimy pojechać na jeden dzień i nie pilnować wydatków niż na dwa dni z kalkulatorem w ręku. Długi weekend (3 noce) na kempingu to koszt około 120 CAD dla dwóch rodzin i dwóch namiotów. Doba w hotelu kosztuje nas około 80 CAD. Jedzenie bierzemy ze sobą, ale też jak trafi się okazja, jemy coś miejscowego. Rzadko mamy plan zwiedzania i zazwyczaj wypoczywamy / wydajemy bez spiny;
  • → nie chodzimy do kina, bo udało nam się kupić używany odtwarzacz DVD (20 CAD) oraz rzutnik w promocji na Amazonie (110 CAD). Oglądamy filmy wypożyczone z biblioteki. Wielkim plusem jest to, że można je oglądać tylko jak jest ciemno, więc ciężko marnować czas za dnia. Telewizora nigdy nie mieliśmy i nie mamy nadal;
  • → kupuję książki tylko do bazgrania lub nauki, zwykle po 1 CAD w sklepach z używanymi rzeczami. Całą resztę wypożyczam i jestem nieprzytomną wręcz fanką naszej biblioteki publicznej. Nie kupuję gazet w ogóle. W Polsce obowiązuje tryb wakacyjny i wydaję więcej na książki i gazety.
  • → jeśli jadamy na mieście, to w weekendy lub na wycieczkach. Jednorazowy wydatek dla czterech osób to od 25 CAD (sushi) do 60 CAD (White Spot).
  • → wyjazd do Polski – to jest największy wydatek w naszym wycieczkowym budżecie. Latamy do Polski w wakacje Lufthansą, bilet dla dorosłego to około 1200-1500 CAD. W Polsce większość czasu jesteśmy z rodziną, ale wypuszczamy się też na wycieczki.

#5. Szkoła i przedszkole

  • → Żłobek dla Maćka (daycare) całodniowe w Vancouver, z pełnym wyżywieniem kosztowało 900 CAD/miesiąc. Płaciliśmy taką stawkę 6 miesięcy, potem spadła dla 3 latka do 750 CAD. Żłobek jest całoroczny, więc w pierwsze lato w Vancouver, kiedy chłopaki 2 miesiące spędzali z dziadkami w Polsce, także płaciliśmy. Łącznie od listopada 2014 do lutego 2016.
  • →  Przedszkole (preschool) kosztowało 290 CAD za trzy godziny dziennie, przez cztery dni w tygodniu. Przez ostatnie trzy miesiące Maciek chodził na dodatkowe trzy godziny popołudniu, za 300 CAD.
  • →  Krzyśka (i od września Maćka) szkoła podstawowa jest bezpłatna. Kupujemy tylko planer – rodzaj dzienniczka ucznia i płacimy za wycieczki. Całość zamknie się do 100 CAD za rok. Plus świetlica po szkole także 100 CAD dla jednego dziecka.

Sposoby na obniżenie kosztów nauki i socjalizacji przy okazji:

  • ↠  Dla dzieci – playdates! U nas często budowanie z klocków (zamiast drogich warsztatów Lego Robotics) czy malowanie/ rysowanie (aternatywa dla zajęć z Arts Umbrella). Tydzień bez playdate to tydzień stracony;
  • ↠  Dla mnie – bezpłatne albo bardzo tanie warsztaty, teraz głównie o kodowaniu (organizowane przez Red Academy albo Lighthouse Lab).

 

#6. Inne wydatki:

  • →  Transport.
    • Samochód używany, który kupiliśmy w styczniu 2017, kosztował 5500 CAD, ubezpieczenie 160 CAD za miesiąc, paliwo około 100 CAD miesięcznie. Jeździmy na wycieczki oraz po mieście, kiedy leje deszcz.  Zanim kupiliśmy auto, korzystaliśmy z opcji carsharing w Modo (na trasy kilkudniowe) oraz Evo (na szybkie poruszanie się po mieście). Czasami korzystaliśmy z regularnych wypożyczalni: Budget i Enterprise.  Przez pierwsze dwa lata, wypożyczając samochód wydaliśmy rocznie 2400 CAD. Zanim kupiliśmy samochód tutaj, przeanalizowaliśmy nasz styl życia i policzyliśmy koszty. Absolutnie nie żałujemy, że kupiliśmy samochód, ale dwa lata pokazały nam, że można bez niego żyć i również zwiedzać Vancouver, a nawet wybrać się do Stanów.
    • ↠ Autobus – korzystałam z biletów miesięcznych, które potem mogłam odpisać od podatku; Więc koszt zerowy. Sprawdź, czy przepisy podatkowe nadal na to pozwalają.
    • ↠ Rower – mamy kilka, intensywnie używamy. Wydaliśmy około 1000 CAD na rowery, sprzętokołorowerowy i przeglądy przez ostatnie 3 lata.
  • →  Telefon Mój telefon kosztuje nas 40 CAD, ale poza Vancouver  jest martwy. Taki plan, co mi specjalnie nie przeszkadza, zwłaszcza w lesie. Telefon Kuby kosztuje 20 CAD (zero danych, bo nie potrzebuje). Internet w domu- 50 CAD;
  • → Dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne 150 CAD na miesiąc; Uwaga, czytaj polisy! Albo chociaż ten post.

O matulu, jaki długi ten post wyszedł i naszpikowany offtopami. Chyba tak już jest, że jak jak nie ma pieniędzy, to nie ma niczego, a jak są pieniądze, to jest wszystko. I trzeba to opisać. [mądrość życiowa by KKJ, mów mi Konfucjusz].

Jeśli masz pytanie o inny konkret, jakiś wydatek lub sposób oszczędzania, który pominęłam, daj mi znać. Będę aktualizować post. Dzięki!


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

5 sprawdzonych miejscówek z jedzeniem w Vancouver i jak mnie Ceasar wkręcił

Pomiędzy przygotowywaniem jesiennych postów o codzienności naszej w Vancouver, o atrakcjach października, Halołin, i tak dalej, po raz kolejny zachciało mi się pisać o jedzeniu.

Jedzenie to zawsze wdzięczny temat, każdego interesuje, prawda? I jakie ładnie historie można potem opowiadać, na przykład tę o chińskich pączkach

Poniżej znajdziecie kilka słów o innych miejscach, które sprawdziliśmy w Vancity. Lista wielce niekompletna, ale na początek się nada.

Po kanadyjsku: jedyny taki, original & legendary, czyli White Spot Restaurant.

Od pokoleń bliski mieszkańcom Kolumbii Brytyjskiej. Ludzie przychodzą całymi rodzinami, na codzień i od święta, na śniadania, lunch, kolacje. Często nawet nie patrzą w menu, bo od lat te same sprawdzone dania na pewno nie zawiodą. Nie zawiedliśmy się i my, ale też łał jakiegoś nie było. Dobre, szybko podane, przyjemna obsługa. Ceny trochę zawyżone, no ale hej, to jest restauracja. Jak się spóźnią z daniem, nie musisz za nie płacić, jak się pomylą w zamówieniu, nie musisz za nie płacić. Jest przyzwoicie. I dobre hamburgery. Ale nad ciastkiem z jagodami to musieliby jeszcze popracować. A jako opcję bardziej w stronę  fast foodową można wybrać się do Ricky’s All Day Grill, inny gastronomiczny rodzinny biznes z Kolumbii Brytyjskiej.  Próbowaliśmy tam klasycznego burgera, smak okej, porcja niewyszukana jeśli chodzi o wielkość, dla chłopca lekko powyżej średniej może być niewystarczająca.

Po japońsku, z lekka na wyrost, ale trzeba wspomnieć: sushi.

Tutaj podobno najlepsze jest na Commercial Drive. Nam zdarzyło się parę razy zajść na sushi, do miejsca mniej wyszukanego, gdzie nie trzeba się wpisywać na listę oczekujących na stolik. Wybór ogromny, wystrój jak z popowej piosenki ze skośnookimi dziewczynkami, na talerzach sztuczne kwiaty i dymiący lód.  Ot tak, żeby było ładnie. Sushi smaczne i niedrogie. Się nie znam zupełnie, bo w Warszawie może z dwa razy próbowałam, ale wydaje mi się, że tutaj receptura dania została trochę podrasowana, coby gustom miejscowym bardziej przypasować. Stąd majonez w sushi. No chyba, że zawsze jest, to mnie poprawcie.

Po żydowsku, czyli najdroższe drugie śniadanie w Vancity.

Stęsknieni za prawdziwymi plackami ziemniaczanymi z kwaśną śmietaną, i skuszeni prawdziwym ogórkiem kiszonym (prawdziwym, a nie takim a’la pikle) zajechaliśmy kiedyś do Sally. Smacznie, ale porcje maluśkie, a ceny nie. Zatem placki musimy robić sami, a na rosół przyjdzie nam poczekać do wizyty w Polsce.

Po kanadyjsku po raz drugi: restauracja/bar typu diner.

Te najlepsze są oczywiście prz szosie 66 w Sanach. Ale chociaż szosa szerokim łukiem omija zarówno Vancouver, jak i resztę Kanady (ha ha ha), to jednak owe przybytki są i tutaj, i mają się dobrze, i serwują dużo, mało wyszukanie, na swojską nutę. Przy ulicy Głównej (ta część Main po stronie Mount Pleasant) jest ich całkiem sporo. Nasze ostatnie odkrycie i do tej pory bezapelacyjny zwycięzca w tej kategorii to Lucy’s Eastside Diner. Jeśli jesteś przypadkiem w Vancouver i na dodatek należysz do osób, które lubią jeść śniadanie na obiad, to na pewno musisz spróbować tutejszych zestawów brunchowych (czy tak to się pisze???). I potem rozpowiadać o tym znajomym, dziwiąc się, że jak to, mieszkają w V. dłużej od Ciebie, a nie wiedzą co to jest Mac n Cheese and Pulled Pork Hoagie (CAD 9.5)? Kanapka grillowana z makaronem, serem i wieprzowiną zapycha skutecznie na wieeeeleeee godzin (tutaj recenzja).No i jest jeszcze w Lucy zadanie: Wujek wyzywa na pojedynek, czyli Ty kontra 6 warstwowy megaburger & frytki & koktajl. Masz dwadzieścia minut, jak zjesz i się nie pochorujesz od razu, to Twoje zdjęcie ląduje na Ścianie Chwały i nie płacisz za jedzenie. A jak nie, no to mój drogi, czeka na Ciebie Wall of Shame, wstydź się, żeś myślał, że taki chojrak, a tutaj buła z mięsem Cię pokonała. Znacie kogoś, kto by się wyzwania podjął?

I jeszcze ku przestrodze, bo oczywiście musiałam zaliczyć jakiś kulinarny wtop, a co.

Dobrze, że świadkami była li i jedynie rodzina. Najbliższa. Więc tak, na każdym niemalże restauracyjnym stojaku z menu jest wypisane drukowanymi : CEASAR.  Myślę, wszędzie można sałatkę Ceasar zjeść, nie tylko w Macdonaldzie, ale wszędzie. Zatem zamawiam i kelnerka się pyta, czy  regular czy extra. Cena ta sama, zatem nie byłaby sobą i Polką, żeby nie zamówić extra (czyli w moim mniemaniu większą porcję).

I za moment nastąpił opad szczęki, bo kelnerka przyniosła mi napój. CEASAR to jest drink.
A konkretnie drink na “dzień po”.

Stąd pewnie jego popularność i częstotliwość występowania w naszej okolicy 😉 A Ceasar extra, to jest drink extra pieprzny, coby lepiej na nogi stawiał. Olaboga. Wypiłam, dobre, nie powiem, ale paliło w gardle niemiłosiernie. I mam nauczkę, że jak chcę sałatkę, to muszę poprosić o Ceasar salad.

no to jak piszę o wtopach, to jeszcze się podzielę z tymi, co nie wiedzą, jak zamawiałam w Paryżu, wieki temu, bo w naszej podróży poślubnej, roast beef (czyli pieczoną wołowinkę). Zdziwienie wielkie nastąpiło, kiedy na talerzu przede mną wylądował…. tatar. Kelner mnie źle zrozumiał, albo mój angielski taki był słaby, ale nie, wolę zwalić winę na Francuzów, ja ich nie rozumiem, jak mówią po angielsku, więc pewnie nie(dosłyszący/douczony) kelner zamówienie przyjął na raw beef (czyli surowa wołowinka). I stąd zamiast pieczeni miałam tatara… Pewnie dobrze by się komponował z Ceasar’em do popicia….

smacznego 🙂

(Nie)tolerancja pokarmowa?

Jak Kuba poszedł o pustym brzuchu do lekarza, a ja wróciłam najedzona i chora. Pączków mi się zachciało. Chińskich.

o mamusiu …..

wczoraj pojechaliśmy zbadać Kubę, w sumie klinika wciąż w Vancouver, ale wybitnie azjatycka część, serio, zaczęliśmy nawet dla zabawy wyszukiwać na ulicy białego człowieka (trzech było). Klinikę znaleźliśmy, badania zrobione, ale ja nie wiem, co mnie podkusiło, żeby w tej dzielnicy zakupić celem popróbowania, wypieki chińskie.

Weszłam do jednej piekarni, z szyldem, co to miał więcej znaczków chińskich niż ciastek na ladzie.

Trzeba próbować nowych rzeczy, tej zasady się trzymamy, choć szczerze może ze 20% tego co do tej pory jedliśmyw  Vancouver, wzięlibyśmy jeszcze raz do ust. Ale ok, rozglądam się po chińskiej piekarni, nic, NIC, nie wygląda znajomo, ale się decyduję zakupić po trzy sztuki słodkie i słone (pani łamanym angielskim powiedziała mi o promocji- jak kupię 6 sztuk, nie naliczą mi tutejszego VATu).

Przynajmniej w teorii różniły się smakami, w rzeczywistości chiński pączek nie smakował niczym, poza tłuszczem.

I kształtem też pączka z Górczewskiej czy od Bliklego nie przypominał, albo chociaż poczciwego kanadyjskiego donata (pączka z dziurką). Długa, powyginana pałka, ociekająca tłuszczem. Na sześć ciastko-pączko-wypieków, JEDEN był jadalny. I to nie w całości (strasznie pikantny i tłusty). Reszta pęczniała w ustach, kawałki mięsa w nadzieniu miały dziwny kształt, fakturę, o smaku nie wspomnę, a po pierwszym gryzie wszystko wylądowało w śmietniku. No jacie nie mogę, a mówią, że Polacy jedzą tłusto. BLEEEEEEEE, żadnych więcej piekarniczych specjałów kuchni azjatyckiej. Dobrze, że migusiem udaliśmy się gdzie indziej, gdzie przepłukałam sobie gardło poczciwą niezdrową coca colą. Ale to już poza azjatycką dzielnicą, bo w tej jedyny napój dostępny na każdym kroku to Bubble Tea, co jest chyba nawet jeszcze gorsze od tych nieszczęsnych pączków (mieszanka mleka, herbaty i ciągnący się, lepiących, supersłodkich kulek z żelatyny, omg).

finał dnia: potężne dolegliwości żołądkowe o ujściu dolnym i górnym. Cały sobotni wieczór 🙁

I tak oto cierpię ukarana za kulinarną ciekawość…

[symple_box color=”blue” fade_in=”false” float=”center” text_align=”center” width=””]Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.[/symple_box]

PODZIEL SIĘ

Vancouver is awesome?! Powiedz nam, jakie jesteś Vancouver?

Wracać czas – Warszawa lepsza niż Vancouver?

Ten post najpierw ukazał się na portalu Klub Polek na Obczyźnie.

Jakie jesteś Vancouver? Nasze-nie-nasze?

Zachęcamy do obejrzenia tego filmiku, tak na dobry początek. W filmie w zabawny sposób pokazani są mieszkańcy Vancouver. A kto, jak nie mieszkańcy, najlepiej odpowie na pytanie, czym jest miasto i czy Vancouver jest wspaniałe.

Poniżej, w wyliczance,  znajdziecie sporo punktów opisanych na podstawie tego filmu. So true!

Nie jest to typowa lista plusów i minusów, chociaż na dole trochę będzie o tym, czy mieszkańcy Vancouver są nieszczęśliwi. A warszawiacy są?

To zaczynamy wyliczankę

W Vancouver mieszkańcy narzekają na pogodę.

Jak deszcz, to źle, jak słońce, to za gorąco. Miasto z racji położenia nad Pacyfikiem, z górami za plecami, ma dość łagodny klimat jak na kanadyjskie standardy. Stąd często pada.

I dlatego Vancouverczycy  mogą poszczycić się sporą kolekcją parasoli, a na tutejszym uniwersytecie pojawił się biznes w postaci wypożyczalni parasoli poprzez aplikację na smartfonie. Nie ma co, bez parasola ani rusz w mieście, które z powodu deszczu otrzymało ksywkę Raincouver.

Jak pada, to pada, stąd dzieci z Vancouver mają niewielkie szanse na White Christmas.

Ale nie ma co płakać, śniegu można szukać na któreś z okolicznych gór: Grouse Mountain, Seymour Mountain czy Cypress Mountain.

Funkcjonują tam przyjemne kurorty narciarskie, gdzie każdy może poznać uroki szusowania.

A do miejscowości Whistler, mekki snowboardzistów, gdzie odbyła się olimpiada w 2010, jedzie się niecałe dwie godziny, w bonusie otrzymując przepiękną widokowo drogę Sea to Sky.

Olimpiada 2010

To jest takie wydarzenie, które na stałe wpisało się w historię miasta. Najlepszy czas ever dla wielu Vancouverczyków. Dowodem niech będzie nieustająca miłość do tamtych chwil, czule pielęgnowane wspomnienia, obecność olimpijskich gadżetów w ofercie sklepów i oblężenie Wioski Olimpijskiej w Whistler. Trudno się dziwić – Kanadyjczycy zdobyli wtedy 14 złotych medali, co sprawia, że są rekordzistami w tej kategorii.

Oprócz tematu Olimpiady emocje sięgają zenitu, kiedy Vancouverczycy rozmawiają o hokeju.

Logo drużyny Vancouver Canucks jest obecne wszędzie, od przedmiotów użytku codziennego, po deklaracje na autobusach w dniu meczu: Go Canucks, go! Każdy mieszkaniec ma swoich ulubionych zawodników, a kiedy w Rogers Arena odbywają się mecze, to korki wieczorową porą gwarantowane!

O korkach i jakości jazdy w mieście też można sporo powiedzieć.

Korki skutecznie utrudniają funkcjonowanie w wąskim Downtown. Stąd plany Urzędu Miasta i zachęta burmistrza, żeby przesiadać się na rower.

Miasto oferuje dobrze rozwiniętą siatkę ścieżek rowerowych, które pozwolą przebić się przez Śródmieście, świetne trasy nadmorskie oraz możliwość przewożenia rowerów w autobusach i metrze. Zatem zamiast kisić się w samochodach,

Vancouverczycy przemieszczają się rowerami, jakże zdrowym środkiem transportu.

A zdrowie, zdrowe rzeczy, to jest to, co tutejsi mieszkańcu lubią najbardziej.

W Vancouver każdy biega, chodzi na siłownie, jeździ na rowerze, nartach, pływa po Pacyfiku kajakiem czy paddle board (rodzaj łódki z wiosłem, na której się stoi) czy praktykuje jogę w którymś z licznych parków.

Mieszkańcy dzielą się przepisami na sałatkę z jarmużem czy polecają sobie rodzaje wody kokosowej, rzucając hasłami: shop organic i shop local.

Dobrze jest być w Vancouver hipsterem, w któreś z rozlicznych kafejek, pochylonym nad laptopem z jabłuszkiem.

Miasto jest mekką dla młodych ciałem i duchem, otwartym na wszelkie pomysły i inicjatywy.

A jeśli jeszcze do tego jesteś specjalistą w IT, Vancouver jest miastem idealnym.

Przygarnie cię któryś ze start up’ów technologicznych, wyrastających tutaj jak grzyby po deszczu, czy odział firmy z Doliny Krzemowej, przeniesiony do Vancouver ze względu na tańsze podatki i tę samą strefę czasową.

Pracę da się znaleźć.

Ale tanie mieszkanie już niekoniecznie.

Na wiosnę echem w całej Kanadzie odbiła się akcja mieszkanki Vancouver #DontHave1Million, nagłaśniająca problem młodych ludzi , których nie stać na mieszkania, bo ceny tychże sięgają kosmicznego pułapu.

Rynek nieruchomości skutecznie zniechęca do pozostania w Vancouver, stąd wielu młodych przenosi się do miejscowości ościennych: BurnabySurreyRichmond. Zresztą nie tylko młodych.

Jak pokazują badania urzędu statystycznego StatCan, Vancity niestety najmniej szczęśliwym miastem w Kanadzie.

Jak to, zjawiskowe położenie, pomiędzy górami a oceanem, ulice z kwitnącymi wiśniami, jak to możliwe, że tak urokliwe okoliczności przyrody nie wzbudzają zachwytu i poziom szczęścia nie oscyluje gdzieś w granicach kosmosu?

→ Mieszkańcy Vancouver są nieszczęśliwi, bo nie ma szansy na kupno mieszkania w Vancouver.

Większość milleniasów (czyli około 30stki) albo wynajmuje, albo mieszka w miejscowościach ościennych, no ale znowu w takim Surrey, to strach się bać mieszkać, bo tam od marca trwa wojna  hindusko-somalijsko-kanadyjskich gangów narkotykowych i już 12 osób straciło życie w strzelaninach.

Nie stać cię na mieszkanie, a na dodatek cały czas pada, więc jak, jak panie premierze Harperze, żyć i być szczęśliwym?

Odkąd jesteśmy tutaj, deszczu nie było wcale więcej niż w Polsce. [edit z 2016-2017 – padało przez 5 miesięcy, średnio 28 dni w miesiącu. Taaaaa]

Zatem mimo, że mieszkamy w najmniej szczęśliwym mieście Kanady, to mamy szczęście, że nie padało tej jesieni-zimy-wiosny tak jak padać powinno.

Badania pokazały, że najszczęśliwsi Kanadyjczycy mieszkają w Quebecu, w miastach poniżej 250 tys. mieszkańców. 

Oczywiście oficjele na wieść o raporcie nie mogli się powstrzymać od podsumowania, że nawet jeśli mieszkańcy są nieszczęśliwi, to i tak szczęśliwsi od statystycznego obywatela innego kraju niż Kanada. Prawda to?

Vancouver a Warszawa

Jeszcze jedno ciekawe info  z kwietnia 2015:

Warszawa w pierwszej piętnastce najlepszych miast do życia dla 30latków. A Vancouver za nią ! Na 17. miejscu.

Toronto na 6. miejscu, najwyżej w Kanadzie.

Pytać? Nie pytać? Dobra, zapytam 🙂 – Jak myślicie, które miasto lepsze?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.