Jak mi się nie chce czyli kemping w Golden Ears Provincional Park

Faza”Nie chce mi się” ale jak widzę zielone zdjęcia, to bardzo chce mi się znowu w góry. Albo do lasu. Wspomnienie pierwszego kanadyjskiego kempingu w sezonie 2017.

Jestem zapisana na wiele, zbyt wiele newsletterów (automatyczne emaile z różnych źródeł). Dobrze, że niektóre z wiadomości zaczynają się zdaniem: “Cześć Kasia, jak dawno do Ciebie nie pisałam/pisałem“. Nie powiem, zawsze mi lepiej, paskudnie lepiej, że ktoś tak, jak ja, miewa obsuwy czasowe.

No bo kto to widział, pisać post o wydarzeniu z połowy maja 2017. Mamy koniec roku szkolnego (w Polsce, bo w Vancouver jeszcze tydzień), mamy koniec czerwca. Lekko późno, żeby pokazywać zdjęcia z pierwszego w tym roku wyjazdu pod namiot.

Ale co poradzić, jak mi się nie chce?

Zwyczajnie-nie-zwyczajnie- dostałam komputerowstrętu. A właściwie codziennościowstrętu.

Siedzę sobie z moją niezawodną kanadyjską A. na placu zabaw i jedna do drugiej mówi, jak nam się nie chce. Nic się nie chce. Pisać, czytać, zdjęcia przeglądać, uczyć się, schabowe smażyć, pierogi lepić, playdate organizować i  z dzieckiem na plażę pójść.

Masakra. (I trochę wstyd, ale tylko trochę, bo ja się odzwyczajam wstydzić z byle powodu. A część zdjęć już na Instagramie pokazałam.)

Nagle: eureka! Jak już sobie o tym niechceniu myślałam, to wymyśliłam, że może komuś się nie chce na kemping jechać i wtedy ja mu napiszę, że biwak w Golden Ears to jest super propozycja na “jak mi się nie chce“! Brawo ja, fanfary i czerwona dywanka poproszę.

I jakoś tak się zebrałam, zawzięłam i tadadam, proszę bardzo, są zdjęcia z wyjazdu na kemping w Golden Ears Provincional Park. Zapraszam z herbatą, bo było zimno i padało, więc herbata potrzebna.

Na wymówkę: “nie chce mi się, bo za daleko”, Golden Ears Provincional Park zamyka usta.

Bo to jest park niemalże za rogatkami miasta. Około 40 minut jazdy od nas (Mount Pleasant). A jak mieszkasz w Maple Ridge, Pitt Meadows, czy Mission to wręcz zajęczy skok.

Więc jeśli masz nastrój: “nie chce mi się, bo dzieci w samochodzie będą się nudzić i mi urlop się skiśnie jak klapnięty ogórek”, to wyjazd na ten kemping jest dla ciebie! Podróż z Vancouver trwa krótko, więc jeden rozdział audiobooka wystarczy (u chłopaków teraz rządzi “Baśniobór”. Matko, jako matka już nie mogę tego słuchać, czy w tej książce są wszystkie potwory świata?).

A może dopadło cię: “nie chce mi się jechać, bo będzie padało”?

Ryzyko jest zawsze. Powiedziałabym, że w Vancouver wysoce prawdobodobne jest, że będzie deszcz 😉 Ale, ale z Golden Ears zawsze możesz się szybko zwinąć, jeśli pogoda będzie nieprzyjemna. Leje deszcz, więc najwyżej wrócisz wcześniej do domu.

W Golden Ears wyłączyło nam się zupełnie parcie urlopowe (czy jest takie słowo?). To takie uczucie, że jak już się tyle przygotowałeś, spakowałeś, wyjechałeś, to choćby się waliło i paliło, musisz wypoczywać. Namiot rozstawiać, ognisko robić i gluta z mielonką gotować (te słowa to dla moich kolegów z SKPB Wwa są).

Nie wiem, jak u Ciebie, ale mnie czasami takie (za)parcie dopada, i wtedy urlop zmienia się w koszmar. Gorączkowo sprawdzasz pogodę, bo przecież jest szansa, że prognoza się poprawiła i jest nadzieja, chociaż pięć minut temu jej nie było. Zapłacone, musisz jechać, choć “Raincouver is on its very best today”.

Połowa maja 2017, piątek wieczorem, Kuba zaorydnował: jedziemy, jak będzie padać, to się nie rozbijemy, tylko wracamy do domu. Zero  spiny i parcia na kemping. Cóż może być lepszego na “nie chce mi się” ?

Jak już zawalczysz i zwalczysz “nie chce mi się”, to pojawi się to fajne uczucie “teraz mi się chce i coś się wydarzy”. I tak właśnie było z nami w Golden Ears.

Sam kemping wyglądał tak, jak inne kempingi kanadyjskie, o np. nasz pierwszy, nad Cultus Lake, miał podobny standard.

Kiedyś napiszę posta z instrukcją obsługi kanadyjskiego kempingu, ale jeśli nie chcesz czekać, daj mi znać w komentarzu. Co wiemy, to powiemy.

Plusy kempingu w Golden Ears Provincional Park

W Golden Ears byliśmy sami! Bardzo lubimy naszę ekipę wycieczkową, żeby nie było! Jednak z pełnym przekonaniem napiszę, że kemping samodzielnie, tylko jednorodzinnie, jest super! Czworo par uszu na słuchanie siebie, zero rozpraszania się przy ognisku, czas (tylko) dla nas! No pięknie!

Kiedy mówiliśmy, że jedziemy do Golden Ears, część ludzi dziwnie patrzyła (to ta większa połowa ludzkości, która ma dzieci). Dlaczego? Bo to miejsce ma łatkę imprezowni dla bananowej młodzieży z Vancouver. Ostrzegano nas, że nie da się spać. Niespodzianka! Dało się spać, młodzieży rozrabiającej nie wiedzieliśmy.

Zerknijcie na zdjęcie niżej, miejsca na kempingu jest dosyć, te hulanki były pewnie na drugim polu namiotowym (my spaliśmy na Gold Creek).

Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 1

W Golden Ears czujesz się jak w górach średnio wysokich, bo szczyt wyłania się zza drzew, a wcale nie trzeba się wysoko wspinać.  To nie jest Garibaldi Park.

Piękne jest jezioro Alouette Lake. Chłopakom udzieliła się magia miejsca i nawet rzucanie kamieniami odbywało się po cichu. Polecamy spacer nad jezioro pomiędzy 6:30 a 7 rano. Może zobaczysz mgłę, a może poczujesz zapach kawy wracając do namiotu?

Wokół jeziora prowadzi szlak, można dojść drogą w dolinie na plażę z drugiej strony (około godzinny spacer z kempingu, bez możliwości zrobienia pętli wokół jeziora).

Jak wiele parków prowincjonalnych, także w Golden Ears jest strefa dziennego pobytu (nie wiem dlaczego, ta nazwa kojarzy mi się z ośrodkiem spokojnej starości, ja to rzeczywiście jestem dziwna). To dobry pomysł dla tych, którym “się nie chce na kemping” ale “chce się w góry na spacer”.

Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 2

Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 7

Zostawiasz samochód na parkingu i idziesz w las. W parku jest ponad 80km szlaków!

Bardzo polecamy szlak upadłych gigantów (Trail of the Fallen Giants, kto nie ma ciarków, słysząc tę nazwę?). To właściwie ścieżka jest, albo wręcz zgubienie się na chwilę w gąszczu, który, przynajmniej na mapie, ma kształt pętli. Podobno pokonuje się go w 15 minut. No nie wiem, my spędziliśmy tam ponad godzinę i to wciąż za mało. Nie zawracaj sobie głowy kierunkiem, tylko tam wejdź.

Bo tam rządzi zielone.

Bardzo rządzi !

Jak wyjdziesz, nie będziesz tą samą osobą. Zwłaszcza jeśli zabierzesz ze sobą w krzaki książkę: Sekretne życie drzew.

Z całego serca ci polecam tę książkę, a znajdziesz ją w bibliotece publicznej w Vancouver.

Golden Ears Provincional Park jest idealny na kemping, wędrówkę i tę książkę!

Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 8

 

Ale fajne te filtry w Google Photos! I odpada “ale mi się nie chce robić makijażu” 😉

Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 4

Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 9

Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 10

Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 11

Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 12

Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 13

Kemping na Golden Ears maj 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 14

Polecamy kemping i park prowincjonalny na pierwsze koty za płoty z rodziną pod namiotem. Będzie Wam dobrze!

To na koniec jeszcze życzenia wszystkiego zielonego! Zwłaszcza jak Wam się nie chce!

Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

 

Kasia, jaka szkoła najlepsza w Vancouver? Ba! Chciałabym to wiedzieć!

Dawno nie było wpisu w tym temacie, a to codzienność każdego rodzica. Rekrutacja do zerówki i jaka szkoła najlepsza w Vancouver. Żebym to ja wiedziała…

Dobrze jest mieć dzieci! Chociażby dlatego, że nigdy nie zabraknie tematów do postów (aka narzekań czy licytacji “a mój to już umie…”).

W ekipie Kanada się nada dzieci na stanie jest dwoje, a konkretnie dwóch (tak przypominam, jakbyś pierwszy raz był na naszej stronie).

Od blisko trzech lat testujemy różne kanadyjskie placówki oświatowo-wychowawcze. I prawie równie długo odpisujemy na emaile z pytaniem: “Cześć, przenoszę się do Vancouver, mam dziecko, jaka szkoła najlepsza?”

Ciężkie pytanie, od razu się przyznam.

 

Staram się ogarniać temat. Po łebkach, po łebkach. Sprawdź, czy przydadzą Ci się te poradniki:

  Służba zdrowia | Praca w Vancouver

 

W tym poście zadaję więcej pytań, niż daję odpowiedzi.

Zachęciłam, co?

Jaka szkoła najlepsza w Vancouver, no jaka?

Wiosną AD 2017 nasze emocje podgrzewa rekrutacja do zerówek – temat rozmów wszystkich znanych mi przedszkolnych mam kolegów Maćka. My już dostaliśmy email, że Maciek został przyjęty do Kindergarden (zerówka, dla dzieci od lat 5), do szkoły, gdzie uczy się Krzysiek. Dobra nasza, dwóch w jednym miejscu, będzie łatwiej ogarnąć.

Ale nie wszyscy rodzice zerówkowiczów śpią spokojnie, o nie. O powodach przeczytasz poniżej.

W naszym przypadku wybór szkoły dla Krzyśka, w 2014 roku był podyktowany miejscem zamieszkania. Tak, tak, najpierw znaleźliśmy mieszkanie, a potem bardzo miłym bonusem okazał się fakt, że szkoła podstawowa jest dosłownie za rogiem.

 

Ale nie polecam tej metody, jeśli bardzo zależy ci na wyborze szkoły. Ponieważ obowiązuje rejonizacja, twoje dziecko zostanie przypisane do szkoły w waszym miejscu zamieszkania. Więc jeśli szkoła ma być tylko ta, a nie inna, szukaj najpierw mieszkania w pobliżu.

Bo nie mnie oceniać, na ile słuszne jest takie myślenie: skoro są gorsze i lepsze dzielnice w Vancouver, tak są lepsze i gorsze podstawówki.  W tych dzielnicach.

Wiele rodzin  stawia na zachodnie dzielnice Vancouver, uznawane jako te lepsze, bogatsze, mniej zróżnicowane narodowościowo. Old white money, tak mówi się o niektórych mieszkańcach Kitsilano czy UBC. Sama znam dwie rodziny kanadyjskie, które przeprowadziły się na zachód od Cambie Street, żeby dziecko mogło pójść do szkoły w zachodnich dzielnicach.

Łezka wzruszenia się w oku kręci, bo czy inaczej dzieje się na przykład w Warszawie? W czasie rekrutacji sześciolatków czy gimnazjalistów następuje wysyp ogłoszeń w stylu: zamelduję u siebie w mieszkaniu na Żoliborzu czy Mokotowie. Bo szkoły lepsze tam, niż na Woli czy Pradze.

I co się dzieje, kiedy wszyscy tak myślą i przemeldowywują się, i przeprowadzają się?

Szkoły są przepełnione.

W Polsce to przynajmniej jest wymóg, żeby przyjąć wszystkie dzieci z regionu (poprawcie mnie, jeśli to się zmieniło). A w Vancouver nie ma. Więc nawet jeśli zamieszkasz w rejonie dobrej (twoim zdaniem) szkoły, to wcale nie jest takie pewne, że dziecko przyjmą. Zwłaszcza do zerówki.

Ostatnio ukazała się informacja, że aż w sześciu podstawówkachw Vancouver będzie losowanie dzieci do zerówek. Wszystko w zachodnich dzielnicach.

Niestety część rodziców zostanie odesłana z kwitkiem i będzie musiała wozić dziecko do innej dzielnicy. Jeśli to ci nie przeszkadza, to super. Ja jestem wygodna i lubię jak moje dzieci mogą same chodzić do szkoły (z kluczem na szyi 😉 ) Lubię, kiedy są samodzielne i pozwalam im na to.

Dla nas najlepsza szkoła to szkoła za rogiem.


I co? Nie tego się spodziewałaś czytając tytuł: jaka szkoła najlepsza w Vancouver?

Wiem. Ale na to pytanie, jaka szkoła jest najlepsza dla Twojego dziecka, musisz sobie sama odpowiedzieć.

Pomogą Ci te pytania:

Czego oczekujesz od szkoły podstawowej?

  • Najwyższych wyników w rankingu?
  • Szybkiej aklimatyzacji dziecka ?
  • Małych klas?
  • Opieki przed- i poszkolnej?

My mamy jedno oczekiwanie – żeby chłopaki dobrze się czuli i mieli kolegów. Póki mają kolegów, póki są zadowoleni, jest dobrze.

 

Co lubię w naszej szkole?

WIELKOŚĆ: Dobrze, jak szkoła jest mała. W naszej wszyscy znają Krzyśka i przypuszczam że Maćka równie szybko zapamiętają. Bo jak nie pamiętać chłopca, którego imię brzmi jak magic? (offtop: zastanów się, zanim dziecka imię zangielszczysz. Może wcale nie jest to dobry pomysł?)

Od jesieni 2016 weszła do szkół nowa podstawa programowa, czyli B.C. curriculum. Ma być więcej czasu na indywidualną pracę z dzieckiem, mniejsze klasy (maksymalnie 20 uczniów), indywidualny program, dostosowany do potrzeb dziecka. To mnie cieszy.

ŚWIETLICA: Byłaś z dziećmi w domu i szukasz pracy? Świetlica szkolna to w wielu tutejszych szkołach luksus. Nawet nie to, że dużo kosztuje. Po prostu brak. I co wtedy? U nas dziecko szkołę zaczyna o 9 rano, a kończy o 15.

Nie każdy pracodawca zgodzi się na kończenie pracy przed 3 popołudniu, przecież wtedy co najwyżej lunch break można zacząć ;). (To rówież jeden z powodów, dla którego ja zrezygnowałam z pracy w Vancouver).

Sprawdź, czy szkoła ma program YMCA, Boys and Grils Club czy jakikolwiek inny pod nazwą before and after-school care. I ile kosztuje taka usługa. Może zaboleć głowa. I portfel.

Dla przykładu: cały rok opieki poszkolnej w naszym B&G Club kosztuje 100 CAD. A w YMCA zajęcia potrafią kosztować 250 CAD. Na miesiąc. Powiedzieć, że ceny są różne, to za mało…

PS. Chcesz poczytać więcej o świetlicy? Daj mi znać w komentarzu!

Czego nie lubię w naszej szkole?

POZIOM NAUCZANIA: Nie jesteśmy przekonani do sposobu nauki matematyki w naszej podstawówce. Wydaje nam się, że materiał jest za prosty jak dla 10latka i za mało od nich wymagają.

W rankingu naszej szkoły nie ma. W ogóle ciężko o jakikolwiek ranging (myślę, że to część strategii kuratorium)

To, co mi przeszkadza, to to, że nie uczą systematyczności. Zwłaszcza w matematyce. Bardzo wiele dzieci chodzi na dodatkowe zajęcia z matematyki (może widziałaś szyld placówki Kumon, w różnych częściach miasta). Widziałam książeczki, z którymi się tam pracuje i spokojnie da się to zrobić w szkole. Wiem, że Krzysiek często kończy zadania matematyczne przed innymi dziećmi i potem, no cóż, spędza sobie dowolnie czas. Hmmm…

Ale co ja tam wiem, pedagogiem nie jestem 😉 Nie znam się na korepetycjach, ale chyba jako rodzic dziecka w czwartej klasie, nie muszę się znać? Jeszcze…

Uważam  że jeśli chcę, aby robił więcej, to ja muszę z nim pracować. Koniec końców wolę, żeby potrzeba większej pracy wychodziła od nas, rodziców, niż żeby szkoła przeciążała dzieci materiałem.

Nasza szkoła nie przeciąża. Wywiadówki są ok. Szatniarki też.

Podsumowując przewrotnie: Kuba skończył jedną z najsłabszych podstawówek w Warszawie. Ja chodziłam do prywatego katolickiego liceum w Poznaniu. I które z nas lepiej na tym wyszło ;)?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Łatwe wyjścia w góry wokół Vancouver. Quarry Rock i Deep Cove

Mokre zdjęcia z krótkiego spaceru na Quarry Rock. Oraz czy ja lubię Deep Cove (nie lubię).

Patrząc i licząc wychodzi na to, że całkiem sporo napisałam już postów o wycieczkach w okoliczne góry. Zdjęcia były, pełen przekrój: lato, jesień, zima, wiosna.

Cieszę się, bo #wgórachjestwszystkocokocham.

Czy to dostateczny powód emigracji 10 000 km od Warszawy? Żeby się budzić w mieście zwróconym twarzą do gór.

My uważamy, że chociaż nie najważniejszy to powód, to wystarczająco rozkoszny.

Sam zobacz.

Colorfull fall has arrived… #vancouver #vancity #beautiful #canada

Post udostępniony przez by Kasia Kate Jeziorska (@kanada_sie_nada)


Nasze okoliczne wyjścia w góry. Spokojnie dasz radę zrobić je w każdym wieku i z dzieckiem.

  1. Grouse Mountain
  2. Dog Mountain
  3. Lynn Canyon
  4. Rice Lake
  5. Buntzen Lake
  6. Belcarra Park
  7. Capilano Bridge
  8. Lynn Headwater Park
  9. Burnaby Mountain

Dorzucimy do listy następną propozycję: Quarry Rock w Deep Cove, w Północnym Vancouver.

 

Do Deep Cove mamy stosunek, jak do zadymionej paryskiej kawiarni (są takie?). Chciałoby się pobyć, bo wypada i inni mówili, że to fajne przeżycie. Kilka razy byliśmy (w Deep Cove, nie w kawiarni). I mimo, że w Deep Cove dymu papierosowego nie uświadczysz, głowa nas rozbolała. A na języku pozostało nieciekawe uczucie.

Czemu to Deep Cove zachwyca, jak nas nie zachwyca? Ładne miasteczko. I tyle. Ale pewnie ci, co napisali o Cove więcej, znają się lepiej. Więc jeśli szukujesz się na spacer a’la Sopot zmniejszony tak 100 razy, przeczytaj, co w miasteczku robić.

Ps. Nie jedz pizzy.

Pytasz: “Kaśka, to skoro nie lubicie, po co się pchałaś tam?” Odpowiedź trudna, prawie tak samo, jak znalezienie miejsca do parkowania.

Najwyraźniej magia Deep Cove przyciąga tłumy, wszyscy się łapią, że trzeba pojechać, warto zobaczyć, a potem nikt się nie przyzna, że lekkie rozczarowanie było. Bo pizza niesmaczna, do kawiarni stoją tłumy, których nie znasz, więc raczej nie pogadasz.

A może dziwne uczucie mnie ogarnia, bo w miasteczku jest za mało drzew. Może to właśnie to?

Jeśli masz podobnie, za długo w Deep Cove nie siedź, tylko szybko zmykaj na króciutki szlak, zaczynający się zaraz przy parkingu. Szlak, a właściwie spacer na Quarry Rock.

Sądząc po tłumach na ścieżce, sporo ludzi ma podobne myśli o Deep Cove, co ja. Tak, tak, miasteczko, no jest, ale chodź w góry. Pomiędzy drzewa.

Kończę ten pseudofilozoficzny wywód o ambiwaletnym stosunku do Deep Cove.

Czas na Quarry Rock. I tak, słusznie zgadujesz, na końcu jest skała. Ale nie byle jaka skała! Potężna, granitowa wychylnia, z oszałam(n)iającym widokiem na zatokę Salomon Arms.

Widoki są, jak pogoda pozwoli. Nam pozwoliła tak średnio. Deszcz, ciężkie chmury ciągnęły się za nami, powłócząc nogami, nie odpuszczając przez te 1,5 godziny wejścia na górę.

Uwaga: 4-5 latki dadzą radę na szlaku. Uwaga nr 2: im więcej 4-5 latków, tym bardziej dadzą radę.

To jak to wygląda, to Quarry Rock i Deep Cove? Co robić?

Idziesz na szlak, wchodzisz na kamień, relaksik jest, termos z herbatą/kawą. Rozglądasz się i udajesz, że tych tłumów tam nie ma.

Są za to góry. I chmury. I woda.

No przecież, nie potrzebujesz więcej, prawda?

To teraz zdjęcia z Quarry Rock i Deep Cove

quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_5

quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_1

quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_2

quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_3

quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_4

 

quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_6

quarry-rock-i-deep-cove 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_7

Wiesz,  gdzie jeszcze pójść z dziećmi na szlak w okolicy Vancouver? Daj znać w komentarzu!
Bo w lipcu planujemy już Garibaldi Park. A tam, wiadomo, GÓRY!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Trzeci, czwarty i piąty miesiąc nauki web development

Post-wyznanie o tym, jak mi idzie wyzwanie rok-krok stronę IT. Idzie średnio, wolniej niż bym chciała.

Nie, nie zarzuciłam nauki, jak budować strony internetowe. Nie, nie zalało mi klawiatury syropem klonowym.

A jednak nie pisałam o mojej nauce już trzy miesiące, więc ci z was, którzy śledzili poprzednie wpisy, mogli pomyśleć, że to the end. Dead end w temacie.

Trzeci, czwarty i piąty miesiąc nauki web development przeminął cicho, z kilkoma zrywami

 

Rzeczywiście trochę tak było, że początkowy entuzjazm związany z nowością, lekko przygasł. Mimo całego wora motywacji zewnętrznej (a może właśnie dlatego, że zewnętrznej, a nie wypływającej bardziej ode mnie), pod koniec marca mój słomiany zapał już tylko tlił się.

Życie też zweryfikowało mi ilość czasu, jaką mogę poświęcić obecnie na naukę. I nie jest to tak dużo jak bym chciała. Dla jasności: nie uważam, że inni mają więcej czasu, albo są lepiej ogarnięci i stąd im wychodzi, a mnie nie. Wiem, że każdy ma do dyspozycji tyle samo czasu w ciągu dnia.

Zauważyłam przez te kilka ostatnich miesięcy, że niestety uczenie się w blokach krótszych niż 2-3 godzinne, nie przekłada się u mnie na zwiększenie wiedzy z programowania. Niby wiadomo, żeby robić coś metodą małych kroczków, a nie od razu rzucać się na wielkie projekty. Łatwiej zjeść słonia po kawałku, ale za to przeżuwać codziennie 😉

Teoria teorią. W rzeczywistości, mimo że codziennie myślałam o nauce, to się codziennie nie uczyłam. [przypomina mi się czerstwe: “- Jasiu nauczyłeś się na klasówkę? -Uczyłem się, prze pani, uczyłem….- Ale czy się nauczyłeś Jasiu?” Opad kurtyny.]

Jeśli opuszczałam jakiś dzień-dwa, albo, o zgrozo, weekend, to wtedy samo wrócenie do materiału już przerobionego, zajmowało mi sporo czasu. W efekcie niby uczyłam się więcej i więcej, ale wciąż umiem tyle samo. Niewiele.

Mam wrażenie, że znam jakieś fragmenty układanki, kształty odróżniam, ale całościowego obrazka wciąż nie widzę. Nie pomaga mi ogrom wiadomości dostępnych w internecie. Co więcej, wiem, że tyle informacji przeszkadza. Rozpraszam się na coraz to nowe blogi, teksty o programowanie, sprawdzanie narzędzi z  otrzymanych newsletterów.

[Rozpraszaczy mam też rzecz jasna całe mnóstwo innych, zupełnie z programowaniem niezwiązanych. Żebyście nie myśleli, że Kate to cyborg, czy co. Normalnie oglądam seriale (“Anne” już dostępna w Polsce!), normalnie książki czytam, także inne niż o rozwoju osobistym i biznesu, normalnie fejsa skroluję. Tak mam. Co nie przeszkadza mi być wierną wyznawczynią Pani swojego czasu. ]

kasiaikod_trzeci, czwarty i piąty miesiąc nauki web development_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady

Ad rem. Podczas tych  trzech miesięcy wiele razy odpuściłam naukę z powodu: o raju, to gdzie ja skończyłam? co robiłam ostatnio? Zanim przypomniałam sobie, to co umiem, żeby na tej bazie budować nową wiedzę, mijało moje okienko czasowe.

Możliwe, że to wymówka marna. Że wystarczyłoby odpowiedzieć sobie na pytanie, na ile ważna jest w tym momencie dla mnie nauka, żeby znaleźć czas właśnie na to. A nie na coś innego. Jednak okazało się, że to coś innego było podczas tych trzech miesięcy ważniejsze.

Trzeci, czwarty i piąty miesiąc nauki web developmentu – wynik: 1:0 dla nauki dziecka

 

Przede wszystkim upadł mój plan, żeby uczyć się rano. Nadal budzę się najwcześniej z całej rodziny, ale teraz większość poranków spędzam z Krzysiem. Uczymy się języka polskiego oraz wiedzy o Polsce. Krzyś ma egzamin kończący czwartą klasę w sierpniu. Zauważyłam, że uczenie się z nim rano daje dużo lepsze efekty, niż szukanie takiej możliwości po południu, po jego powrocie ze szkoły i zajęć dodatkowych.

Nie jestem nauczycielem, więc dopiero uczę się, jak uczyć. Planuję napisać o tym osobny post, bo w tym momencie nauczanie domowe chłopaków pochłania większość mojego czasu.

Po tych wszystkich sesjach jestem zmęczona i ostatnią rzeczą, na jaką mam ochotę, jest jeszcze nauka samodzielna.

Odpuszczam.


Trzeci, czwarty i piąty miesiąc nauki web development – wynik: 2:0 dla blogowania

 

W ciągu tygodnia roboczego mam czas 4 razy  – to 3 godziny, kiedy Maciek jest w przedszkolu. Te godziny powinny być moim sprzymierzeńcem, jednak znowu okazało się, że przebranżowienie nie było dla mnie aż tak ważne czy pociągające, żeby wygrać z chęcią pisania.

W grudniu 2016 myślałam o tym, że skoro lubię grzebać w “bebechach” bloga, to naturalną kolejnością rzeczy będzie nauczenie się, jak to robić kompleksowo. Założyłam, że skoro to dla bloga i będę się uczyć w czasie przeznaczonym na blogowanie, to będę mieć podobną satysfakcję, jaką odczuwam, kiedy piszę. Okazało się, że jednak nie.

Pisanie artykułów na bloga, a pisanie kodu, nie dają mi poczucia zadowolenia w ten sam sposób. Odkrycie tej, pewnie dla wielu oczywistej, prawdy, też zmieniło mój tok myślenia. Pozwoliłam sobie na czas nie chce mi się kodować, bo wolę pisać. Stałam się spokojniejsza, odkąd postanowiłam, że nie muszę wyrzekać się jednego w imię drugiego. Po prostu to drugie zabierze mi więcej czasu.


Trzeci, czwarty i piąty miesiąc nauki web development – wynik 3:0 dla życia

Wyganiało mnie na dwór w weekendy na wiosnę (jaką wiosnę, hę? Mamy 1. czerwca, a Maciek poszedł do przedszkola w kurtce). Czy ty też tak masz, że ładna pogoda przeszkadza w pracy zamiast pomagać? U mnie zaraz włącza się tryb: outdoor time, ewentualnie gapię się przez okno na góry.

Mam wiele takich krótkich 20-30 minutowych okienek czasowych, kiedy się chłopaki zajmą sobą, albo oglądają bajki, ale wtedy najczęściej sięgam po książkę. Z dwóch powodów:

  1. nie muszę się aż tak intelektualnie wysilać, żeby zacząć, gdzie skończyłam (ach, ten mózgowy wysiłek ;));
  2. a po drugie, jak młodzi zobaczą mnie z książką, to nie ma błagania o tablet. Kiedy widzą mnie z komputerem, automatycznie jest prośba o granie. Rodzic daje przykład, i jak ja czytam, to sami też sięgają po książki.

Wakacje planuję. Bo będziemy w Polsce, bo rok 2017 to dziesiąte urodziny Krzysia, piąte urodziny Maćka i nasza 11. rocznica ślubu. Chcemy zrobić coś wyjątkowego. Małego, ale naszego.  Wspólne kilka godzin z Kubą, spa z przyjaciółką, jedna-dwie wycieczki tylko ja i Krzyś. Być może świętowanie w Legolandzie (ktoś był i poleci, jak to zorganizować?).

Planowanie życia przejada mi czas na naukę. Tak.


Trzeci, czwarty i piąty miesiąc nauki web development – co zrobiłam?

 

Kilkakrotnie podczas tego kwartału brałam udział w darmowych warsztatach z HTML, CCS i JavaScript, organizowanych  przez dwie instytucje: RED Academy oraz Lighthouse Lab.

#HTML500 means all day of coding with 500 people! That’s so exciting!!! Thanks @lighthouse_labs . Dzień off czyli #kasiaikod. Jedna z największych imprez w Kanadzie dla każdego, kto chce się nauczyć programować. ❤?❤?❤⌨❤ #vancouverbc #womenintech #womenpower #vancouverblogger #programowanie #canada_true #kasiaikod #learntocode #vancouver

Post udostępniony przez by Kasia Kate Jeziorska (@kanada_sie_nada)

Niestety ponownie przekonałam się, że takie jednorazowe zrywy niewiele dają. Bo zanim odświeżę sobie podstawy, prowadzący są już daleko w temacie. Pozostawiają wrażenie niedosytu. Dodatkowo byłam później wkurzona na rodzinę, że czas mi zabiera, kiedy ja chcę moja energię pospotkaniową przekuć w dalszą naukę.

Jeśli wybierasz się na takie spotkania w swoim mieście, mam dla ciebie jedną radę – wybieraj te całodniowe. I takie, gdzie są mentorzy. Praca jeden-na-jeden daje dużo więcej niż gapienie się na prowadzącego i przepisywanie jego kodu do swojego laptopa.

Po tych spotkaniach zostały mi trzy rozgrzebane strony: “o mnie”. Hmmm….

Mimo tego, wciąż pracuję i “dłubię” w kodzie. Zauważyliście, że blog ma nieco inny wygląd? Ostatni darmowy motyw na WordPress mi sie wysypał, więc kilka tygodni temu ściągnęłam inny, również darmowy. Wciąż go ustawiam pod swoje potrzeby.

Poza tym pracuję nad stroną lądowania dla Polskich Babskich Spotkań, tak, żeby mógł się pojawić na niej formularz zapisu (w tej chwili obsługiwany przez program wysyłający newsletter) oraz kalendarz najbliższych spotkań.

Nowa strona Zamostowa wciąż jest w fazie… koncepcyjnej. Kurtyna.


Mniej nauki nie oznacza braku nauki. Tego też się nauczyłam podczas tych trzech miesięcy.

Także wiecie, do przodu.

Wszystkiego najlepszego na Dzień Dziecka.

PS. Na FB ruszyła ciekawa grupa i wyzwanie: Programuj dziewczyno! Być może to coś dla ciebie? Ja będę obserwować, jak tylko przerobimy z Krzyśkiem uniwersalizm średniowieczny oraz rolę podgrodzia (omg!) i będzie czas. Eh.


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.