Jak dostaliśmy pobyt stały w Kanadzie czyli droga do Permanent Residency

Po dwóch latach w Kanadzie zdecydowaliśmy się aplikować o pobyt stały. Chcesz poczytać o naszym samodzielnym przygotowaniu oraz uzyskaniu PR?

11 lutego napisałam na Facebooku: Dokonało się! Tak z lekka pompatycznie, wręcz z biblijnym zawołaniem. Coś w tym jest, że trzeba tak głośno zakrzyknąć.

Mamy prawo do pobytu stałego w Kanadzie! O ile sami nie wyjedziemy, nie obowiązują nas żadne ograniczenia czasowe. Kuba może zmienić pracodawcę. Możemy się przeprowadzić w dowolne miejsce w Kanadzie.

I za jakiś czas możemy się postarać o kanadyjskie obywatelstwo.

Nasza droga do pobytu stałego w Kanadzie wcale nie zaczęła się od dnia zero, czyli od 26 lipca 2014, kiedy Kuba wylądował na YVR.

I chociaż w sumie to cały blog jest o naszym życiu w Kanadzie i podejrzewam, że część z Was zna naszą historię, to jednak przedstawię ją jeszcze raz. Poniżej i w skrótowej formie.

Sytuacja od 26 lipca 2014 do 11 lutego 2017.

pierwszy kanadyjski pracodawca Kuby

Przylecieliśmy do Kanady na zaproszenie pracodawcy Kuby, który załatwił za nas wszystkie papiery. Latem 2014 wiedzieliśmy, że wyjeżdżamy na rok do Vancouver. I tylko na rok.


Szukanie pracy w Kanadzie skwituję jednym słowem: profil na LinkedIn. Rozwinę to w innym wpisie. Hej, stop, trochę już o tym pisałam, zerknij niżej:

 

 


Kuba dostał pozwolenie na pracę (Work Permit, WP) oparte o LMO (Labour Market Opinion). To rodzaj zaświadczenie-opinia z urzędu imigracyjnego, że kanadyjski pracodawca potrzebuje ściągnąć pracownika spoza kraju. Wszystkie papiery przygotowała firma, my je tylko wydrukowaliśmy i z jednym kompletem Kuba przyleciał w lipcu, z drugim kompletem, plus dwójką dzieci doleciałam ja, 22 sierpnia 2014.

Pozwolenie na pracę dostaliśmy ważne do lipca 2017. Oferta pracy dla Scanline była ważna rok, czyli do lipca 2015. Wtedy nie zaprzątaliśmy sobie głowy tym, co zrobimy,  jak Kubie skończy się kontrakt , bo i tak mieliśmy zostać tylko rok w Kanadzie.

Uprzedzając pytania: nie wiemy, dlaczego przyznano nam Work Permit dłuższy niż oferta pracy (umowa o pracę była na czas określony, na rok, a w papierach adwokat firmy nie zaznaczył na ile ma być przyznany Work Permit).

Kuba dostał pozwolenie na pracę z zaznaczeniem, że pracuje tylko dla tego jednego pracodawcy (job-specific) i jeśli przestanie dla niego pracować, to Work Permit nam się kończy i musimy opuścić Kanadę. Ja dostałam Open Work Permit (non-job specific), czyli miałam lepiej niż Kuba, bo mogłam pracować, gdzie tylko chcę. Byle nie z z dziećmi, nie w szkolnictwie i nie w sex biznesie (omg). Chłopaki dostali pozwolenie na naukę (w paszporcie mają wpisane: Visitor Record, ale paszport wystarczył, żeby ich zarejestrować i o Study Permit poprosił adwokat firmy w naszych dokumentach. Nie wiem jednak, czy wszystkie dzieci rodziców z Work Permit z automatu dostają pozwolenie na naukę).

W lipcu 2015 minął nam rok w Kanadzie, umowa Kuby została przedłużona, ja znalazłam pracę w Accenture Canada, chłopaki na wakacje polecieli do dziadków, do Polski.

Ktoś może w tym miejscu zapytać: zaraz, zaraz, a dlaczego wtedy nie rozpoczęliście procedury starania się o pobyt stały?  System Express Entry już wtedy działał, Kuba miał rok przepracowany u kanadyjskiego pracodawcy.

Wtedy, w lipcu 2015 nie wystąpiliśmy po pobyt stały z jednego powodu – po roku w Kanadzie nie byliśmy przekonani, że chcemy zostać tutaj na dłużej. Także po roku pracy w Scanline, Kuba nie wiedział, czy następną oferę pracy dostanie już na czas nieokreślony i jakie będą warunki zatrudnienia (dopiero w sierpniu podpisał nową umowę). Ponieważ jego Work Permit było ważne aż do lipca 2017, postanowiliśmy wstrzymać się jeszcze z podjęciem decyzji.

Ktoś może dodać: no ale chyba lepiej mieć PR (Permanent Residency) niż nie mieć? Tak, zgadzamy się, ale ponownie napiszę: wtedy mieliśmy inne powody i przemyślenia. Część naszych wątpliwości opisałam w różnych emocjonalnych postach. Rozczarowanie, bezsilność, tęsknota, ciężkie początki, to wszystko było naszym udziałem i w znaczny sposób wpływało na decyzje, co dalej.

W październiku 2015, po pierwszym powrocie z Polski, byliśmy zdecydowani zostać w Kanadzie do czerwca 2016, tak, żeby Krzysiek skończył rok szkolny. To był również ten czas, kiedy zdecydowałam się zrezygnować z pracy na cały etat dla Accenture Canada. Skoro i tak mieliśmy w planach wrócić do Polski, chciałam resztkę tego czasu spędzić z chłopakami, pooglądać Vancouver i Kanadą “się nacieszyć”.

drugi kanadyjski pracodawca Kuby

W lutym 2016 Kuba poszedł na rozmowę kwalifikacyjną w innej firmie z branży VFX – AnimalLogic (sprawdź ich stronę, może akurat potrzebują ciebie?).

Po co, może ktoś zapytać, skoro i tak wracamy do Polski? No cóż, była okazja, poszedł, dostał pracę, i w ramach szkolenia wyjechał do Australii.

Piszę Wam to nie po to, żeby się jakoś specjalnie chwalić. Nie. Chodzi o to, że w życiu możesz podjąć wiele decyzji, które wydają się “na stałe”, “na zawsze”, “na pewno”. A potem może wydarzyć się coś takiego, jak ta nieoczekiwana i nieplanowana rozmowa kwalifikacyjna.

Albo inne zdarzenie, okazja, która wywróci twój plan do góry nogami.

I tak właśnie było z drugim kanadyjskim pracodawcą Kuby.

Czerwiec 2016 jako data powrotu do Polski przestał mieć rację bytu.

Jeszcze trochę kwestii pracowych. Drugi kanadyjski pracodawca Kuby również działa w branży Visual Effects. W Vancouver jest całkiem sporo liczących się na świecie firm, które zajmują się efektami specjalnymi. I tak, zdarza się, że ściągają programistów na krótki czas, tylko do projektu. Potrafią szybko rozbudować zespół, a potem równie szybko go zamknąć. Możesz pracować w Kanadzie i nie mieć w planach osiedlenia się w tym kraju na zawsze. Doświadczyć życia ekspata a nie emigranta. Kto wie, może to wybór dla ciebie?

Jeśli ktoś z Polski szuka pracy w obszarze IT, to w Vancouver wciąż jest spora szansa na ofertę pracy popartą oświadczeniem LMIA (następca LMO w prawniczym żargonie imigracyjnym), która daje prawo do wystąpienia o (czasowe) pozwolenie na pracę.  Kiedy to piszę (wiosną 2017) najwięcej Polaków do Vancouver ściąga Amazon. Jesteś programist(k)ą?

Drugi pracodawca Kuby również wystąpił do Social Development Canada (ESDC) o wydanie zaświadczenia LMIA, które miało być podstawą nowego pozwolenia na pracę. Ponownie mieliśmy to szczęście, że wszystkie dokumenty za nas załatwili prawnicy firmy. Nam pozostało jedynie pojechanie na granicę, przekroczenie jej i aktywowanie nowego Work Permit. Nie wiedzieliśmy wtedy, że można również umówić się w biurze imigracyjnynym na miejscu (jak komuś się uda dodzwonić na infolinię cic.gc.ca). Ponieważ czekał nas wyjazd do Stanów, wystąpliśmy po wizy turystyczne. Szczegółowo opisałam naszą historię rok temu.

Po  powrocie Kuby z Australii (kwiecień 2016) zaczęliśmy ponownie rozmawiać o tym, czy wystąpić o pobyt stały. Do tego momentu nie byliśmy jeszcze przekonani – Kuba chciał sprawdzić, jak będzie w nowej pracy. Nie bez znaczenia była także wizyta moich rodziców, w marcu 2016, i ich bardzo pomocne podejście do naszego, dłuższego niż początkowo planowany, pobytu w Kanadzie.

W maju 2016 zaczęliśmy przygotowania do wystąpienia o pobyt stały.


Najpierw research. Samodzielny i bez konsultanta

czyli jak nie ma w ‘gogle’, nie ma ‘wogle’.

Umówiliśmy się, że kwestie obczajenia, co i jak, biorę na siebie. Od początku wiedzieliśmy, że nie będziemy korzystać z pomocy konsultantów, bo znaliśmy inne rodziny w podobnej sytuacji, które uzyskały PR samodzielnie. Żadne z nas nie miało nigdy problemów z prawem czy odmową wjazdu do jakiegokolwiek kraju.

Samodzielne przygotowanie się na stałą emigrację do Kanady jest jak najbardziej do ogarnięcia, niemniej jednak każda sytuacja jest inna. Znamy równie dużo historii, gdzie kompetentny urzędnik pomógł dostać stały pobyt, jak i takich, które ostrzegają przed naciągaczami.

Konsultant emigracyjny wskaże i pomoże, ale nie przygotuje za ciebie dokumentów np. od twojego pracodawcy z Polski, nie wystąpi o zaświadczenie o niekaralności, ani nie załatwi badań medycznych. Przynajmniej my nie znamy takich. Pamiętaj, że często koszt konsultacji podwaja całość wydatków, a ten już na starcie jest niemały!

Gdzieś przeczytałam zdanie, że jeśli nie jesteś w stanie zrozumieć choćby podstaw tego, jak wyemigrować do Kanady i musisz być prowadzony za rękę, to jak sobie poradzisz później, już na miejscu?

Jest w tym ziarnko prawdy. Ogrom informacji, które musisz przeczytać  i przyswoić, na pewno onieśmiela i zniechęca, ale jest dobrym testem na to, czy jesteś gotowy na jeszcze większe wyzwanie – czyli znalezienie pracy, mieszkania, słowem dobre życie, już w Kanadzie.

Wiem, że łatwo mi tak pisać, bo przyjechaliśmy na “gotowe” – na początku nie musieliśmy sami wyszukiwać, jak wyemigrować, z jakiego programu skorzystać. Dostaliśmy listę dokumentów do przygotowania, ofertę pracy, bilety lotnicze i już.

Latem 2014 nie wiedziałam nawet, jakie są sposoby na wyjechanie i pracę w Kanadzie. Nie interesowaliśmy się tym.

Do Kanady nie da się wjechać i pracować, bo tak chcesz. Nawet jeśli masz furę pieniędzy i wieloletnie doświadczenie. To nie Unia Europejska bez granic i z wolnym rynkiem pracy. (Ale jakoś pocieszające jest, że nie tylko dla Polaków Kanada jest taka szczelna, inne narodowości też muszą przejść procedurę wjazdu, czasami nawet bardziej skomplikowaną niż polska).

Dziś już wiem, że lepiej jest wiedzieć więcej niż mniej. Być lepiej przygotowanym niż my. Oszczędzi się sobie stresu, kiedy już nie będzie konsultanta imigracyjnego na wyciągnięcie ręki.

Dobrze przygotowany imigrant to pewny siebie imigrant 😉

Z dnia na dzień przybywa miejsc w sieci, gdzie można przeczytać o tym, jak proces wygląda, zasięgnąć rady, czy nawet dołączyć do grupy osób, które aplikowały o różne rodzaje wiz w tym samym czasie.


Strony w internecie, gdzie możesz szukać informacji

Jeśli korzystasz z usług doradcy imigracyjnego, to przed pierwszą wizytą sprawdź sobie chociaż to narzędzie na stronie rządowej [eng]. Będziesz lepiej przygotowany do wizyty:

>>> Czy mogę wyemigrować do Kanady jako pracownik wykwalifikowany?<<<

Jeśli nie masz zielonego pojęcia, jak zacząć myślenie o Kanadzie, przeczytaj co napisała Monika na swoim blogu [pol]:

>>>Express Entry, czyli jak zamieszkać na stałe w Kanadzie<<<

albo Paweł na swojej stronie [pol]

>>>Szanse na wyjazd<<<


 

Nasza droga do PR_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_1

My, po sprawdzeniu, co i jak, wiedzieliśmy już, że aplikować będziemy przez program Canadian Experience Class.

Na czym polega Canadian Experience Class?

[Uwaga: to są wymogi ważne w momencie, kiedy my rozpoczęliśmy swoją aplikację, czerwiec 2016]

Żeby móc skorzystać z tej ścieżki emigracyjnej, pracownik mieć przepracować przynajmniej rok u pracodawcy kanadyjskiego. Nie jest konieczne, żeby to był rok przepracowany ciurkiem (wymagana jest suma  z trzech ostatnich lat). Nie musi to być ten sam pracodawca. Zawód musi być z określonej grupy NOC (o tym, co to jest przeczytasz w poście o pracy).

Zbieraj wszystkie dokumentu, emaile dotyczące pracy, pracodawcy, oferty. Na późniejszych etapach aplikacji o PR pojawiła się konieczność dostarczenia oferty pracy, którą Kuba dostał od pierwszego i drugiego kanadyjskiego pracodawcy.

Nie wiem, czy jest to ścieżka łatwiejsza niż pozostałe, czy szybciej dostaje się pobyt stały. U nas głównym aplikantem był  Kuba i to na jego ofercie pracy, doświadczeniu z Polski oraz znajomości języka oparliśmy system punktowy Express Entry.

Test językowy – IELTS

Zdecydowaliśmy, że tylko Kuba (jako główny aplikant) podejdzie do testu językowego. Dlaczego tak?

Podczas podliczania, czy mamy wymaganą ilość punktów, żeby zostać wylosowanymi, wyszło nam, że moje wyniki z egzaminu językowego nie są konieczne. Tak samo, jak ewalucja naszych dyplomów z uczelni.

Znamy przypadki, że test językowy zdawały dwie osoby z rodziny – właśnie po to, żeby mieć więcej punktów i większą szansę na otrzymanie zaproszenia do aplikowania.

Zdecydowaliśmy się na IELTS, General, bo ma większą rozpoznawalność i uznawalność poza Kanadą. Do celów emigracyjnych można również zdawać kanadyjski CELPIP.

Jest wiele ośrodków, gdzie można podejść do egzaminu językowego. My wyszukaliśmy w google, porównaliśmy ceny testów (nieznacznie się różniły, serio, sama byłam zdziwiona, myślałam, że jest to odgórnie ustalone), i koniec końców stanęło na British Council.

Cały test, część pisemna, słuchanie, czytanie i mówienie trwało kilka godzin. Nawet osoby, dla których angielski jest językiem ojczystym, radziły wcześniej zrobić przykładowy test.

Przydatne linki o IELTS: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 10

Informacje o wyniku egazminu przyszły po kilku dniach pocztą oraz emailem.

Jeśli brakuje Ci jakiś punktów do Epress Entry, to właśnie wynik egzaminu językowego może to zmienić. Bo Express Entry ma 4 kluczowe wskaźniki: wiek (tego raczej nie zmienisz, a właściwie tylko pogorszysz), wykształcenie, doświadczenie zawodowe i znajomość angielskiego/francuskiego. Zmieniając któryś z tych wskaźników, możesz podnieść swoją sumę punktów w systemie.

Ponieważ my mieliśmy wystarczająco dużo, nie wystąpiliśmy do WES po  Educational Credential Assessment (ECA), czyli uznanie naszych polskich dyplomów. Ale jeśli punktów ci zabraknie, to sprawdź, czy ewaluacja twojego wykształcenia coś zmieni.

Jak dostaliśmy pobyt stały w Kanadzie_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_3

Tworzenie profilu w Express Entry

Do tego momentu nie wiedzieliśmy, jakie dokumenty będą nam potrzebne, więc żadnych nie przygotowywaliśmy. Z lenistwa trochę też. Och zemści się to, zemści później…

Nie jest to najlepsze rozwiązanie, więc nie idź tą drogą! 😀 Bo później ma się tylko określony czas na dostarczenie dokumentów (90 dni). Jak się da, warto przygotować je sobie wcześniej. Ale znowu nie wszystkie da się mieć wcześniej, bo tracą ważność np. po upływie roku.

Możesz wcześniej (ale nie za wcześnie) wystąpić o zaświadczenia o niekaralności z krajów, gdzie byłeś 6 miesięcy i dłużej. Na niektóre z dokumentów czeka się dłużej (wyobrażasz to sobie? – prosisz o coś FBI?!), a czas na ich dostarczenie niepokojąco się kurczy.

Nie będę się rozpisywała, jakie są po kolei kroki w wpisywaniu informacji, bo system sam podpowiada dość wyraźnie, co i jak masz teraz wpisać czy dołączyć. A jak są wątpliwość, to pytaj w internecie.

Już po wpisaniu wszystkich informacji osobistych do Express Entry (a trochę ich jest), pojawiło się info o punktach przyznanych za każdy z elementów składowych. U nas było ich około 800 (sama oferta pracy z LMIA dawała 600 punktów, do listopada 2016).

W czerwcu 2016  ITA (Invitation to Apply, zaproszenie do składania wniosku o pobyt stały) przyznawane były od około 500 punktów.

Wiedzieliśmy więc od początku, że powinniśmy dostać zaproszenie (które oczywiście wcale nie gwarantuje, że urzędnik pozytywnie rozpatrzy naszą późniejszą aplikację o pobyt stały).

Czas leci, czas leci jak szalony

W teorii większość aplikacji złożonych przez Express Entry powinna być rozpatrzona do 6 miesięcy. W praktyce, dolicz jeszcze te dwa-trzy miesiące potrzebne na zebranie papierów, zanim prześlesz kompletną aplikację.

Po tygodniu od założenia profilu odbyło się losowanie i 29. czerwca przyszła automatyczna wiadomość, że zostało nam przyznane zaproszenie i mamy kilkadziesiąt dni na uzupełnienie dokumentów, skompletowanie papierów i przesłanie wszystkiego elektronicznie. Tik-tak, zaczęło się odliczanie.

Główny aplikant to Kuba i to od niego wymagana była większość dokumentów. Na szczęście Kuba nigdzie nie mieszkał poza Polską dłużej niż 6 miesięcy, więc odpadło nam uzyskiwanie zaświadczenia o niekaralności dla niego z różnych ciekawych krajów.

Ja z kolei, 30. czerwca spotkałam się spotkanie z konsulem honorowym Węgier, celem autoryzacji mojego podpisu. Musiałam wystąpić do urzędu w Budapeszcie o wydanie mi zaświadczenia o niekaralności.

Dlaczego? Dlatego, że studiowałam na Węgrzech przez półtora roku. I żeby dostać taki papier, będąc w Vancouver, musiałam poprosić o pośrednictwo konsula, a potem ambasadę Węgier w Ottawie. Papier zdobyłam, nadałam kurierem (bo akurat Canada Post zapowiedziała na ten czas strajk). W tym miejscu chcę serdecznie podziękować bratankom- Węgrom, bo konsul nie wziął ode mnie pieniędzy za podpis notarialny, a kazał iść do domu i kibicować polskim piłkarzom (akurat w czerwcu/lipcu 2016 jakieś zawody były).

I teraz już widzisz, dlaczego warto zadbać przynajmniej o niektóre dokumenty wcześniej? (Ale znów nie za wcześnie, bo niektóre mają termin ważności, i muszą być aktualne w trakcie przyznawania statusu stałego rezydenta).

Zaświadczenia o niekaralności były wymagane od nas, dorosłych.

Dołączyliśmy zaświadczenia z Polski (wydane nam w Warszawie od ręki, ale można również elektronicznie je uzyskać), oraz węgierskie dla mnie. Nie musieliśmy załączać zaświadczenia o niekaralności z Kanady. Przy polskim zaświadczeniu mieliśmy zagwozdkę, czy dodać gdzieś info, do czego to potrzebujemy ten papier. W końcu dopisaliśmy już na dokumencie: do wizy stałego pobytu w Kanadzie, i tak nam przetłumaczyła tłumaczka.

Cała rodzina musiała stadnie udać się na badania lekarskie, ale nie do pierwszego lepszego lekarza, czy nawet lekarza rodzinnego, o nie.

Trzeba umówić wizytę u lekarza uprawnionego do wykonywania badań do celów imigracyjnych (panel physician). I sporo za to zapłacić. Data badania też nie może być przypadkowa – są one ważne przez 12 miesięcy i muszą być ważne w momencie, kiedy fizycznie stawisz się na granicy po uruchomienie stałego pobytu. Dlatego najlepiej wykonać je, jak już otrzymasz ITA. U lekarza pobrano nam krew, zrobiono prześwietlenie klatki piersowej, badanie moczu i oczu, oraz ogólnie wywiad.

Przy rejestracji potrzebny był paszport, ale same wyniki badań zostały przesłane bezpośrednio do urzędu imigracyjnego. Kilka miesięcy później dostaliśmy informacje w emailu, że zaliczyliśmy te badania. Wydrukowane kartki od lekarza (w zamkniętej kopercie), na których zresztą niewiele było napisane, zabraliśmy ze sobą na granicę, kiedy aktywowaliśmy status Permanent Resident. Może o nie zapytać oficer imigracyjny, więc ich nie zgub przez te kilka miesięcy czekania.

Tłumaczenia wszystkich potrzebnych dokumentów na angielski zrobiliśmy w Warszawie – znowu skorzystaliśmy z opcji: tanio i blisko, na Woli.

Najwięcej zachodu przysporzyło nam zdobycie  wszystkich zaświadczeń od  wszystkich naszych pracodawców.

Zdecydowaliśmy się poprosić o te zaświadczenia wszystkich pracodawców, choć czytaliśmy też rady, żeby nie wszystkich wymieniać. Zwłaszcza tych, u których się pracowało za czasów dinozaurów 😉 Canadian Experience Class wymagało udowodnienia jedynie roku pracy u kanadyjskiego pracodawcy. Ale jeśli dostaniesz punkty za doświadczenie zawodowe, musisz je udowodnić dokumentami.

I oczywiście z pracodawcami z Polski mieliśmy najwięcej problemów. Dobra zmiana w TVP. Nie pracuje tam już nikt, kto przed dziesięciu laty znał Kubę. Odbyło się wielkie poszukiwanie po mediach społecznościowych kogoś, kto znał kogoś, kto znał kogoś. A na końcu ten ktoś niestety nie mógł swoim nazwiskiem poświadczyć faktu zatrudnienia Kuby. Jedyne, co dostaliśmy to wyciągi z księgowości, pokazujące przelew pensji na konto. I zero informacji o tym, za co, w jakim wymiarze, na jakim stanowisku. Wszystko to opisaliśmy w liście dodatkowym (letter of explanation) dołączonym do dokumentów w naszym profilu Expres Entry.

Letter of Explanation to zresztą twój przyjaciel – możesz go wykorzystać do wyjaśnienia wszystkich kwestii niejasnych w dokumentach.

Dla przykładu: CIC chciał ode mnie dokumentu potwierdzającego zmianę nazwiska. Bo przecież przed ślubem byłam Ignatowicz, a po ślubie Jeziorska. Konia z rzędem temu, kto taki dokument wydaje 😉 Ja dołączyłam akt małżeński oraz właśnie letter of explanation, gdzie napisałam coś w stylu: w Polsce zwyczajowo kobieta przyjmuje nazwisko męża po ślubie i wiele z tych nazwisk ma formę żeńską i męską.  I przeszło.

Załączyliśmy również proof of funds, czyli wyciąg z konta.

Teoretycznie nie jest to potrzebne, jeśli masz pracę na cały etat i na czas nieokreślony oraz jesteś już w Kanadzie. W praktyce dostaliśmy od ręki taki papier w TD Canada, więc czemu nie dodać?

Jak zorganizować tę górę dokumentów?

Jednym z czynników, które przemawiają za tym, aby skorzystać z usług doradcy, jest konieczność zajęcia się całą papierkologią.

Bardzo dużo wypełniania online, załączania pdfów w jednym pliku, odhaczania, co jeszcze zostało do zrobienia, pilnowania terminów.

My zrobiliśmy to sami i piszę te słowa już jako stały rezydent, ale jak najbardziej rozumiem potrzebę wynajęcia kogoś do pomocy.

Jak my się zroganizowaliśmy? Papiery spływały z różnych źródeł, my większość dostawaliśmy jako skany. Wszystkie zaświadczenia od pracodawców z Polski dostaliśmy jako skany (oryginały papierowe czasami nam wysyłali na adres polski, ale nikt w Kanadzie nie kazał nam ich przedstawiać, wystarczyły te skany)

Trello plus Google Calendar plus Google Drive

Jest taki program- aplikacja do zarządzania notatkami, Trello. Wersja podstawowa bezpłatna. To rodzaj tablicy, na której przypinasz informacje, notatki, luźne myśli. W naszym przypadku było to wszystko, ale to wszystko, o Permanent Residency. Screeny ze strony Immigration Canada, linki, daty, komentarze.

Do kart na tablicy możesz dołączyć dokumenty, pliki, zdjęcia, a wszystko to zsynchronizować z kalendarzem.

Stworzyliśmy jedną tablicę Trello, którą mogliśmy wspólnie edytować. Trello można zintegrować z kalendarzem Google, skąd otrzymywaliśmy powiadomienia o nadchodzących terminach.

Zerknij, jak to wyglądało.

Jak dostaliśmy pobyt stały w Kanadzie_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady
Tablica współdzielona Trello

Aby wszystkie dokumenty zeskanowane przechowywać w jednym miejscu i mieć do nich dostęp, użyliśmy dysku w chmurze czyli Google Drive.

Na zdjęciu zobaczysz nasz system folderów. Również do nich mieliśmy dostęp ze wszystkich urządzeń i naszej poczty emailowej.

Jak dostaliśmy pobyt stały w Kanadzie_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_4
Foldery na Google Drive

Ok, dobrnęliśmy do prawie końca.

Aplikacja się procesowała, a my czekaliśmy

Co jakiś czas przychodził automatyczny email, który pokazywał status aplikacji. W pewnym momencie poproszono nas o wpłatę, co do której byliśmy przekonani, że już ją uiściliśmy. Zatem niefrasobliwie napisaliśmy, że ale halo, macie błąd w papierach! Okazało się po dwóch dniach, że zapłaciliśmy, ale za coś innego (opłata za procesowanie aplikacji dla naszej czwórki: 1400 CAD), a nie opłatę za PR (980 CAD). Lekkie przerażenie w oczach, że teraz to już na pewno nas odrzucą, ale nie, dopuścili email wyjaśniający i potwierdzenie przelewu. Więc nie takie straszne CIC, jak je malują 😉 Tam też pracują ludzie.

W ostatnim tygodniu stycznia 2017 dostaliśmy informację, że aplikacja została przeprocesowana. Done.

Na granicy ze Stanami, czyli fizyczny landing

Tydzień po tym, jak dostaliśmy CoPR czyli dokument Confirmation of Permanent Residency, pojechaliśmy na granicę ze Stanami. Nie musisz jechać na granicę, możesz umówić się w biurze CIC w Vancouver i tak zrobić tzw. landing.

Być może spotkasz się z terminem: flagpole, czyli akcją, że nie musisz wjeżdżać do USA, tylko zostać zawróconym z granicy (dostać odmowę wjazdu do USA) i wrócić do Kanady. Nie wjeżdżając do USA, robisz właśnie taki objazd słupa z flagą (choć oczywiście nie jest to tylko objazd, musisz z samochodu wysiąść, przynajmniej w tym punkcie granicznym, gdzie my się stawiliśmy). W internecie przeczytasz, że flagpole to najprostsza metoda przekroczenia granicy, aby wrócić do Kanady jako stały rezydent. Podobno nie potrzeba mieć wtedy wizy turystycznej do USA, bo skoro i tak celnik odmawia ci wjazdu, to po co wiza? Pojawiają się jednak opinie, że odmowa wjazdu do Stanów może zaważyć na twoich następnych próbach wjechania do USA. Musisz sam zdecydować, jak chcesz to rozwiązać. Być może wizyta w biurze CIC w twoim mieście wystarczy?

My mamy wizy do Stanów, już raz wjechaliśmy do tego kraju, żeby podczas powrotu otrzymać nowy Work Permit.

Dlatego 11 lutego 2017 wyruszyliśmy na granice z USA, do Peace Arch.

I to był błąd.

Bo 11 lutego to była sobota tuż przed Family Day, kiedy setki mieszkańców B.C. wyruszyło poza miasto, także do południowych sąsiadów. Sznur samochodów do granicy skutecznie nas otrzeźwił i zmusił do podjęcia decyzji: zostawiamy auto, idziemy pieszo.

Samochód zostawiliśmy na darmowym parkingu tuż przy budynku kanadyjskiego urzędu imigracyjnego. Mijamy więc najpierw celników kanadyjskich, którzy oczywiście hałdujudu i co my tutaj robimy? Odpowiadamy, że musimy zrobić landing for PR, ale samochodów tyle, że idziemy pieszo. Celnik macha ręką w stronę majaczącego w oddali budynku amerykańskiego urzędu imigracyjnego, że mamy iść tam i dostać papier, że weszliśmy do USA (albo, że nie weszliśmy do USA, ale przynajmniej wyszliśmy z Kanady, o matko bosko i córko!).

Idziemy, dobrze, że słońce świeci, ale jest zimno i trawa jest mokra. Chodnik kończy się przy fladze amerykańskiej, w USA to już na chodnik nie starczyło? [żart]

Wchodzimy do budynku amerykańskiego urzędu, a tam tłok większy niż na arabskim bazarze. Ja już się ustawiam w kolejkę, która wije się z wszystkich możliwych stron, ale Kuba puka się w głowę i zarządza: zawracamy.

Oczywiście wracamy przez trawnik (ziemia niczyja?), bez żadnych dokumentów od urzędnika USA. Nikt nas nie zatrzymuje, nikogo nie interesuje, czego my tak sobie spacerujemy pomiędzy Kanadą a USA. Zasieki niby są, celnicy nas mijają, ale nikt o nic nie pyta. Dochodzimy do budynku kanadyjskiego i już sobie układam w głowie, co powiem, jak mnie jednak zapytają, dlaczego wchodzę do Kanady [hehehe].

Kanadyjska urzędniczka pyta, to zgodnie z prawdą odpowiadamy, że próbowaliśmy wejść do Stanów, żeby dostać odmowę wejścia do Stanów, żeby móc wejść do Kanady. [uwielbiam to zdanie, serio, chyba je sobie na jakimś plakacie wydrukuję!]

Ale nam się nie udało (nie)wejść do Stanów, bo ludzi za dużo. Dlatego przepraszamy ale na dziś wystarczy, kiedy indziej przyjedziemy zrobić landing.

Brzmi surrealistycznie i pewnie tak jest, bo celniczka patrzy na nas, później na sznur samochodów, coś tam pisze i mówi: idźcie do okienka B, zróbcie landing, widziałam Was, jak przez trawnik szliście z USA (sic!).

Dalej to już nuda, zero kolejek przed kanadyjskim celnikiem, kilka pytań, kilka zapewnień (także takich, że karty stałego obywatela czyli PR Cards mogą przyjść nawet po 4 miesiącach. To dość istotne, bo bez takiej karty nie możemy wrócić do Kanady, eh).

To również ten czas, kiedy deklarujesz majątek, jaki wwozisz do Kanady. Żeby ci potem nie naliczyli podatku czy cła. Ważne, jeśli np. przyjeżdżasz wyładowanym po brzegi autem i robisz landing. Cały nasz kanadyjski majątek ruchomy to mały miki, więc nie było co deklarować.

I jeszcze na granicy były proporczyki kanadyjskie dla chłopaków i Welcome to Canada. Oraz: nie zgubcie kartki, bo od teraz liczy się wasza rezydentura w Kanadzie, potrzebna do obywatelstwa.

Ale to jeszcze minimum 4 lata.

Uff.

PS. Karty plastikowe przyszły po trochę ponad miesiącu.

Jak dostaliśmy pobyt stały w Kanadzie_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_2

Podsumowanie

Mieliśmy całą górę przygody: Po drodze były zagubione i zawrócone dokumenty, wystąpienie do MSP o zwrot kosztów badania imigracyjnego, zastanawianie się, czy na zaświadczeniu o niekaralności powinno być napisane, że jest do wizy, czy że nie powinno?

A i tak nie przewidzieliśmy wszystkiego, bo i wszystkiego nie da się przewidzieć! Przyjęliśmy taktykę: według naszej najlepszej wiedzy jest tak…. i po prostu liczyliśmy, że jak będą pytania (np. o tę nieszczęsną współpracę z Telewizją Polską), to urzędnik się do nas zwróci.

Nic takiego nie nastąpiło. Jest więc duża szansa, że u ciebie będzie podobnie. Może potrwa to dłużej, może będzie wymagać więcej wysiłku, ale jeśli chcesz zostać stałym rezydentem Kanady, to pewnie się uda! Tego ci życzymy!


Koszty  dla naszej rodziny tak wyglądały (możliwe, że jakieś drobne gotówkowe opłaty nam wyleciały z głowy):

  • Aplikacja PR 1400.00 CAD
  • Oplata PR: 980.00 CAD
  • Badania medyczne 630.00 CAD (część udało nam się odzyskać z ubezpieczenia dodatkowego)
  • Zdjecia 20.90 CAD
  • Koperty 20.00 CAD
  • Kurier 80 CAD
  • Zaświadczenie o niekaralności z Węgier 70 CAD
  • Egzamin IELTS 295.00 CAD
  • Zaświadczenie o niekaralności z Polski po około 30 zł
  • Tłumaczenia przysięgłe na angielski za stronę 12 zł (sporo stron nam wyszło, pewnie około 50)

To tyle.

Jeśli masz jakieś pytania o proces, daj znać w komentarzu.

Powodzenia i do zobaczenia w Kanadzie!


Ten artykuł ma ponad 4 tysiące słów. Sporo nad nim pracowałam.

Jeśli ci się spodobał, będzie mi miło, jeśli się nim podzielisz.



 

Poza Vancouver. Jednodniowa wycieczka do Victorii, stolicy B.C.

W Victorii świeciło słońce i było miło. Jak to się mówi: fine.

Coś ostatnio mało zdjęć jest na blogu. Nie żebym się czuła odpowiedzialna (no może troszkę), raczej winię pogodę.

Wstręciucha – deszczowa pogoda, nie pozwoliła na zrealizowanie bardzo wielu wycieczkowych planów.

Wyobraź sobie, że płacisz 5 tysięcy za wycieczkę zagraniczną, a tam pada cały czas. No właśnie!Dobrze, że dla rodziców to był drugi pobyt w Kanadzie, mogli sobie odpuścić wiele zwiedzania bez większego żalu. Ale co tu kryć, lekki żal był, że spacery mikre, że deszcz w kółko, że gór nie widać.

Jeśli były zdjęcia, to mokre. Przykład z FB podaję poniżej.

Żeby nie było tak całkiem niefajnie, że deszcz i wiecie, mokro ogólnie, podrzucam kilka zdjęć lutowo-marcowych. Góry,…

Opublikowany przez Kanada się nada 3 kwietnia 2017

Na szczęście jedna niedziela była słoneczna, jedna taka, z trzech tygodni wizyty. Jak tylko prognoza pokazała, że się da, wyruszyliśmy samochodem w szóstkę poza Vancouver.

Tam słońce było! Fajna okazała się ta nasza jednodniowa wycieczka do Victorii, stolicy B.C.

Victoria nam się spodobała, serio.  Jednak chyba za wiele się nasłuchaliśmy achów i ochów o tym mieście, by tym naszym wyśróbowanym wymaganiom biedna stolica Kolumbii Brytyjskiej mogła sprostać.

PS. Czy we wszystkich prowincjach jest tak, że największe miasto regionu NIE jest stolicą? Paweł, jak jest w Manitobie?

Victoria jest ładna. Tyle, ile mogliśmy w jeden dzień zobaczyć. Zresztą wydaje mi się, że dwa dni na stolicę to sporo, zwłaszcza jak masz tydzień na całą B.C. W jeden dzień ogarniesz najważniejsze.

Ale zacznę od początku.

Na początku jest prom. W tym roku pierwszy raz płynęliśmy kanadyjskimi promami, to trochę o nich napiszę.

Brzmi ciekawie? Ha, nie da się ukryć, że jest to atrakcja. Jak jest pogoda i można się pogapić zza burty. Ale jak nie ma pogody, to masz poczucie, że te 120 CAD za samochód i 6 ludzi w jedną stronę, to jednak spory wydatek.

BC Ferries są drogie. Z Vancouver wypływają z dwóch portów: na południu z Tsawwassen i z Horseshoe Bay na w Wschodnim Vancouver na North Shore. Jak płynęliśmy do Nanaimo (żeby na nartach pojeździć), to startowaliśmy z Horseshoe Bay, jak do Victorii, to z Tsawassen.

Procedury są takie same: podjeżdżasz samochodem do okienka, uiszczasz opłatę, wjedżasz na prom, zostawiasz samochód. Potem możesz zostać w aucie i spać, albo wyjść na pokład, posiedzieć.

Dla dzieci jest kącik, są też stanowiska do pracy, z gniazdkiem. Na promie jest co robić, a zawsze i tak najtłoczniej jest w restauracji  – chyba podróż tak wpływa na ludzi ;).

Zjeść możesz jeszcze zanim wjedziesz na prom , bo samochody czekają w długiej kolejce. Można wysiąść z auta, łazienkę zaliczyć, albo plac zabaw (wiadomo!) i w sklepikach pobuszować. Trochę jak na lotnisku.

Nie bój się, zawołają, jak trzeba będzie wracać do samochodów.

A, jeszcze jedno – jak wybierasz się we popularne turystyczne dni, to warto wcześniej zrobić rezerwację. Niestety mówi ona jasno, że i tak musisz pojawić się najpóźniej godzinę przed startem, żeby rezerwacja była honorowana. Kosztuje 18 CAD w jedną stronę.

Raz przyjechaliśmy 15 minut przed odpłynięciem i niestety nie wjechaliśmy już na prom. Mimo kupionego biletu. Ale nie mieliśmy rezerwacji.

Victoria 2017_prom_Kanada się nada blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_1

Victoria 2017_prom_Kanada się nada blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_2

Obie przystanie promowe są osiągalne także dla ludzi bez samochodu!

Dojeżdżają autobusy miejskie, więc jak nie masz auta, też skorzystasz. W dodatku, jak masz samochód, a chcesz co nieco zaoszczędzić, możesz samochód zostawić na parkingu i wsiąść na prom jako pieszy pasażer. Jeszcze nie sprawdzaliśmy, jak to działa, ale jak będziemy płynąć na Bowen Island, to pewnie tak zrobimy.

Połowa posta, a o Victorii dopiero zaczynam pisać.

Wjechaliśmy w rogatki miasta i pierwsze zdziwko, co tutaj tyle hoteli. Sporo większych i mniejszych. Dla zamożnych turystów i dla tych z chudszym portfelem.

My spać nie zamierzaliśmy, więc tylko ruszyliśmy w kierunku centrum. Nie nastawialiśmy się na mocne zwiedzanie. Nasze chłopaki i tak z zabytków najbardziej lubią oglądać Lego Store 😉 Nie jeździliśmy również na rowerze po Victorii, ale widać, że jest to bardzo dobry sposób na jej zwiedzanie. Sporo rowerzystów, w różnym wieku.

My chcieliśmy przede wszystkim zobaczyć, czym Victoria różni się od innych kanadyjskich miast. I zobaczyliśmy. To właśnie ta inność, obecność dużej ilości historycznych budynków, klimat z lekka europejski sprawia, że Victoria nam się spodobała. Chociaż wygląda na senne miasteczko, to jednak jest to miasteczko inne niż Vancouver, Seattle czy New York City (te amerykańskie miasta znamy, fakt nie za dobrze, ale wydają się nam dość podobne do siebie, takie wiecie, na jedno kopyto.) A Victoria jest inna. Myślę, że Monteal i Quebeck też nas zachwycą swoim klimatem, jak już kiedyś tam zawitamy.

Było zwiedzanie zza szyby samochodu oraz spacerowanie po ulicach w sąsiedztwie Parlamentu (zamknięty do zwiedzania w weekend).

Victoria 2017_Parlament_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_2

Victoria 2017_Parlament_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_1

 

Przeszliśmy się też słynną wąziutką uliczką w najstarszym kanadyjskim Chinatown. Nie mam za dużo doświadczenia z chińskimi dzielnicami. Ta w Vancouver, choć odwiedzona przez nas zaraz na początku pobytu, nie doczekała się nawet wzmianki na blogu (ani zdjęcia w pierwszym blogowym poście). Nie podpasowało nam.

Ale Chinatown w Victorii to całkiem przyjemnie miejsce. Nawet z lekka romantyczne. (No dobra, przesadzam trochę, ale na spacer jak najbardziej polecam)Victoria Chinatown 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady

 Victoria Chinatown 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_brama do Chinatown

Spacerowaliśmy po uroczej wiosce pływających domków Fisherman’s Wharfs. Chłopakom się bardzo podobało bo te domki są niewiele większe od pudełka z zapałkami. I w dodatku na wodzie! Przyglądając się niektórym ciężko było nie kwestionować gustu ich właścicieli, no ale o gustach się nie dyskutuje. Podobno 😉

Victoria- Fisherman 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_1

Victoria-Fisherman-2017_Kanada-się-nada_blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady_6

Victoria- Fisherman 2017_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady_2

A na koniec zjedliśmy szeroko sławione fish and chips (smażony kawałek ryby plus frytki plus mini sałatka), które smakowało tak samo jak popularne (GO Fish) and chips w False Creek w Vancouver, do którego kiedyś staliśmy ponad 40 minut w kolejce (ja mam niepotwierdzone przekonanie, że wszystkie fish and chips smakują tak samo, nieważne jak sławne by były!)

Kilka godzin w słonecznym, spokojnym mieście dobrze nam zrobiło. Victoria to dobre miejsce na jednodniowy getaway (wycieczka za miasto, dosł. ucieczka ;))


Chętnie poczytamy inne pomysły na jednodniowe wycieczki poza miasto. A jeśli byliście w Victorii, napiszcie, co jeszcze zobaczyć!


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Reisefieber czyli Homo-Emigrantus. Paulina z FromNature.ca wpada w gości

Historia emigracyjna Pauliny, która od 5lat mieszka w Kanadzie i poleca świetne kosmetyki na FromNature.ca. Optymistycznie 🙂

No i proszę, Kanada się nada ma gości! Tadadam 🙂 Paulina jest od 5 lat w Kanadzie i chociaż pisze, że pisać nie lubi, nie daj się nabrać! Prawie 2000 słów o kanadyjskich początkach czeka poniżej.

Będzie optymistycznie i realistycznie!

Cześć, nazywam się Paulina i generalnie nie lubię pisać o sobie, ale Kasi się przecież nie odmawia [No ja myślę! przyp.Kasia], więc dorwij coś do picia, usiądź wygodnie i przygotuj się na emigracyjną historię.

W lipcu minie 5 lat od naszego przyjazdu do Vancouver – mojego i męża, bo była to nasza wspólna decyzja. Żadnego ubolewania, jak ten czas szybko leci. Wydarzyło się naprawdę sporo.

Zacznijmy jednak od początku. Od momentu, kiedy podjęliśmy decyzję o emigracji.


 

Nowa Zelandia taka piękna, Polski Złoty taki tani…

Gdzieś w okolicy drugiego roku studiów, zaraz po powrocie z pierwszego wyjazdu zarobkowego do Wielkiej Brytanii, stwierdziłam, że siła nabywcza polskiego złotego absolutnie mnie nie satysfakcjonuje i chcę zamieszkać w innej części świata. Najlepiej tam, gdzie jest wyjątkowo pięknie i mówi się po angielsku.

Pomysł na Nową Zelandię pojawił się po zobaczeniu prelekcji podróżniczej. Europa w miniaturze, Władca Pierścieni – te klimaty. Gerard, wtedy jeszcze „niemąż”, przystał od razu na ten niespodziewany pomysł. I tak zaczęliśmy przygotowania do wyjazdu, czyli kończenie studiów, praca na cały etat w celu uzbierania oszczędności na wizę, bilety oraz start w nowym, dalekim kraju.

Po jakiś trzech latach nieśpiesznych przygotowań, kiedy znajomi już dawno przestali pukać się w głowę, stwierdziliśmy, że w końcu trzeba ruszyć sprawę. No, ale ta Nowa Zelandia tak daleko… Koniec świata, dwadzieścia cztery godziny lotu. Jak lecisz dalej, to praktycznie wracasz.

Wtedy okazało się, że będzie znacznie łatwiej i bliżej wyjechać do Kanady. Pewnie w głowie rodzi Ci się pytanie, a dlaczego nie Europa? Jak to mówią, jak kochać to księcia, jak kraść to miliony, czyli po tutejszemu Dream big. Nie będę Cię tu oszukiwać. Świeżynki po studiach sobie coś ubzdurały, żeby poczuć się obywatelami świata i zabłysnąć planami na życie na imprezach towarzyskich.

Wpis goscinny Palina FromNature.caKanada się nada_blog o polskiej rodzinie z Vancouver i emigracji do Kanady_zdjęcie 3Operacja „Emigrant”

Fajnie jest rzucić wszystko i wyjechać w cholerę, ale my chcieliśmy emigrować z myślą o pozostaniu na stałe, więc wszystko miało być na legalu. Porządnie przemyślane, bez żadnych niefajnych niespodzianek na obcej ziemi, ewentualnego „misia” w paszporcie i powrotu z płaczem.

Zaczęliśmy od udziału w sesji otwartej w Ambasadzie Kanadyjskiej w Warszawie, gdzie jeden z pracowników podpowiedział nam, żeby aplikować na jednoroczną Working Holiday Visa [szukaj pod: International Experience Canada, przyp. Kasia]. Następnie należałoby złożyć dokumenty o pobyt stały będąc już na terenie Kanady. Tak było we wrześniu 2011, więc pewnie sporo się zmieniło w prawie wizowym od tamtego czasu. Wizy otrzymaliśmy w okolicach maja 2012, po jakiś 3 tygodniach od złożenia wniosku.[Teraz, aby dostać zaproszenie do aplikowania IEC, trzeba zostać wylosowanym, tylu jest chętnych z Polski, przyp. Kasia]

W trakcie przygotowań znaleźliśmy polską firmę (Perfect), która w tamtym okresie pomagała w organizacji wyjazdu – złożenie wniosku wizowego, pierwsze zakwaterowanie, szukanie pracy „na przetrwanie”, rozeznanie na miejscu. Tutaj musisz wiedzieć, że jechaliśmy w ciemno. Żadne z nas nie było wcześniej w Kanadzie. W kraju klonowego liścia nie mieliśmy żadnej rodziny czy znajomych. Wybraliśmy Vancouver, bo… spodobały się nam się zdjęcia lotnicze miasta.

Minimalizm emigracyjny

Przez ostatnie tygodnie przed odlotem pozbyliśmy się wszystkiego, co wymuszałoby dodatkową logistykę oraz koszty transportu. Samochód, książki, meble, cały nasz polski dobytek. Zostały dwie walizki z rzeczami na wyjazd i pudło ubrań zimowych do późniejszego wysłania. Wieczór przed wyjazdem jeszcze na siłę upychałam szafkę łazienkową przyjaciółce, bo się nie udało się jej sprzedać.

Nigdy wcześniej nie czułam się tak wolna, a wręcz upojona tą wolnością i perspektywą nowego startu. Carte Blanche i Tabula Rasa w jednym. Na pewno było nam o wiele łatwiej, ze względu na fakt, że w tamtym czasie mieszkaliśmy w wynajmowanym mieszkaniu. Żadne z nas nie posiadało rodzinnych memorabilii. Lista przyjaciół i członków bliskiej rodziny nie była zbyt rozległa. Ograniczony bagaż pamiątkowy i emocjonalny.

Od momentu zakupu biletów nastawiliśmy się, że nie będzie łatwo i że pierwszy rok, dwa lata, to przysłowiowe „zęby w ścianę”. Założyliśmy, że zaczynanie życia od nowa na obcym kontynencie to pewnego rodzaju obóz przetrwania. Brak wygórowanych oczekiwań oraz gotowość na to, że będzie ciężko, bardzo nam pomogły w pierwszym miesiącach, a wręcz przyniosły wiele miłych zaskoczeń. Z drugiej strony nie mieliśmy absolutnie nic do stracenia, oprócz kilkuletnich oszczędności.Wpis goscinny Palina FromNature.caKanada się nada_blog o polskiej rodzinie z Vancouver i emigracji do Kanady_zdjęcie 1

Najgorszy wróg Polaka

Najgorszym wrogiem Polaka za granicą jest oczywiście inny Polak i w ogóle bez kija nawet nie podchodź. Ulubiona legenda miejska polskich ludzi na emigracji. Prawda jest taka, że „ludzie krwiopijcy” zdarzają się w każdej kulturze, niezależnie od pochodzenia. Nam najbardziej pomogli właśnie Polacy, więc absolutnie nie podpisujemy się pod tą tezą.

Krótko przed wyjazdem okazało się, że dawny pracowy kolega  szefa Gerarda mieszka w Vancouver i po kilku rozmowach na Skype zgodził się nie tylko odebrać nas z lotniska, ale również przenocować przez pierwsze trzy dni. Uchroniło nas to od korzystania z wieloosobowego hostelu studenckiego, zapewnionego przez polskiego organizatora.

A teraz przygotuj się na prawdziwa historię-totolotek. Dokładnie 2 tygodnie przed naszym odlotem do okienka w urzędzie, gdzie pracuje moja teściowa, zgłosiła się para z prośba o pomoc z dokumentami. Mieli zabukowany wylot za kilka dni, więc sprawa była pilna. Mojej teściowej szybko udało się rozwiązać ich problem. Fajna z niej babka i lubi pomagać ludziom – takie przeciwieństwo typowej Pani Halinki z dziekanatu. Polskim zwyczajem chcieli zaoferować jakąś tam bombonierkę, ale jej absolutnie nie wolno przyjmować prezentów, więc odmówiła. Grzecznościowo wręczyli jej swoją wizytówkę, z pożegnalnym zaproszeniem do odwiedzin, jeśli kiedykolwiek będzie …w Vancouver.

Ze wszystkich okienek w urzędzie. Ze wszystkich miast na świecie tych troje ludzi trafiło właśnie na siebie, krótko przed naszym przyjazdem. Zaraz po przylocie dorwało mnie chyba jedno z najgorszych przeziębień i właśnie wtedy okazało się, że jeden z naszych polskich pomocników z polecenia teściowej jest lekarzem. Obca polska para nie tylko załatwiła mi leki, ale też pozwolila nam zostać w swoim domu, aż do momentu wyzdrowienia i odebrania kluczy do naszego wynajętego mieszkania. Do tej pory jesteśmy w kontakcie i spotykamy się regularnie.

To jeszcze nie koniec zaskakująco pozytywnych historii z polskimi tubylcami. W trakcie przeglądania ofert mieszkań do wynajęcia na Craiglist (kanadyjskim odpowiedniku Gumtree) natknęliśmy się na świetne ogłoszenie podpisane polskim, kobiecym imieniem. Okazało się, że jest to Polka, która właśnie się wyprowadza do Edmonton. To właśnie ona zarekomendowała nas do zarządcy budynku, co jest niezwykle ważne w tutejszym wyborze nowego najemcy. Dodatkowo odsprzedała nam sporą cześć swoich mebli i wyposażenia, praktycznie za bezcen. Przypominam, że przyjechaliśmy tylko z dwoma walizkami, więc rozwiązało nam to problem podstawowego umeblowania.

Co jest najciekawsze, wszyscy Ci ludzie pomogli nam, bo kiedyś ktoś też służył im pomocą na początku ich własnej emigracji. Takie „podaj dalej” w wersji emigracyjnej. Oczywiście w tych wszystkich okolicznościach było też sporo szczęścia, którego się absolutnie nie spodziewaliśmy.

Wpis goscinny Palina FromNature.caKanada się nada_blog o polskiej rodzinie z Vancouver i emigracji do Kanady_zdjęcie 2Fale mózgowe takie jakieś inne…

Po wprowadzce do wynajętego mieszkania od razu wzięliśmy się za szukanie pracy „na przetrwanie”. Polska firma, która pomogła z przylotem, zorganizowała nam tu na miejscu kurs z szukania pracy oraz przygotowywania do rozmowy kwalifikacyjnej według tutejszych standardów. Sezon letni okazał się idealny na przyjazd. Pracę udało się znaleźć nam obojgu w dwa tygodnie.

Mówimy tutaj o całych dniach spędzonych przeglądając Craiglist, oraz setkach wysłanych życiorysów oraz listów motywacyjnych. Żadne prace marzeń. Gastronomia i naprawianie komputerów, ale pozwoliły na wstępną stabilizację i przygotowanie do aplikowania o stały pobyt.

Po kilku latach nadal jestem pod wrażeniem tej naszej determinacji w ciągu tych kilku pierwszych tygodni. Ja, genetyczna pesymistka, która zawsze zaczyna od rozeznania, co tu się może spieprzyć, i codziennie na nowo musi się uczyć optymizmu, w tamtym czasie absolutnie odsunęłam myśli, że może się nie udać. Może to jest właśnie efekt postawienia życia na jedna kartę? Absolutne skupienie na działaniu pod presją czasu i pieniędzy.

Lista „do nieudania”

Nasz pierwszy gospodarz w Kanadzie, bardzo nam pomógł i dobrze nas ugościł, ale jednocześnie okazało się, że jest to bardzo nieszczęśliwy człowiek, który przywitał nas stwierdzeniem, że po co przyjechaliśmy, skoro i tak nie uda się nam zdobyć stałego pobytu, powrócić do zawodu, kupić mieszkania. W ogóle wszystko jest tu takie beznadziejne.

Spędziliśmy w jego domu trzy dni, ale w ciągu tego czasu nazbierała się nam spora lista rzeczy „do nieudania” i poczucie, że może rzeczywiście to był błąd z tą emigracją. Decyzja została już przecież podjęta więc trzeba było brnąc dalej. Przez kolejne trzy lata odhaczyliśmy z tej listy wszystko, odnośnie czego pan-narzekacz nie miał racji.

Udało nam się uzyskać stały pobyt w półtora roku. W ciągu dwóch lat wrócić do zawodu, a w kolejnym roku kupić mieszkanie i otworzyć własne firmy. Kontakt na szczęście urwał się zaraz po pamiętnej trzydniówce.Wpis goscinny Palina FromNature.caKanada się nada_blog o polskiej rodzinie z Vancouver i emigracji do Kanady_zdjęcie 3

Nie ma tu żadnych cudów. Kosztowało to w cholerę pracy, planowania i wyrzeczeń, ale też byciu ciągle aktywnym w szukaniu rozwiązań. Zahartowała nas polska biurokracja, więc ta tutejsza mimo, że nie bez wad wydaje się o wiele łatwiejsza.

Przez te 5 lat zrezygnowaliśmy z wakacji na rzecz wpłaty własnej na mieszkanie. Nie byliśmy do tej pory w Polsce, a nawet na dobra sprawę nie zwiedziliśmy Kanady, no może z wyjątkiem krótkich jednodniowych wycieczek. Planujemy dłuższy wyjazd dopiero w tym roku. Wierz mi, brak dłuższego odpoczynku nieźle daje po bani i zdrowiu, zwłaszcza takim ludziom kochającym podróże, tak jak my. Zmęczenie materiału odczuwamy dość często.


Na zakończenie mam dla Ciebie takim mały bonus, kilka rad pod hasłem „Co powiedziałabym sobie na początku emigracji ?”:

  1. Optymizm jest konieczny na emigracji (oczywiście nie tylko) i naprawdę niesamowicie pomaga – Mówię to ja, optymistka z przyuczenia, urodzony malkontent, który poślubił niepoprawnego optymistę, któremu prędzej czy później udaje się, to co zaplanował, choć początkowe okoliczności wskazywały na coś innego. Tak, optymizm, ale oczywiście podparty ciężką pracą i ciągłą nauką. Bycie na emigracji bardzo często wymaga dania z siebie 150%. Dodatkowa część etatu – zawód emigrant.
  2. Nie szukaj nowych przyjaciół na siłę i natychmiast – Tęsknota jest nieodzowną częścią emigrowania. Czujemy pustkę po ludziach, którzy zostali w kraju i już nie ma z nimi tak częstego kontaktu. Próbujemy tą wolna przestrzeń załatać jak najszybciej, na już, na teraz, zapominając, że przecież te przyjaźnie z Polski potrzebowały lat, żeby okazało się, że to jest to. Gdzieś mi się obiło o uszy, że potrzeba aż 7 lat, żeby zdefiniować czy znajomość to prostu znajomość czy już prawdziwa przyjaźń. Poza tym życie, jak to życie. Trochę robaczywek człowiek napotka na swojej drodze, zanim trafi na dobry owoc.
  3. Nie bądź dla siebie tak cholernie wymagający/a i krytyczny/a- przyjeżdżamy do nowego kraju z nadzieją na lepszą przyszłość, ale człowiek chce się jak najszybciej wykazać, no bo przecież chce, żeby było lepiej, żeby można było wrócić do zawodu, albo zdobyć nowy. Do tego dochodzi ten nasz polski perfekcjonizm, samokrytyka i zaczyna się jazda po sobie, jak po łysej kobyle, podparta brakiem odpoczynku i codziennym odnajdywaniem się w nowej kulturze. Depresja gotowa na zawołanie. Przystopuj trochę. Wydziel sobie czas na odpoczywanie, odkrywanie nowych miejsc. Doceń to wewnętrze dziecko, które zostało rzucone na cholernie głęboką wodę i praktycznie zaczyna wszystko od początku. Ten człowiek potrzebuje czasu i jeśli nie uzyska wsparcia od samego siebie, będzie mu bardzo ciężko budować nową rzeczywistość.

Gratuluję, przebrnięcia przez ten emigracyjny elaborat! Mam nadzieje, że chociaż trochę się przydał.

Czy żałuje emigracji? Nie. Żałuje zwlekania z emigracją. Czuję, że byłoby łatwiej, gdybyśmy zrobili to wcześniej.

napisała dla Was Paulina Pietrykiewicz:

Wpis goscinny Palina FromNature.caKanada się nada_blog o polskiej rodzinie z Vancouver i emigracji do Kanady_zdjęcie 3Z pochodzenia pół wrocławianka, pół kobieta ze wsi. Od 5 lat w Kanadzie. Obecnie mieszkanka kanadyjskiego, New Westminster na przedmieściach Vancouver. Na co dzień lubi karmić ludzi efektami swoich eksperymentów kulinarnych i zawodowo „reperuje” skóry w swoim sklepie FromNature.Ca

Jeśli masz jakieś pytania do Pauliny lub chcesz się z nią skontatować, daj znać w komentarzu!


PS. Chcesz się podzielić swoją historią? Zapraszamy serdecznie!