Ania z Zielonego Wzgórza w grudniu. Podsumowanie roku na blogu i koniec

Stało się. Kończy się rok 2016. Powtórzę za innymi, bo oryginalność nie jest moją mocną stroną ostatnio: rety, jak szybko zleciało…

The year is looking back sadly to her lost spring.

Ania ze Złotego Brzegu

Ten rok był dla nas wyjątkowy. Chociaż nie, “wyjątkowy” to nie jest może najlepsze słowo. Jest pozytywnie nacechowane, a nie o to mi chodzi. Czy Wy też tak macie, że z trudem Wam przychodzi przypomnienie sobie, co takiego było w 2002? Jakieś wyjątkowe wspomnienie z 2012? Bo ja nie pamiętam. Ale 2016 zapamiętam na długo. I dlatego jest wyjątkowy.

Pierwszy raz myślałam o czasie, albo przynajmniej starałam się myśleć o nim, jak o czymś świadomym, wręcz namacalnym. Przypatrywałam się dniom, godzinom, minutom i temu, co my w tym czasie robiliśmy. Poprzez takie podejście stania z boku, paradoksalnie byłam bardziej w centrum wydarzeń. Albo losu. I pamiętam więcej, i więcej odczułam.

Ten rok bolał bardziej, ale nauczył też więcej. No pain no gain. Chociaż akurat tego pain to mógłby nam oszczędzić. Tylu wizyt w szpitalu, co w tym roku, nie było w całym poprzednim życiu!

Łez też było całkiem sporo. Myśli kłębiły się w głowie, mroziło po plecach, wkurzenie nie pozwalało zasnąć. Bywa.

Cytat z Ani o tym:

Well, that was life. Gladness and pain… hope and fear… and change. Always change. You could not help it. You have to let the old go and take the new to your heart… learn to love it and then let it go in turn. Spring, lovely as it was, must yeld to summer, and summer  lose itself in autumn. The birth… the bridal… the death.

Ania ze Złotego Brzegu

Chciałabym móc napisać, że jestem spokojna o 2017. Ale nie byłaby to prawda.

Wszyscy mówią, żeby planować i wiem, że bez tego marzenia pozostaną tylko pomysłami. Ja jednak nie mogę się zabrać za planowanie nowego roku. Zbyt zmęczona jestem.

Wielu rzeczy w tym roku nie planowałam. Blog tak mnie wciągnął, że poważnie rozważam przekwalifikowanie się. Rok temu zaczynałam dopiero rozkminiać Facebooka, a dziś dzięki Wam mamy prawie 800 polubień! Nie wiedziałam, co to Instagram, a mój profil na LinkedInie straszył. Wyszłam ze strefy komfortu, a wręcz zaczęłam się narzucać, kiedy ruszyliśmy z Listem z Kanady, czyli postanowiliśmy wysyłać Wam newsletter. I wciąż nie mogę uwierzyć, że już ponad 50 osób otwiera te emaile i je czyta! Że codziennie jest ktoś na blogu i czyta o naszym życiu, zwykłym takim, normalnym.

Wysłaliście do nas prawie 60 emaili i wiadomości. Najróżniejszych. Najwięcej dotyczyło pytań o codzienność w Vancouver. Dzięki tym pytaniom co i rusz pojawiały się nowe pomysły na posty blogowe. Niektóre wiadomości były bardzo osobiste i wzruszające, pełne Waszych historii i myśli. To takie emaile, na które nie da się odpowiedzieć od razu, bo zwyczajnie w świecie jestem za głupia. Więc proszę, nie obrażaj się, jeśli moja odpowiedź nie była tą, na jaką liczyłeś!

Zdarzały się też prośby zupełnie wyjątkowe: żeby na przykład zorganizować koncert Michała Szpaka w Kanadzie (uzasadnienie: bo to najlepszy polski wokalista ever!), albo prośba o ocenę, czy Kanadyjczyk zapoznany na Facebooku nadaje się na męża. Wybaczcie kochani, nie zobowiążę się podjąć takich wyzwań!

Wciągu roku nauczyłam się całego mnóstwa rzeczy i nawet nie wiem, kiedy, bo czasu na naukę nie planowałam wcale [to akurat szkoda]. Jako nie-rezydent nie mogę sobie pozwolić na podjęcie nauki (zbyt duże koszty dla international student), ale na szczęście całkiem sporo jest ciekawych warsztatów czy spotkań za darmo. Najlepszym, co mi się na tych spotkaniach przytrafiło, to poznanie nowych, inspirujących ludzi, dzięki którym mogłam zrealizować jeszcze jeden projekt – spotkanie networkingowe dla nowych kobiet w Vancouver: Mom new to Van. Napisałam wniosek o grant z fundacji Vancouver i go dostałam! Zaczęłam także prowadzić bloga o tej nazwie, do którego mam nadzieję wrócić i rozwijać go. Kiedyś. A może rozwinie się w coś zupełnie innego? Kilka pomysłów mam, ale narazie cicho sza…

Nie planowałam, że w 2016 będę się przedstawiać: I am home-stayed mom. Wróciłam do domu. Maciek w tym roku szkolnym jest w przedszkolu tylko 4 dni w tygodniu na 3 godziny, a Krzysiek po lekcjach nie idzie do świetlicy. Mogłabym o sobie powiedzieć, że jestem soccer mom, ale nie mamy samochodu, żeby chłopaków zawozić, więc pewnie nie mieszczę się w tym pojęciu. Z chłopakami na zajęcia sportowe jeżdżę rowerem. Albo autobusem.

Są dni, kiedy opieka nad dziećmi jako jedyny rodzaj kariery zawodowej uwiera bardziej. A są też takie, kiedy nie wróciłabym do pracy w biurze za nic w świecie. Dodajcie do tego emocje związane z życiem na emigracji i już koktaj zamieszany po wrąbek gotowy.

Od początku mieszkania w Kanadzie szukałam ludzi i budowałam swój krąg wsparcia, ale dopiero w październiku tego roku odważyłam się zorganizować większe spotkanie dla kobiet. I tak powstały Polskie Babskie Spotkania, już 3 rundy za nami, a każde mocne. Mam nadzieję, że dziewczyny, zwłaszcza nowe w Vancouver, mają po spotkaniach dobre wspomnienia i dobrą energię.

W tym ostatnim tygodniu starego roku jesteśmy wszyscy razem. Kuba ma wolne w pracy (ale bezpłatne niestety), deszcz leje, śnieg pada, a czasami wychodzi słońce. Choinka błyska światełkami.

Szukamy spokoju i odpoczynku.


Ania z Zielonego Wzgórza przeczytana. Pewnie jeszcze nie raz do niej zajrzę i coś nowego dla siebie znajdę. W końcu jest dla mnie jak stara przyjaciółka, więc częste rozmowy nie są nam potrzebne.

Wystarczy, że jest.


Dziękujemy Wam, że jesteście i czytacie.

Trzymajcie się i do siego roku!

PS. Wszystkie posty o Ani przeczytasz tutaj.


Podobało się? Kliknij w ikonki i podziel się! Wtedy wiemy, co lubisz czytać!