Karolina z książką “Tożsamość nieznana” wpada w gości- rozmowa z Karoliną – fotografem i pisarką

Pisaniu książek, robienie zdjęć i odnajdywanie siebie na eimigracji w Kanadzie czyli Karolina wpada w gości

Mam tak dobrze, że znam kilka (no dobra, więcej niż kilka) Polek w Vancouver.

Cześć z nich opowiadała na blogu swoje historie. Czasem prywatne, czasem zawodowe, a często mocno wzruszające.

A dziś przychodzę do Ciebie z historią Karoliny. Karolina na emigracji napisała książkę. I zdjęcia też robi!

 

Tak to jest że nie zawsze jest się łatwo na emigracji odnaleźć. Zwłaszcza, jeśli mąż wychodzi do pracy, a Ty wychodzisz z siebie, żeby pomysł na siebie jakiś zaleźć.

Cokolwiek, żeby działało, żeby nie być tylko żoną przy mężu, żeby móc swoje projekty realizować, albo, o niebiosa, pracę dostać, mimo, że się przyjechało do Kanady, bo pracę dostał mąż.

Właśnie takich historii inspirujących potrzebowałam usłyszeć na początku emigracji najbardziej, żeby własne niedopieszczone i mocno niepewne ego uspokoić.

Nie będę ci ściemniać – wciąż potrzebuję takich historii.

Odważnych Polek, które na emigracji w Kanadzie robią to, co chcą.

Karolina jest jedną z nich.

Fajna dziewczyna, konkretne zadania realizuje i mówi o sobie “typowa baba”, głośna i uparta.

Mieszka z mężem i synami w północnym Vancouver. Prowadzi studio fotograficzne, które dostarcza jej satysfakcji i pieniędzy. A jeszcze do tego napisała książkę.

Nic, tylko pozazdrościć.

#porozmawiałyśmy sobie o książce, o pracy, o byciu Polką w Vancouver.

Karolina, co lubisz bardziej: robić zdjęcia czy pisać? Hehehe

Ze zdjęciami jest trochę łatwiej, bo robię je i efekt widać od razu.

Pisanie to proces długotrwały, uczący cierpliwości, a także wymagający czasu, co przy dzieciach, domu i pracy brzmi prawie jak mission impossible. Nie umiem jednak zdecydować, co lubię bardziej. Pisać lubiłam od zawsze – już w czasach liceum.

Opowiem Ci fajną historię: Jednego razu cała klasa dostała zadanie – napisać recenzję obrazu Matejki. Takich samych prac, z obowiązującymi od x lat w polskiej szkole wytycznymi, pisaliśmy już wiele. Wpadłam na myśl, że recenzję przedstawię w opowiadaniu, w którym to cała klasa – taka jak nasza – pojechała do muzeum. Nie zabrakło klauna klasowego, który pytałby skąd Matejko miał farbki, albo ambitnej dziewczyny, która chciała tak, jak zalecano w szkołach skupić się na normach i regułach, i krytykowała każdego, kto śmiał mieć inne zdanie. Nie mniej jednak wypowiedzi dzieciaków stanowiły recenzję.

Nauczycielka zawołała mnie po lekcji, przyznała, że nigdy jej się nie zdarzyło skupić uwagi całej klasy na tak długo. Otwarcie pogratulowała mi pomysłu, a potem dodała, że uczniowie wobec mnie będącej w ogrodzie róż, pozostają w szczerym polu. Ucieszyłam się z pochwały, ale za szybko, bo wlepiła mi kiepską ocenę. Za niezgodność z normami recenzji. Wtedy dotarło do mnie, że polska szkoła nie pochwalała kreatywnego myślenia.

Czyli pisać lubiła od zawsze. I od zawsze z mocnym akcentem.

Do pisania podchodzi z szacunkiem podszytym natchnieniem – czasami zdarzają się jej dni, kiedy nie pisze nic, a czasem wena nie opuszcza i przez kilkanaście godzin.

W 2017 wydała swoją pierwszą książkę. Napisała ją na emigracji. W przygotowaniu są kolejne.

 

Ale jak się do tego zabrałaś? Po prostu usiadłaś i napisałaś?

Bardzo często jestem pytana: skąd taki pomysł? Jak na to wpadłaś? Od razu miałaś zaplanowane co się w książce wydarzy, jaka będzie fabuła?

Tak naprawdę lubię słuchać ludzi, tego, co mają do opowiedzenia. To oni mi podsuwają pomysły. Czasami wystarczy niewielka inspiracja, która w mojej głowie urasta do ciekawej historii.

Lubię pisać to, co sama chciałabym przeczytać. Książki bez zbędnego gadania, czy opisów jak w “Nad Niemnem”. Wartka akcja, tajemnica i zaskoczenie.

Gdy jest już pomysł, po prostu siadam i piszę.

A jak reagują ludzie?

Jestem ogromnie zaskoczona ilością pozytywnych wiadomości.

Wyobraź sobie, że są tacy, którzy wycinają fragment z książki i mi dziękują, że ktoś w końcu napisał coś tak prawdziwego. Znajdują w niej wartości, ukryte wiadomości i przesłania.

Czasami aż nie wiem, co odpowiedzieć.

Drugim zaskoczeniem było to, że musiałam tłumaczyć, że ta książka nie jest o mnie, że to fikcja. Kompletnie zmyślona historia. Musiałam ją naprawdę wiarygodnie napisać skoro niektórzy uwierzyli, że to moje wspomnienia.

Kilka słów o książce

Książka to romans. I kryminał. Romansowy kryminał. Od razu powiedziałam Karolinie, że to nie jest typ książki, która mnie pociąga. Myliłam się, powieść wciągnęła mnie bardzo. “Tożsamość nieznaną” czyta się szybko.

Ale nieprzyjemnie. Bo to historia o świecie przestępczym, brutalnym, gwałtownym i złym. Nie mam się za jakiegoś wrażliwego kwiatuszka, lubię naparzankę w filmach, ale w książce ta relacja jest dużo bardziej intymna i osobista. Zatem porusza i przeraża bardziej.

Jeśli liczysz na lekturę lekką, łatwą i przyjemną, to raczej nie tędy droga.

Przeczytałam książkę w dwa dni, bo sprawny język Karoliny, jej styl, płynnie prowadził przez wcale nie cienką powieść. To było moje pierwsze wrażenie: Rany, skąd, jak, kiedy ona tak się nauczyła pisać. Talent? Praca?

Wiem, głupota, ale wyobrażałam sobie, że dzisiaj każdy pisze książki, ale na bycie dobrym literacko trzeba sobie zasłużyć ciężką pracą i długoletnim doskonaleniem warsztatu. Tak, mylę się, myliłam się.

Karolina umie pisać.

To, czy jej opowieść przypadnie ci do gustu, możesz sprawdzić. W bibliotece publicznej w Vancouver książka jest dostępna.

Możesz ją również kupić na Amazonie (i przy okazji przetestować mój pierwszy w życiu link afiliacyjny KLIKNIJ W OBRAZEK)


Czy bycie imigrantką w jakiś sposób wpłynęło na Twój styl pracy?

Zanim wyjechaliśmy do Kanady, pytana o powód tej decyzji zawsze mówiłam o szansie jaką dostanie mój mąż, o tym jak moje dzieci będą miały możliwość nauczyć się języka od natives.

Tymczasem okazało się, że największa zmiana czekała na mnie.

Dzięki pobytowi tutaj nabrałam pewności siebie, ale nie takiej pysznej, że wszystko wiem najlepiej, tylko takiej, która pozwoliła mi zaryzykować.

O pisaniu wiedziało tylko kilka osób i to z mojego najbliższego otoczenia. Kiedy mówiłam, że książek jest kilka, jeszcze bardziej otwierały się im oczy. Nigdy wcześniej o tym nie wspominałam, bo najzwyczajniej w świecie brakowało mi odwagi by spełniać własne marzenia.

Co byś poradziła dziewczynom, które przyjeżdżając do innego kraju, bo partner znalazł pracę, zostawiają swoje życie zawodowe w Polsce? Mówi się o nas – partner na doczepkę, trailing spouse.

Ja zawsze opowiadam ten dowcip, w którym para zachęcona opowieściami o dolarach leżących na ulicy w Ameryce, decyduje się na wyjazd. Traf chce, że przy wysiadaniu z samolotu, już w USA, leży na ziemi banknot pięciodolarowy. Małżeństwo spojrzało na siebie, a potem stwierdziło, że od jutra zaczną zbierać.

Ten dowcip fantastycznie podsumowuje nastawienie ludzi i ich oczekiwania, a tak naprawdę nic nie przychodzi łatwo.

Można całkowicie podeptać swoją szansę, bo komuś się po prostu nie chce, albo też boi się zaryzykować.

Gdy mnie ktoś pyta, co zrobić, by odnieść sukces, radzę spojrzeć głęboko w siebie. Traktowałabym ten czas na takie dogłębne zastanowienie się, czego się tak naprawdę chce w życiu. Próbować sił w różnych dziedzinach. Jak już coś robić, to naprawdę z zaangażowaniem. Dać coś z siebie.

Ostatnio miałam przyjemność rozmawiać z kimś, kto mi powiedział, że ceni Polaków za głowę do biznesu.

Kiedyś Whistler był własnością Polaka, o czym sama nie wiedziałam. Słyszeć, że słyniemy tutaj z głowy do biznesu, a nie skłonności do wódki było bardzo budujące. Wierze, że mamy w sobie tę moc 🙂

Jesteś fotografem – opowiesz, jak wyglądały Twoje początki w Vancouver? Jak zaczęłaś biznes, zdobyłaś klientów, jak w końcu poradziłaś sobie ze słynnym no Canadian experience=no Canadian job?

Tak naprawdę to ja nie powinnam się wypowiadać w kwestii no Canadian experience = no Canadian job, bo nie szukałam pracy na rynku. Głównie ze względu na dzieci i brak pomocy w opiece nad nimi po szkole.

Przez rok spędzałam czas na wiciu gniazda i wychowywaniu psa, a potem zdecydowałam się na zmianę pasji w pracę i postawiłam na fotografię.

Rzecz jasna nie od razu było tak, że moja skrzynka pocztowa pękała w szwach, a jeśli już jakiś mail się pojawiał to zazwyczaj z reklamą.

Otwierając biznes tutaj przez długi czas pracowałam za niewielkie pieniądze lub nawet za darmo, ale oferowałam usługi na najwyższym poziomie. Trafiałam na niesamowitych ludzi, którzy często sami z siebie oferowali mi pomoc. Dawałam z siebie wszystko, a ludzie doceniali to i polecali mnie dalej swoim znajomym, za co jestem im ogromnie wdzięczna.

Karolinę, jej książkę i jej studio fotograficzne znajdziecie w Internecie (FB pisarski) i (FB fotograficzny).

Bywa też na Polskich Babskich Spotkaniach, podobnie jak Paulina i Ewa.

Więc jeśli chcesz wiedzieć więcej i pożyczyć od super dziewczyn energii, żeby życie na emigracji z przytupem rozpocząć, przyjdź na następne spotkanie. To już jutro!

Masz pytania do Karoliny? Napisz w komentarzu!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Bokiem na Mount Baker, czyli jednodniowy wypad do USA na górę,”tę co widać z Vancouver, mamo”

Taka góra, co ją widać, a zawsze ma śnieg. Czyli lodowiec Mount Baker poleca się na jesienny dzień.

Hahaha, gór, co widać z Vancouver, jest całe mnóstwo, powiesz. I rację mieć będziesz (me Yoda said)

Mount Baker nie jest jedną z całego mnóstwa gór dookoła, uwierz mi. No chyba, że mieszkasz w Vancouver i nie trzeba cię przekonywać.

Mount Baker to szczyt w USA, który widać prze dobrej pogodzie z niemalże każdego miejsca w Vancouver, a już z trasy na Hope i doliny Fraser Valley, to najlepiej!

Jednodniowy wypad na Mount Baker, wczesną jesienią, polecamy bardzo, zwłaszcza jeśli szlaki w okolicy naszego miasta już znasz i szukasz zaskoczeń.

Zaskoczy cię, zaskoczy ta góra.

Ale zanim góra zaskoczy, to najpierw nie bądź taki i daj się zaskoczyć na granicy z USA.

#wypad na Mount Baker wymaga wyjechania z Kanady

Niby wszystko oczywiste – masz wizę turystyczną do Stanów. My mamy (a jak się o nią staraliśmy w Vancouver, mając kanadyjskie pozwolenie o pracę wiesz?)

Niby powinno być łatwiej przekraczać granicę, zwłaszcza teraz, kiedy mamy już kartę stałego pobytu (PR). Jednak amerykańskich celników na przejścu granicznym twój status w Kanadzie mało obchodzi.

Interesuje ich, czy masz wizę. Oraz czy masz jedzenie. Nie można do Stanów wwozić pewnych produktów spożywczych i czasami celnik o nie pyta: czy masz owoce albo ogólnie jedzenia. My zwykle odpowiadamy, że mamy snacks, czyli przekąski. I tak, pod tę kategorię podpadają także owoce, kanapki, napoje.

Jeszcze nas nikt z tego powodu nie kontrolował.

Za to kilka razy po białe karteczki musieliśmy swoje odstać. Tym razem także.

Granicę przekraczaliśmy w Sumas, które jest tylko trochę mniej popularnym przejściem od tego w White Rock (Peace Arch /Blaine). Też sporo ludzi, też kolejki.

Musieliśmy kupić białe karteczki do paszportów (po 6$ od głowy, można płacić kartą). Mają ważność 6 miesięcy. Nasłuchaliśmy się wielu historii o nich – a to niektórym zabrali je przy wyjeździe ze Stanów, albo dali tylko na jeden dzień. Tak więc widzisz – w życiu jak w piosence, wszystko się może zdarzyć.

Byliśmy na granicy około 11, w niedzielę.

Od przejścia granicznego w Sumas jedzie się cały czas mało zatłoczoną drogą na południe (547) a potem na wschód (542).

Naszym pierwszym przystankiem był szlak Heliotrope Ridge Trailhead.

# na szlaku Heliotrope Ridge Trailhead czyli podchodzimy pod lodowiec

Wejście na szlak znajduje się na końcu drogi szutrowej, dość krętej i miejscami wąskiej. Jesienią nie było na niej błota, ale nie wiem, czy zimą da się ją pokonać bez napędu na cztery koła.

Jest parking, który ze względu na popularność szlaku, szybko się zapełnia. Przy parkingu są toalety.

Przy wjeździe zobaczysz tablice informujące, że za pobyt w parku się płaci (dotyczy to parkowania, chodzenia po szlakach, ogólnie przebywania). My kupiliśmy sobie jednodnowi karnet wstępu za 5$, przez internet i wydrukowany zatknęliśmy za szybę auta. Na parkingu nikt nie sprzedawał biletów, było miejsce, gdzie możesz płatność gotówką zostawić i napisać, za jaki samochód.

Szlak nie jest długi ani wymagający. Maciek (lat 5 i trochę) rwał do przodu i mimo kilkurazowego męczącego podejścia, dał radę przejść całość samodzielnie.

To jest świetny szlak, bo mocno zróżnicowany – najpierw idzie się gęstym lasem, potem w paśmie krzaków i roślin, a na końcu łąkami przypominającymi nasze połoniny. Czasami szlak wiedzie po luźnych kamieniach i przez potoki.

Słowem: zero nudy.

A na końcu lodowiec.

M podeszliśmy tylko na tyle, żeby zdjęcie zrobić, bo wejście na sam lodowiec wymaga sprzętu, przygotowania i pozwoleń. Widzieliśmy człowieka, który mozolnie piął się po jęzorze lodu do góry. Usłyszeliśmy też wielki huk, kiedy lodowiec tapnął i część go odpadła. [ale nie na tego człowieka, uff]

Całość szlaku zajęła nam 4 godziny. Zaczęliśmy podchodzić około 12, skończyliśmy trochę po 16.

Mt.Baker2017_Kanada-sie-nada-blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady

#w drodze na parking

Ponieważ wypad był jednodniowy, nie nastawialiśmy się na inne szlaki w okolicy. Pojechaliśmy do końca drogą nr 542, aż do ośrodka narciarskiego Mount Baker.

Droga nosi nazwę Mount Baker Scenic Byway i rzeczywiście, ostatnie kilometry zapierają dech w piersiach.

A na końcu jest… parking. Hehehe.

Ale nie taki sobie parking, tylko z widokiem na wszystkie strony świata i wszystkie góry dookoła (czyli w bonusie dostajesz też Mount Shuksan).

Jeśli masz tylko moment, żeby “zaliczyć” Mount Baker, to jedź na ten parking… tfuuu… Artist Point. Tylko zobacz najpierw, czy jest otwarty.

Możesz tylko wyjść z samochodu i się pogapić, albo pójść którymś z okolicznych szlaków. Ja musowo następnym razem pójdę na Fire and Ice Interpretive Trail (bo mi się z “Grą o tron” kojarzy mocno, i właściwie to wystarczy, hihih)

Na parkingu również obowiązuje opłata. W 2017 rooku było to 5$ za samochód.

Jak już sobie popatrzysz, to powrót tą samą drogą i 2 godziny później jesteś w domu.

Fajnie, c’nie?

Kto był w okolicy? A jak nie byłeś, to chociaż zerknij na te filmiki.


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Rekrutacja na najemcę i master of Craigslist czyli jak znaleźć mieszkanie w Vancouver?

Pełen spis naszych doświadczeń lokatorskich czyli polowanie na mieszkanie w Vancouver. Mnóstwo linków i wspomnień!

to jest post z 2014 odświeżony i uzupełniony

Kilka razy w życiu wynajmowaliśmy mieszkanie. Kilka razy dawaliśmy nasze mieszkanie do wynajmu. Zdarzyło się nawet nam mieszkanie sprzedać.
Wszystko w Polsce. A więc z lekka inaczej niż w Kanadzie. Bo jakże by inaczej 🙂

A w Vancouver dobrze mieszkać, to jak? Da się znaleźć mieszkanie? – często w emailach pytacie o mieszkanie. 

Dlatego dziś znowu o mieszkaniu. Jak to u nas wyglądało. I trochę wskazówek plus linków.

→ przeczytaj inne posty - poradniki: o pracy, o zdrowiu

Jak znaleźć mieszkanie w Vancouver –  myślicie, że łatwo było? Nie było.

Ustaliliśmy od początku, ze Kuba przylatuje do Kanady sam, w lipcu 2104 i będzie szukał dla nas mieszkania. W sierpniu mieliśmy do niego dołączyć.

Dlaczego taka decyzja? No cóż, chciałam się jeszcze nasycić się latem w Polsce, u rodziców, a poza tym zapewniłam sobie jako taki bufor bezpieczeństwa.

Jakby Kubie nie wyszło, nie podobało mu się już na wejściu, to zawsze łatwiej się spakować i wrócić w pojedynkę, niż całą rodzinę w te i we wte ciągnąć.

→ więcej naszej historii przeczytasz w poście o przyznaniu pobytu stałego.

Pracodawca Kuby zapewniał mu mieszkanie przez miesiąc, wynajęte w odległości spaceru od pracy. Kuba przyleciał pod koniec lipca 2014, więc miał czynsz opłacony niemal do końca sierpnia. Za te kilka ostatnich dni to my płaciliśmy wynajmującej agencji.

Tymczasowe lokum nie jest takie złe na początek mieszkania w Vancouver

Niewątpliwa zaleta takiego tymczasowego mieszkania (oprócz tego, że za nie płaciliśmy, tak, ma się czasem w życiu szczęście), to możliwość zapoznania się z dzielnicą.

Po kilku dniach już wiedziałam, że Downtown, czyli śródmieście Vancouver, to zdecydowanie nie moja bajka, i nie chcę tam z dziećmi mieszkać.

→ gdzie mieszkać: nasz subiektywny przewodnik po dzielnicach Vancouver

Polecam poszukanie sobie tymczasowego lokum, może hostel, może mieszkanie kątem u kogoś, ewentualnie najem krótkoterminowy (airbnb).

Wiem, że jest to bardziej skomplikowane i kosztowniejsze, niż wprowadzenie się od razu do mieszkania docelowego, ale nie wyobrażam sobie inaczej, kiedy jest się nowym w mieście.

Lepiej sobie oszczędzić frustracji całorocznej, kiedy przyjdzie nam przez rok mieszkać z grzybem, czy też w lokalizacji, która dobija hałasem 24/7.

Więc lepiej przemyśl i wypróbuj,  która dzielnica podpasuje Ci najbardziej.

#Jak na Craiglist czytać ogłoszenia o wynajmie?

Ogłoszenia o wynajmie mieszkania – apartment listing,  pojawiają się na ogół na miesiąc, dwa miesiące przed wprowadzeniem się. To standardowy okres wypowiedzenia, więc licz się z tym, że trudniej znaleźć mieszkanie z dnia na dzień.

Poszukiwania mieszkania w Vancouver zaczęliśmy od  Craiglist (coś jak nasze gumtree, alegratka, najpopularniejszy serwis ogłoszeń w tej części Kanady). Tam, w opcji housing masz całkiem sporo opcji do wyboru:

apts / housing 

housing swap

housing wanted

office / commercial

parking / storage

real estate for sale

rooms / shared

rooms wanted

sublets / temporary

vacation rentals

 

Nas interesował pierwszy typ: apts / housing, bo to tam jest najwięcej mieszkań dla rodzin z dziećmi.

Nasza rodzina według standardów kanadyjskich potrzebuje przynajmniej mieszkania z dwiema sypialniami, nie mniej niż 70 m2, więc przy naszym budżecie pozostawały nam odległe lokalizacje, coś jak warszawskie Bemowo lub nawet Mysiadło.

Niepokoiliśmy się, że jak nawet zamieszkamy, to jak się będziemy przemieszczać. Samochód kupiliśmy prawie 2,5 roku po przeprowadzce do Vancouver.

Wśród ogłoszeń można znaleźć enigmatyczne anonse bez zdjęć albo podania lokalizacji map (w stylu: chyba wynajmę pół mojego domu, czyli super przytulne mieszkanie w piwnicy ale tylko jak ktoś jest cichy, bez zwierząt i bez skłonności) ale i, na szczęście dla nas, normalne ofert wynajmu.

Inne miejsca, gdzie możesz szukać mieszkania, a także jego wyposażenia to:

  • Bunz
  • Kijiji 
  • Padmaper – sprytnie zaczynasz poszukiwania od mapy
  • Rentseeker
  • Viewit
  • Navut 
  • Polacy i polskie media (gazety, radio, sklepy)
  • Jak chodzisz po okolicy, szukaj znaku apt for rent i dopytuj się telefonicznie.
  • Czytaj tablice ogłoszeń w community centre, bibliotekach oraz miejscach dla nowoprzybyłych (settelment agencies, trochę o nich pisałam wcześniej)
  • Grupy na facebooku: ogólne i lokalne (nie tylko polskie)

UWAGA: bądź podwójnie czujny, jeśli ogłoszenie jest mega atrakcyjne, a tanie, właściciel wygląda podejrzanie i w ogóle intuicja ci mówi, że coś nie halo. Przekręty na mieszkaniach są wcale nierzadkie. (ang. scams).

Właściciel może chcieć podpisać mowę wynajmu na rok z góry, ale nie może również zarządać płatności z góry (pre-pay) za okres wynajmu. Może za to wymagać czeków z datą realizacji na pierwszy dzień miesiąca.

My wysyłamy czeki na pół roku płatności, a nasza właścicielka je sobie “keszuje” (to cash, realizuje/deponuje czeki), w danym miesiącu.

Niestety płatność czekami sprawia, że nigdy nie wiemy, kiedy pobierze te 1850 CAD z konta, więc muszą one tam być przez cały miesiąc (utrudnia to zarządzanie finansami).

→ mieszkanie to nasz największy wydatek – chcesz wiedzieć o innych? przeczytaj post o wydatkach

# Na co zwrócić uwagę wybierając mieszkanie/dom (spis rzeczy nieoczywistych):

  • → Jakie jest wyposażenie – i czy zostaje po wyprowadzce poprzednich najemców. Większość mieszkań wynajmowana jest bez mebli.

 

  • → Czy jest pralka (washing maschine) /  pralko-suszarka / pralka i suszarka.

Taki urok Ameryki, że wciąż w wielu miejscach pralek nie ma w mieszkaniu (no laundry on site), ba, nie ma nawet przyłączy na pralkę (w/d hookups). I pranie robi się w publicznych pralniach miejskich lub w pralniach w budynku (laundry in building).  Jeśli masz dziecko, zastanów się dwa razy, zanim wynajmiesz mieszkanie bez pralki.

My mamy pralkę i suszarkę (dwa osobne urządzenia), i bardzo sobie to chwalę. Ale znamy rodziny, które obywają się bez pralki i też jest ok.

Jak nie masz pralki, ustaw sobie na półce słoik na 25centówki. Tymi monetami płaci się w publicznych pralniach najczęściej.

 

  • → Czy jest zmywarka – dla nas tak samo “cenna” jak pralka. Wiem, rozpuszczona jestem i mam za wysokie wymagania 😉

 

  • → Jakie są kaloryfery – często są elektryczne i niskoosadzone.

Nie żeby było specjalnie zimno w Vancouver. Raczej chodzi o bezpieczeństwo małych paluszków oraz brak możliwości wysuszenia czegokolwiek na kaloryferze.

A potrafią mieć taką moc, że raz nam stopiły buty. Serio! Buty narciarskie stojące w pobliżu nadtopiły się.

  • → Ile jest sypialni, pomieszczeń, szaf czy składzików.

Pomysłowość właścicieli nie zna granic! W ogłoszeniach znajdziesz informację, że mieszkanie ma pojemny den, który możesz przeznaczyć na osobną sypialnie. Den to właściwie taka większa szafa, w różnym miejscu w mieszkaniu. Den może być także zabudowanym balkonem.

Co ciekawe, żeby pomieszczenie było sypialnią, wcale nie musi mieć okna! Musi mieć za to szafę. Najczęściej wbudowaną, typu walk-in, czyli dużą i pustą w środku (często bez półek czy szuflad wewnętrznych).

  • → Będzie widok z okna? A drzwi od której strony?

W Vancouver najchętniej by się chciało na góry popatrzeć. Za taki widok cena mieszkania może być nawet o 50 CAD wyższa niż za to na niższym piętrze. Odpowiednio drożej trzeba zapłacić za widok w miejscowościach wokół Fraser River.

Mieszkanie (ale znacznie częściej dom) może być też opisane jako laneway, czyli w bocznej uliczce.  I niestety, przynajmniej w Vancouver, nie jest to ładna uliczka, tylko dojazd z tyły domu, pomiędzy parkingami (parking on rear), koszami na śmieci i wszelkiego rodzaju rupieciami.

Czasami z takiego mieszkania widok jest zerowy, bo znajduje się ono w piwnicy (basement, poniżej więcej w temacie)

  • →  Ile pokoi ma mieszkanie?  – w skrócie: dwie sypialnie to zwykle mieszkanie z dwoma pokojami do spania, salonem (living room), częścią na jadalnie (dinnig), kuchnią i łazienką.

 

  • →  1,5 łazienki czy 1,5 pokoju? I na takie cuś można trafić przeglądając ogłoszenia. Łazienka po połowie będzie oznaczała taką bez wanny. Podobno jest też 3/4 oraz 1.5 bathroom, ale się nie spotkałam.  Jest za to w google 😉

# Czy apartment to apartament? Penthouse prawie?

Często w ogłoszeniach spotkasz nazwy suite / condo / apartment. Nie umiem jednoznacznie określić, jaka jest między nimi różnica (ktoś mądry w komentarzu niech się wypowie).

Z grubsza znaczą one mniej więcej to samo: mieszkanie. Nie dom. I niekoniecznie apartament rozumiany jako mieszkanie o podwyższonym standardzie. Zwykłe mieszkanie.

      • →  może być w budynku (building  rental – building), gdzie część (większość) mieszkań wynajmuje agencja, a część jest własnościowa, czyli ma osobnych właścicieli.

Jeśli będzie to condo, możesz spodziewać się, że będzie sala gimnastyczna, pokój wspólny z fotelami, czasami biblioteka albo basen dla mieszkańców. W takich budynkach bywają również portierzy.

      • →  może być w czyimś wolnostojącym domu (detached house), bliźniaku (duplex, nie do końca to samo, co w Polsce), rzadziej w szeregowcu (townhouse).

Sporo właścicieli mieszkań ma pozwolenie na stworzenie tzw. secondary unit, którym jest właśnie dodatkowe mieszkanie, do wynajęcia. I, jak nazwa wskazuje, to mieszkanie bywa takie trochę drugorzędne. Czyli na przykład w piwnicy (basement). Znajdziesz mnóstwo takich ogłoszeń. Często wynajmując takie mieszkanie, nie będziesz mieć własnej pralki, tylko współdzieloną z właścicielem. Który będzie mieszkał nad tobą. I miał na wszystko oko. Możesz jednak trafić na własny kawałek trawnika i super ludzi, z którymi się zaprzyjaźnisz. Bo w sumie czemu nie?

      • może być w spółdzielni mieszkaniowej, czyli w co-op.

To jest opcja tzw. affordable housing, czyli ceny wynajmu mieszkań są niższe niż średnia rynkowa, bo takie mieszkania są nastawione na tworzenie wspólnot sąsiedzkich. Mając mieszkanie w takiej wspólnocie, przygotuj się na dzielenie części wspólnych oraz obowiązki na rzecz wspólnoty. Co-op‘y mają długie listy oczekujących. Czasami trzeba wykupić udział w budynku, co może być dużym wydatkiem na początek.

Lista dostępnych spółdzielni mieszkaniowych TUTAJ

Kiedy w naszej okolicy pojawiło się ogłoszenie, że co-op przyjmuje zgłoszenia i można przyjść zobaczyć mieszkanie, poszliśmy i my, a co! My i jakieś 2 000 innych mieszkańców Vancouver. Nawet w wiadomościach była informacja- sensacja: z mieszkaniami w mieście jest tak strasznie, że na jedno apartament viewing stawia się cała dzielnica.

A co jeśli to nadal nie opcja dla Ciebie? Możesz wtedy wynająć stancję, czyli room rental u kogoś w mieszkaniu lub wspólnie z innymi wynająć mieszkanie – shared apartment.

Możesz skorzystać z usług agencji wynajmu (lub brokera). My nie korzystaliśmy, więc nie polecimy. Strony agencyjne z ogłoszeniami znajdziesz w poście Moniki.


# Jak Kuba rowerem jeździł i mieszkania oglądał czyli rekrutacja na najemcę

Na początku pobytu nie mieliśmy samochodu (dorobiliśmy się go dopiero w ostatni dzień 2016 roku).

Kuba nie miał lekko z poszukiwaniem mieszkania dla nas.

Dzwonił po właścicielach z ogłoszeń na craigslist, jeździł rowerem (tak, także do Burnaby, nie, nie wiedział wtedy, że rower można przewieźć kolejką Sky Train), oglądał mieszkania, aplikował z CV swoim i moim też (że pracuję m.in. dla klienta z Kanady i jakby co to znam kogo trzeba) i z informacją, że chociaż mamy dwoje małych dzieci, to nasze dzieci ciche som!

Piszę właściciele mieszkań, ale równie często są to agencje, które w imieniu właścieli nimi zarządzają. Zasady aplikowania o wynajem są takie same.

Aplikowanie to wypełnianie papierków i wykazywanie swoich dochodów, a czasami także zaświadczenie od niekaralności (criminal check).

Po aplikowaniu pozostaje czekać, aż właściciel mieszkania nas wybierze z tłumu kandydatów. Niestety nie ma wymogu kto pierwszy, ten lepszy ( first in, first served)

Ale może pomóc, jeśli masz od razu pieniądze na depozyt lub czek, żeby go wypisać.

Tak pokażesz właścicielowi, że jesteś poważnym wynajmującym.

Preferowani najemcy to :

      1. Kanadyjczycy.
      2. Najemcy z historią wynajmu (czyli referencje od poprzednich właścicieli, najlepiej kanadyjskich). My mieliśmy referencje od naszych sąsiadów z Polski (taki list, bez określonej urzędowej formy, napisany po angielsku i podpisany przez sąsiadów, dzięki M.). Nie musi pomóc, ale nie zaszkodzi.
      3. Najemcy z historią kredytową (ale nie liczy się ta z polskiego BIKu, buu). Chodzi o credit score, który dla nowych w Kanadzie wynosi 0.
      4. Najemcy z potwierdzeniem, że pracują i ich będzie stać na mieszkanie (employment letter – umowa / oferta pracy, payslips / pay stubs czy rozliczenie podatkowe tax return).

Czasami, żeby wynająć mieszkanie,  trzeba mieć po prostu szczęście. Albo ziomków w okolicy. Polityka wynajmu i ceny mieszkań sprawiają, że wielu imigrantów zmieszkuje koło siebie, tworząc getta, zamykając się w swoich społecznościach.

I tak Richmond jest chińską enklawą, Hindusi zamieszkują w Surrey, a Żydzi w Oakridge.

Nie wpływa to dobrze na różnorodność społeczności i nie jest bez znaczenia dla ogólnego dobrobytu. Ale co robić? Jakiś pomysł?

Jeśli w oczach właściciela jesteś raczej mało atrakcyjny jako najemca, możesz zaproponować wyższą cenę wynajmu, albo większą kaucję (deposit). Licytacje mieszań w porządanych lokalizacjach są od jakiegoś czasu powszechne w mieście.

Dla fanów serialu Friends – pamiętasz, jak Ross próbował przejąć umowę wynajmu mieszkania po Ugly Naked Guy? Opowiadał,  że wykazał się daleko idącym sprytem i przekupił właściciela koszyczkiem babeczek. Po czym okazało się, że jego koszyk był najmniejszy z trzech, przysłanych przez innych “licytujących się” najemców. No właśnie. Myślisz, że takie rzeczy tylko w NYC? No to cię zaskoczę!

A gdzie szukać mieszkania pytasz? Jaka dzielnica najlepsza? Tu już musisz sobie odpowiedzieć na kilka pytań:

  • czy blisko do pracy? (a może wciąż pracy szukasz? Agencja pomoże)
  • czy blisko do kolejki?( a jak się nią jeździ?)
  • czy blisko do przyrody? (outdoor ❤)
  • czy blisko do rozrywek wielkomiejskich? (dla niektórych to ważne)
  • czy blisko do szkoły? (trochę o tym pisałam tutaj)
  • czy …. najważniejsze właściwie…. czy cię stać (bo my nie mamy miliona na domek)

My mieszkamy na Mount Pleasant, rejon cały nazywa się Uptown.

→ zobacz przewodnik po naszej, mocno hipsterskiej dzielnicy [ENG]

Mieszkamy i mimo bardzo przeszkadzającego zapachu marihuany, zamierzamy na razie zostać tutaj. Ale nasza koleżanka – sąsiadka Marijanna już nie. Dlaczego? Zobacz, co ją wkurza, i będziesz wiedzieć.

# Tak pisałam o pierwszym wrażeniu z naszego docelowego mieszkania w 2014

Do przeprowadzenia się z mieszkania tymczasowego potrzebowaliśmy spakować nasz, wydawałoby się niewielki, dobytek.

Ale wyszło sporo, bo pakowanie 5 waliz, 2 walizek, walizeczki, plecaka, gitary, dwóch rowerów oraz krzesełka dziecięcego Urban, nie było zajęciem łatwym, zwłaszcza, że pogoda się popsuła.

Oczywiście przyoszczędziliśmy na ciężarówce przeprowadzkowej, w końcu te wszystkie rzeczy  to nic, prawda? Dzieci się nimi objuczy najwyżej.

Żart. Ciężarówki wprawdzie nie mieliśmy, ale załadowaliśmy się elegancko do taksówki. Rowery podprowadziliśmy pieszo.

Podobno pierwsze wrażenie jest najważniejsze. No więc, eeeeeee, pierwsze kanadyjskie mieszkanie słabe jakieś takie.

Jesteśmy, w wielkim, pustym mieszkaniu. Co ciekawe, nie ma ono prawie wcale lamp górnych, więc musimy zakupić sobie nastrojowe światło stojące. Nie wiem, ale jakoś mnie to zdziwiło, że lamp nie ma.

Są za to czujniki dymy, łypiące czerwonym okiem sygnalizacyjnym. Te czujniki dymu to samo zło! Nie zliczę, ile razy zawyły przeraźliwie, a tylko piekarnik był lekko uchylony. Mocno wrażliwe cholery z nich. Raz nas nawet przez nie wyciągnięto z domu, w środku nocy, cały blok ewakuowano, straż przyjechała i dopiero wtedy zamilkły. A niech je!

Mamy pralko-suszarkę (stareńką jednak i ledwie dychająca, mają wymienić), lodówkę , kuchenkę elektryczną (kiedyś zrobię jej zdjęcie – jest ogromna), zmywarkę, mikrofalówkę, dwudziestoletnie łóżko półpiętrowe dla Krzyśka i materac dmuchany dla Maćka. I kilka rzeczy kuchennych, np. obierak do warzyw. Albo zestaw noży do steków, w eleganckim pudełku, po poprzednim właścicielu.

Nabytki nasze – stół, trzy krzesła, taboret, taboreciki, łóżko z materacem rozmiar queen, sztućce Ikea, dwie szklanki Ikea, talerze Ikea, ręczniki Ikea.

[edit w 2016 r.] Rzeczy nam niewiele więcej przybyło i  jakoś wciąż nie mamy śmiałości wbijać gwoździ w ściany. Chłopaki nie mają takich dylematów, tzn. gwoździami się nie interesują, ale podłoga nadaje się do wyścigów wyśmienicie, i nic to, że ryski będą.

[edit w 2017] Zaczęliśmy wbijać gwoździe, obrazki na ścianie pozwalają bardzo dom osowić, a  plakaty przyklejone na plaster w 214 już się zaczęły odlepiać. Przybyło nam też mebli: dwie komody w Ikea i łóżko piętrowe z Ikea. Poza tym kupiliśmy używany rzutnik do płyt, wypożyczanych z bliblioteki i dwa używane biurka.

Nie mamy żadnych rzeczy w wielkich rozmiarach, które przewieźlibyśmy z Polski. Nie wynajmowaliśmy kontenera na meble czy książki, wszystko albo zostało sprzedane, albo po prostu zostało.

Wyszliśmy z założenia, że w Kanadzie kupimy, co będzie trzeba. I mieliśmy rację, wszystko jest. A że teraz trzeba nam mniej? To tylko dobrze!

# Najśmieśniejsze jest (choć to raczej wzgardliwy chichocik), że wciąż tutaj mieszkamy. Głównie ze względu na cenę.

Dynamika cenowa w Vancouver jest taka sama jak w każdym innym mieście – im dalej od centrum, tym taniej. W Vancity jest jeszcze jeden wskaźnik – im bardziej na wschód, tym taniej.

Część mieszkańców kierunek “na wschód” traktuje bardzo serio i przeprowadzają się na …. Wyspę Księcia Edwarda, atlantycką część Kanady, na drugą stronę kontynentu. Istnieje już nawet nazwa dla takiego zjawiska – eastsizing.

Ciekawe, prawda? Zwykle ludzie migrują “na Zachód” w poszukiwaniu lepszych możliwości, a tutaj proszę, trend zupełnie odwrotny.

W lipcu 2017 padł rekord – średnia miesięczna rata za wynajem mieszkania z jedną sypialnią (one-bedroom apt.) w mieście Vancouver wyniosła 2000 CAD!

Na koniec trochę heheszków, czyli beka z ogłoszeń. Kto wynajmował choć raz w życiu stancję czy mieszkanie w Polsce, temu sentymentalnie zakręci się łza w oku, bo Kanadyjczycy podchodzą do tematu z naszą ułańską fantazją. Ale internet nie zapomina i najśmieszniejsze ogłoszenia znajdziesz pod tym linkiem

 


Jeśli znasz jakieś dobre strony pomocne przy wynajmnie mieszkania w Vancouver, albo sam zajmujesz się Real Estate, daj znać w komenatrzu. Inni ci za to podziękują!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.