Jakieś takie lewe jest to moje polskie prawo jazdy w Kanadzie.

Taki jestem wielki pan, samochodem jeżdzę sam. Acha, chciałoby się…

To będzie post-wspomnienie o tym, jak robiliśmy prawo jazdy w Kanadzie. Takie trochę pojękiwania z drogi.

Rozpocznę z przytupem: No jakże to, hola hola, taki ze mnie świetny polski kierowca,  a w Kanadzie to pies z kulawą nogą się nie zainteresuje? Ano tak, niestety….

Ponieważ kupno samochodu nie było na naszej liście priorytetów, doświadczenie mamy w sumie dość krótkie. Ale bogate w emocje, więc nie omieszkam się podzielić swoim zdaniem, a co!

Cała ta sytuacja z prawem jazdy nie była nawet jakoś specjalnie nieprzyjemna, ale lekki niesmaczek pozostał. I coś na kształt zdziwienia. Że jak to, że serio jakieś lewe to moje polskie prawo jazdy?
Ale od początku:

Co zabrać z Polski, żeby zrobić kanadyjskie prawo jazdy?

Ja mam prawo jazdy od roku 1999, Kuba podobnie. W Warszawie mieliśmy samochód, używany często, aczkolwiek niecodziennie. Ja siadałam za kółkiem zdecydowanie rzadziej.

Postanowiliśmy jednak, że zawczasu przygotujemy sobie polskie dokumenty na wypadek, jakby nam się jednak odwidziało z samochodem i w Kanadzie będziemy użytkować intensywnie. Better save than sorry 😉

W tym celu udaliśmy się do naszego urzędu na Woli i wystąpiliśmy o międzynarodowe prawo jazdy (taka szara książeczka) dla każdego z nas oraz o zaświadczenie, że żadne z nas nie miało nigdy cofniętego/zabranego prawa jazdy (kartka formatu A4 z pieczątkami i podpisami urzędników; warto się upewnić, że są na niej dane wymagane na tej stronie). Nie czekaliśmy na to długo, jakoś do tygodnia.Te zaświadczenia (po jednej kartce na każdego z nas) daliśmy potem do przetłumaczenia naszej tłumaczce przysięgłej w Warszawie (koszt chyba 20 zł od strony).

Czyli lecąc do Kanady każde z nas miało po trzy dokumenty stwierdzające, że możemy kierować samochodem osobowym.

Jak traktuje się polskie prawo jazdy w Kanadzie?

[dane na rok 2017] Polskie prawo jazdy nie jest dokumentem pozwalającym na poruszanie się po drogach Kolumbii Brytyjskiej, jeśli pozostajesz w prowincji dłużej niż 90 dni.

Opcje są więc dwie: albo co 90 dni przekraczasz granicę kanadyjską (ze Stanami na przykład), żeby sobie odnowić możliwość jeżdżenia na dokumencie polskim, albo robisz kanadyjskie prawo jazdy. Nie ma to jak mieć wybór, co?

W dodatku obowiązek zdawania egzaminu na kanadyjskie prawo jazdy mimo posiadanego dokumentu z innego kraju nie dotyczy wszystkich obcokrajowców, bo na przykład Brytyjczycy nie muszą, Niemcy nie muszą, Amerykanie nie muszą [wszyscy szczęśliwcy są na tej liście]. Powiem szczerze, że lekko mną zatrzęsło, jak się dowiedziałam o tak jawnym podziale na równych i “równiejszych”

Wiem, że są Polacy (i nie tylko oni), którzy granicę przekraczają, żeby mieć od nowa te 90 dni.

Inni decydują się na kanadyjskie prawo jazdy. (To nasz przypadek. Na początek wybrany do zadania został Kuba)

Jest jedna niewątpliwa korzyść z posiadania kanadyjskiego prawa jazdy – podobnie jak w Stanach, driving licence jest uznawane tutaj za dokument tożsamości. Nigdy nie wiesz, w jakich okolicznościach może ci się przydać, no i łatwiej je ze sobą nosić niż paszport z wbitą wizą.

 

Egzamin na kanadyjskie prawo jazdy.

Najpierw test z przepisów, logiki zachowania na drodze i takie tam

[tak to wyglądało w 2015, a w 2017, kiedy ja zdawałam wyglądało… tak samo ;)]

Ponieważ Kuba jeździł w Polsce autem dłużej niż dwa lata, nie musiał brać udziału w kursie, tylko mógł od przystąpić do egzaminu. Dostarczył dokumenty z Polskie [wszystkie szczegółowe dane, co i jak ma to wyglądać są na stronie ICBC] i zarezerwował termin. Dobrze jest zrobić to jak najwcześniej, bo w miesiącach letnich kolejki na egzamin praktyczny (road test) sięgają 12 tygodni oczekiwania. Podczas rejestrowania (i płacenia) otrzymał książkę papierową z wszystkimi przepisami i pytaniami do komputerowej wersji testu (knowledge test).

Pytania różne, książeczka darmowa do pobrania jest z ośrodka, testy można też robić w domu na komputerze. Mój faworyt: co robić, jak przed maskę wparaduje ci łoś? Albo inny niedźwiedź? No co robić?

Jak czujesz, że jesteś dobrze przygotowany, idziesz do jednego z ośrodków ICBC (otwarte od godzin porannych), zgłaszasz się do okienka i mówisz. A co mówisz? No to już zależy od ciebie, ja proponowałabym prawdę mówić.

Czyli, że jesteśmy z Polski i mamy polskie prawo jazdy. I chcemy uzyskać kanadyjskie.

I tutaj pani, mniej lub bardziej miła (albo pan) rzuci okiem na prawko, zobaczy, kiedy wydane, i zaordynuje: musisz zdać test z wiedzy oraz test praktyczny. Test z wiedzy możesz zdawać od razu, na wielkiej maszynie al’a jednoręki bandyta, na jazdy musisz się umówić. Koszt testu: 15 CAD.

Musisz mieć 40 pytań dobrze z 50, jak jakiegoś nie wiesz, możesz kliknąć funkcję: omiń i potem wrócić do niego. System pokazuje ci, ile masz dobrze odpowiedzianych, a ile błędnych, więc się nie musisz denerwować, jak czegoś nie wiesz  – możesz ominąć, a kto wie, może w ogóle nie będziesz musiał wracać do tego pytania. Pytania są jak w książeczce, nie takie same słowo w słowo, ale logika taka sama. Więc się nie stresuj. Na to przyjdzie czas.

Jak masz 40 pytań z głowy, pani macha na ciebie, odhacza coś w systemie i daje ci kartkę z linkiem i hasłem do logowania na stronę zapisów na road test. Login i hasło ustaw sobie jakieś takie łatwe i najlepiej napisz jej na kartce, żeby wstukała do komputera, bo odkręcanie błędnie podanego loginu wymaga osobistej wizyty w ośrodku ICBC. A po co ci to?

W tym momencie następuje też moment, kiedy pani żywo interesuje się twoim prawem jazdy i ci chce je zabrać. I teraz taka kwestia: słyszałam wiele historii o tym, jak Polacy “załatwiają sobie” nieoddawanie polskiego prawa jazdy. Nie powiem ci, co robić i jak, bo to nie moja sprawa.

Prawo B.C. mówi jasno: nie możesz mieć dwóch driving licences. Ale jaki jest powód i dlaczego prywatna firma może zabrać oficjalny dokument wystawiony przez inne państwo, tego nie wiem.

Oczywiście zapytałam. Dialog jak z Barei poniżej:

  • Pani na moje pytanie odpowiedziała w stylu iście polskim: Bo tak!
  • No to ja na to: Ale co zrobicie z moim polskim prawem jazdy?
  • Pani: Zniszczymy! (czy mi się wydawało, czy złowieszczy błysk w oku dojrzałam?)
  • A ja: Ale ja jadę do Polski za trzy miesiące, jak będę jeździć?
  • Pani na to: Będziesz mieć kanadyjskie!
  • Ja: Ale dlaczego myślisz, że mogę w Polsce jeździć na kanadyjskim, skoro w Kanadzie nie mogę na polskim?
  • Pani: milczenie….. dłuższe milczenie….w końcu: To sobie zrobisz międzynarodowe!
  • Ja: Ale ja już mam międzynarodowe! Chcesz zobaczyć?
  • Pani nie chciała.

Zabrała moje polskie prawo jazdy, powiedziała, że i tak jest nieważne, bo ważne było tylko 90 dni od mojego pierwszego przylotu do Kanady i tyle. Na nic moje utyskiwania, że jak to, nie miałam jeszcze praktycznego egzaminu, a co jak nie zdam, a co jak w trybie awaryjnym będę wracać do Polski? Nie żebym się awanturowała, o nie, ale no jakże to tak, panie kochany?

Zabrała i już.

Wzięłam kartkę z linkiem do strony logowania i w domu wpisałam się na pierwszy możliwy termin egzaminu praktycznego. I tak, terminy oczekiwania są długie, ale, ale jak często zaglądasz na stronę, to zwalniają się terminy na jutro czy pojutrze, bo ludzie odwołują w ostatniej chwili. Możesz też telefonicznie się umówić na egzamin.

A co na egzaminie praktycznym?

Po pierwsze przyjedżasz swoim samochodem, może być nawet pick up 😉 Nie to, co w Polsce kiedy się zdawało tylko na Fiatach Uno.

Zgłaszasz się do ośrodka, w którym zarezerwowałeś termin i placisz 50 CAD. Ja miałam w Północnym Vancouver, Kuba w Point Grey. Oczywiście usłyszysz w internetach, że w jakimś zdaje się łatwiej, w innym trudniej. Może. Ja myślę, że to bardziej zależy od egzaminatora niż konkretnego ośrodka.  Ja, korzystając z rad tych, co zdawali wcześniej, miałam nadzieję dostać kolesia z tatuażem, który podobno za ostry nie jest. I co? I oczywiście do mnie przyszedł Bob, a pan z tatuażem podszedł do młodego Azjaty tuż za mną! No pięknie się zaczyna…. nie ma to jak pozytywne myśli przed egzaminem.

Egzaminatorzy są różni i chociaż nie czepiają się tak, jak w Polsce, w sensie nie podpuszczą cię (Bob mi zresztą powiedział no tricks), ale jak się trafi bardzo skrupulatny, to dostaniesz więcej punktów za błędy.

A te mogą być różne:

  • ✔ Przede wszystkim wbij sobię w głowę nawyk kręcenia nią na wszystkie strony. Tzw. shoulder checks, czyli sprawdzanie przez ramię, czy nic nie nadjeżdża z prawa/lewa. Bardzo na to zwracają uwagę! I potem jak ci tik zostanie, to rodzina z Polski na wizycie w Kanadzie się dziwi, co tak głową machasz….
  • ✔ Odpowiednie zatrzymywanie się – jak jest stop, to stajesz, a nie tylko zwalniasz, że prawie stajesz. Prawie robi różnicę.
  • ✔ Skręcanie w lewo – dużo płyciej wjeżdża się na skrzyżowanie. Właśnie ten manewr w moim wykonaniu Bob skomentował na koniec: we could have been almost grilled….
  • ✔ Skręcanie w prawo – patrz na rowerzystów. Pamiętaj: W Vancouverze ludzie jeżdżą na rowerze. W ogóle to rozdział o rowerzystach poczytaj z książeczki – bo mogą zapytać o znaki sygnalizowania ręcznego. Wiedziałeś, że jak rowerzysta skręca w prawo, to może unieść lewą rękę do góry? No właśnie!
  • ✔ Światła, klakson, podgrzewanie szyby i wycieraczki to twoi przyjaciele – zawsze będziesz ich przedstawiał instruktorowi na egzaminie. Zapoznaj się.
  • ✔ Różnie bywa z prędkością – jak hamujesz ruch na drodze, to minusik, lepiej jechać nawet lekko więcej niż dozwolone. Pamiętaj, że na autostradę musisz wjechać z dostosowaną prędkością. (Nie pamiętam, ale w Polsce chyba nie minusują za zbyt wolną jazdę?) Ale, ale jeśli tylko kilomer czy dwa kilometry na godzinę więcej pojedziesz ponad limit 30 km w strefie szkolnej, to na bank masz minus.

Egzamin trwa około 40 minut, egzaminator w trakcie nie mówi ci, jak idzie, jedynie gdzie masz jechać i jeszcze: do this, do than when YOU think is safe. Na koniec dostaniesz kartkę z wszystkimi jego notatkami – jak nie zdałeś, to sobie poczytaj i do następnego testu już będziesz wiedział. Jak zdałeś, idziesz za egzaminatorem, płacisz opłatę za wydanie plastikowego prawa jazdy, robią ci zdjęcie i voila! Dostajesz papier, że możesz jeździć, a karta przyjdzie pewnie po tygodniu. Uważaj na jej ważność – Kuby prawo jazdy było ważne tak długo jak długo miał pierwsze pozwolenie na pracę. Później trzeba wymienić.

Suplement

PS. Nie musisz mieć jazd z instruktorem wcześniej, żeby przystąpić do egzaminu praktycznego. Ale instruktor sporo podpowiada o właśnie takich, typowo kanadyjskich smaczkach na drodze. Może warto to rozważyć? Jak nie masz swojego auta, to i tak musisz wynająć, żeby na nim móc zdać egzamin, może dodaj te pół godziny wcześniej i przejedź z instruktorem trasę? Wcześniej zdających poznasz na trasie po tym, że w ich samochodach są dwa lusterka.

PS2. W Polsce jeździłeś na manualnej skrzyni biegów? Automatyczna jest łatwiejsza, ale pamiętaj: przyzwyczajenie drugą naturą człowieka, weź ze dwa razy przejedź się na automatcznej, zanim ruszysz na egzamin. Ja ćwiczyłam w garażu, a cały pierwszy dzień lewą nogą próbowałam nacisnąć sprzęgło.

Ufff, tyle, wyszedł z tego prawie post poradnikowy. Inne może cię zainteresują: o pracy i o służbie zdrowia?


Inni blogerzy i vlogerzy kanadyjscy o prawie jazdy (opowieści z innych prowincji):

Zajrzyj też na Facebook – komentarze pod postem mogą się przydać!

👉👉[WPIS NOWY]Piątek, piąteczek, piątunio. Mniam!Rodzice moi wrócili do Polski, cynk dali, że cało dojechali (a…

Opublikowany przez Kanada się nada 31 marca 2017

Na koniec pytanie: Czy też myślisz, że w B.C. są najgorsi kierowcy w Kanadzie?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Wpis w 1/3 kanadyjski, czyli Share Week 2017

Dzisiaj o blogerach polecanych przeze mnie, czyli kandadyjski Share Week 2017. Taka sprawa: blogerzy polecaja blogerów. Miłe, c’nie?

To będzie notka o akcji wymyślonej przez blogera (łamane na: youtubera, łamane na: podkastera) Andrzeja Tucholskiego z bloga andrzej tucholski.pl.

Zabawa (chociaż poważna) polega na promowaniu internetowych twórców przez innych internetowych twórców. Fajne, co?Jak chcesz tylko o Kanadzie, to będzie zaraz na początku wpisu. Ale jak doczytasz dalej, to będzie jeszcze o ważnych pytaniach i przyszłości zawodowej.

To skoro zasady jasne, przystępuję do przedstawienia Cię moich trzech blogowych nominacji na ( w 1/3) kanadyjskie na Share Week 2017. Kolejność jest bez znaczenia.

 

Po pierwsze primo, uwaga, werble, wielkie zaskoczenie….. hehehe…. Monika i Oh Kanada !

No proszę Cię, zero zaskoczenia, prawda? Każdy kto interesuje się tematyką kanadyjskiego lajfstajlu musiał kiedyś wpaść na bloga Moniki. I jak tam wpadł, to jak śliwka w kompot, bo u Moniki jest jak w długiej opowieści o życiu dobrej znajomej w Kanadzie. Plus masa przydatnych linków i wskazówek!

Jeśli chodzi o kanadyjską blogosferę by Polacy, to Monika robi internety na maksa.

No i jej grupa na Facebooku to must-see-must-read przed wyprowadzką do Kanady.

I zdjęcia. Bo Monika jest fotografem. Więc jeśli szukasz Kanady na zdjęciach, zacznij tutaj. Znajdziesz zdjęcia takie, że tylko czekać, aż Monika wyda przewodnik.

Jesteśmy w tym samym wieku, a życie mamy zupełnie różne. I blogi różne, choć o tym samy kraju. (Wiem, banalnie brzmi, ale nic lepszego nie przychodzi mi do głowy)

Monika, dziękuję Ci!


Po drugie primo, Agnes, też mieszkająca poza Polską i jej blog o ogarnianiu życia: Agnes on the cloud.

logo_Agnesonthecloud_blog_shareweek2017Co ja zrobię, że uwielbiam jej posty, wszystkie poruszające, wszystkie mocne i wszystkie chętnie przytulę jak już będą wydane jako książka (miękka okładka, format kieszonkowo-torebkowy, rysunki delikatną kreską, piórkiem może?)

Czasem łapię się na myśleniu, jak to jest w ogóle możliwe, tak celnie i giętko opisać, co w głowie siedzi, czujesz, że siedzi, a nie wiesz, o co chodzi.

Aga wie, o co chodzi.

I jak nikt przypomina mi, że muszę nasze chłopaki nauczyć pięknie języka polskiego – dobre słowa, zgrabne zdania, minimum tekstu przy maksimum treści.

Pięknie pisze, a ja lubię ją czytać.

Aga, dziękuję Ci!


I po trzecie primo, Żaneta czyli programistka-blogerka-matka i blog Nettecode.pl

Żaneta pisze o tym, jak zacząć programować. Czyli coś, co obecna tutaj Kasia Kate chce i lubi czytać, a potem korzystać z całego bogactwa linków i dobrych praktyk. I się uczyć, uczyć, uczyć. Nie ma wcale tak wiele blogów o początkach programowania po polsku. A tych pisanych przez dziewczynę jest jeszcze mniej.

Mam nadzieję kiedyś zrozumieć wszystko, o czym Żaneta pisze.  Na razie korzystam z postów dla zupełnych świeżaków, plus na drugim blogu Nettelog podglądam sposoby na produktywość i zarządzanie zadaniami/czasem.

Żaneta moderuje też grupę na Facebooku dla początkujących programistów, gdzie nie znajdziesz kąśliwych uwag co do kodu, a życzliwe rady starszych stażem (to nie takie oczywiste na facebookowych grupach, niestety).

Żaneta, dziękuję Ci!


Jest bardzo dużo blogów, które czytam i nawet ze trzy kanały youtubowe, które śledzę. Dlatego wszystkim tym internetowym twórcom razem i każdemu z osobna posyłam z Vancouver wielkie DZIĘKUJĘ.

Za treści, za rozrywkę, za wiadomości. Że Wam się chce blogować, vlogować i dzielić się!

Osobne ogromne uściski dla Kasi z bloga Mama w UK, która tak miło napisała o Kanada się nada.

A ty kogo czytasz/oglądasz/polecasz?

Old is gold czyli znowu o nartach. XII Mały Memoriał Bronka Czecha na Mount Seymour

O nartach znowu, bo narty to nasz stały motyw . Tym razem mamy dla Was fajne wydarzenie polonijne XII Mały Memoriał Bronka Czecha.

Wiem, nudni jesteśmy, same posty o nartach, na instagramie same narciarskie zdjęcia. Ale co można poradzić, zima w Vancouver to outdoor w górach, a jak w górach jest śnieg, to narty. Teraz to oczywiste dla nas, ale nie zawsze tak było.

W marcu, na Mount Seymour, mogliśmy całą rodziną pozjeżdżać w ramach wyścigów narciarsko-snowboardowych  XII Małego Memoriały Bronka Czecha. (Nic ci nie mówi to nazwisko? Zobacz w Google)

Trochę nas już znasz. Wiesz, że bywamy na spotkaniach i imprezach polonijnych. Ewentualnie sami takowe organizujemy (Pamiętasz o Polskich Babskich Spotkaniach, prawda?)

Polonia w Vancouver i okolicy nie jest może tak liczna, jak ta z Mississauga czy innego Chicago, ale każdy znajdzie coś dla siebie, a to dyskotekę, a to koncert, a to w końcu zawody narciarskie.

No dobrze, to we wstępnie namieszane-zamieszane, narty i Polonia, ale o co chodzi?


 

XII Mały Memoriał Bronka Czecha to impreza narciarska otwarta dla wszystkich.

Serio, nie musisz być członkiem jakiś tajemnej polonijnej grupy, każdy jest mile widziany, się może zarejestrować, pozjeżdżać, podopingować, albo pomóc jako wolontariusz.

Nie będę się rozpisywać o całym przedsięwzięciu, bo strona w sieci jest. Chcesz poczytać więcej, kliknij.

Może pokażę filmik, dobrze? Wydzieram się na nim strasznie, komentatorem sportowym nie zostanę, plus Kuba powiedział, że ogólnie za długi i wybiórczy, ale jeśli cię to nie przeraża, obejrzyj.

Link do filmiku z zawodów Małego Memoriały Bronka Czecha

Trochę przewrotnie użyłam wyrażenia old is gold. I nie do końca zgodnie z przeznaczeniem. Ale mi tak ładnie pasuje tutaj. Bo to 12 edycja zawodów, a i zawodnicy są od namłodszych do tych bardziej zaawansowanych wiekowo.  To również możliwość spotkania Polaków “starszych” imigracyjnym stażem, kto wie, jakiej historii uda się posłuchać, od kogoś bardziej doświadczonego czegoś dowiedzieć. Docenić.

Medale, towarzystwo, snaki-przysmaki

Zdaniem Pana Kuleczki, który Katastrofę i Pypcia uczył zjeżdżać na nartach, z dobrych rzeczy najlepsze jest dobre towarzystwo. W dobrym towarzystwie wszystko smakuje lepiej. Nie żeby polska kiełbaska czy polskie pączki kiedyś smakowały źle 😉 Dziękujemy sponsorom za przygotowanie takich smakołyków dla uczestników, ach, ach, dobre było, jeszcze się w myślach oblizuję.

Dla naszych chłopaków takie zawody to dobra okazja do poćwiczenia  w miłej atmosferze zdrowej rywalizacji (Dreszczyk jest, będzie medal, będzie? No jest! W końcu ;D!). I Krzysiek i Maciek medale zdobyli, i nagrody rzeczowe też. Jakie to miłe, że każde dziecko coś dostało – szalik w polskich barwach. Cieplutko w sercu. I na szyi.

Dla tych, co nigdy nie zjeżdżali na Mount Seymour, to dobry deal (układ) – w cenie rejestracji na zawody jest całodniowy bilet na wyciągi. Plus sporo darmowych karnetów organizatorzy losują na koniec. I jeszcze możesz na przykład wygrać bilet na polski spektakl, albo uwaga, rejs jachtem. BOMBA!

Tak więc tak, dziękujemy za przygotowanie zawodów i już rezerwujemy sobie termin za rok.

PS. To nie jest post sponsorowany.

Kanada się nada chętnie pisze o wydarzeniach, które są nam bliskie. Odpowiadają naszemu stylowi życia, filozofii, najzwyczajniej w świecie podobają nam się. Jak na przykład radio dla Polaków.

Nie wszystko musi się nam podobać, bo nie wszystko jest dla każdego. Więc nie znajdziesz nas na wielu imprezach polonijnych, ale to nie oznacza,  że ich nie ma. Albo, że są złe. Albo, że nie są dla ciebie. Szukaj, sprawdzaj, angażuj się.

To twoje życie i twoja imigracyjna historia.


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi! Wtedy wiem, co lubisz czytać!

 

Koszty emigracji. Utopione w syropie klonowym. Czyli znowu o emocjach

Post o emocjach i o kosztach. I tym razem nie chodzi o pieniądze.

Tytułem wstępu: to nie jest post o finansach 😉 To jest post (kolejny i na pewno nie ostatni) o rozterkach emigranta.

Taka mnie (znowu) refleksja naszła. Kilka zdarzeń miało na nią wpływ mniej lub bardziej bezpośredni. Fakt, że wizytę u kanadyjskiego neurologa mam za pół roku, przygnębił mnie i znowu otworzył puszkę z wątpliwościami. Otrzymanie statusu stałego rezydenta ucieszyło nas, owszem. Jednak smuteczek się przypałętał.

Na pewno zima i zimowy blues nie pomaga. Może sprawić, że jesteś smutny i masz SAD (Seasonal affective disorder). W Vancouver dodatkowo ktoś odkręcił na maksa kurek z deszczem.

Czasami rozczarowanie wystarczy skwitować wzruszeniem ramion i iść dalej. A czasami nie wystarczy.

Trwają losowania uczestników polskiej części programu International Experience Canada, który pozwala na roczny pobyt i pracę w Kanadzie. Na wielu grupach fejsbukowych czy forach kanadyjskich pojawiają się pytania od młodych ludzi, którzy marzą i planują wyjazd za ocean.

Entuzjazm i optymizm tych, co chcą wyjechać, bywa mocno studzony przez mieszkających już w Kanadzie. Doświadczonych, takich, co kanadyjskiego życia posmakowali i mają konkretne zdanie, jak ono smakuje. Dzielą się swoim doświadczeniem, często pokazując, że do dobrej emigracji nie wystarczy samo:”chcę wyjechać do Kanady”.

Czasem życie może napisać scenariusz:”przyjechałem, mogę zostać, mogę pracować, ale Kanady nie lubię”.

Albo nawet:”mieszkam tutaj kilka lat, całe życie, to nie jest ten sam kraj, jak bym mógł, to bym wyjechał natychmiast, nienawidzę Kanady”.

I klops. I rozmyślanie usilne, co dalej, jak dalej? Jak pisać o swojej emigracji, o swojej Kanadzie rozmawiać? Z innymi się dzielić swoim życiem, myślami?

Gdzieś tam była decyzja, a teraz ciągnie się ten wózek, z miesiąca na miesiąc coraz cięższy…

Bo wyjazd (nie tylko) do Kanady to powinno być success story, a nie zawsze jest. I to nie tylko o pieniądze chodzi, a nawet przede wszystkim nie chodzi o pieniądze, bo przecież chociaż pieniądze są ważne, to nie najważniejsze, każdy to wie, c’nie?

A co, jak nie będzie do czego wracać? Coraz trudniej wyobrazić sobie powrót, bo tam się wszystko pozamykało, oprócz pamięci i serca, a tutaj się wszystko otwiera, a serce najbardziej.

I zaczyna się pytanie o scenariusze alternatywne. Czy wyjechanie z Polski było dobrym pomysłem? Co ja zrobiłem sobie? Czy życia nie rozwaliłem dzieciom? A może trzeba było wybrać Njuziland?

Nie mamy wpływu na to, co Kanada z nami zrobi, ale mamy wpływ na to, jak sobie z tą sytuacją poradzimy. Tak, możemy zdecydować. Ja mogę, moja rodzina może. I ty też możesz.

Jednak często ciężko jest podjąć decyzję. Bo wstrzymuje  nie tylko typowo polskie”powinno się” i “co ludzie powiedzą” ale też fakt poniesienia kosztów. Właśnie tych tytułowych kosztów. Które rosną z każdym dniem spędzonym na emigracji.

Jest nawet takie pojęcie: efekt utopionych kosztów, czyli trwanie w swojej decyzji, nawet niekorzystnej, bo podjęcie jej tyle nas kosztowało. Wysiłku, czasu lub pieniędzy. 

Myślę, że każdy z nas kiedyś spotkał się z takim efektem. Ja odczułam to wyraźnie po raz pierwszy właśnie w Kanadzie. Szukając odpowiedzi i analizując swoje uczucia emigrantki, oraz słuchając innych historii, trafiłam na to pojęcie.

Trochę się przestraszyłam. Czy to już to? Utopione w syropie? Na zawsze?

Doszłam jednak do wniosku, że emigracja to projekt nieskończony. Nawet ze statusem stałego rezydenta może być niezamknięty. Na pewno odwoływalny. Daje prawo do próbowania i eksperymentowania. A także przypuszczania, że mogło być lepiej, bardziej. Inaczej.

Na emigracji ma się takie samo prawo do “gdybania” jak żyjąc w Polsce. Żaden “życzliwy” ci tego nie odbierze.

Być może uświadomienie sobie prawdy o kosztach utopionych pozwoli na swobodniejsze podejście do emigracyjnego życia?

Jak trzeba zawrócić, to zawróć. A nawet zawracaj. Więcej niż raz, a co! Nie musisz się nikomu tłumaczyć. Tylko jakoś tak często i tak się tłumaczysz. Sobie.

Bardzo trudno jest siebie sobie z decyzji wytłumaczyć. Znaleźć usprawiedliwienie dla swoich wyborów. Szczególnie w Ameryce, która stoi mitem self-mana. Weź no, jakie koszty, weź się nie mazgaj, a jak ci się nie podoba, to fora ze dwora. Prawdziwy twardziel to ten, który powoli, konsekwentnie, upadając i wstając na przemian, prze i realizuje swój Canadian Dream.

Ja wiem, że Kanada to nie jest kraj dla sprinterów. Że emigracja to jest sport długodystansowy. Jest gdzieś upragniona meta i nagroda za wytrwałość.

Tylko czasami po drodze brakuje tchu… A jeszcze pada, pada, pada deszcz !

Właśnie mamy odwiedziny z Polski rodziny, i te pytania i te emocje, siłą rzeczy są gęstsze niż 10% śmietanka…

Tak się boksuję z rzeczywistością i kosztami też… Mam nadzieję, że Cię nie przygnębiłam za bardzo. Może masz dla mnie jakieś mądre słowo? Chętnie przeczytam w komentarzu.


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi! Wtedy wiemy, co lubisz czytać.

Drugi miesiąc nauki web development

Luty był krótki i taki se. Zamiast progres był regres, ale trochę wiedzy mi przybyło. A zwłaszcza linków i przesłuchanych materiałów.

Drugi miesiąc, krótki z natury, lutowy, podsumuję krótko: regres.
Myślałam, że będąc “na fali”, czyli jeszcze mocno podekscytowana początkiem, zaczynaniem, tym, że, o dziwo, rozumiem, o co chodzi, że będąc w takim stanie, lutowa nauka pójdzie mi jak z płatka!
No i zgadnijcie co?
Nie poszła!
Małe przypomnienie: pierwszy raz czytasz o moim programowaniu? Zaczniij od posta o pierwszym miesiącu.

Drugi miesiąc samodzielnej nauki web development zaczął się od skoku w bok. Prosto w objęcia WordPressa.

WordPress to system budowania strony/sklepu internetowego/bloga, który pozwala na zarządzanie treścią. Po angielsku CMS czyli Content Management System.

Może to nie taka znowu straszna ta zdrada “czystego kodowania” czy też front-endowania, bo 25% wszystkich stron internetowych na świecie jest postawionych na silniku WordPressa. Takie tuzy, na przykład, jak The New Yorker, Fortune.com czy Reuters.com. Więc WordPress nie jest byle kim (czym). Blog Kanada się nada też stoi na WordPressie.

Poświęciłam część weekendowego wolnego czasu na pogłębienie swojej znajomości z panem WordPressem. I to z tym .com, jak i .org

Rezultatem są zabawy na stronach z domeną WordPress.com

i tak, wiedziałam, że WordPress.com jest niedoskonały i daje małą kontrolę nad treścią (i wciska reklamy), ale uważam, że jeśli ktoś chce zacząć przygodę z blogowaniem bezkosztowo i w miarę łatwy technicznie sposób, to może go rozważyć.

Krótki kurs o WordPress.com znajdziesz na lynda.com (płatny i po angielsku). Również tam jest kurs 6-godzinny: WordPress Essential Training o podstawach.

Dla mnie był to również czas na zgłębianie tematu motywu potomnego (child motive) oraz sprawdzenie, na ile w obu wordpresach możliwe są zmiany wyglądu poprzez nadpisywanie swojego kodu.

Z początkiem roku weszła aktualizacja systemu. I chociaż dwa blogi postawiłam na WordPress.org bez konieczności znania kodu, to teraz chcę mieć pełną kontrolę nad stroną i moc zmienić wszystko.

PS. Gdzieś wyczytałam, że w niektórych ogłoszeniach o pracę dla junior front-end developera wymagają znajomości wordpressa, więc wiesz, nie ma tego złego….

W marcu do WordPressa na pewno wrócę, przypomnę sobie kwestie instalacyjne na naszym hostingu oraz na localhost. Do tej poru robił to Kuba, a ja chcę również o tym mieć jako taki pojęcie. Celem jest postawienie nowej strony.  Powiem Wam, że to zaplecze nie jest wcale proste do ogarnięcia.  Zrobiłam sobie więc w lutym stronkę do ćwiczeń.

Poza tym chcę jeszcze publicznie podziękować Kasi z bloga kasialaeszczyk.pl, która poopowiadała mi trochę podczas spotkania na Skype. O swoich początkach w biznesie wordpressowo-webowym. Kasia zasugerował też skorzystanie z innej wtyczki na stronie Kontakt (napiszcie, czy działa) oraz innego hostingu niż home.pl ( który jest bardzo drogi). Kasiu, jeśli to czytasz, dziękuję Ci !

 


Lutowa przygoda z panem Rzemykiem

Kursy i tutoriale o Bootstrap. To framework do budowania stron.

Tak, jak pisałam w podsumowaniu pierwszego miesiąca, pod koniec stycznia doszłam do takiego momentu, że prowadzący darmowe kursy w sieci zaczęli pisać strony z wykorzystaniem właśnie Bootstrapa.
Nazwa niezmiernie radowała chłopaków, bo Bootstrap (Rzemyk, ciekawe, czy to słowo jest jeszcze w użyciu) to jedna z postaci w “Piratach z Karaibów”. Ach ci faceci….

W jednym z kursów prowadzący pisał stronę koszernego bistro. Tak paskudną wizualnie, że aż przykro mi się oglądało i co tu kryć, nauka szła ciężej.

Ja wiem, że na tym etapie kwestie techniczne są najważniejsze i nie ma co tracić czasu na szukanie idealnych obrazków czy połączeń kolorów, bo to jeden z rozpraszaczy i pożeraczy czasu (jeden z błędów popełnianych przez początkujących webmasterów – post na blogu devcorner.pl). Powiem tak: uczenie się czegoś, co jest brzydkie, jest trudne i nudne. (Chociaż akurat sam Bootstrap w nowoczesny sposób zmienia styl strony). I tak, wiem, że piękno i brzydota to pojęcia względne.

Dlatego sięgnęłam po inne, niż na coursera.org, kursy pisania strony w oparciu o Bootstrap.

Słuchałam kursu Bootstrap Essential Training, ale gdzieś w połowie zorientowałam się, że dotyczy wersji 3, a w użyciu jest już wersja 4. Wniosek nasuwa się sam: szukaj materiałów najświeższych lub przynajmniej niedawno aktualizowanych.

Zrobiłam również (ale już w marcu) moduł na codeacademy.com: Make a website, drugi krok po dostępnych tam kursach HTMLa i CCSa. Bardzo prosty i przez to dobrze utrwalający podstawy, polecam.

Teraz, w marcu, podczas czynności innych niż nauka, znowu słucham filmików. Tym razem kurs o Bootstrap na Udemy.com. Podczas pisania szukałam też odpowiedzi  na www.w3schools.com. Trochę tam jest o Bootstrapie i o  jego elementach składowych.

Ktoś może zapytać, ej Kaśka po co Ci tyle słuchania, weź pokaż stronę. A ja na to, że mimo że kursy są na ten sam temat, to nie są takie same. I z każdego robię sobie notatki, kiedy trafię na informację mi nieznaną.

I tak, stronę już sobie zakodowałam, ale jeszcze Wam jej nie pokażę. (Chociaż sneak peak był w tym filmiku). Jeszcze nad nią popracuję. Muszę również zorientować się, gdzie ją umieścić, żeby można było ją zobaczyć.

 

Ładne/brzydkie strony

Wracając do estetyki i funkcjonalności, zaczęłam w lutym szukać materiałów o wyglądzie strony, web-designie, podstawowych pojęciach, schematach. Bo przecież są dobre praktyki i standardy, prawda? Słuchałam kursu Design Aesthetics.

Nie wiem, czy to tylko moje odczucie, ale mam wrażenie, że dość lekceważąco traktuje się osóby, które kodują w oparciu o Bootstrapa. Że korzystają z gotowca, że wszystkie strony internetowe wyglądają potem tak samo.

Nawet jeśli, to od czegoś trzeba zacząć 😉 I nawet są zbiory, gdzie można pościągać strony zakodowane przy pomocy Bootstrapa.

Podsumowanie

Myślałam, że zrobię więcej. Szczególnie frustrujące, kiedy się patrzy wstecz na cały miesiąc pracy, którą prowadzący filmiki proponują zrobić w tydzień. Ale trudno, taki urok mamy opiekującej się dzieckiem w domu.

Przyznam się jeszcze do czegoś, chociaż może będą heheszki – nie umiem pisać bezwzrokowo. Miałam jedno nieudane podejście do Mistrza Klawiatury. Teraz postanowiłam, że się nie dam i ćwiczę. Pisanie postów, pisanie emaili, ogólnie pisanie przeciąga się przez to straaasznie. I stąd tak mało treści jest.

W lutym udało mi się trzy razy wstać wcześniej. Bozsz, nie wiem nawet po co to napisałam, przecież to pełna kompromitacja.

Staram się, żeby te najtrudniejsze rzeczy, pisanie kodu, robić w czasie, kiedy nie ma chłopaków. W czasie dodatkowym, na przykład podczas gotowania czy wracania z Maćkiem rowerem z zajęć, słucham filmików (nie widzę kodu, ale to nic, jak czuję, że rozumiem, to jest ok).

Nie byłam na zaplanowanych, techniczno-kobiecych, lutowych spotkaniach w Vancouver. Raz pokonał mnie śnieg, raz niedomaganie. Hmm…..

Ale za to w marcu przystąpiłam do wyzwania Pani Swojego Czasu i będę wyrabiać lepsze nawyki związane z programowaniem. Znowu.

Publicznie się zobowiązałam, to muszę. Wraz z Kasią, koleżanką z Kanady, meldujemy codziennie na fanpage Kasia i kod, jak nam idzie.
Możesz nas wyszukać pod hashtagiem: #kasiaikod oraz #wyzwaniepsc.

Marzec to WordPress.com, wizyta rodziców i początek JavaScript. AAAAAAAA

Serdeczności!

Już marzec. Kilka myśli codzienności

Takie tam.

a wciąż tyle rzeczy lutowych niepozamykanych.

Nie ma postu o tym, jak dostaliśmy PR. To znaczy jest wciąż “w pisaniu”. 2500 słów li i jedynie, a mam wrażenie, że temat ledwo liźnięty.

Więc czeka.

To samo z postem o samochodzie. Gdzieś tam myśli wirują, gdzieś się plan układa.

I tyle.

Planów mam całkiem sporo, serio. Kalendarze w trzech różnych formatach, a najbardziej zapisany, biedny ten na cały rok. Marcowy już pobazgrany. Minę ma taką samą, jak ja. Czyli rzadką.

Tego posta w planie nie było, ba, już dawno obiecałam sobie, że przecież teraz to tylko ścisle według planu, a w planie blog dostał miejsce w drugim rzędzie. Bo teraz programowanie, wyzwanie, nakręcanie wyzwania i siebie, i w ogóle.

Dzieci zaniedbane, gdzieś się tylko uda coś tam uczesać, umyć, ugotować i zawieźć-przywieźć. Mimochodem, ukradkiem.

I już czas się skończył, już po wszystkim. Trzeba się zabrać, życie prowadzić.

Jeszcze tylko grafikę na bloga, jeszcze spozycjonować, bo jak nie w gogle, nie ma wogle, promocję zaplanować na social media, w grupach blogerskich się podzielić. Dostarczać wartościowej treści.

A ten post nawet nie jest o Kanadzie.

Właściwie nie wiem, co czym jest.

Ale ponieważ ma mniej niż zalecane 300 słów, to pewnie zniknie gdzieś w czeluściach internetu. Słów kluczowych brak.

I nikt go nie skomentuje.

Bo kto chciałby komentować post o niczym!

Jeśli ktoś go jednak przeczyta, to przybijam wirtualną piątkę. Marzec mamy, wiosna idzie!

Czasami trzeba nic-napisać na nic-temat.

😉