Krótko o Okanagan: Osoyoos, pustynna Mount Kobau, słone jezioro Spotted Lake, jabłka i skałki

Relacja z wypadu do pustynnego Okanagan. W sam raz na jesienną pluchę !

Jedziemy, jedziemy, nie ma lasów. Jest piach. I ciepło, a miejscami bardzo ciepło.

Słońce jest tutaj bliżej ziemi.

Okanagan, Osoyoos, Pendincton, Skaha Bluffs…. nie wiem, jak Wam, ale mi wymawianie tych nazw sprawia jakąś nieokreśloną przyjemność.

Smakowicie brzmią, są soczyste, dźwięczne. Trochę magiczne i mocno zachęcające.

Przed wycieczką do Okanagan nie wiedzieliśmy o tym regionie za wiele

[tak, tak, to już u nas tradycja, na prawdę słabo przygotowujemy się do naszych wycieczek i później nas musi google ratować…. albo i nie. W sumie nie ma się co chwalić publicznie]

Okanagan kojarzył nam się z dwiema rzeczami: cydrem z BC Liqure Store oraz pustynią.

Plus ja mam koleżankę z pracy, której miastem rodzinnym jest Osoyoos, położone właśnie w tym regionie. I tyle właściwie naszej wiedzy krajoznawczej.

[Jakie to szczęście, że jeździmy z dobrze przygotowaną i zaopatrzoną w mapy i/lub przewodniki ekipą L. ufff :D].

Okanagan to region, dolina, obszar, tuż przy granicy ze Stanami Zjednoczonymi i sąsiednią kanadyjską prowincją, Albertą.

Około 5 godzin jazdy na wschód od Vancouver.

Droga wije się coraz wyżej i wyżej, i zupełnie, ale to zupełnie, się nie nudzi. Bo widoki są.

Oczywiście dzieciom się nudzi, ale na szczęście długi audiobook na ogół załatwia sprawę. My słuchaliśmy “Baśnioboru” (prawie 10 godzin ) i ta lektura nieźle uzupełniała, a właściwie kontrastowała oglądane z samochodu wyżowe, pustynne krajobrazy.

Nawet trochę księżycowe, jak to mówi moja koleżanka Harriett z Kelowny

[patrzcie państwo, znam coraz więcej osób stamtąd]

#1 Kiedy jechać? – może jesienią?

Trafiła nam się boska pogoda, złota jesień roku 2016, miejscami bardzo ciepła, a miejscami bardzo zimna.

Ale ponieważ tym razem był to wypad nie-pod-namiotowy, więc pogoda mogła nam nadmuchać. I czasami dmuchała nieźle.

Mieszkaliśmy w Osoyoos, w hotelu znalezionym na booking.com [hotel standard ok, miał jacuzzi]

Pole namiotowe w Osoyoos znajduje się w  Haynes Point Provincinal Park (dzięki Monika za namiar na tę miejscówkę), na wąziutkim półwyspie jeziora Osoyoos.

  • → Półwysep nawet urokliwy, ale te miejsca kempingowe miejscami łysawe.
  • → Widok na jezioro i zachody słońca, zdaje się, rekompensują tę niedogodność.
  • → Rezerwacja na zasadzie, kto pierwszy, ten lepszy, więc warto mieć w obwodzie plan B.

Samo Osoyoos ma trochę do zaoferowania, ale my jak zwykle wybraliśmy spacerowanie i górołażenie. Miasteczko nie jest specjalnie duże, ale rozległe, położone rozkosznie pomiędzy wzgórzami.

Podobno jest to najcieplejsze miejsce w Kanadzie (stąd hasło pustynia, jako wabik na turystów).

Gdzie by się nie obrócić, widać góry. Suche i pustynne, podobno przypominają Arizonę (nie wiem, nie byliśmy, ale wierzymy na słowo).

#2 Pierwszy dzień – pojechaliśmy na północy zachód od Osoyoos.

Czyli długą, krętą i piaszczystą drogą na Mout Kobau

Widoki z drogi są zacne, choć nieco przygnębiające (te tereny wielokrotnie były nękane pożarami). Ale po okołi 20 km jest się na górze.

Samochód można zostawić na parkingu, a później wejść na szczyt, niekrępującym i niewymagającym szlakiem. Dzieci dadzą radę. Nawet wózek z Costco da radę (ale jednak nie polecamy).

Na górze, ku zaskoczeniu, było bardzo zimno. Jednak warto wejść. Dla widoków na wszystkie cztery strony świata. Góry Kaskadowe, miasto Osoyoos w dole

No i jeszcze za plecami szlaku, przy parkingu, widać drogę do jakiś zabudowań. Może cię zainteresuje, co to takiego? A to miało być drugie największe obserwatorium astronomiczne na świecie. NA ŚWIECIE!

Ale z powodu kosztów nie doszło do otwarcia.

Szkoda.

Drugim punktem dnia było fascynujące i kuszące rzadko spotykaną barwą jeziorko Spotted Lake.

Znajdziecie je przy drodze do/z Mount Kobou więc można spokojnie sobie zaplanować odwiedzenie tcyh dwóch miejsc na jeden wycieczkowy dzień. A nawet pół dnia, z popołudniem spędzonym znowu leniwie w Osoyoos.

Jeziorko jest całe w plamy, stąd jego nazwa: Spotted Lake 🙂

Zejście do niego zajmuje około 10 minut. Dla dzieci to niemała frajda biegać tak po zaschniętych skorupach …. no właśnie czego?! Soli? Solo-błota? (Maciek mimo  doświadczeń z Wieliczki, wcale się nie rwał do organoleptycznego przekonywania się, jak bardzo jest słono).

Tak wyglądał nasz pierwszy dzień z wrześniowego weekendu w Okanagan.

#3 Drugi dzień czyli właściwie wracamy do Vancouver

Drugiego dnia wybraliśmy się na jabłkobranie oraz objazdówkę po północnej części regiony, kończąc w Pentington.

Okanagan, a zwłaszcza Osoyoos, uważane jest za zagłębie jabłkowe (jabłczane?!) całej Kolumbii Brytyjskiej.

Mimo pustynnego charakteru, a może właśnie dzięki niemu, w Osoyoos można znaleźć ciągnące się po horyzont sady jabłkowe.

W większości sadów można umówić się na jabłkowe you-pick, czyli pozbierać i pozrywać różne rodzaje jabłek na własny użytek.

Szczęściarze z nas, bo wyżej wspomniana koleżanka, a właściwie jej rodzina, sad jabłkowy w Osoyoos ma (a nawet dwa).

  • Mogliśmy więc pochrupać świeże jabłuszka, porównać różne, bardzo wyraziste niekiedy smaki i dowiedzieć się co nieco o uprawie.
  • A ponadto zgłosić najstarsze dzieci do prac sadowniczych w przyszłości (a co, niech już sobie organizują junior summer jobs 😉

Wycieczki na wieś, gdzie uprawia się różne owoce i warzywa, są bardzo popularne nietylko wśród rodzin z dziećmi.

A jakie zdrowe! A jakie pyszne! Fanom jabłek polecam zdecydowanie bardziej niż Festiwal Jabłek na UBC.

Po jabłuszkach czas było wyruszyć w drogę powrotną, ale nie tak od razu hop do Vancouver.

Pętelką na północ, zahaczając o place zabaw po drodze, raj dla wspinaczy, czyli Skaha Bluffs Provincional Park.

Koniecznie musimy znowu przyjechać do parku Skaha Bluffs, bo nie przeszliśmy całości szlaku. Maciek wolał pogapić się z góry, pobuszować po kamieniach i ogólnie nie wysilać się.

Chociaż sam szlak nie jest specjalnie wymagający – to właściwie system ścieżek doprowadzających w różne wyjścia dla wspinaczy skałkowych. Około 1,5 do 2 godzin potrzeba, żeby zrobić pętelkę w parku.

Wróciliśmy na autostradę 1 drogą lekko zwalającą z nóg (przez ośrodek narciarski Apex), której, jak donosi bardziej zorientowana część grupy, zimą się raczej nie da przejechać. A latem się dało.

Pozdrawiamy serdecznie. U nas deszcz. [edit z 2017 – padało od października do marca. Kurtyna spada i zabija się na miejscu]

Ktoś z Was był w Okanagan? Albo się wybiera? Wrzuć link w komentarzu, a następna osoba planująca wycieczkę w ten region Ci za to podziękuje !


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Polskie Babskie Spotkania

Wspomnienie spotkania Polek w Domu Sąsiedzkim. Bo każda i każdy z nas potrzebuje tych innych ludzi. Żeby być sobą. Po polsku w Kanadzie 🙂

[ to jest post z akcentem kobiecym, ale oczywiście panów też zapraszam do czytania :D]

Najpierw tło sytuacyjne: za oknem leje deszcz, sąsiad w windzie, w ramach optymistycznego small talku, rzucił tylko: eeee, jutro to dopiero będzie gorszy sztorm. Optymista, nie ma co…..

To jest taki dzień, kiedy chcesz się przykryć kocem po czubek głowy, jedną rękę ewentualnie wystawić po kubek z herbatą, może jakaś dobra dusza naleje.

Dzień ponury, smutny i zimny.

W takie dni, jak ten, emigracja ciąży jak kamień u szyi [w miejsce słowa: emigracja wstaw zamiennie: praca, drożyzna, niewdzięczne dzieci, zapracowany mąż i wszystko inne, co akurat dzisiaj humor psuje]

Jeśli więc siedzisz z nosem spuszczonym na kwintę, to zaraz Ci humor poprawię.

A czym?

Ano wspomnieniem Polskiego Babskiego Spotkania w Vancouver.


Najpierw podziękowania. Muszę, bo się uduszę.

DZIEWCZYNY DZIĘKUJĘ WAM!!! BRAWO WY!


Nie wymyśliłyśmy nic nowego. Bo przecież człowiek jest istotą społeczną, lubi się spotykać. Polka lubi i Polak lubi. W Polsce i w Kanadzie.

Kiedy tydzień temu zapytałam w internetach, czy Polki mają ochotę na spotkanie w kobiecym kręgu, nie przypuszczałam, że tyle nas będzie.

Że przyjdą dziewczyny nowe w Vancouver i dziewczyny, które mieszkają tutaj od 20 lat. Same się dziwiłyśmy odkrywając, że wiele z nas mieszka koło siebie. Albo że pochodzi z tych samych miejscowości w Polsce. Miłe, ciepłe poczucie bliskości i odnalezienia się 10 000 km dalej.

Nie miałyśmy żadnego planu spotkania, określonego celu. Chciałyśmy po prostu pobyć razem. W kobiecym kręgu, z dziewczynami/kobietami/babami o różnym stażu emigracyjnym.

Coś jak spotkania koła gospodyń wiejskich, które dawniej odbywały się w jesienne ponure wieczory, z robótką, albo i bezczynnie.

Zawsze wyobrażałam sobie, że oprócz dobrego plotkowania i wspólnej pracy, takie spotkania to była świetna lekcja życia i o życiu. Nie wiem, jak Wy, ale mi wciąż na emigracji nie dość takich lekcji.

Wiem, że wszystkiego się można nauczyć samemu, mozolnie, krok po kroku, dzień po dniu, szukać ludzi, poznawać, i z tymi, którzy są “naszymi ludźmi” wchodzić w głębsze relacje.

Że nie każda Polka i nie każdy Polak w Vancouver okaże się najlepszym przyjacielem. I wcale nie o to chodzi. Chodzi o stworzenie czasu i możliwości, żeby posłuchać innych i powiedzieć o sobie. Tyle.

2 godziny spotkania to za krótko, żeby się polubić. Za krótko, żeby się nagadać. Ale dość, żeby choć na moment poczuć, że nie jestem tu sama. Że są inne dziewczęta, które być może przechodzą to samo. Albo odwrotnie, mają więcej doświadczeń i mogą doradzić, pocieszyć. Czasami sprowadzić na ziemię.

Były wśród nas przedstawicielki organizacji polonijnej, więc jeśli któraś chce, może się zaangażować w promocje polskiej kultury.

Padła propozycja zorganizowania się w polską grupę zabawową, dla matek z małymi dziećmi.

Wiele było pytań o to doświadczenie emigracyjne, pobyt stały, pracę, przyszłość w Kanadzie.

Po spotkaniu napisałam posta ze zdjęciem [jednym, reszta wyszła zamazana, bo z emocji ręce mi drżały]. Podzieliłam się zdjęciem na 6 grupach facebookowych, w tym m.in. Polki w Kanadzie. Ponad 50 Polek w Kanadzie lajkami powiedziało nam: Brawo dziewczyny z B.C. ! Koleżanki ze Szwecji przesłały w odpowiedzi swoje zdjęcie kobiecego spotkania. Wszędzie kobiety, wszędzie Polki potrzebują tego samego 🙂

Jedna z nas powiedziała:

Mieszkam tutaj już jakiś czas, mówię po angielsku, ale jestem sobą po polsku. Dlatego przyszłam na to spotkanie.

Ktoś mądry powiedział, że każdy człowiek jest wypadkową pięciu innych osób. Wierzę, że w Vancouver znajdziesz i 5, i 10, i nawet 15 takich Polek, przy których będziesz sobą. Po polsku.

Jeśli nie chcesz przegapić powiadomienia o następnym spotkaniu, zapisz się!

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Jak rozmawiać z Kanadyjczykami ? [ część I ] Z czym ja miałam problem? No dobra, wciąż mam….

Moje główne grzechy komunikacyjne w rozmowie z Kanadyjczykami. I nie, nie jest to nieznajomość języka angielskiego.

 

Najpierw tytułem wstępu. Kto mnie zna, wie, co studiowałam. Kto mnie zna lepiej, wie, co teraz myślę o takim wyborze studiów [dyskretny chichocik w tym miejscu]. Ale, ale zawsze lubiłam język i wielu się uczyłam (zważ na różnicę: uczyłam, a nie na-uczyłam).

Wiele rzeczy, jeśli nie wszystkie w życiu, zależą od naszej umiejętności komunikowania się. Nie bój się, nie ja to wymyśliłam, więc gwarancja jest, że ktoś mądry już tę prawidłość udowodnił. Ja co najwyżej mogę się podpisać wszystkimi czterema kończynami pod tym stwierdzeniem, zwłaszcza po dwóch latach mieszkania w kraju, którego język wciąż jest dla mnie obcym.

Często myśląc o tym, co stanowi  naszym powodzeniu na emigracji, nie poświęcamy za dużo uwagi komunikowaniu się czy językowi. Naturalnym jest myślenie o pracy, mieszkaniu, aklimatyzacji. Gdzieś może się zawahamy, co do angielskiego, no ale proszę Cię, angielski ?! Ja nie dam rady? Kto, jak nie ja?

Sama tak myślałam. Błąd ! I mimo że nie obawiałam się o swój angielski, to z zaskoczeniem zobaczyłam, że się z Kanadyjczykami nie dogaduję.

Zaczęłam się zastanawiać i lojalnie uprzedzam drodzy czytelnicy, że będzie na blogu seria postów pt. Jak rozmawiać z Kanadyjczykami? Bo mam potrzebę wygadania się na ten temat. I zapisania ku przestrodze i ku pamięci [mojej głównie]

To zaczynamy:

Jak rozmawiać z Kanadyjczykami? Moje grzechy komunikacyjne

 

1. grzech główny – długość wypowiedzi

Ja jestem gaduła, serio mogę zagadać każdego. Więc moja największą bolączką nie jest to, że kogoś nie interesuje, co mam do powiedzenia. Mnie nie interesuje, że jego nie interesuje, byleby słuchał.

Kanadyjczycy, naród mający opinię grzecznych i uprzejmych ludzi. Myślisz, że stali i słuchali, jak Kasia nawija? O nie ! Kanadyjczycy nie będą słuchać, oni dadzą jasno do zrozumienia, że nie mają czasu na dłuższą rozmowę. Taktownie ją skończą, ale skończą definitywnie. I mogą zacząć unikać rozmowy ze mną od tej pory, bo właśnie dostałam łatkę gaduły i zanudzacza. Trudno o drugą szansę. Oczywiście nadal będą uprzejmi, ale będzie to uprzejmość podszyta lekką nutką niecierpliwości i dystansu.

Nie polecam !

2. grzech główny, wypływający z 1. – monopol na rozmowę

Dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że jako gaduła podpadam dodatkowo pod kategorię monopolista rozmowy. Ciężko się samemu zdiagnozować, bo miałam święte przekonanie, że robię dobrze społeczeństwu, bo przecież podtrzymuję konwersację. I wchodziłam głębiej i głębiej w temat, obierając go jak cebulę z warstw i nie patrząc, że innym już od niej lecą łzy z oczu.

I Kanadyjczycy mi pokazali (grzecznie, a jakże !), jak pohamować zapędy takiej monopolistki i gaduły . Mówili na przykład tak:

Wow Kate, that’s amaizing that you you had a great time on camping. Before you continue I need to let you know that in few minutes I have to get back to…..

Well, Kate that’s really something. I have to take care of…. right now. Maybe we can catch up later.

 

A skoro o przerywaniu mowa….

3. grzech główny – przerywam

Niegrzeczne i wyjątkowo źle widziane w Kanadzie. Z wyjątkiem sytuacji opisanych powyżej, czyli przerywanie celem zatrzymania słowotoku, nie ma usprawiedliwienia.

A ja? Przerywam komuś wpół zdania, zanim ktoś skończy, bo myślę, że wiem, co on chce powiedzieć i nie chce mi się czekać tych dwóch minut, żeby mógł skończyć. Nie będziemy tracić czasu przecież jest tyle do obgadania. Albo co gorsza ta osoba się myli i przecież moim najświętszym obowiązkiem jest wyprowadzić ją z błędu.

O rany….. (nawet jak o tym piszę, to się rumienię ze wstydu)

Kończąc tę samokrytykę, chcę jeszcze napisać o dwóch postawach komunikacyjnych, które są równie źle odbierane. U mnie też występują (pocieszam się, że w mniejszym natężeniu), a przyszły mi do głowy podczas rozmów w gronie emigrantów. I nie, nie tylko Polaków 😀

Grzech poboczny – ja mam gorzej i to nic nowego

Po angielsku taka postawa nazywa się: the one upper – czyli ja to mam gorzej/lepiej, czyli wyścig na opowieści. W gronie kobiecym zwykle przebijanie się historiami negatywnymi i o dzieciach, w gronie męskim przechwałki. Wybaczcie uproszczenie.

Taki przykład. Ktoś z emigrantów dzieli się swoimi wrażeniami z poszukiwania pracy, a ktoś inny przebija to opowiadając, jak mu było ciężko, ale się udało, i żeby się nie przejmował. Jednocześnie nieofiarując tej osobie uznania jej opowieści, żadnych słów wsparcia, współczucia. Niegrzeczne i smutne. Najgorsze, kiedy przebijacz historiami myśli, że przerywając wyświadcza przysługę, bo oznacza to, że słuchał i niejako w odpowiedzi na wysłuchaną historię, musi dorzucić swoją.

Can you top my story? eeee, to spadaj.

Lekka modyfikacja powyższego zachowania: zrównanie czyjeś historii z ziemią.  Czyli wysyłanie całym swoim ciałem i słowami komunikatu: A weź ty już lepiej nie opowiadaj, bo to odgrzewane kotlety i nic nowego, a właściwie nudne i oszczędź nam tej opowieści. Ja też tam byłem, też tak miałam, a nawet gorzej… (vide: przebijacz).

Morał: mówić (nie tylko po angielsku) to można umieć, ale rozmawianie (nie tylko z Kanadyjczykami) to jest wyższa szkoła jazdy

A Tobie się rozmawia z Kanadyjczykami? Luzik czy stresy są? Co pomaga, a co przeszkadza? Napisz w komentarzu, a ktoś Ci podziękuje za radę !
<hr />

<h4 style=”text-align: center;”>Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcesz czytać !</h4>

<hr />