Rockies rock! czyli w górach jest wszystko co kocham, a w Górach Skalistych jest jeszcze więcej

Wycieczka z dziećmi w Rockies czyli kanadyjskie Góry Skaliste. To tylko 8 godzin od Vancouver 😉 Ale dla takich gór – warto!

Hej w góry, w góry, w góry, popatrz tam wstaje nowy dzień….

Ja nie wiem, czy już się zorientowałeś, że my jesteśmy górolubni. Hehehe, mam nadzieję, że tyle to już o nas wiesz [a jak nie wiesz, to się dowiesz z wszystkich tych postów: w górach]

Mieszkamy teraz w mieszkaniu słabym, ale z mocnym atutem – widokiem na góry (za który to widok często-gęsto wynajmujący życzą sobie 50 CAD miesięcznie ekstra).

Góry to jest najlepsze, co ma Vancouver do zaoferowania.

Zresztą nie tylko Vancouver! Już całkiem niedaleko (według standardów kanadyjskich) są inne góry, które zachwycają. Nie zobaczysz, nie uwierzysz, więc musieliśmy pojechać i sprawdzić!

Magiczne the  Rockies, Góry Skaliste, co rozpalają wyobraźnię.

Ciągną się i ciągną. W Kanadzie leżą na granicy pomiędzy naszą prowincją a Albertą. Dalej na południe rozciągają się przez stany: Idaho, Montana, Wyoming, Kolorado, aż do Nowego Meksyku. [fajnie, prawda?]

Dzikie, wyniosłe, pełne zwierząt, lodowców i skał.

Czyli ogólnie bajka.

Jest tylko jeden problem – taki urok, to gwarancja, że będzie dużo ludzi.

Zwłaszcza, jeśli wybierzesz się w jeden z długich weekendów, kiedy na pomysł “może by tak w góry” wpadnie co drugi mieszkaniec Kanady i całkiem sporo turystów.

#nocleg

Jasper i Banff to miasteczka – ikony Gór Skalistych. Myśleliśmy, że szukając w nich noclegu na pół roku wcześniej, damy radę. Nie daliśmy.

Fakt, wybraliśmy najpopularniejszy okres w roku – ten długi weekend z okazji święta Kanady (Canada Day), początek lipca. Nie udało nam się znaleźć żadnego noclegu w hotelach w Banff ani w Jasper. Zwykle i tak na początku wybralibyśmy kemping, ale tym razem jechaliśmy ze znajomymi, więc hotel wydawał się bezpieczniejszą opcją. No ale jak nie ma, to nie ma.

Pojedziemy w Góry Skaliste kiedy indziej.

I wtedy przeszukując stronę BC Parks, zobaczyłam, że na pierwszy weekend lipcowy są miejsca na kempingu u stóp Mount Robson, w parku prowincjonalnym Mount Robson. Jupikajej!

Z kempingu jest już rzut kamieniem do Jasper, a właściwie około godziny, drogą nr 16.

Szybka rezerwacja na dwa namioty i bach, jedziemy

#2 dojazd do Mount Robson

Z Vancouver do Mount Robson jest znacznie dalej niż z Mount Robson do Jasper. Samochodem wychodzi więcej niż 7 godzin. Tiaaaa. 7 godzin z dziećmi w samochodzie to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej.

Ale się dało, bo postanowiliśmy przenocować w połowie drogi w Kamloops. W takim zwykłym hotelu sieciowym, jakich wiele w każdej większej kanadyjskiej miejscowości.

Spaliśmy w hotelach Super8 oraz Best Western między innymi w Osoyoos, Cambpell River na Wyspie Vancouver oraz w Pendington.

Nocleg dla rodziny 4osobowej kosztuje około 80-100CAD, w cenie zwykle jest śniadanie (bułka i dżem) i basen/kąpiel w jacuzzi. Nasze chłopaki lubią, bo jest telewizor (a w domu nie ma) 😉

Wyjechaliśmy w czwartek, późnym popołudniem, spaliśmy w Kamloops, w piątek ruszyliśmy o 9 rano, dalej drogą nr 5.

Droga do Kamloops wygląda jak całe Okanagan, czyli faliste, grubaśne wzgórza, pozbawione drzew, bo sucho i pustynnie (a teraz jeszcze spore połacie spalonych lasów 🙁 )

Jadąc z Kamloops, zatrzymaliśmy się, żeby kupić lody w Clearwater. Wyszliśmy ze sklepu obładowani jedzeniem, drobiazgami, a także… ubraniami. Bo dużo taniej niż w Vancouver. Nawet te same produkty potrafiły kosztować 80% ceny miejskiej. Więc jeśli wybierasz się w tamte rejony, wcale nie muisz prowiantu brać ze sobą – w małych miejscowościach kupisz, co trzeba, i niedrogo. (Choć logika podopowiada, że skoro to monopol, powinno być drożej. Sprzedaż jest wspomagana przez rząd B.C. właśnie po to, żeby ceny nie zwalały z nóg, a chętni się osiedlić w rejonie, mogli sobie na to pozwolić. Bardzo dobra strategia!)

Chwilkę po 12 w piątek byliśmy pod Mount Robson. A tam nam opadła szczęka.

To jest taka Kanada, o jakiej się marzy. Jedziesz, jedziesz, a nagle wyłania się potężna góra. I już nie schodzi z obrazka. I trwa. A ty masz to szczęście, że koło niej te kilka dni spędzisz.

Tuż przy drodze jest centrum informacyjne (po lewej stronie, jadąc z Vancity). Przy nim znajduje się restauracja, kawiarnia, sklep z pamiątkami oraz niewielka wystawa.

Kemping (Robson Meadows Campground) jest po drugiej stronie szosy, trzeba skręcić w prawo.

Dodam, że kemping bardzo dobrze wyposażony, chyba “najobfitszy” do tej pory, całkiem spory. Ma place zabaw, piaskownice, przepięknie położony amfiteatr, boiska do siatkówki (które my wykorzystaliśmy do gry w badmingtona- nasza nowa namiętność). Duża dostępność łazienek (także łazienki rodzinne, do których da się wjechać z wózkiem), kranów z wodą, nawet osobne stacje do zmywania naczyń.

Bardzo polecamy ten kemping rodzinom, które chcą spróbować, czy mieszkanie pod namiotem z małymi dziećmi.

Rockies_Gory_Skaliste_2017_Kanada_sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady-1

#szlaki w okolicy Mt. Robson, a właściwie jeden 

Właściwie nie musisz nawet wyruszać na szlak, bo możesz podziwiać Mount Robson, siedząc na ławce przed informacją turystyczną i gapiąc się bezczelnie bez ograniczeń.

Mount Robson to najwyższy szczyt po kanadyjskiej stronie Gór Skalistych. Ma 3, 945 metrów i jest otoczony pięknymi jeziorami. Cały teren został ustanowiony parkiem regionalnym w 1913 roku i jest drugim najstarszym rezerwatem przyrody chronionej w B.C.

Nie do końca wiadomo, skąd się wzięła nazwa “Mount Robson”, bo rdzenni mieszkańcy tych terenów nazywali górę “Yuh-hai-has-hun”, czyli Góra zakręconej drogi.

My wybraliśmy się na szlak Berg Lake Trail, a właściwie na jego część, prowadzącą do jeziora Kinney. Cały szlak to dwudniowa wędrówka z noclegiem, w odległości 21 km. Przy jeziorze Berg jest kilka miejsc na rozbicie namiotów oraz schrony turystyczne. To dobre miejsce wypadowe na wyjścia w obrębie Mount Robson.

Może jak chłopaki podrosną, wybierzemy się i tam.

Narazie musiał nam wystarczyć szlak Kinney Lake trail, który ciągnie się 7 km i zajmuje około 3 godzin (droga tam i z powrotem). Wędruje się pięknym lasem, a Mount Robson cały czas zagląda w twarz. Szlak jest przygotowany do jazdy rowerem, więc możliwe, że również lekkie wózki spacerowe dałyby radę (ale nie widzieliśmy, więc ciężko potwierdzić).

Na końcu szlaku są ławki i toalety.

A w jeziorze przegląda się góra. Całkiem jak na jeziorkach Joffre, albo w Wedgemount Lake.

Ale ta Kanada jest ładna!

Rockies_Gory_Skaliste_2017_Kanada_sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady-4

# Jasper, Maligne Lake oraz Athabasca Falls

Zatrzymaliśmy się w Mount Robson, żeby było łatwo dojechać do Jasper i Maligne Lake. I rzeczywiście jest łatwo – ta sama droga prowadzi z kempingu do miasta.

Przy wjeździe do Parku Narodowego Jasper stoi budka, w której należy kupić wstęp (pass). Ale w 2017, z okazji 150 urodzin Kanady, wystarczyło wcześniej zamówić darmową, całoroczną kartę wstępu (link)

Po drodze po raz pierwszy widzieliśmy mamę miś z młodymi. Oczywiście zdjęcia nie mamy, ale zapewniamy, że na tej drodze było sporo zwierząt, więcej niż widzieliśmy podczas całego naszego pobytu w Kanadzie.

Pierwszym naszym przystankiem było Jasper, które nieco nas rozczarowało. Pewnie dlatego, że  było zatłoczone z okazji Canada Day i pewnie dlatego, że pogoda była taka se.

Miasteczko ładnie położone, paradę poprowadził burmistrz na koniu, jest gdzie kupić lody i bloki nugatowo-czekoladowe. Mieszkańcy sami o sobie piszą: nice and friendly.

Zatrzymaliśmy się w Jasper na godzinę, na spacer, a potem ruszyliśmy dalej.

Rockies_Gory_Skaliste_2017_Kanada_sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady-3

Tuż za rogatkami miasta zobaczyliśmy kojota, aha, aha, znowu brak zdjęcia, ale musicie nam uwierzyć na słowo 😉

Jechaliśmy do Maligne Lake. 

Jeśli się zastanawiasz, skąd jest zdjęcie zjawiskowego jeziorka, które masz na tapecie komputera, to właśnie stąd. Duża szansa, że to właśnie Maligne Lake, jezioro otoczone kilkoma lodowcami. Ulubieniec instagrama.

To ta woda, serio, jej kolor nie jest niebieski, nie jest zielony, nie jest szmaragdowy, jest …. jaki jest. Wyjątkowy.

Do jeziora Maligne jedzie się, a jakżeby inaczej, drogą Maligne Road. I ta droga również jest piękna, a wychodzą na nią niedźwiedzie i owce o zakrzywionych rogach.

Na końcu drogi jest spory parking (bezpłatny), informacja turystyczna oraz restauracja.

Najpiękniej się ogląda Maligne Lake z pokładu stateczków, które kursują po jeziorze i dopływają do wyspy Spirit Island. Zarezerwuj sobie przejazd wcześniej, dobrze radzę. My się nie załapaliśmy. Wystarczy wpisać w google Maligne Lake cruises, a wyskoczą strony przewoźników.

Postanowiliśmy jezioro pooglądać z brzegów [pięknie] oraz przejść się szlakiem w okolicy. Ponieważ wszyscy byli na statku, na szlaku  nie było nikogo [miodzio].

Masz do wyboru dwa łatwe szlaki: 1-2 godziny:  pętelka Mary Schäffer loop oraz pętelka Moose Lake.

My przeszliśmy tę pierwszą i to był bardzo miły spacer, spokojnie przedszkolak i starszy żłobkowicz przejdą na nóżkach, bo różnica przewyższeń jest minimalna.

W restauracji mieli wybór trzech zup aka aintopfów, więc oczywiście zamówiłam wszystkie trzy, bo jak w karcie jest coś więcej niż frytki, burger i hot dog, to my jesteśmy pierwsi do próbowania (znasz nasz stosunek do kuchni kanadyjskiej?)

Chłopakom najbardziej podobały się przebieranki, czyli mini wystawa lokalnego muzeum etnograficznego w Jasper. No bomba taka wystawa, bo możesz wcielić się w pierwszego osadnika kanadyjskiego i oczywiście trochę sobie postrzelać trutututut.

Nad jeziorem Maligne spędziliśmy trochę ponad 3 godziny.

Wracając w stronę Jasper, odbiliśmy na moment w tę najsłynniejszą z kanadyjskich dróg czyli Iceland Parkway, drogą na Banff, przez góry.

Rockies_Gory_Skaliste_2017_Kanada_sie_nada_blog_o_polskiej_rodzinie_w_Vancouver_i_emigracji_do_Kanady-2

Nie musieliśmy jechać 232 km, żeby się drogą zachwycić. Góry widać cały czas.

A po doznania face to face, zwłaszcza mokre wystarczyło dojechać do wodospadów Athabasca .

Droga prowadzi około 30 km na południe od Jasper. Zjeżdża się na bezpłatny parking (są toalety). I dosłownie pięć minut spaceru dalej jest już wodospad.

Możesz go spokojnie obejrzeć cały prawie że dookoła. Sporo miejsc widokowych i serio, nie warto dla Instagrama wdrapywać się za drugą stronę barierki [były takie przypadki, smutne].

Cały spacer można spokojnie zamknąć w 30 minut, ale jak wokół są komary [a były ich chmary], to nawet szybciej.

Koniecznie zobacz Athabasca Falls, kiedy jesteś w Jasper!

 

A może już widziałeś? Albo polecasz inne miejscówki na granicy Kolumbii Brytyjskiej i Alberty?

Daj wtedy znać w komenatrzu. Chętnie wybierzemy się znowu. 

Warto do Banff jechać?


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Jak być fit w Vancouver? Prosto, sportowo, darmowo. Plus emocje, a właściwie wyścig

Ćwiczyć czy nie ćwiczyć, oto jest pytanie. Jeśli chcesz się dowiedzieć, jak być fit w Kanadzie, mam dla ciebie krótką listę. Spodoba się.

 

Z wrześniem jest jak z nowym rokiem – lubię robić plany. I postanowienia. Że coś zmienię i coś się zmieni. Na lepsze oczywiście. 

Zwłaszcza, że po obżarstwie wakacjach w Polsce, moim numero uno jest zadbać o siebie i chłopaków, czyli więcej się ruszać, czyli być fit!

Miesiąc wrzesień, oprócz hasła “szkoła woła”, sponsoruje zawołanie: ruch to zdrowie! I nie ma że boli, że drogo, że coś tam jeszcze.

Kto ze mną?

Uwaga: w poście będzie trochę pokrzykiwania trenerskiego rodem z boiska. Wiesz, zagrzewanie do boju i motywacja do działania. Się przygotuj.

Być fit w Vancouver jest bardzo prosto. I często zupełnie za darmo.

Mieszkać w Vancouver i nie uprawiać żadnego sportu, nawet nie spacerować, jest bardzo trudno. No, nie wypada wręcz 😉

Za ładnie jest miasto położone, za blisko do góry i na plażę, za dużo ścieżek, gdzie się nie stoi jak w kolejce na Giewont.

[ chociaż po prawdzie, jak się idzie na Quarry Rock, to bywa tłoczno. Albo na Grouse Mountain. Wciąż jednak można znaleźć miejsca zupełnie odosobnione.]

I ta presja tłumu. Kanadyjczycy są aktywni na serio, biegają, grają w piłkę, jeżdżą na rowerach, pływają, chodzą na siłownię.

Od ogółu do szczegółu, czyli jak żyć sportowo i co najbardziej mi się podoba ❤ w Vancouver (i często jest powszechne w Kanadzie)

Lecimy w punktach. Bo ławiej się czyta. Podobno.

  • Dostępność siłowni, albo i nawet basenów w budynkach mieszkalnych, dla mieszkańców. W naszym budynku, starym jak świat (albo i starszym) jest siłownia. Byliśmy może z 5 razy, choć całkowicie za darmo, otwarta całą dobę, tłumów nie ma, a jest sporo sprzętu, choć akurat bieżni nie (ale głupia wymówka, c’nie?). A mieć basen w budynku to już w ogóle miodzio, wiem, bo przez tydzień mieliśmy taki w Downtown [westchnięcie].

Sprawdź, czy masz w budynku swoim siłownię / basen.

 

  • Publiczne fontanny wody pitnej – mega pomysł. Dzięki niej można zaoszczędzić sporo pieniędzy, bo nie trzeba kupować butelkowanej wody mineralnej w cenie od 1,5 CAD w górę. A i matce na spacerze pomoże ogarnąć nagłe pragnienie dziecka, które musi zostać ugaszone natychmiast (pragnienie, nie dziecko). Taka fontanna składa się z małej misy i zaworu, ustawionego tak, aby dorosły mógł się napić bez używania kubka. Albo dziecko, albo pies (bo na takich wysokościach też się montuje fontanny). Często jest specjalny kranik na napełnienie bidonu, bo z butelkami na wodę chodzą tutaj wszyscy.  Fontanny stoją zarówno na zewnątrz i wewnątrz budynków sportowych też. Niektóre działają nawet zimą.

Miej przy sobie butelkę z wodą – będziesz wyglądać na lokalasa!

 

  • Publiczne korty tenisowe, skateparki [tak to się pisze?], boiska sportowe przy szkołach. Spośród wszystkich obiektów, parków i boisk tylko kilka jest płatnych. Większość jest dostępna, niezamykana na noc.

Nas spotkasz najczęściej na boiskach przy szkołach:

  • → Mount Pleasant Elementary (kort tenisowy, boisko trawiaste do piłki nożnej, plac do koszykówki);
  • → Simon Fraser Elementary (skatepark, wygumowany plac do koszykówki, świetne 3 place zabaw).

Nie ma wymówki, że za daleko. Szkoła jest za rogiem!

 

  • Bezpłatne parki wodne (spray parks, splash pads) przy szkołach czy ścieżkach spacerowych. To rodzaj placu z fontannami, sikawkami do polewania się, małymi brodzikami, a czasami nawet ze zjeżdżalnią. Nie są tak ogromne jak parki wodne i nadają się nawet dla małych dzieci.

Czynne latem. Nie ma na nich ratowników.  Sprawdzone przez nas i popularne to:

  •  → Granville Island Water Park w parku przy Granville Island. Są zjeżdżalnie!;
  •  → jeśli często bywasz w parku Stanleya, zwłaszcza rowerem, to taki park jest mniej więcej w połowie ścieżki rowerowej Seawall;
  •  → przy muzeum z prawdziwym pociągiem i placu zabaw w Steveston;
  •  →  Prince Edward Spray Park przy szkole David Livingstone;
  •  → przy Marpole Community Centre;

Każdego lata jesteśmy przynajmniej kilka razy w zwykłej fontannie w parku Robson. Pracownicy wymieniają wodę średnio co godzinę.

W czasie wakacji często w okolicy są dodatkowe atrakcje, organizowane przez miasto. Wspólne kolorowanie, gry w piłkę, wyścigi na jeździkach, czy hot dogi sprzedawane przez nastolatków. A także koncerty lokalnych artystów. Za darmo lub za niewielką opłatą można spędzić czas jak na pikniku.

Lubisz wodę? Idź się popryskaj!

 

  • Centra sportowe. Jedna opłata i korzystasz ile wlezie. Albo i bez opłat.

Miejska siłownia, basen, lodowisko, sala do tańca, sala gimnastyczna – mogą występować pojedynczo lub w różnych kombinacjach. Najlepiej znaleźć community centre koło siebie i zobaczyć, jakie zajęcia mają w ofercie.

  • → Na tej miejskiej stronie wyszukasz większość zajęć sportowych po rodzajach zajęć LINK
  • → Na tej stronie masz spis wszystkich obiektów sportowych i community centre LINK
  • → Kiedy już znajdziesz zajęcia dla siebie, rejestrujesz się poprzez system Vancouver Recreation LINK

Rejestracja na zajęcia to jest osobny temat. Emocjonujący dość, wręcz jak obstawianie wyścigów, uda się czy nie?

Zajęcia popularne, takie jak nauka pływania czy nauka jazdy na łyżwach zapełniają się w mgnieniu oka. Teoretycznie są trzy możliwości rejestracji: online, telefonicznie i osobiście. Jednak w praktyce warto tuż przed 9 rano, w dniu rejestracji, być na stronie Vancouver Recreation i zarejestrować dzieci od razu. Bo o 9:05 już często jest pozamiatane.

Stąd te emocje, hehe, palec na klawiaturę, karta kredytowa w pogotowiu i jeszcze tylko: 5…4…3…2…1… bach, zajęcia lądują w koszyku.

Ale tak zupełnie serio nie musisz się stresować – takie atrakcje najczęściej mają miejsce w Hillcrest Community Centre (które jest równocześnie Hillcrest Aquatic Centre oraz Hillcrest Rink).

W innych obiektach dużo łatwiej o miejsca. Rejestracja ma miejsce kilka razy do roku, więc jak nie te zajęcia, to będą następne.

Wskazówka ode mnie: jak masz dwoje dzieci do zarejestrowania na zajęcia, zacznij od najmłodszych. Na zajęciach dla maluchów jest mniej miejsc w ogóle, a chętnych zawsze najwięcej.

Sprawdzone przez nas miejsca:

  • →  basen: Britannia Pool (zimno zimą, potrzebna kłódka do szafek w przebieralni), Kerrisdale Pool (zimno, potrzebna kłódka do szafek w przebieralni ), Hillcrest Aquatic Centre (love, love, love, nowocześnie, ciepło, dużo miejsca);
  • →  lodowisko: Trout Lake Community Centre (ok, blisko bistrokawiarnia, ładne i nowe), Britannia Rink (ok minus, przydałby się remoncik), Kerrisdale Rink (ok minus, przydałby się remoncik), Hillcrest Rink (byłoby ok ok, ale tłumy takie, że ciężko się przebierać, więc w sumie tylko ok);

A jeśli nie uda się Wam zapisać na zajęcia to nie ma co płakać, tylko wybrać się na lodowisko czy basen kiedy są “godziny dla publiczności” (public skating and ice-hockey, public swimming).

Możesz kupić bilet jednorazowy, wejściówkę na miesiąc (nielimitowana liczba wejść monthly pass) lub karnet 10 wejść. Sprawdzaj stronę miasta Vancouver, bo co jakiś czas pojawiają się promocje, np. 50% off.

Osoby o niższym dochodzie mogą wykupić zajęcia ze zniżką. Szczegóły w linku.

Przykładowy cennik:

  • cykl zajęć pływackich (10 spotkań) – około 70 CAD,
  • nauka jazdy na łyżwach około 50 CAD.
  • wstęp jednorazowy na lodowisko z wypożyczniem łyżew : 10 CAD

Znajdź najbliższe community centre!

  • Za darmo zupełnie – plaże, parki, szlaki. 

No i co ja Ci będę pisać o wyjściach i wycieczkach, jak o tym co drugi post jest. Przypominam jedynie, że listę naszych wyjść w okolicy obejrzysz po kliknięciu kategorii WYCIECZKI w menu na stronie głównej.

I nie zapominajmy o nartach! Do końca września karnety na wiele okolicznych szczytów kupisz za połowę ceny!

Także tak.

Koniec wymówek. Ruszasz w miasto, albo poza miasto!

A jak szukasz partnerki, daj mi znać. W przyszły wtorek testuję zajęcia: Adult Jazz Dance. Więc wiesz, możesz mnie namówić na wiele 😉


***

PS. W Vancouver jest Groupon! Przetestowałam w ten sposób już dwa studia jogi. Całkiem przyjemne zniżki!

Ps2. Dwa polecenia, bo znam fajne Polki, które w Vancouver zaproszą Cię do ruchu:

***


Mam prośbę do Ciebie. Jeśli uprawiasz sport o którym nie napisałam, daj znać, jak to wygląda w Vancouver. Razem stworzymy post o aktywnym życiu w naszym mieście. Ktoś ci za to podziękuje!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Jak Vancouver wkurza Marijannę – 3 największe rozczarowania miastem

Mam koleżankę w Vancouver, a ta koleżanka jest wkurzona. Spisałam trzy rzeczy, które ją najbardziej wkurzają w mieście. A ciebie też denerwują?

Podobno do wszystkiego można się przyzwyczaić. Przyzwyczajenie drugą naturą człowieka, czy jakoś tak. Owszem, owszem, nie żebym się nie zgadzała.

Zgadzam się też, na ogół, z corocznie powtarzaną opinią o Vancouver – że to najlepsze miejsce do życia, albo przynajmniej w pierwszej dziesiątce.

Marijanna też się z tym zgadza. Choć ten jeden raz się zgodziła jakby mniej. Eeeee, co ci będę ściemniać. Wcale się nie zgodziła, tylko się na miasto obraziła. 

Vancouver wkurzyło Marijannę i zaraz mi opowiedziała swoje trzy największe rozczarowania miastem.

Marijanna to moja dobra koleżanka – sąsiadka, Serbka, od 3 lat mieszkająca w Vancouver. Mąż i dziecko obywatele kanadyjscy, ona sama ma prawo do stałego pobytu. Wykształcenie wyższe, pracowała w finansach w Belgradzie, zanim przenieśli się z mężemdo Kanady.

Jakiś czas temu poszłyśmy na kawę, do Starbucksa na rogu 15tej i Main, który po remoncie nie wygląda jak Starbucks [nie jest zielony, tylko czarno-brązowy oraz organizuje kursy baristy. Taki trochę Starbucks plus, widzę pierwszy raz na oczy].

Nad kawą, która, choć w innym (ładniejszym) kubku, smakowała tak samo, Marjanna powiedziała mi, że się wyprowadzają na jakiś czas z miasta.

Rozmowa naturalnie skręciła w stronę wymieniania plusów nowego miejsca (nie byle jakiego, bo wyjeżdżają do Nowej Zelandii).

Żeby były plusy, muszą być minusy, więc ponarzekałyśmy sobie trochę na Vancouver, ona nawet bardziej niż ja, bo ja to przynajmniej mam blog do wylewania żali, a ona ma tylko mnie.

Postanowiłam te 3 grzechy główne miasta Vancouver według Marijanny spisać* i zapytać was, co o tym myślicie. Może was też wkurzają?

*w  tekście wykorzystałam też  post o śmieciach sprzed kilku lat

#1 bezdomni i brak pomysłu miasta na rozwiązanie problemu.

Marijanna ma córkę w daycare (wiesz, co to jest?→LINK) w okolicach Chinatown. Codziennie odbiera ją stamtąd, około 18. Codziennie wsiada z małą do autobusu, żeby z centrum miasta dojechać na naszą przyjemną górę.

Jej spostrzeżenia o ludziach, których najczęściej wtedy spotyka – bezdomnych.

Nie płacą za bilety. Nie zachowują się normalnie. Straszą dzieci. Przy Science World walają się strzykawki. Community Centre publicznie dziękuje rodzicom, że oczyszczają na bieżąco plac zabaw ze strzykawek pozostawionych tam przez narkomanów.

Mocne? Nawet bardzo.

Na ulicach miasta, w parkach, na dworcach, pod witrynami sklepowymi. Są. Śpią, rozmawiają, wreszcie handlują. Ludzi, którym się w życiu noga powinęła, jest w mieście sporo.

Chodzą pogłoski, że w czasie surowych zim w innym prowincjach kanadyjskich, władze oferują tamtejszym bezdomny one-way ticket do wspaniałego i ciepłego Vancouver.

Są takie miejsca, gdzie lepiej się nie zapuszczać samemu. Ulice żyjące własnym życiem przez całą dobę. Jeśli spacerujesz po historycznej części Śródmieścia – Gastown, wystarczy zrobić krok dalej, a zobaczysz inną twarz Vancouver. Ludzi, którzy z przypadku lub wyboru żyją zupełnie innym “Canadian dream”

Problem bezdomności jest także wynikiem nieprzemyślanego traktowania przez lata rdzennych mieszkańców Kanady. Pisałam już, dlaczego, kiedy widzę Indianina, wolę przejść na drugą stronę ulicy.

Podobno na czas igrzysk 2010, miasto zapakowało ludzi z ulicy w autobusy i wywiozło, żeby nie kłuć problemem w oczy turystów.

Więc jeśli masz przed oczyma dziką Kanadę, taką od Arkadego Fiedlera i “Ostatniego Mohikanina”, to wiedz, że jest i taka Kanada.

 


#2 śmieci

Śmieci w Vancouver są, wysypują się z przepełnionych pojemników, walają po ulicach, parkach, przystankach autobusowych.

Nieważne jaka dzielnica- czy centrum Vancouver, czy też spokojna uliczka z domkami jednorodzinnymi. Różne rodzaje śmieci: kubki po kawie, opakowania, resztki jedzenia, czy tzw. gabaryty, czyli stare meble, a nawet elementy łazienki!

Nie wiem w sumie dlaczego, ale jakoś tak tkwiło w nas przekonanie, że Kanada, piękna, dzika przyroda, niczym nie zmącona, czysta, dziewicza natura, a ludzie sprzątający po sobie, kulturalni, mający na względzie innych.

Najbardziej zadziwiające jest, że ludzie potrafią przesiadywać na trawie, na leżaku, na plaży, a tuż obok walają się stosy śmieci. Nie wiem, nie przeszkadza im to, że w parku jest taki bałagan? I choć starają się sprzątać regularnie, to i tak jest niefajnie.

Są śmieci, bo nie ma śmietników!

Nie ma śmietników, no na prawdę nie wiemy z Marijanną, jak to jest możliwe, żeby nie było koszy na ulicach.

Prędzej znajdziesz Starbucksa niż kosz. Nawet jakby się chciało wyrzucać śmieci przepisowo, to i tak nie ma do czego.

I koło się zamyka.

Jedyne, czego nie doświadczysz na chodnikach i ulicach to psie wiadomo-co. Mieszkańcy Vancouver sprzątają po swoich zwierzakach. Ale jak nie ma śmietnika, gdzie by się niewygodnej torebeczki pozbyć, to niestety ląduje ona na ziemi. I jest nawet gorzej, niż gdyby nie było sprzątnięte, c’nie? Przecież plastik to wiadomo jak długo się (nie)rozkłada.


#3 rynek mieszkaniowy – bardzo gęsta dżungla, pełna dzikich zwierząt!

Calkiem niedawno pisałam o naszym wydawaniu pieniędzy. I żeby nie było, że z nas burżuje, które niewiadomo jakiego mieszkania by chcieli, a w ogóle to by pewnie chcieli na własność (nie chcemy, dziękujemy, własne mieszkanie to masa kłopotów). Pisałam, że naszą największą oszczędnością jest brak przeprowadzek, o zakupie nieruchomości nawet nie myślimy.

W Vancouver nie ma mieszkań do wynajmu ani kupna.

Moje najdziwniejsze doświadczenia?

  • Widziałam ludzi koczujących przed biurem sprzedaży mieszkań w wieżowcu w naszej okolicy. Na dwa lata zanim budynek powstał, tfuu… przecież on wciąż powstaje.
  • Pamiętam to nieśmiałe zaglądanie przez szybkę do biura sprzedaży w Kerrisdale, gdzie buty jednej klientki były warte tyle, ile miesięczna wypłata na kredyt (mortage)

Pamiętam też, jak mi Marijanna opowiedziała, że oni nawet odłożyliby na wkład własny (downpayment), ale co z tego. Z jednego biura sprzedaży została delikatnie wyproszona, bo mieszkania już i tak zaklepane dla konkretnych klientow (glównie azjatyckich) lub agentów nieruchomości. Zdaniem Marijanny nie ma co nawet myśleć o kupnie bez skorzystania z usług agenta.

Jeśli już są mieszkania, zwykle super drogie.

Nie jest niczym niespotykanym, że ludzie się licytują, oferując dużo powyżej ceny wyjściowej (asking price).  Są skłonni na kompromisy w innych dziedzinach życia, byleby tylko mieć gdzie mieszkać [no jacha!].

Przeprowadzają się coraz bardziej na wschód Vancouver.


Poczytaj więcej o mieszkaniu w Vancouver [kliknij w obrazek]

......


Marijanna wraz z rodziną wyjeżdża z Vancouver. Nie wiem, czy wróci, czy będzie żałować, w końcu, jak wygląda to miejsce, gdzie zamieszka. Śmieci, ludzie żyjący na ulicy oraz wariactwo na rynku nieruchomości, to trzy poważne, jej zdaniem, zarzuty wobec miasta. A próby rozwiązania tych problemów nie przynoszą rezultatów.

To ją wkurza.

A czym ciebie Vancouver, albo Kanada, rozczarowała?

 

Ps. Spodziewam się przynajmniej jednego komentarza w stylu: jak ci się nie podoba, to wracaj do Polski. Tyle, ile się naczytałam, przy okazji wywiadu w  → Bankier.pl, to moje.


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Jak się macie latem 2017? Lipiec w Kanadzie, sierpień w Polsce. Skansen, wakacyjna qlturka, u dziadków i Legoland

Bye bye lato? Nie ma tak łatwo – najpierw krótkie podsumowanie, co się działo. A wy jak się macie latem 2017?

Kto się cieszy, że już koniec lata? No ja nie….

Zaraz zacznie padać deszcz [#mówmiprorok]

Piszę ten post, żeby jak już zacznie padać, wystarczyło rzucić okiem i bach – jest co wspominać. Trochę cieplej. Wiadomo, co się działo u Jeziorskich, a było jak zawsze grubo 😉

(jeszcze tak się mówi? Pytanie do grupy czytelników bloga w przedziale wiekowym 18-25lat)

Plus linki, plus inspiracje, plus archiwum dla chętnych.

Daj mi znać, czy masz ochotę na więcej takich postów

#1 Krzyśkowe i Maćkowe “Lato w mieście”

Szkoła już nie woła (ale jeśli nie znasz, zajrzyj, jaka ta szkoła jest)

Wakacje, czyli odpoczywajcie rodzice od pracy, organizując dzieciaczkom czas wolny (kto tak odpoczywa, bo ja nie umiem, proszę mnie nauczyć).

Na pomoc rusza świetlica, półkolonie, obozy. Chłopaki w lipcu chodzili na półkolonie organizowane przez kuratorium – Krzysiek miał przez trzy tygodnie na ciekawe zajęcia pt. “Creative writing with technology” czyli pisanie na Ipadach. Także komiksów.

Maciek i tak najbardziej ❤ playdates z przyjaciółmi, wiadomo, dlaczego 😉

Jak się macie w wakacje 2017-Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 1


#2 Wakacyjna qlturka

Od zawsze i na zawsze pewnie, mam takie dziwne zamiłowania muzyczne. Na przykład w lipcu rządziła ta piosenka w wykonaniu zespołu z serialu Glee (kto ich też ❤?)

Zupełnie przypadkiem wakacje upłynęły nam również pod znakiem ścieżki dźwiękowej z Moany (po polsku zmieniono jej imię na Viana, why, ja się pytam, why?). KONIECZNIE posłuchaj:

  • You are welcome – czyli rubasznie, zero kompleksów, asertywność 1 milion procent i co to nie ja
  • How far I will go – musowa piosenka mamusi (czyli moja), czyli przebudzona kobieca siła
  • Shiny – faworyt chłopaków, ciekawy czy każdy w tym pokoleniu chce być celebrytą?

Książki też były, żeby nie było.

Jak się macie w wakacje 2017_wakacyjna_qlturka-Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady


#3 Canada Day w Górach Skalistych

Dlugi weekend lipcowy spędziliśmy na kempingu Mount Robson, rzut kamieniem od Jasper i Rockies.

Tam jest magicznie. Więc będzie osobny wpis. Jak go napiszę.

Rockies 2017_Jak się macie w wakacje 2017-Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady (4)


#4 Wypad do skansenu Fort Langley Historic Site

Polecamy ten mały ale uroczy skansen 40km od Vancouver.

W tym roku, z okazji 150 urodzin Kanady, wejście jest za darmo.

Zamów wejściówkę → TU

Fort Langley Historic SiteJak się macie w wakacje 2017_Fort Langley Historic Site-Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady


#5 Polska u dziadków

Pod koniec lipca przyleciałam z chłopakami do Polski, na 6 tygodni. Do dziadków, do Bakstera, czyli Ziemia Lubuska wita.

A tam czekał na mnie mój kubeczek.

I przetwory robiliśmy – nawet fajnie jest tak kisić, mieszać, słuchać jak bulgocze. Tak, to piszę ja, która gotować nie znosi.

Jak się macie w wakacje 2017_ u dziadków-Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady (10)
Głównie to byczyliśmy się nad jeziorem

No i mieliśmy okrągłe dziesiąte urodziny Krzysia! —–> znasz wpis o Krzyśku?

A z okazji tych urodzin i w nagrodę za wysiłek włożony w całoroczną naukę języka polskiego [kliknij po całą historię], pojechaliśmy do….

#6 Legoland

Pojechaliśmy na dwa dni do duńskiego Legolandu:

  • spaliśmy w Legoland Village, domek Lego Ninja Cabin (do 6 osób)
  • jedliśmy śniadania i obiadokolacje w Legoland Village
  • pobyt oraz bilety kupiliśmy przez oficjalną stronę Legolandu (w pakiecie wyszło taniej niż kupowanie osobno noclegu oraz biletów do parku)
  • chłopaki byli jeszcze w parku wodnym Lalandia

Ogólnie, polecamy

Legoland 2017_Jak się macie latem 2017--Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Kanadzie i o emigracji do Kanady
Było mało osób, bo już po duńskich wakacjach. Kręciliśmy się na karuzelach i kolejkach bez opamiętania 😉

#7 Czytadełka

Przypominam, jakby ktoś przegapił

 Skończyła się szkoła, zaczęły wakacje, jejejeje. Ale zanim, to jeszcze w sierpniu egzamin z języka polskiego i wiedzy o Polsce

 Minął rok odkąd rozpoczęliśmy zbieranie dokumentów na PR – profil założyliśmy 29 czerwca 2016, od pierwszego tygodnia lipca zbieraliśmy dokumenty, konsul węgierski pomógł – teraz mamy już PR.

 Latem alko łatwiej wchodzi? W ładnych okolicznościach przyrody, a pewnie, że tak!

 Wydatki na jesień, bo szkoła, albo co?

To co? Niech moc lata będzie z Tobą! My się września nie boimy 😉


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.