Ania z Zielonego Wzgórza w grudniu. Podsumowanie roku na blogu i koniec

I koniec i bomba, kto czytał ten trąba 😉 Nie no żart to jest. Ostatni post o Ani i podsumowanie okołoblogowe roku.

Stało się. Kończy się rok 2016. Powtórzę za innymi, bo oryginalność nie jest moją mocną stroną ostatnio: rety, jak szybko zleciało…

The year is looking back sadly to her lost spring.

Ania ze Złotego Brzegu

Ten rok był dla nas wyjątkowy. Chociaż nie, “wyjątkowy” to nie jest może najlepsze słowo. Jest pozytywnie nacechowane, a nie o to mi chodzi. Czy Wy też tak macie, że z trudem Wam przychodzi przypomnienie sobie, co takiego było w 2002? Jakieś wyjątkowe wspomnienie z 2012? Bo ja nie pamiętam. Ale 2016 zapamiętam na długo. I dlatego jest wyjątkowy.

Pierwszy raz myślałam o czasie, albo przynajmniej starałam się myśleć o nim, jak o czymś świadomym, wręcz namacalnym. Przypatrywałam się dniom, godzinom, minutom i temu, co my w tym czasie robiliśmy. Poprzez takie podejście stania z boku, paradoksalnie byłam bardziej w centrum wydarzeń. Albo losu. I pamiętam więcej, i więcej odczułam.

Ten rok bolał bardziej, ale nauczył też więcej. No pain no gain. Chociaż akurat tego pain to mógłby nam oszczędzić. Tylu wizyt w szpitalu, co w tym roku, nie było w całym poprzednim życiu!

Łez też było całkiem sporo. Myśli kłębiły się w głowie, mroziło po plecach, wkurzenie nie pozwalało zasnąć. Bywa.

Cytat z Ani o tym:

Well, that was life. Gladness and pain… hope and fear… and change. Always change. You could not help it. You have to let the old go and take the new to your heart… learn to love it and then let it go in turn. Spring, lovely as it was, must yeld to summer, and summer  lose itself in autumn. The birth… the bridal… the death.

Ania ze Złotego Brzegu

Chciałabym móc napisać, że jestem spokojna o 2017. Ale nie byłaby to prawda.

Wszyscy mówią, żeby planować i wiem, że bez tego marzenia pozostaną tylko pomysłami. Ja jednak nie mogę się zabrać za planowanie nowego roku. Zbyt zmęczona jestem.

Wielu rzeczy w tym roku nie planowałam. Blog tak mnie wciągnął, że poważnie rozważam przekwalifikowanie się. Rok temu zaczynałam dopiero rozkminiać Facebooka, a dziś dzięki Wam mamy prawie 800 polubień! Nie wiedziałam, co to Instagram, a mój profil na LinkedInie straszył. Wyszłam ze strefy komfortu, a wręcz zaczęłam się narzucać, kiedy ruszyliśmy z Listem z Kanady, czyli postanowiliśmy wysyłać Wam newsletter. I wciąż nie mogę uwierzyć, że już ponad 50 osób otwiera te emaile i je czyta! Że codziennie jest ktoś na blogu i czyta o naszym życiu, zwykłym takim, normalnym.

Wysłaliście do nas prawie 60 emaili i wiadomości. Najróżniejszych. Najwięcej dotyczyło pytań o codzienność w Vancouver. Dzięki tym pytaniom co i rusz pojawiały się nowe pomysły na posty blogowe. Niektóre wiadomości były bardzo osobiste i wzruszające, pełne Waszych historii i myśli. To takie emaile, na które nie da się odpowiedzieć od razu, bo zwyczajnie w świecie jestem za głupia. Więc proszę, nie obrażaj się, jeśli moja odpowiedź nie była tą, na jaką liczyłeś!

Zdarzały się też prośby zupełnie wyjątkowe: żeby na przykład zorganizować koncert Michała Szpaka w Kanadzie (uzasadnienie: bo to najlepszy polski wokalista ever!), albo prośba o ocenę, czy Kanadyjczyk zapoznany na Facebooku nadaje się na męża. Wybaczcie kochani, nie zobowiążę się podjąć takich wyzwań!

Wciągu roku nauczyłam się całego mnóstwa rzeczy i nawet nie wiem, kiedy, bo czasu na naukę nie planowałam wcale [to akurat szkoda]. Jako nie-rezydent nie mogę sobie pozwolić na podjęcie nauki (zbyt duże koszty dla international student), ale na szczęście całkiem sporo jest ciekawych warsztatów czy spotkań za darmo. Najlepszym, co mi się na tych spotkaniach przytrafiło, to poznanie nowych, inspirujących ludzi, dzięki którym mogłam zrealizować jeszcze jeden projekt – spotkanie networkingowe dla nowych kobiet w Vancouver: Mom new to Van. Napisałam wniosek o grant z fundacji Vancouver i go dostałam! Zaczęłam także prowadzić bloga o tej nazwie, do którego mam nadzieję wrócić i rozwijać go. Kiedyś. A może rozwinie się w coś zupełnie innego? Kilka pomysłów mam, ale narazie cicho sza…

Nie planowałam, że w 2016 będę się przedstawiać: I am home-stayed mom. Wróciłam do domu. Maciek w tym roku szkolnym jest w przedszkolu tylko 4 dni w tygodniu na 3 godziny, a Krzysiek po lekcjach nie idzie do świetlicy. Mogłabym o sobie powiedzieć, że jestem soccer mom, ale nie mamy samochodu, żeby chłopaków zawozić, więc pewnie nie mieszczę się w tym pojęciu. Z chłopakami na zajęcia sportowe jeżdżę rowerem. Albo autobusem.

Są dni, kiedy opieka nad dziećmi jako jedyny rodzaj kariery zawodowej uwiera bardziej. A są też takie, kiedy nie wróciłabym do pracy w biurze za nic w świecie. Dodajcie do tego emocje związane z życiem na emigracji i już koktaj zamieszany po wrąbek gotowy.

Od początku mieszkania w Kanadzie szukałam ludzi i budowałam swój krąg wsparcia, ale dopiero w październiku tego roku odważyłam się zorganizować większe spotkanie dla kobiet. I tak powstały Polskie Babskie Spotkania, już 3 rundy za nami, a każde mocne. Mam nadzieję, że dziewczyny, zwłaszcza nowe w Vancouver, mają po spotkaniach dobre wspomnienia i dobrą energię.

W tym ostatnim tygodniu starego roku jesteśmy wszyscy razem. Kuba ma wolne w pracy (ale bezpłatne niestety), deszcz leje, śnieg pada, a czasami wychodzi słońce. Choinka błyska światełkami.

Szukamy spokoju i odpoczynku.


Ania z Zielonego Wzgórza przeczytana. Pewnie jeszcze nie raz do niej zajrzę i coś nowego dla siebie znajdę. W końcu jest dla mnie jak stara przyjaciółka, więc częste rozmowy nie są nam potrzebne.

Wystarczy, że jest.


Dziękujemy Wam, że jesteście i czytacie.

Trzymajcie się i do siego roku!

PS. Wszystkie posty o Ani przeczytasz tutaj.


Podobało się? Kliknij w ikonki i podziel się! Wtedy wiemy, co lubisz czytać!

Jak rozmawiać z Kanadyjczykami? (III) Gdzie ty mi tu z tym akcentem !? Czy warto pracować nad kanadyjską wymową?

Kolejny raz o “kanadyjskim” angielskim. Tym razem pod lupę wzięłam wymowę

Wiem, wiem, nudna jestem. Znowu post o języku. Nauczycielem czy lingwistą nie jestem, a się wymądrzam. Trochę się może znam na węgierskim, a angielskim piszę. I o tym, jak rozmawiać. Serio, ktoś to czyta?

Blog jest o Kanadzie, a Kanada to nawet się nie umie zdecydować na jeden język urzędowy. Eh.

Jednak statystyki nie kłamią – pokazuje mi, że pozostałe dwa posty Jak rozmawiać z Kanadyjczykami (I i II), przeczytaliście. Nie wiem, czy z przyjemnością, ale na wszelki wypadek się nie pytam 😉

Za to dzisiaj napiszę Wam o akcencie i czy warto pracować nad kanadyjską wymową

Czy wiecie, że niektóre z ofert pracy wymagają od aplikantów senior level of English?

Zawsze ilekroć wpadam na taki tekst, zastanawia mnie, co też autor miał na myśli. No dobrze, mniej więcej wiem, co autor miał na myśli, niemniej jednak zgrzytnęło trochę i zaleciało niepoprawnością polityczną. I jakże to tak Pani Kanado kochana, hę?

Już widzę oczami wyobraźni rekrutację na takie stanowisko. Wchodzisz, mówisz dzień dobry, które po angielsku w Twoim wykonaniu może brzmieć dźnbry i pozamiatane. Pracy nie dostaniesz, bo nie jest to senior level of English. Choćbyś nie wiem jak dobre pierwsze wrażenie strojem, uśmiechem i mocnym uściskiem dłoni zrobił.

W tym poście rozważania o akcencie będą. Czy w ogóle warto sobie pracą nad akcentem kanadyjskim głowę zawracać? W końcu dzień dobry, to dzień dobry, a nie do widzenia. Jasne chyba ! No więc nie do końca.

Ilekroć ktoś się nas pyta, od czego zacząć marzenie o wyjeździe do Kanady, zawsze odpowiadam: angielskiego się ucz.

Odpowiesz: angielski znam. Na poziomie. Często ludzie, którzy już trochę pomieszkali/popracowali za granicą w ogóle sobie poziomem języka głowy nie zawracają.

Czy to jest senior level of English?

Mój LinkedIn z dumą prezentuje, że mam fully professional level of English.

Pracę w Kanadzie znalazłam i to nawet taką za więcej niż 20 CAD za godzinę. Więc może nie jest tak źle. Środkowowschodnioeuropejski akcent dał radę. Wystarczył szkolny angielski i korpomowa z Polski, i nawet zażółć gęślą jaźń wyzierające gdzieś za międzyzębowego “th” nie przeszkodziło pracy znaleźć, dogadać się, swobodnie funkcjonować w kanadyjskiej rzeczywistości !

Ale, ale. Ponawiam pytanie: czy to się już kwalifikuje jako senior level of English?

Na początku emigracji w ogóle o akcencie i wymowie mojej angielskiej nie myślałam. Serio, są ważniejsze sprawy. Emocje poukładać, życie przenieść za ocena. Gdzie ty mi tu z tym akcentem?!  Koleżanki-imigrantki miło komentowały moją wymowę. A Kanadyjczycy jedynie się uśmiechali podczas pogawędek.

Ale po jakimś czasie, po wielu rozmowach, i jeszcze większej ilości uprzejmego niedowierzania na twarzy rozmówców, postanowiłam przyjrzeć się swojej wymowie.

Kiedy ta myśl zakiełkowała w głowie, nie zaczęłam pytać ludzi. Po prawdzie to niektórzy niepytani wyrażali swoją opinie w stylu:

Mamo, no weź nie mówisz tak, jak pani w szkole.
#dzieckozawszeprawdepowie
Spytany sąsiad [Serb] powiedział, żeby sobie tym głowy nie zawracać, bo nie ma to znaczenia i u niego w firmie (branża IT) są managerami Azjaci, których nikt nie rozumie, taki mają akcent, a ludźmi kierują.

I tak to sobie trwało do momentu, kiedy poznałam Catherine, która od kilkudziesięciu lat uczy, jak sprawić, żeby wymowa była lepiej rozumiana przez mieszkańców Ameryki Północnej.

[Od razu jestem winna jedno słowo wyjaśnienia: zdaję sobie sprawę, że akcentów kanadyjskich i amerykańskich jest sporo i różnią się między sobą. Termin “wymowa północnoamerykańska” to mocne uproszczenie, ale na początek dobre i to. Potem możesz się uczyć jak mówią w Montrealu, a jak w Yukonie.]

I wiecie co mi Catherine powiedziała po naszym spotkaniu ? Oto ja się przedstawiam: My name is Kate. A co ona słyszy? ‘mining is gate‘.

Lekko się zacukałam, no jakże to? Nawet swojego angielskiego imienia nie umiem wymówić? Zgrzyt.

A potem było jeszcze gorzej. Nagle moje success stało się ‘sak as‘ (wystarczył akcent na pierwszej sylabie, żeby Kanadyjczyk z zakłopotanym uśmiechem zastanawiał się, o co chodzi). Że warto w imię poprawności politycznej nie wymawiać mocno Warsaw (‘łorsoł’), bo brzmi podobnie do: widziałam wojnę, a w obecnych gorących czasach i w obliczu wojny w Syrii może to zostać źle odebrane.

Okazuje się, że mój angielski jest zrozumiały. Ale nad wymową mogłabym popracować. I osiągnąć kiedyś senior level of English!

Można się pozbyć akcentu nawet będąc dorosłym. Może nie do końca, ale zredukować znacznie na pewno się da.

I warto, bo to, jak nas słyszą, wpływa na nasze szanse kariery zawodowej.

W Ameryce funkcjonuje już nawet pojęcie sufitu akcentowego. A to oznacza, że z akcentem silnie wskazującym na pochodzenie nie-północnoamerykańskie awansować możesz do pewnego stopnia. I raczej nie zostaniesz przyjęty do pracy, gdzie wymagany jest ten najwyższy poziom języka.

Kiedy więc poczujesz, że to już ten czas, zastanów się nad swoim akcentem. I sam odpowiedz sobie na pytanie, czy warto pracować nad kanadyjską wymową. Ja uważam, że tak. Na kurs indywidualny na razie mnie nie stać i wciąż jeszcze nie jest to sprawa priorytetowa w moim emigranckim życiu. Za to korzystam z darmowych materiałów i meet upów.

I cieszę się, że nie mam tak ciężko jak Azjaci, kiedy próbują powiedzieć “focus on” a wychodzi….’fakas’

Nie przekonałam Cię? Koniecznie zajrzyj na youtube, żeby zobaczyć, ile tam filmików o akcencie w języku angielskim. Brytyjski, kanadyjski, z południa Stanów. Od wyboru do koloru.

A potem napisz mi w komentarzu, czy twoim zdaniem warto pracować nad akcentem? Czy raczej skupiasz się na innych obszarach w swojej nauce angielskiego?


 

Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Czy święta muszą kosztować zdrowie, czas i pieniądze? Szczególnie na emigracji?!

To jest standardowy grudniowy, swiąteczny temat, czyli czy koszty Gwiazdki. Więcej odpuszczania i jedna zachęta do większej aktywności.

Temat Gwiazdki, Bożego Narodzenia, prezentów zapełnia czasoprzestrzeń internetu już od dobrych dwóch tygodni.

Może już gdzieś wpadło Ci w oko to pytanie: czy święta muszą być kosztowne? Mnie tam ono nurtuje i daltego postanowiłam napisać ten post.

W realu to znacznie wcześniej próbują nam zaserwować porcję christmasowej magii, bo już od ponad 4 tygodni. Wiem, że wielu się nie podoba, że Gwiazdka zaczyna się w listopadzie. Mnie też nie. Ale w grudniu to już coś zupełnie innego. Wzruszenie chwyta za gardło nie tylko przy tej reklamie. W Vancouver nawet pogoda jest przychylna – zima zeszła z gór i nieśmiało panoszy się po ulicach. Próbujemy ją pokonać na rowerach, ale cwana nie zawsze się da.

W internetach znajdziesz sporo opowieści o tym, że w Święta liczy się jakość nie ilość, że nie ma co do upadłego garnków szorować i pierników piec, zastawić się, a postawić się. Prawda stara jak świat, a i tak co roku perfekcyjne panie domu stają do zawodów [w końcu to ulubiona dyscyplina każdej prawdziwej Polki 😉 ] I znowu wydamy wszyscy, jak ludzkość długa i szeroka, pieniędzy więcej niż w zeszłym roku. Takie życie.

Święta na emigracji? W dodatku mieszkasz w Kanadzie? Konkretnie w Vancouver, gdzie wszystko jest naj-najdroższe?

Pani kochana, no weź, no weź ten kredyt na święta, wysprzątaj jak ta lala, nakupuj, ile wlezie, bo przez Skype i na instagramach nie możesz pokazać byle czego. Rodzina i przyjaciele patrzą. Z Polski patrzą. Więc nie mogą byle czego zobaczyć! W końcu w Kanadzie jesteś, więc wiadomo, pokaż jak masz dobrze. Lepiej niż w Polsce, bogaciej, przecież mąż zarabia te dolary!

Nie wiem, jak Ty, ale ja walczę z tą Paniusią. Mniej lub bardziej skutecznie, ale się staram. Nasza pierwsza Gwiazdka w Vancouver była skromna. Trochę z przekonania, a trochę z musu. Ludzi brakowało, to jasne, ale też potrawy wigilijne i nastrój ogólny były jakieś takie stonowane. I choć tęsknota bolała mocno, to jednak wciąż było gwiazdkowo. Magicznie, świątecznie, domowo.

Zeszłoroczne Święta były już od niebo lepsze, chociaż w sumie główne składowe pozostały te same. Przygotowania do nich i samo świętowanie na prawdę nie były kosztowne.

Boże Narodzenie nie musi Cię wiele kosztować. Ani pieniędzy, ani czasu, ani zdrowia.

Ani w Polsce, ani w Kanadzie, ani pod żadną inną szerokością geograficzną!


Ogranicz do minimum:

Przygotowania

Nikt w kąty nie zagląda, bo dalszej rodziny nie ma na emigracji, jupikajej! I co z tego, że okna nieumyte! Gwarantuję, że przez Skypa nikt nie dojrzy.

Chcesz wymienić czasochłonną rybę na kupne sushi? Nikt Ci nie zabroni, a zdjęcia na instagrama zrobisz zanim wyłożysz danie na talerz. Sam talerz przecież prezentuje się doskonale, taki biały (Ikea) na białym obrusie (też Ikea).

A najlepiej to podziel przygotowania na kilka osób (to właśnie nam się sprawdziło najbardziej w zeszłe Święta, dzięki ekipa L.!) Było wszystko, a nawet więcej, i trzy dziewczyny, które z pomocą chłopaków przygotowały Wigilię. Da się? Da się!

Mały offtop: ekonomia współdzielenia jest bardzo popularna w Kanadzie, kiedyś popełnię na ten temat obszerniejszy wpis, bo to świetna sprawa!

Wydawanie pieniędzy

Co ja Ci będę pisać, że przed Świętami wszystko drożeje, jak Ty to pewnie wiesz. Może jesteś mądrzejszy niż my i prezenty gwiazdkowe leżą gotowe od zeszłorocznych wyprzedaży. My co roku mamy taki plan, a wychodzi jak zwykle, więc zasada, jaką stosujemy od zawsze, a od przylotu do Vancouver w szczególności: żadnego kupowania z dziećmi. Żadnych galerii z dziećmi. W ogóle żadnych galerii handlowych! Po pierwsze za daleko, po drugie ludzie dostają tam amoku, po trzecie, jak już wejdziesz, to musisz coś kupić. Bo inaczej dopadnie Cię myśl: co się bez celu szwendasz?

Zakupów nie robimy żadnych, okazji z Black Friday czy  Last Monday nie wykorzystujemy. Zabawki Święty Mikołaj kupi albo na amazonie albo w sklepie z zabawkami na Main. Modnie jest być minimalistą, więc i ja jestem 😉 Kto z nami, palec do budki?

 Pierwszy lepszy przykład wydawania mniej: Żeby przygotować świąteczne ozdoby, korzystamy z opcji sklepów niskobudżetowych, i chociaż rzeczy z OneDollarStore czy Dollarama bywają wątpliwej jakości, to sam proces tworzenia jest dobrze spędzonym czasem. Z Maćkiem zrobiliśmy wielce udany stroik z kilku bombek, o taki.stroik z bombek z onedollarstore. Kanada sie nada. czy swieta musza cie kosztowac

Wygląda przebogato, barokowo w formie, a kosztował grosze (a raczej centy). I jak się ładnie w nim odbijam robiąc zdjęcie 😉


Ale żeby post nie był tylko o świątecznych ograniczeniach, zachęcam Cię do rozpusty w jednej dziedzinie:

Aktywność fizyczna

Już wkrótce więcej o tym, jak być fit w Vancouver, sportowo i darmowo, ale dzisiaj napiszę tylko jedno – łyżwy! Idź na łyżwy! A najlepiej umów się z kilkorgiem znajomych na łyżwy, na którymś z licznych lodowisk w Vancouver. I dla dzieci i dla dorosłych (bilet rodzinny na czwórkę dorosłych to 12 CAD, wypożyczenie łyżew to 3,5CAD od osoby). Znacznie tańszy sport zimowy niż narty.

Tniemy koszty Gwiazdki na maksa? Można i za darmo pójść na ślizgawkę! Robson Square już jest otwarty. Kosztuje Cię tylko wypożyczenie łyżew (4 CAD).

Zobacz więcej:

 

A jak tam u Was z przygotowaniem do Świąt? Wszyscy gotowi, można zaczynać?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Bilans in plus czyli moje znajomości i przyjaźnie w Kanadzie.

Nie za długa opowieść o tym, jak wyglądają moje znajomości i przyjaźnie w Kanadzie. Trzeba czasu i wielu ludzi, żeby bilans był in plus. I wciąż nie jest za różowo.

Jesień wywołała przygnębienie deszczem, który zdaje się nie mieć końca. W pewnym momencie zapominałam nawet to, kiedy się zaczął. Po prostu pada i pada, i pada. Bez końca.

Człowieka łapie chandra gigant i nicniechcenie. I rozczarowanie jest wielkie, większe niż bardziej słoneczną porą roku.

Co zwykle pomaga w takiej sytuacji poza oczywiście solidnym kubkiem kakałka? Ludzie oczywiście, właśni ludzie wokół siebie.

W sieci, na blogu Moniki trafiłam na wywiad z Ines mieszkającą od prawie roku w Toronto i piszącą o swoich wrażeniach na blogu “Sakwy i walizy”.

Wywiad jak to wywiad, przekazuje osobiste spojrzenie na kanadyjską rzeczywistość. Można się z taką oceną zgadzać, albo nie, co część czytelników wyraźnie pokazała w komentarzach.

Moją uwagę szczególnie przyciągnęło zdanie, że Kanadyjczycy, z którymi zetknęła się rozmówczyni, wydają się zimni, zamknięci na innych.

Pierwsze wrażenie kanadyjskiej życzliwości i otwartości nie przekłada się na powstanie głębszej relacji, nie wspominając o przyjaźni. A tej, zostawionej na innym kontynencie, budowanej od dawna i cementowanej tyloma wspólnie spędzonymi chwilami nad piwem/kawą/plotkami/, o takiej właśnie przyjaźni żal najbardziej.

To jest ten aspekt emigracji, który mnie również uwiera najmocniej. Nieraz dawałam temu wyraz na blogu. O tęsknocie za przyjaźnią, czy o braku ludzi wokół siebie.

Pierwsze miesiące życia w Kanadzie, kiedy skończył się miesiąc miodowy, te miesiące były najtrudniejsze. Bo samotne. Nawet będąc w rodzinie, samotne. Wyobrażam sobie, jak ciężko musi być tym z Was, którzy do Kanady przylecieli sami.  Chylę czoła przed Wami. Każdy potrzebuje ludzi.

Przylecieliśmy, a tutaj nikogo nie znamy. Kanadyjczycy uśmiechają się w windzie, zagadają przyjaźnie, ale przecież nie usiądą z  Tobą przy stole wigilijnym ani nawet przy popołudniowej herbacie. Nie od razu. Nie przez pierwszy rok na emigracji. Może nawet nie przez drugi. A może właśnie usiądą, ale to nie będzie to samo. Mimo najlepszych chęci nawet posłodzona herbata będzie smakować gorzko.

Spotkasz w nowym miejscu nowych ludzi, pięciu, a nawet piędziesięciu i mimo, że ta liczba robi wrażenie, to jednak poza wrażeniem z tej znajomości nie zostanie nic. Nie przeniesie się na wyższy poziom.

Wtedy, na przełomie 2014 i 2015, pierwszej kanadyjskiej zimy, wkurzona byłam, rozczarowana i smutna. Przecież to nie moja wina, że tak trudno mi kogoś poznać, z kimś się zaprzyjaźnić w Vancouver. Przyjaciele, znajomi, rodzina zostawieni w Polsce świadczą na moją korzyść. To nie to, że nie umiem z ludźmi rozmawiać. Znam angielski, znam polski, inteligentna jestem (w normie), więc co?

Czemu z pierwszą poznaną Polką okazało się nam być nie po drodze? Z pierwszą ?! Dlaczego Kanadyjczycy, którzy przecież rozumieją mój angielski, a ja rozumiem ich, dlaczego oni się do mnie uśmiechają, ale nic za tym nie idzie?

Coż zatem wynika z tych smutnych rozważań? Co dobrego z przypominania chwil, które dla mnie są już przeszłością, ale dla kogoś nowego w Kanadzie mogą być czasem teraźniejszym. A ci z Was, którzy dopiero chcą przylecieć i właśnie teraz czytają taki przygnębiający zapis?  Czy ich to nie zniechęci?

Piszę tego posta, żebyście wiedzieli, że taki stan jest ok. Że to normalne nie mieć ludzi i za nimi tęsknić. I że nie jest to powód do wstydu, oznaka słabości, czy porażka.  Że możesz być rozczarowany Kanadyjczykami i Kanadą. Możesz o tym pisać/śpiewać/krzyczeć i płakać nad tym. I się miotać, i się zastanawiać, i nie być pewnym.

Wszyscy jesteśmy ludźmi, a ludzie chcą oswajać lisy dla siebie i mieć róże na wyłączność. A nie tylko tułać się od planety do planety. Koniec końców, dobre życie sprowadza się do ludzi wokół.

Jest nadzieja. Czas. Daj czasowi czas. Daj sobie czas. I daj ludziom czas.

I będzie dobrze. Będą ludzie ! Poznasz Kanadyjczyków i Polaków mieszkających w Kanadzie, i całe mnóstwo innych osób też. Tylko potrzeba na to czasu. Imho, najmniej roku. A bywa, że dłużej.

Może to tylko w tym bloku w Toronto Kanadyjczycy są zamknięci na nowych sąsiadów?  Może to tylko w tej dzielnicy Vancouver, silnie zdominowanej przez jedną grupę etniczną, jest dość ciężko znaleźć pokrewną duszę, z którą można porozmawiać?

Przez pierwsze 10 miesięcy emigracji w Kanadzie poznałam kilka Polek. Wpadłyśmy na siebie na ulicy.  Z jedną wymieniłam się numerem telefonu. Nie udało nam się zdzwonić do dziś. Z drugą poszłyśmy na kawę, potem na spacer, potem przypadkowo spotkałyśmy się w górach. Tyle. Z inną Polką spotykałyśmy się regularnie na placu zabaw, ale nasze drogi się rozeszły.

Dwie kolejne Polki zaczepiłam sama. Jedną na zajęciach sportowych, drugą w górach. Spotykamy się do dziś z mniejszą lub większą intensywnością. Mam to szczęście, że blog i internet bardzo mi ułatwiają poznawanie nowych ludzi. Dziękuję, że teraz to Wy mnie zaczepiacie 🙂

A ile Polek-emigrantek poznałam w sieci, o mamo, jak ja mam dobrze ! Z Mają [piąteczka] to prowadzimy nawet cotygodniowy czat przyjacielsko-biznesowy na Skypie.

Ktoś może powiedzieć: ale ja wcale nie chcę się spotykać z Polakami ! I nie chcę mieć przyjaźni wirtualnych ! Dlaczego nie mogę się zaprzyjaźnić z Kanadyjczykami? Dlaczego to jest takie trudne?

Też sobie zadaje to pytanie. Serio. Właśnie z potrzeby szukania odpowiedzi, zaczęłam serię: Jak rozmawiać z Kanadyjczykami? [niewiele jest na razie, ale nie bój nic, będzie więcej]. Bo znajomość zaczyna się od rozmowy. Przyjaźń to taki etap tej rozmowy, kiedy już właściwie słowa są zbędne.

Można szukać wytłumaczenia w mentalności Kanadyjczyków. Są zimni i zamknięci, bo…. pogoda, multikulturowość, brak zainteresowania Polską i nami z Polski. Ale w sumie czemu mieliby się interesować?

Bariera językowa nie ułatwia sprawy. Dla większości nas, emigrantów, językiem emocji jest polski. A tutaj musimy to samo wyrazić po angielsku. Mówienie o swoich uczuciach i potrzebach po polsku, w Polsce, nie jest łatwe, to co dopiero w Kanadzie?

Nie podam Ci rozwiązania innego niż to, żeby wciąż próbować i dać czasowi czas. Spokornieć w oczekiwaniach wobec ludzi i się na nich otworzyć.

I będzie dobrze !

Jeśli mieszkasz w Vancouver i chcesz poznać świetne Polki, zapisz się na Polskie Babskie Spotkania. Tam to dopiero jest moc!


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi ! Wtedy wiem, co lubisz czytać !