Lepszy, lepsiejszy, najlepsiejszy (i/e)migrant czyli ja się znam na Kanadzie, a ty nie!

Takie tam rozkminy na trzecie urodziny i czy po 3 latach jesteśmy wystarczająco dobrymi emigrantami w Kanadzie.

Ta jest, trzy lata w Kanadzie! Stuknęło, huknęło, przeleciało. Wymądrzam się i piszę wciąż, chociaż tego pierwszego posta blogowego już nie ma (ale nie żałuj, to były trzy zdania w stylu: juhuuu, ja tutaj piszę i paczę, czy działa)

To lecimy z rocznicowym postem, ok?


Znasz wcześniejsze posty o emocjach?  → (kliknij w obrazek)

….....


Trzy lata później chodzi za mną pytanie: “Kto się zna na Kanadzie?” i odpowiedź:  “Ja?!”

Tak sobie zaglądam na Facebook, dobra, często zaglądam, nie będę udawać, że nie, że ja cię proszę wcale nie jestem jakaś uzależniona. Feed skroluję (omg) i czytam, i widzę, i się cieszę.

Że jest coraz więcej ciekawych treści o Kanadzie, o życiu w różnych kanadyjskich miastach (dwa dni temu wpadłam na blog polski z Halifaxu), o polskich doświadczeniach i spostrzeżeniach. [Ok, wiem, że to ten niecny algorytm Facebooka mi tak podsuwa te właśnie teksty, ale zgodzicie się chyba, że coraz więcej osób pisze o Kanadzie.]

I dobrze!

Ja na każdym Polskim Babskim Spotkaniu się zastanawiam, czemu te wszystkie super dziewczyny, wy wszystkie nie piszecie bloga. Wiem, nie każdy chce być blogerem, ale serio szkoda, że wiele kanadyjskich historii słyszy się tylko w wąskim gronie.

Dlatego zawsze zachęcam – mieszkasz w Kanadzie, myślisz o Kanadzie, wyjechałeś już, ale w środku słowa zostały – pisz o tym! Dziel się! Nawet jak nieregularnie, bez własnej blogowej domeny i profesjonalnych zdjęć, bez rozkminiania, czy to wyszuka się w guglach,  to przynajmniej w grupach na facebooku daj znać, że coś wiesz, a ktoś ci za to podziękuje.

Podziękuje ci… stop! No właśnie, czy podziękuje? Ja tutaj sobie na własnym blogu słowy zachęty rzucam, do pisania namawiam, a tymczasem ty wcale nie chcesz się ujawniać, bo w internecie zawsze znajdzie się ktoś, kto się lepiej niż ty zna i skomentuje. Często nieprzyjemnie.

Na Kanadzie się zna, prawo imigracyjne zna, ba, ten ktoś się zwykle wie lepiej, jak ty się czujesz w Kanadzie. A jak się czujesz inaczej, no cóż, ty się nie znasz, a on(a) jest lepsiejszym (e/i)migrantem.

Jest lepsiejszy, bo starszy. Albo stażem imigracyjnym starszy. Wie lepiej. I będzie radzić, nie przebierając w słowach. Wygląda na to, że żeby być najlepsiejszym imigrantem trzeba:

  1. uwielbiać Kanadę zawsze i wszędzie, a jak się zdarzy gorszy dzień (bo się zdarzy, to pewne), zacisnąć zęby, spiąć poślady i dalej jechać z tym koksem;

  2. nienawidzić Kanady, bo to nie jest ten sam kraj, co kilkadziesiąt lat temu, a w Polsce to zawsze świeci słońce i ludzie są mili;

  3. wiedzieć o Kanadzie wszystko, zanim się przyjechało. Na wyrywki znać, jaka jest pogoda w każdej prowincji i że na pewno ci będzie zimno oraz tam to zawsze pada (uwaga, nie zawsze!);

  4. wiedzieć, ile czasu potrzeba, żeby czuć, że Kanada jest dla ciebie miejscem, bo po tygodniu nie wiesz nic, po miesiącu to ty jesteś w imigracyjnym żłobku, no może po roku masz prawo cichutko się wypowiedzieć. A i to nie zawsze, bo patrz punkt 1.;

  5. swoje przeżyć, odstać, odrobić, żeby się dorobić, zaczynać od początku, bo inaczej się nie da, a jak myślisz, że z twoim zawodem masz jakieś szanse, to się chłopie/dziewczyno grubo mylisz i nie tylko nie zostaniesz najlepsiejszym imigrantem, ale w ogóle zapomnij o Kanadzie;

  6. mieć źle na początku emigracji, a później tylko trochę lepiej. Polakom na drugie imię męczennicy, i w Polsce, i w Kanadzie.

  7. i w ogóle przez jakieś 20 do 35 lat nie zabierać głosu, bo jest się gówniarzem w ogóle, a nie tylko w szczególe, i za tamtych czasów to były czasy, a teraz wiadomo, poprzewracało się mileniasom w głowach i wszyscy chcą do Kanady.

Taaaa.

Emigrant / imigrant jak narzeka źle, jak chwali to też źle. Ironia be, żarty be, powaga i patos bebebe.

Nie będę pisać, że to tylko Polacy, bo byłabym niesprawiedliwa. Ani, że tylko mieszkający poza krajem urodzenia.

Wszyscy dzisiaj, mam wrażenie, że wszyscy, chcąc nie chcąc żyją w stanie never enough.

Sam stan niewystarczenia zły nie jest. Problem pojawia się wtedy, kiedy przeszkadza tobie. Albo innym przeszkadza, o czym oczywiście nie zapomną ci powiedzieć.

Nie dla ciebie odznaka super emigranta i honorowego przedstawiciela Polonii w Kanadzie.

Nikt nie jest wystarczająco dobry.

No chyba, że ty jednak jesteś. To wtedy koniecznie napisz w komentarzu. W końcu ja się nie znam 😉

Nie żebym miała w sobie jakieś wielkie pokłady goryczy na te trzecią rocznicę mieszkania w Kanadzie. Jestem na wakacjach, czytam, co u Moniki, śledzę grupę na Facebooku, i takie mnie naszło.

ale poza tym dobrze.

A u ciebie jak?


 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Po polskiemu online – nauka języka polskiego w Kanadzie. Nasze doświadczenia

Trzy lata zagranicą i trzy lata nauki języka polskiego online. Nasze doświadczenia i że nie jest to łatwe. No bo nie jest!

Nie będę cię w tym wpisie przekonywać, że musisz posyłać swoje dziecko na naukę polskiego. Mam alergię na wszelkiego rodzaju polecenia rodzicielskie i rady parentingowe (chociaż ostatni post był mocno rodzicielstwem podlany).

Sam(a) wiesz, czego potrzebuje twoja rodzina, to twoje dziecko i nic mi do tego, czy mówi/nie mówi/jak mówi po polsku.

Chętnie podzielę się za to naszym doświadczeniem z nauką języka polskiego w Kanadzie. Na wypadek, jeśli ten temat byłby dla ciebie równie ważny, jak jest dla mnie.

Wszyscy mówią emigrantom: ucz swoje dziecko języka kraju pochodzenia, dbaj o jego polski, dwujęzyczność to wielki dar.

Mało kto powie ci, jak to zrobić. A nawet jak już ktoś powie, to wcale nie oznacza, że te metody będą działać w nauce akurat twojego dziecka. Ale próbować warto, c’nie?

Ten wpis ukazuje się, kiedy Krzyś zdaje egzamin kończący czwartą klasę polskiej szkoły online, w programie uzupełniającym (18/8/2017).

Przeczytaj, jak wyglądają nasze doświadczenia z nauką języka polskiego w Kanadzie.

 

Nie znalazłam wiele informacji w internecie, jak codziennie organizować sobie naukę z dzieckiem, które jest na różnych stadiach rozwoju języka.  A jak masz więcej dzieci, o panie, toż to robota na dwa i pół etatu na stażu bezpłatnym. I nie licz na wdzięczność dzieci, przynajmniej nie od razu, a kto wie, czy w ogóle.

Ostrzegłam? No! To teraz będzie mięsko czyli konkretnie jak jest u nas (stan liczebny dzieci: Krzyś 10 lat i Maciek 5 lat)


zanim online, będzie offtop offline (hehehe)

Nauka języka polskiego w szkole stacjonarnej

W wielu miejscach za granicą są polskie szkoły (zwykle sobotnie) lub szkoły mające język polski w curriculum. Możesz nie cieszyć, się faktem, że masz w około wielu Polaków, ale dzięki temu masz więcej szkół polskich (przypuszczalnie). No chyba, że ten fakt cię nie rusza (to wtedy co ty robisz w tym wpisie, hę?)

Także w Vancouver jest polska sobotnia szkoła, przy kościele parafialnym. Ale my nie posyłamy tam chłopaków ponieważ:

  • szkoła trwa kilka godzin w sobotę, a ja nie chcę weekendu przeznaczać na naukę ciurkiem od rana (i dojazdy);
  • nie przekonuje mnie materiał i sposób nauczania (ale przyznaję, wiedzę mam tylko ze słyszenia);
  • wolałabym, żeby szkoła była przy organizacji neutralnej światopoglądowo;

Kasia, mama w uk, była taka dobra i poopowiadała mi trochę któregoś razu na Skypie o swojej sobotniej szkole w Anglii. Takiej super szkole, co dostała nagrodę, a powinna co najmniej dwie!

I gdybym taką szkołę miała w Vancouver, być może chłopaki by do niej chodzili. Ale nie mam.


No dobrze, ustaliliśmy już, że idziemy w formy nauki online. Poniżej trochę o szkołach (programach), które to umożliwiają (lub umożliwiały)

Nauka języka polskiego online

Jeśli znasz wpis o naszych początkach z nauką online, to wiesz, że wybraliśmy ten sposób, żeby zachować ciągłość w polskiej edukacji, bo planowaliśmy wrócić do Polski po roku pobytu w Kanadzie.

Potem kontynuowaliśmy tę formę nauki niejako siłą rozpędu.

#1

Ośrodek Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą; ORPEG

  • bezpłatna;
  • pierwsze wrażenia w drugiej klasie opisaliśmy trzy lata temu;
  • dostaje się świadectwa polskiej szkoły, można wypożyczyć podręcznik (przysłano nam je do Vancouver), uczeń ma legitymację.

Nasze uwagi po trzech latach nauki:

Za dużo materiału nieprzystosowanego dla dziecka, które ma język polski jako język obcy, jako drugi język.

Krzyś przyjechał do Kanady jako siedmiolatek czytający, piszący i mówiący po polsku bez akcentu. Ale dla niego słowa palisada czy podział wypowiedzeń ze względu na cel to są pojęcia tak abstrakcyjne jak…. dla każdego innego dziecka w Polsce (tak, materiał szkoły podstawowej polskiej jest przeładowany i niedostosowany do rozwoju emocjonalnego dziecka, jeśli polski rodzic w Polsce ma z tym problem, to co mają powiedzieć rodzice pracujący i mieszkający za granicą?).

→ Co roku Krzyś wykonał pięć prac kontrolnych (wysyłane skanem) oraz zdawał egzaminy ( w Warszawie), żeby przejść do następnej klasy. W klasach 1-3 egzamin był jeden (termin ustalaliśmy wcześniej, było sporo do wyboru), teraz ma dwa jednego dnia (jeden o 8 rano, drugi o 12). Można było mieć egzaminy rozłożone na kilka dni.

→ Lekcje pojawiają się na koncie ucznia na platformie, w formie plików pdf (prezentacja) i ćwiczeń do wydrukowania. Całość materiału oparta została na podręcznikach dla polskich dzieci w Polsce. Szkoda, że nie było dostępu do wszystkich lekcji od początku roku – łatwiej byłoby przygotować sobie plan nauczania.

→ Dzieci mogły uczestniczyć w webinariach. Co dwa tygodnie był język polski, wiedza o Polsce (historia oraz przyroda), a także dodatkowe zajęcia z ortografii. Ze względu na różnice czasowe, Krzyś od dwóch lat nie bierze udziału na żywo w tych webinariach (odsłuchujemy je potem, albo i nie, bo niestety często są nudnym odczytaniem przez nauczyciela punktów z prezentacji).

→ Są dyżury nauczycieli, ale na żaden jeszcze nie trafiliśmy.

#2

Polskie Szkoły Internetowe Libratus

  • bezpłatna;
  • w tej szkole Maciek zaczyna zerówkę we wrześniu 2017. Jestem bardzo ciekawa, jak będzie wyglądała ta nauka i planuję napisać posta porównawczego.
  • do tej pory otrzymaliśmy informację o webinariach dodatkowych dla dziecka i dla rodzica (dotyczących m.in. metodyki), a otwarte wykłady można zobaczyć na ich kanale.
  • egzaminy można zdawać w innych miastach niż Warszawa, a także za granicą;
  • z informacji na stronie wynika, że szkoła nie prowadzi już naboru na rok szkolny 2017/2018. Zapraszają do swojego drugiego projektu – Polonijki (zerknij poniżej po informacjie o naszych wrażeniach z lekcji demo);

#3

Polonijna Szkoła Podstawowa Polonijka

  • płatna – aktualnie trwa promocja – 50% czesnego;
  • zanim zdecydujesz się na naukę w tej formie, masz dostęp do lekcji demo;
  • szkoła proponuje naukę dla dzieci w wieku od 5 do 15 lat, które po zweryfikowaniu poziomu języka realizują program danej klasy i korzystają z opracowanych materiałów;
  • ciekawa i wcześniej nam nieznana opcja: Kolega z ławki. Miałeś pen pala w dzieciństwie? No właśnie, teraz twoje dziecko może mieć takiego kolegę. Taki prosty pomysł, a jaki skuteczny we wzajemnej motywacji. Brawo za zachęcanie do uczenia się wspólnie z innymi – umiejętności miękkie są ważniejsze niż nauka dat czy reguł gramatycznych;
  • podoba mi się opcja wyboru przedmiotów, których będzie uczyło się dziecko – to dobry pomysł dla zapracowanych rodziców, którym bardziej niż na realizowaniu podstawy programowej, zależy na kontakcie z językiem polskim, nawet jeśli miałaby to być tylko jedna godzina tygodniowo;
  • strona internetowa i platforma są ładne i przejrzyste w obsłudze. Nie przeładowana dodatkowymi treściami i przy stronie oraz platformie ORPEG, Polonijka wypada na plus;
  • pełen kurs, podzielony na 35 tygodni, jest dostępny przez cały rok, co znowu pozwala uniknąć nerwowego sprawdzania, czy są na pewno wszystkie prezentacje potrzebne do wykonania prac kontrolnych (których to prac kontrolnych nie ma, ergo  mniej stresu dla dziecka);
  • lekcje odbywają się  raz w tygodniu (webinaria), a także dodatkowo są spotkania w małych trzyosobowych grupach;
  • na koniec roku szkolnego uczeń może podejść do egzaminu, ale nie musi. Dostanie certyfikat opisujący jego umiejętności. My akurat lubimy ten dodatkowy powód, żeby w wakacje odwiedzić Polskę na egzamin stacjonarny, ale umówmy się, przylot z Kanady tylko na egzamin to spore wyzwanie (i koszt).

Nasze uwagi po lekcji testowej (porównując z ORPEG):

→ Dobrze, że wszystkie informacje są dostępne bezpośrednio w module, że nie trzeba całości prezentacji ściągać (w ORPEG czasami mieliśmy aż 60 stron prezentacji do przeczytania, halo Hela, to za dużo!).

→ Rodzic jest dużo bardziej prowadzony za rękę niż w ORPEG:

  • Na początku lekcji jest agenda (chociaż ja proszę, po co rodzicom pisać: doskonalimy umiejętność syntezy słuchowo-wzrokowej, hę?).
  • Później czytelny podział na to, co robimy: czytamy, piszemy. 
  • Są także przykłady pytań, które rodzic może zadać dzieciom. Spore ułatwienie dla rodzica, który musi sam dziecku opowiedzieć materiał, a nie wie, od czego zacząć (w ORPEG mamy po prostu załączone materiały, brakuje scenariusza, jak ten materiał przerobić ).

→ Treści interaktywne są wklejone bezpośrednio w lekcję, a nie dodatkowo, a więc nie trzeba przerywać czytania prezentacji, żeby np. posłuchać proponowanej piosenki.

→ Chłopakom podobało się, że nauka odbywa się nie tylko poprzez odczytywanie prezentacji, ale można obejrzeć filmy, zagrać w grę edukacyjną, zobaczyć treści multimedialne inne niż nudne pdfy.

Zapowiada się ciekawie, bo dzięki takiej platformie zamiast uczyć się polskiego z dzieckiem, będziesz się z nim po prostu po polsku bawił. Zacieram ręce na zerówkę Maćka i mam nadzieję, że będzie nam coraz łatwiej z językiem polskim.

Tak, wiem, że ta nauka kosztuje. Ale halo, serio na naukę języka obcego polskiego będziesz skąpił?

Sam zobacz: w Anglii punktuje się znajomość polskiego jako języka obcego i można go w tej formie zdawać na egzaminach. O ile łatwiej się jest przygotować z języka, którym mówią rodzice i dziadkowie? Nie wiem, jak to wygląda w Kanadzie, bo rozkminianie edukacji ponadpodstawowej jeszcze przede mną (a co myślę obecnie, opisałam w tym poście). Jeśli jednak zostaniemy w Kanadzie na stałe, chcę, żeby chłopaki biegle posługiwali się językiem polskim. Tak jak, gdybyśmy byli w Polsce, chciałabym, żeby super znali angielski.

I proszę mi tutaj nie pisać, że język polski niepotrzebny. Znajomość każdego, nawet najmniej popularnego języka jest super bonusem, to piszę ja, hungarysta z wykształcenia. I nigdy nie wiesz, czy język polski się twojemu dziecku nie przyda.

Patrz, miało nie być moralizatorstwa i uwag parentingowych, ale jednak nie mogłam się powstrzymać 😉

Jeśli masz swoje doświadczenia z nauką polskiego online, podziel się linkiem w komentarzu, a ktoś ci podziękuje.


 

Ps. Ten post jest pierwszym sponsorowanym tekstem na blogu.

PS2. Jeśli to jakoś wpłynęło na odbiór tekstu, śmiało mi napisz: Kaśka, nie idź tą drogą!

I koniecznie trzymaj kciuki za Krzysia!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

10 lat Krzysia i mama od dekady czyli jak wygrałam 33 mega paczki pieluch.

To wpis osobisty – historia mamy od dekady i 10 lat Krzysia.

Uwaga, uwaga, uczciwie przestrzegam, tekst jest typowo lajfstajlowy (czyli ogólnie o życiu), a nawet parentingowy (czyli szczególnie o rodzicielstwie i dzieciach). Wyklikany głównie na komórce, trochę na tatowym komputerze, bo zapomniałam kabla od swojego laptopa do Polski zabrać. 

Tym razem mało o Kanadzie, a dużo o nas, i to historycznie, a miejscami histerycznie (zwłaszcza tam dalej, o pieluchach)

Sierpień 2017 to miesiąc Krzysia, trzeciego w kolejności w ekipie Kanada się nada, chłopca poważnego bo 10letniego. Większość jego życia upłynęła w Polsce, ale, mogę to napisać z pełnym przekonaniem, w Kanadzie znalazł swoje miejsce.

Opowiem jego historię, dobrze? Zapraszam na 10 lat Krzysia

Pamiętam, że kiedy Krzyś się urodził, w szpitalu było spokojnie, a na zewnątrz trwał gorący sierpień.

Nie byłam specjalnie zestresowana, bo jedyne wiadomości okołoporodowe (w dawce nieprzytłaczającej) z polskich szpitali były wtedy dostępne na forum gazeta.pl, a o blogach parentingowych mało kto słyszał. Ja w każdym razie nie.

Zdjęć z tamtego czasu, pierwszego roku, mam niewiele i w dodatku na wszystkich jesteśmy w chustach i miękkich nosidłach.

W 2007 roku nie było sklepów z chustami do noszenia dzieci, pieluszkami wielorazowymi i wszystkim tym, co dzisiaj jest dostępne na wyciągnięcie ręki. Pierwszą chustę zamawiałam u Kasi z Niemiec, która wystawiała specjalne aukcje na allegro, żebyśmy mogli  ją kupić.

Dwa pierwsze lata to był czas kończenia studiów i chustoześwirowania. Miałam około 10 chust, różnych, kolorowych, z lnem, z wełną, z jedwabiem. Kupiłam pierwszą edycję Pawi Didymosa,kiedy jeszcze nie kosztowały czterocyfrowo. Nosiłam w pierwszym kaszmirze i miałam nosidło uszyte na wzór niemieckiego nosidła Manduca. Nie miałam wózka. Tzn. był, ale u dziadków, bo Kuba i ja nosiliśmy Krzyśka w chuście.

Pracę magisterską pisałam z rocznym synkiem, codziennie pomiędzy 21 a 22:30 spał w miarę twardo. W innym czasie spał typowo, czyli ku-rozpaczy-rodzica-nie-przesypiam-nocy.

Jeszcze pięć lat temu, będąc w drugiej ciąży, wrzucałam Krzysia w chuście na plecy. Teraz ma 10 lat, brak wad postawy, biega jak szalony i nadal lubi się przytulać. Wierzę, że w dużej mierze dzięki chustom.

Także dzięki chustom zabraliśmy go w góry, kiedy miał 8 miesięcy (mieszkaliśmy w namiocie koło Domu na Łąkach ❤). Padało prawie cały czas, ale to nic.

Skoro o wycieczkach, to w chuście pojechał do pierwszego w Warszawie kina, które organizowało seans dla mam z dzieckiem, na Imielin. Teraz takie atrakcje znajdziesz w wielu miejscach, ale 10 lat temu musiałam się nieźle nagimnastykować w komunikacji miejskiej, żeby z Woli przetransportować się 15 km na południe Warszawy.

Dzięki chustom wreszcie poznałam inne mamy, bo jakoś wśród najbliższych koleżanek jeszcze dzieci nie było (teraz są za to, więc piąteczka kochane dziewczyny, najlepsze się jeszcze wydarzy). Spotykałyśmy się w kościele Świętej Anny, a potem na bardziej zorganizowanych brykankach  w Fundacji Sto Pociech (patrzę, że ta fundacja to równolatka Krzysia, też obchodzi 10te urodziny). Pojawiały się pierwsze doradczynie noszenia w chustach i wielopieluchowania.

To właśnie na chustowych spotkaniach, wśród nieznanych mi wcześniej kobiet z dziećmi, odkryłam, jak wielką moc mają kobiece grupy wsparcia. Może dlatego tak bliskie mi są nasze Polskie Babskie Spotkania

Kiedy Krzyś miał 13 miesięcy, żeby odzyskać trochę równowagi i zakończyć karmienie, pojechałam sama w góry, na kilka dni, z ludźmi z Studenckiego Koła Przewodników Beskidzkich.

Kiedy miał 15 miesięcy, a ja byłam świeżo po obronie mojego mało praktycznego dyplomu, wynajęłam na dwa tygodnie nianię i poszłam na staż- testowanie oprogramowania. Poczekałam jednak z pracowaniem na poważnie do drugich urodzin Krzysia.

Rok 2009, wrzesień, Krzyś zaczął chodzić do żłobka państwowego. Po żłobku chodził jeszcze do przedszkola państwowego, które któregoś pięknego wiosennego dnia przyprawiło mnie niemal o zawał. Wracam z pracy, jestem już pod przedszkolem, a tu patrzę, trzyletni Krzyś siedzi sobie spokojnie na schodkach przed wejściem. Sam!

Okazało się, że panie pomyliły się i wysłały do rodzica nie tego Krzysia, co trzeba, pan woźny się nie zorientował w pomyłce, a dorośli gdzieś zniknęli. Trzylatek zdezorientowany gdzie mama?, wyszedł przed przedszkole, poczekać.

Do teraz nie wiem, ile tam na mnie czekał. I oddycham z ulgą, że nie poszedł sam w świat. I smutno mi, że nikt na ulicy nie zwrócił na małego chłopca uwagi (choć może słabo go widzieli, schody były ukryte w cieniu).

Po tej akcji zabrałam Krzysia z przedszkola następnego dnia.

W kolejnym roku przed-szkolnym poszedł do placówki katolickiej (na warszawskiej Woli jest całkiem sporo różnych placówek, i montessori, i waldorfska i żydowska też). Z tego okresu pamiętam zabawną sytuację. Stoję w kuchni i gotuję, a pięcioletni Krzyś bawi się na podłodze. Coś układa, klocki, misie, takie tam.

Nagle słyszę: Któryś za nas cierpiał rany…. Takie podśpiewywanie przedszkolaka podczas zabawy. Nie powiem, lekko mi się włos zjeżył na karku, złowieszczo to brzmiało, takim ponurym głosem wyśpiewywane.

Ale anegdotka pyszna została na całe życie 😉

A potem to już szkoła. Krzyś poszedł jako 6latek, wtedy mieliśmy wybór, czy zostawić w przedszkolu, czy posłać do pierwszej klasy. Poszliśmy na rozmowy do poradni psychologiczno-pedagogicznej. Dwie informacje, których mi wtedy udzielono:

  1. edukacyjnie zaawansowany aż miło;
  2. koniecznie znaleźć sposób, żeby miał przyjaciela w swoim wieku.

Z tym przyjacielem to było trudno, bo w pierwszej klasie szkoły muzycznej było 4 chłopców li i jedynie, w dodatku z odległych dzielnic Warszawy. Nie ceniłam wtedy playdates, tak jak teraz.

I chociaż nam nikt w dzieciństwie przyjaciół nie organizował, to dzisiejszym dzieciom jest trudniej czas na kolegów znaleźć, z powodu nadmiaru zajęć. Stąd rada mądrej pani psycholog, żeby rodzic pomógł zorganizować przestrzeń na koleżeństwo dziecka. Make sense, jak dla mnie.

Szkoła muzyczna to wielkie wyzwanie dla dzieci nie-muzyków. Dużo nauki także dla rodzica, żeby dziecku w nauce pomóc. Ale też wszystkie umiejętności muzyczne Krzyś nabył właśnie wtedy i mimo indywidualnej nauki gitary w Vancouver, nie zwiększyły się one znacząco.

Dlaczego posłaliśmy Krzysia do szkoły muzycznej? Powody są dwa:

  1. chciał grać na gitarze;
  2. to szkoła najbliższa naszego warszawskiego mieszkania

Poszedł na egzamin wstępny, zaśpiewał, wyklaskał rytm, napisał, co trzeba, i został przyjęty.

A po pierwszej klasie wyjechaliśmy do Kanady

O kanadyjskich przeżyciach Krzyśka przeczytasz w poniższych wpisach:

  1. Pierwsze kanadyjskie emocje
  2. Polska lekcja w systemie orpeg.pl
  3. Żłobek i szkoła – pierwsze wrażenie

I na koniec smaczek o tych pieluchach. W 2007 wygrałam 33 megapaczki pieluch Huggies. Oraz pakiet szczepionek skojarzonych dla Krzysia.

Na dwa miesiące przed narodzinami Krzysia, magazyn dla rodziców (zabijcie mnie, nie pamiętam, który) ogłosił konkurs na tekst listu do swojego dziecka. Napisałam wtedy list do mojego synka, poniekąd romantyczny.

List się spodobał, pieluchy przyjechały wielkim kontenerem, a my zaoszczędziliśmy sporo pieniędzy. Pamiętam, że w kolejnej edycji można było wygrać voucher na…. poród w prywatnym szpitalu.

OSTRZEŻENIE: Dziś, jak czytam ten list, to jest lekki zgrzyt zębów, więc ten tego, przygotuj się na dużą dawkę sentymentalnych określeń,  ( pamiętam, że wtedy czytałam “Marie jego życia” Barbary Wachowicz oraz listy Sienkiewicza.).

w Warszawie dn. 24 czerwca

“Najmilszy Syneczku, pierwsze moje na tym świecie kochanie,

Jeszcze dwa miesiące a będziesz z nami, maluszku kochany, serca i duszy pociecho. Wzruszonam do głębi, myślą biegnę do Ciebie, który codziennie budzisz się i zasypiasz pod moim sercem, tak blisko a jednocześnie tak daleko. Wyimaginowany obraz Twój  wszystkie myśli moje i uczucia ogradza, kochana moja dziecinko.

Wraz z Twoim tatą jesteśmy przeszczęśliwi, cherubinie nasz jasnowłosy, że narodzisz się w piękny, złocisty sierpniowy dzień jako owoc naszej miłości i czci wzajemnej i ozdoba naszej rodziny. Może będzie to święto Matki Boskiej Zielnej, pachnące miętą i świeżym drożdżowym ciastem Twojej prababci, Krzysiu mój jedyny. Datę tę sam doktor oznaczył i teraz cała rodzina rozmyśla nad konceptem, jak zaprowadzić porządek, kiedy się pojawisz, bo będą to też urodziny mojego papy, Twojego dziadka i imieniny wuja Twojego zarazem.

Dla wszystkich jesteś już teraz promyczkiem, aniołkiem, duszyczką, a zdaniem doktora już teraz słyniesz z prawdziwie męskiej urody. A wiesz, że w ogrodzie dziadkowym, kiedy lato uczyni się zupełnie, rozkwitnie, dzieje się taki widok prześliczny, jakiego cała Polska nie ma? Dziadek nie może się doczekać, kiedy zbadasz najniedostępniejsze tajemnice ogrodu i  domu, który kocha ludzi i kocha też Ciebie.

Już teraz sama myśl o Tobie sprawia w rodzinie kolosalną radość. Serca biją nam głośno na samą wzmiankę o Tobie, jesteś dla nas ładunkiem dobroci i miłości bezustannym.

A do tego czasu muszę się, skarbeńku cudowny, kontentować jedynie radami i  opowieściami doktora, i krzepić nadzieją niedalekiego przecież naszego spotkania, kiedy Twój uśmiech opromieni cały Twój pokój, już wyszykowany, śliczny, jasny, południowy.

Ciężkie jest to oczekiwanie, kiedy z trudem przychodzi mi stać i siedzieć, bo taki jesteś cały poruszony we mnie. Siłę mam jeno aby rozmyślać nad Tobą, moje złoto malutkie, najdroższe, kochane. Chciałbym otulić Cię dłonią niewidzialnej opieki i usunąć z Twej drogi wszelkie nieszczęścia i smutki. Bylebyś miał tam i tu słońce i ciepło i spokój! Niech Ci go nigdy nikt nie mąci. „Jaki będziesz, kim będziesz w swym męskim życiu ?” od tego pytania nie mogę myśli oderwać. Choć pełna jestem dobrych przeczuć  na przyszłość.

Mam tylko nadzieję, że będziesz szczęśliwy, bo z mojego szczęścia Tyś pierwszy syneczku kochany.

Trudno jest mi oderwać się od listownej rozmowy z Tobą, maluszku. W snach codziennie się odwiedzamy, oczom moim jawi się Twój wizerunek, ujmuję  Cię za rękę, za wszystkie paluszki, tulę do serca. Chciałbym Cię wycałować, popatrzeć już na Twoja buzię, nakarmić się Twoim widokiem, rącząt, nóżek, mój mały zdrowasiński. Już na wieki oplotłeś mi się dookoła serca….
Kocham Cię przeogromnie.
Twoja Mama”

Byłabym zapomniała, kogoś może ciekawić, skąd imię Krzyś? Umówiliśmy się z Kubą, że każde z nas przygotuje listę imion męskich i potem sobie przedyskutujemy te, które są na obu listach. Na mojej było około 12 imion: Ignaś, Jaś, Staś i Krzyś, jakoś tak w środku listy. Na Kuby liście było… tylko jedno imię. Zgadnij, jakie 😉

No i jest Krzyś.

A co do pochodzenia hashtagu #momfromdecade. To koleżanka kanadyjska, niania kolegi Maćka, nazwała mnie mamą od dekady. Nie wiem, czemu, ale brzmi to doniośle, wręcz jakby kto w dzwon bił. Miło mi.

100 lat Synku!

PS. Daj znać w komentarzu, czy takie, mocno osobiste posty powinny pojawiać się częściej?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.