Kemping na Deception Pass i Ameryka przykurzona

Ameryka pod namiotem. W środku zdjęcia porzuconych pojazdów, Dead End i Zwodnicza Babcia, czyli klimat z lekka przykurzony. A także plaże, jezioro, skałki.

To kto pierwszy zapyta:

Dlaczego Ameryka przykurzona?

Nie bój nic, jak mów Złomek, Ameryka ma się w porządku.  Tytuł stąd, że do dzisiejszego posta wybrałam zdjęcia, które zrobiliśmy, podczas jednego, zwykłego spaceru podczas wyjazdu majówkowego. Na tym spacerze, zupełnie przypadkiem i całkiem znienacka, wylądowaliśmy na cmentarzysku starych pojazdów. Ha ! Tak, jak w amerykańskim filmie grozy. Była cisza, skrzypiąca na wietrze tabliczka i napis Dead End.  Mało ludzi, dużo drzew. Wielka, przerdzewiała karuzela dla dzieci.

Kiedy przeglądałam te zdjęcia, od razu przyszło mi do głowy lekko je “przykurzyć”, żeby pokazywały Amerykę bez lukru i różowych okularów. Bo taka była ta nasza amerykańska miejscowość, z kategorii “dziura na końcu drogi”, zwykłe domy, zwykłe życie, zero atrakcji turystycznych.

[dodam, że na obróbkę czeka jeszcze druga porcja zdjęć,ale one pokażą nieco inne okoliczności przyrody]

ale zanim do zdjęć, to

Skąd Ameryka w ogóle?

Zachciało nam się na weekend pojechać na kemping. Nie żeby pomysł przyszedł nam w dniu przyjazdu, o nie. My się solidnie zaczęliśmy zastanawiać jakoś w styczniu, gdzie pojechać pod namiot w trakcie Victoria-Day-Long-Weekend. W marcu, kiedy byliśmy zdecydowani na 110%, okazało się, że miejsc kempingowych nie ma wolnych w całej Kolumbii Brytyjskiej. [no chyba, że gdzieś bardzoo dalekoo na północy].

Pozostały nam Stany, a konkretnie najbliższy, po sąsiedzku leżący Stan Waszyngton.  Udało się zarezerwować ostatnie, ostatniuśkie miejsce na kempingu Deception Pass.

Opłaty i rezerwacja na dwa samochody, dwa namioty i osób maks 8, zamknęły się do $200.

Uff, można jechać, zastanawiając się jedynie na granicy z USA, czy da się wwieźć jakieś jedzenie. Dało się.

Celnik zapytał się nas: Do you have any food? To odpowiadam, że tak, Snacks. Snacks to pojemna kategoria, więc można od biedy podciągnąć pod nią kostkę masła i bochenek chleba też, c’nie? Najwyżej się powie, że synowie szybko głodni są w drodze.

To on się pyta, czy mamy jabłka i pomarańcze. Mówię nie. Bo mieliśmy banany i winogrona. Ale o nie już nie zapytał, a ja niepytana, grzecznie nie zaczepiam człowieka w mundurze.

I wjechaliśmy….. A tutaj o tym, jak wizę do Ameryki załatwialiśmy.

Najpierw zerknij na przykurzone zdjęcia

Kemping na Deception Pass i przykurzona Ameryka_blog o Kanadzie Kanada się nada

Kemping na Deception Pass i przykurzona Ameryka_blog o Kanadzie Kanada się nada

Samochody, traktory i inne pojazdy. Dodam, że kiedy przedzieraliśmy się przez te gęstwiny, oczywiście wypadł na ganek właściciel z pytaniem Can I help you? , tłumaczone na  A wy tu czego się kręcicie?.  Pierwsze co przyszło nam do głowy, to czy w stanie Waszyngton zalegalizowana jest broń (nie wiemy), i czy w związku z tym, że wtargnęliśmy na jego prywatne podwórko, gospodarz może nas pogonić ze strzelbą.Kemping na Deception Pass i przykurzona Ameryka_blog o Kanadzie Kanada się nada

 

Kemping na Deception Pass i przykurzona Ameryka_blog o Kanadzie Kanada się nada

Plaża na Deception Pass – tutaj w deszczu.Kemping na Deception Pass i przykurzona Ameryka_blog o Kanadzie Kanada się nada

I jeszcze widok na jezioro, nieco ponurawe pierwszego dnia, ale nie bój nic, jak mówi Złomek, dalej jest lepiej.

Kemping na Deception Pass i przykurzona Ameryka_blog o Kanadzie Kanada się nada

Sam kemping nie urywa. Wyposażenie, infrastruktura, ogólnie rzecz biorąc, nie zachwyciło nas. Położenie cudne, ale kemping, well good enough (jak by powiedział grzeczny Kanadyjczyk).

Jest jedna zasadnicza rzecz, na którą trzeba się przygotować, jadąc pod namiot na taki kemping (dotyczy także B.C.). A mianowicie, że większość rzeczy przywozi się ze sobą. Na wyjazd zabiera się dobytku bez liku, począwszy od najbardziej podstawowych, a skończywszy na zapakowaniu wszystkich możliwych sprzętów ułatwiających życie, typu przenośny telewizor. Tylko, że inaczej niż z rzeczami, które w Polsce zwozi się na działkę,  przedmioty zabierane przez Kanadyjczyków są takiej jakości, jak te zostawione w domu. Drugi zestaw wszystkiego do życia,  po prostu.

Mimo że namiot mamy spory, to prezentował się nad wyraz skromnie przy wielkich przyczepach Kanadyjczyków, lśniących barbekjujach, luksusowych fotelach składanych. Nie ma co kryć, zazdrość brała. Zwłaszcza jak przez szybkę zerknęłam i widzę kuchnie ładniejszą i bardziej funkcjonalną niż mam w mieszkaniu. Normalnie chcę żyć w przyczepie !

Dobra, koniec z zazdrością. No co, stać ich, to sobie kupują, potrzebują, to sobie kupują, luz.

Ponieważ Kanadyjczycy wszystko przywożą ze sobą, na miejscu nie ma np. ogólnodostępnej kuchni czy pokoju wspólnego, na wypadek deszczu. Placu zabaw nie ma. Byliśmy zawiedzeni, bo rozpieściły nas kempingi na Bornholmie. Lodówka, patelnia i prysznic wliczone. Na amerykańskim Deception Pass nic z tych rzeczy.

Nie zrozumcie nas źle. Wiemy, ze przyjechaliśmy do lasu i z takim typem biwakowania jesteśmy jak najbardziej zaprzyjaźnieni. Że nie ma nic, gary się myje w strumieniu, głowę raz na tydzień, a na obiad jest mielonka z ogniska. Lubim to !

Ale, ale, jak już każą nam słono zapłacić za miejsce na kempingu, które trzeba rezerwować z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, to jednak oczekiwania są. Że będzie trochę wygodniej. I że nie trzeba będzie ze sobą wszystkiego, WSZYSTKIEGO, wieźć.

Mimo tego, drobnego w sumie, minusa, kemping czy ten, czy nasz poprzedni, udały się i jest, co wspominać. Pogoda była miejscami gorsza, raz bardziej łaskawa, kilka fotek zrobiliśmy, możecie sami ocenić, czy warto.

Z naszej plaży przez krótką chwilę widać było pasmo gór w Parku Narodowym Olimpic. To tam gdzie wampiry rezydują :). Ale nie dlatego chcemy się tam kiedyś wybrać, hehe. Ludzie polecają, więc coś jest na rzeczy. Pojedziemy, zobaczymy.

Położenie kempinu Deception Pass

Sam kemping jest bardzo ładnie położony, z szeroką, piaszczystą plażą, zachęcającą do spacerów. My pierwszego dnia przeszliśmy się w drobnym deszczyku, oglądając most wiszący, wpisany na listę zabytków USA [z mostu widoki zachwycające :D]. Dla dzieci gratka co niemiara, bo ogromne głazy i wiele kłód wyrzuconych na piasek.

Więc na takiej plaży można:

  • wejść na wielkie kamienie i piszczeć z radości, jak zaczyna podmywać głaz
  • budować szałasy i bazy z wielkich, ogromnych kłód i patyków wyrzuconych przez Pacyfik (nigdzie indziej na świecie nie widziałam tyle drewna na plaży. Ale inna sprawa, że w niewielu miejscach byliśmy)
  • można z licznych kamyczków i muszelek robić ogródki, domki, Inokshuki, drogi, a  wszystko to, aby plażę przyozdobić !
  • w temacie zdobienia jeszcze: można w końcu kreatywnie pisać mądrość na kamieniach: Be u, Love yourself i inne, pomocne hasła, a potem taką małą pamiątkę zabrać ze sobą 🙂

Plaża sama w sobie przypomina te vankuweryjskie, np. Wreck Beach czy plaże wokół Parku Stanley’a. Jest co robić. Ta na Deception Pass ma jeszcze dodatkową zaletę w postaci małych grilli terenowych, dostępnych dla wszystkich.

Można grillować przy plaży, a można i nad jeziorem, bo tuż obok jest jezioro. Jest okazja do pływania (spory wydzielony brodzik dla młodzików), kajakowania i łowienia ryb.

Droga z kempingu na plażę nie jest specjalnie długa, a nam w przewożeniu całego majdanu pomógł wózek z Costco (70 CAD). Da się załadować młodzież i potrzebne rzeczy w ilościach hurtowych.

Na zdjęciach wózka nie ma, ale jest cała reszta.

Kemping na Deception Pass_ Kanada się nada _blog o Kanadzie i Vancouver

Kemping na Deception Pass_ Kanada się nada _blog o Kanadzie i Vancouver

Kemping na Deception Pass_ Kanada się nada _blog o Kanadzie i Vancouver

Kemping na Deception Pass_ Kanada się nada _blog o Kanadzie i Vancouver

Kemping na Deception Pass_ Kanada się nada VII_blog o Kanadzie i Vancouver

Kemping na Deception Pass_ Kanada się nada _blog o Kanadzie i Vancouver

Zakład, że wiem, o co pytał Krzysiek? Hej Ty, a wiesz, kiedy będzie kolacja?

W 2017 jesteśmy już zaznajomieni z systemem rezerwacji kempingów w B.C. więc będzie bardziej lokalnie.

Masz jakieś doświadzczenia z amerykańskimi kempingami?


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Ania z Zielonego Wzgórza w maju. Dom czyli mama

Nie ma jak u mamy. A jak nie ma mamy, to co?

Maj. Miesiąc matur i bzów i wyświęconych ogrodów. Piękny taki. I ma ze świąt wszelakich to jedno, wyjątkowe. Dzień Matki.

Ciężko cokolwiek napisać, żeby nie wpaść w banał. Jak ładnie dziękować, co przygotować, jak uczynić ten dzień wyjątkowym napisano  już tak wiele. Jeszcze więcej jest o tym, kim jest matka, kim jest dobra matka, a kim matka Polka. Nie będę się powtarzać przecież.

Ania, mama, dom

Ale skoro to cykl o Ani, to zerknę, jak tam u niej z mamą. Sierotą była, wiemy wszyscy. Rozpaczliwie łaknęła bliskości, drugiego człowieka. To też jasne.

Przychodzi mi do głowy coś jeszcze innego. Myślę, że dla Ani, matka jako pojęcie była równoznaczna  z domem. To dom, Zielone Wzgórze, dawał jej wszystko to, co matka może dać dziecku. Otaczał ją ścianami – ramionami jak matka, chronił w wypadku sztormów, nie oceniał, nie wyśmiewał. Był. Czy nie tak właśnie robią nasze mamy?

Domownicy na Zielonym Wzgórzu, tak różni w okazywaniu uczuć,  składali się na portret matki Ani: zarówno surowość Maryli, jak bezwarunkowa akceptacja Mateusza, czy wreszcie serdeczne, choć wścibskie dogadywania pani Małgorzaty. To oni byli Ani rodziną, jej mamą, jej domem. Stąd czerpała siły i radości. Dom-matka, wywalczony, wymarzony, wybłagany, wcale nie taki chętny, żeby od początku zająć się małą wyrośniętą dziewczynką.

Trochę jak z matczyną miłością na początku – niby powinna pojawić się z pierwszym rzutem oka na nowonarodzone dziecko, ale przecież wszystkie wiemy, jak jest. Jednak kiedy już się jest, to nic matki nie ruszy. Stoi murem do końca. Jak dom stabilna. I jak dom, co jakiś czas potrzebująca remontu 😉

Odchodzenie na zawsze i powracanie na moment

I kiedy zostawiamy dom, to zostawiamy ją. Odchodzimy na studia, do pracy, do swoich rodzin, wreszcie emigrujemy. Dobrze chociaż, że kiedy wracamy, możemy przez chwilę zanurzyć się w ten wyjątkowy stan bycia zaopiekowanym. Możemy być dzieckiem, które uwielbia się przytulać, śmiać, wykrzykuje z radości i oczywiście zawsze ma ochotę na pomidorówkę made by mama.

 

“There’s just one spot on this road where I always feel suddenly….I’m home,'” said Anne. “It’s the top of the next hill, where we’ll see the lights of Green Gables. I’m just thinking of the supper Marilla will have ready for us. I believe I can smell it here. Oh, it’s good… good… good to be home again !”

At Green Gables every tree in the yard seemed to welcome her back…every lighted window was beckoning. And how good Marilla’s kitchen smelled as they opened the door. There were hugs and exclamations and laughter.

Ania z Szumiących Topoli

Dziękowanie mamom w dniu Matki, to dziękowanie za to, że był dom. Codziennie. I że jest dokąd wracać. Z daleka.

Cytatem o wiośnie się żegnam. Kapryśna, piękna, kwitnąca. Kanadyjska 🙂

Spring had come once more to Green Gables – the beautiful, capricious, reluctant Canadian spring, lingering along through April and May in a succession of sweet, fresh, chilly days, with pink sunsets and miracles of resurrection and growth.

Ania z Zielonego Wzgórza

[symple_box color=”blue” fade_in=”false” float=”center” text_align=”center” width=””]Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.[/symple_box]

PODZIEL SIĘ

Vancouver na city break ! Dzień w Parku Stanleya

Można nie chcieć iść w góry? Najwyraźniej można. Zapytajcie dzieci – one wolą te wypaśne place zabaw. Ewentualnie na rower. Ale tylko w Parku Stanley’a 🙂

Ten wpis początkowo ukazał się na blogu swojepodróże.pl. Teraz, w zmienionej formie zamieszczamy go i tutaj 🙂

Vancouver nie jest jednym z tych oczywistych miast, które wybierasz na city break.

W Europie nie leży (tylko w Kanadzie), tanich lotów nie ma (a te co są, oznaczają co najmniej jedną przesiadkę i kosztują około 3 tys. PLN), i zanim w ogóle pokonasz jet lag, to już wypada wracać. Ale, ale, jeśli przez jakieś zrządzenie losu znajdziesz się w tym największych  mieście zachodniej Kanady i i chcesz poczuć Vancouver, to czytaj dalej.

W Vancouver zacznij tu. Od Parku Stanleya. Nie trzeba mieć wielkich pieniędzy, ale jakieś się przydadzą, bo lody, bo wejście do Aquarium, bo rower wypożyczyć. Ale jak nie ma na rower, można obejść. Magia ta sama.

Wokół Stanley Parku na rowerze. Must see, must do.

Do Parku Stanleya dojedziesz komunikacją miejską. Nawet jak nie bezpośrednim autobusem #19, to wystarczy, że zapytasz dowolnego kierowcy dowolnego autobusu, a każdy ci powie, jak dojechać. Samochodu nie bierz, i tak nie ma gdzie go zaparkować. A jeśli śpisz w Downtown, to możesz nawet się do Parku Stanley przejść. Uwaga dla dzieciatych: wycieczka rowerowa wokół Parku jest fajniejsza niż klasyczny spacer.

Jeśli musisz wypożyczyć rower, to jest stosunkowo łatwe, bo wypożyczalnia rowerów, tandemów, przyczepek, fotelików, pół rowerków na holu, całego tego super sprzętu rowerowego znajduje się niemalże przy wejściu do Parku. Po drugiej stronie od przystanku autobusowego.

I potem już można ruszyć wokół Parku, ścieżką Seawall. Trzeba pamiętać, że rowerowy ruch na tej ścieżce jest jednostronny. Oraz że ścieżka jest dzielona z rolkarzami. Oraz że w ciepłe weekendowe dni na pomysł przejechania się tą najpiękniejszą drogą rowerową w Vancouver wpadnie co najmniej milion osób.

Nasza propozycja to: wypożyczasz rower, podjeżdżasz z dziećmi na plac zabaw z wielkim wozem strażackim, puszczasz luzem, niech się idą bawić. W tym czasie robisz im jedzenie, można na przenośnym grillu, ale pewnie go nie masz, zatem zostaje nieśmiertelne kanapki odpakować. Jak się dzieci  wyhasają, i największe tłumy rodzin na rowerach już przejadą, wsiadasz na rower i jedziesz. Albo dookoła, albo w zupełnie nie mainstreamowo, czyli szlakami w poprzek półwyspu. Podziwiasz, co można podziwiać (a można wiele: lasy,  zatoka, góry Północnego Vancouver na horyzoncie, może się trafi jakaś foka albo inny trans pacyficzny statek), dzieci nie marudzą (w końcu się wybawiły i najadły), jedziesz spokojnie.

Aż dojeżdżasz do Third Beach, która jest trzecią w kolejności plażą patrząc od strony Downtown, i gdzie (głosami większości) zachód słońca jest najpiękniejszy. To miejsce na przystanek, dzieci muszą iść w piaseczku się pobawić, a dorośli pogapić na półwysep UBC, i na Wyspę Vancouver, jeśli widoczność pozwoli. Na Trzecią docierają pieszo najwytrwalsi, więc jest szansa, że tłumów nie będzie. Po zabawie kończymy wypad rowerowy pętelką, i jak czas, i siły pozwolą, można podjechać do Aquarium. Vancuweryjskie Oceanarium jest miłe, nie największe może i nie najbardziej spektakularne na świecie, ale miłe. I w kawiarni dają dobre lody. Oraz frytki. Czyli coś, co dziecko zje.

Koniec opisu, teraz zdjęcia. Zbiorcze, z kilku różnych wypadów do Parku i Aquarium.

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

Dzien w Parku Stanleya_Kanada się nada

My średnio jesteśmy w  parku Stanley’a raz w miesiącu. Bo fajny jest i rodzino-przyjazny. I mamy dzień z głowy. Więc reklamujemy 🙂

Thank you Vancouver !


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.

Polski silny, angielski stabilny – znowu o językach chłopaków na wiosnę 2016

Jak chłopaki rozmawiają, jaki język rządzi i w ogóle nasza dzisiejsza dwujęzyczność.

O językach chłopaków, czyli kolejny raport lingwistyczny dla wszystkich zainteresowanych

Wierszyki przez Skypa poopowiadali, a kto nie słyszał, temu…. kiedyś nagramy 😉

A tymczasem, jak to z językami wygląda.

Maciek to żongler słówek i zdań, jakby się bawił językami

Pytanie logopedyczne, czy to norma, że zamienia spółgłoski/dodaje dodatkowe w polskich wyrazach np zamiast lew, mówi wlew ? [Ciocia Dorota?]

Po angielsku mówi niewyraźnie i ciszej, tak jakby niechętnie usta otwierał, w ogóle mam wrażenie, że nie chce mu się po angielsku mówić, coś tak bąknie pod nosem, coś wymruczy. To w stosunku do dorosłych, którzy do niego po angielsku zagajają. Ale, ale, w stosunku do tych, co po polsku go zaczepią (mniej ich jest), też nie jest jakoś specjalnie wylewny. Ogólnie z obcymi dorosłymi najchętniej by nie gadał. Inaczej rzecz ma się z dziećmi – tutaj nie ma znaczenia, czy po polsku, czy po angielsku, rozmowa się toczy, nawoływania i zapraszania.

Ciekawostka patriotyczna : konsekwentnie każe sobie czytać książki po polsku, niezależnie czy oryginał jest angielski czy polski. W przypadku łatwych książeczek po angielsku nie ma większego problemu. Ale niech tylko Kuba inaczej przetłumaczy niż ja wcześnie, a będzie sprzeciw. Trochę upierdliwe to jest.

Czasami da się przekonać, żeby książkę angielską po angielsku przeczytać (chodzi przede wszystkim o te encyklopedyczne książki o Lego, których Krzysiek ma sporo). To dość ciekawe, bo w stosunku do filmów kryterium języka nie gra żadnej roli.

Poza tym bezbłędnie odróżnia wyrazy angielskie od polskich, i wie, do kogo, w jakim języku powiedzieć. Mocniejszy jest w polskim.

U Krzyśka nie ma większych zmian, angielski i polski w użyciu naprzemiennie, bez mieszania.

Niewątpliwie Krzysiek czuje się najmocniejszy z angielskiego z całej rodziny i śmiało krytykuje naszą wymowę. I bardzo nas to cieszy, niech się czuje super pewnie w angielskim. Polski mówiony i pisany jak dla mnie jest na poziomie polskiego chłopca mieszkającego na stałe w Polsce.  Także ortografia jest w normie. Przekonamy się podczas lipcowego egzaminu w Polsce.

Ostatnio dwujęzyczność i jej zalety wypłynęły nam w luźnej rozmowie o bogactwie. Krzysiowi się oczy zaświeciły, kiedy zrozumiał, że dzięki znajomości angielskiego łatwiej otrzyma wymarzoną pracę [aktualnie: konstruktor klocków Lego] i będzie mógł poprosić o taką pensję, która wystarczy na kupno Lego Millennium Falcon. No co, dzieciom potrzeba argumentów dostosowanych do wieku 😉

A dalej o tym, jak sobie razem gaworzymy. Niekoniecznie o bogactwie.

Moja strategia na rozmowy z nimi: w towarzystwie mieszanym językowo, prawie zawsze mówię do nich po angielsku, a potem powtarzam to samo po polsku.

Niezależnie czy są to znajomi, czy zupełnie obcy nam ludzie, których więcej nie spotkamy.  Jeśli nie są to Polacy, mówię po angielsku, a potem po polsku, rzadziej odwrotnie.

Np. w windzie, kiedy jedzie ktoś inny jeszcze, mówię do Krzyśka: please press the P3 button, a za chwilę: wciśnij P3 proszę.  Albo tłumaczę im, kiedy koniecznie coś potrzebują ode mnie, a ja z kimś rozmawiam: please wait, I am talking to this lady, a potem: poczekaj proszę, teraz rozmawiam z tą panią, zaraz mi powiesz, o co chodzi.

Nie mówię obcym, że teraz będę mówić do dzieci po polsku, że jesteśmy z Polski. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś mnie zapytał, co też ja mówię po polsku do nich, więc zakładam (może błędnie), że ta osoba czuje, że mówię to samo po angielsku i po polsku.

Wiem, że rodzice mieszkający zagranicą mają kilka strategii na swoje rozmowy z dziećmi. Jedni mówią tylko po polsku, inni z kolei, żeby nie mieszać, rozmawiają po angielsku. Jestem zdania, że każda rodzina wie najlepiej, co u nich się sprawdza i mądre głowy mogą jedynie sugerować recepty pomocnicze, a nie 100% rozwiązania.

Ja mówię tak, żeby pokazać chłopakom, że żyjemy w rzeczywistości dwujęzycznej, polsko-angielskiej, takiej, gdzie oba te języki mają tak samo ważny status i używane są w zależności od wymagań sytuacji. Zaczynam od angielskiego z szacunku do osoby, która z nami przebywa. Dlaczego tak zaczęłam robić? Nie wiem, samo wyszło, wydawało mi się najwłaściwsze. Czy skuteczne i nieprzeszkadzające w rozwoju polskiego/angielskiego? To się okaże.

Ufam w ich rozsądek i na bieżąco przyglądam się temu, jak sobie z językową rzeczywistością dają radę. Zachęcam, żeby sami odpowiedzieli na postawione przez obcych pytania, jeśli widzę, że Maciek nie rozumie, to powtarzam pytanie.

Zdarzyło się, że na pytanie What’s your name? padła odpowiedź Four [ i nie, Maciek nie czytał “Divergent” ;)].

Sami się uczą swojego small talku.


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Ekspata w Kanadzie po miesiącu miodowym. Czyli czy żałujemy wyjazdu?

Miesiące nam mijają w Kanadzie, jeden za drugim. Czasami mkną, czasami się wleką. I nie wiadomo, co dalej

Ale o co chodzi? Ale, że co? Jaki miesiąc miodowy, jakie żałowanie? Zaraz się wszystko wyjaśni.

To jest tak. Minęło 20 miesięcy na emigracji. Szmat czasu albo zaledwie kilkanaście miesięcy. Kiedyś już pisałam o 5 rzeczach, których dowiedziałam o sobie i naszej rodzinie po roku w Kanadzie. A że jestem dusza sentymentalna do tematu rozterek na obczyźnie wracam, podsumowania lubię i robię, więc o tym będzie ten post.

Kim my jesteśmy, jacy jesteśmy mieszkając od ponad półtora roku zagranicą?

Jak my myślimy o sobie w Kanadzie? Polska rodzina myślimy najpierw, jakoś ten przymiotnik polska jest nie do przeskoczenia, chociaż oczywiście w Polsce do głowy by nam nie przyszło się tak definiować. Zatem jesteśmy Polakami w Vancouver.

Czy jesteśmy imigrantami? A może emigrantami? Imigrant dokądś przyjeżdża, a emigrant skądś wyjeżdża. Czyli jesteśmy i jednym i drugim, zależy jak spojrzeć. Czy bardziej definiujemy się jako ci, którzy przyjechali do Kanady, czy jako ci, co wyjechali z Polski ? Określenie emigrant kojarzy mi się z przymusowym opuszczeniem Polski, trochę ucieczką przed, dajmy na to, rządem nie-po-naszej myśli czy kryzysem ekonomicznym. Emigrantami byli opuszczający Polskę w stanie wojennym i ci, którzy wyjechali w 2004 r., kiedy Polska weszła do UE. Czy to my? Wyjechaliśmy do pracy, ale nie za pracą. Czujecie różnicę?

A imigrant, no cóż, imigrantami nie nazwiemy się także, zwłaszcza w świetle tego, co się dzieje w Europie.To pojęcie nijak nie pasuje do naszej sytuacji.

I jeszcze na dodatek imigrant/emigrant na ogół decyduje się na pobyt stały w tym innym od swojego kraju. Czyli wciąż nie o nas, bo starania o permanent residence nadal pozostają w naszej sferze rozważań.

Słowem, nie wygląda na to, żebyśmy  się w którąś z tych kategorii wpisywali.

Zatem kim jesteśmy? Jak się określić po tych 20 miesiącach?

o tak: Jesteśmy ekspatami.

Według Oxford Dictonary jesteśmy ekspatami, ponieważ mieszkamy poza krajem naszego pochodzenia. Słownik Języka Polskiego doprecyzowuje tę definicję pisząc, że ekspaci to osoby wysoce wyspecjalizowane, które wyjechały do pracy poza krajem swojego pochodzenia. Jakby nie patrzeć 1/2 naszego małżeństwa się w tę definicję wpisuje, a druga połowa stara się nie przeszkadzać 😀

Ok, czyli udało się nam mniej więcej zaszufladkować, kim jesteśmy. W sensie zawodowym przynajmniej.

Ale skąd ten miesiąc miodowy w tytule?

Jak to w każdej relacji, mamy z naszym nowym krajem dobre i złe dni.  Miesiąc miodowy mamy już za sobą. Tym terminem określa się początkowy etap emigracji, trwający zwykle od około 2 do 4 tygodni. I jak to podczas miesiąca miodowego, miłość do nowego kraju była ślepa, albo przynajmniej niedowidząca. Wszystko dookoła takie nowe i ekscytujące. Inne niż w Polsce [czytaj:lepsze]. Cieszyliśmy się tym czasem.

A potem przyszły święta, czyli tradycyjny okres, kiedy ludzie gromadzą się wokół siebie. W Polsce w takich momentach było zawsze sporo bliskich. Święta z dala od rodziny rozkładają nawet najbardziej zahartowanych na łopatki. To wtedy najmocniej tęsknimy za Polską i Polakami. Naszymi ludźmi w naszych miejscach.

W  święta rozkrok na emocjonalnym rozdrożu to prawie szpagat. Tam nas już nie ma, a tutaj jeszcze nie zaczęliśmy na prawdę być…..

I wtedy jest trochę jak w słowach Stasiuka o Polsce:

Wiemy, że wie­dzie nas ku zgu­bie, ale nie chcemy jej porzu­cić ani zdra­dzić. Nawet jak w końcu znaj­du­jemy jakąś porządną żonę, to i tak ją potem śnimy po nocach. W Anglii, w Ame­ryce. Nawet na Księ­życu urządza­li­by­śmy sobie Wigi­lię i Zaduszki.

Lepiej wiedzieć niż nie wiedzieć. Co czujemy?

Pewnie gdybyśmy wtedy wiedzieli o mechanizmach emigracji, jej naturalnych fazach, bylibyśmy lepiej przygotowani emocjonalnie na to, jak będziemy się czuć. Jakie uczucia będą nam towarzyszyły dzień po dniu.

My mieliśmy problem z rozeznaniem się we własnych myślach, a tu trzeba pomóc synom zrozumieć i oswoić ich przeżycia. W dwójnasób ciężej na duszy, kiedy jest się odpowiedzialnym za więcej niż swoje dobre życie.

Teraz dużo łatwiej jest przyjmować codzienność innego kraju na klatę. Bywa, że mocno rozczarowuje i żadne zaklinanie rzeczywistości tego nie zmieni. Wkurza wiele rzeczy, ale to temat na osobny wpis i listę zarzutów.

Ale nie żałujemy decyzji o wyjeździe do Kanady.

Kanada to nasza przygoda życia.

Jest naszym życiem tu i teraz. Nie ma co zastanawiać się, co były było gdyby, tylko trzeba zrobić, żeby było tak, jak chcemy. No pewnie, że to niełatwe. Ale kto powiedział, że ma być łatwo.
Na pytanie: czy wracamy do Polski? – odpowiadamy nie wracamy i nie – nie wracamy. Czyli w sumie nie wiadomo.
To jest nasz czas i nasz kraj. Teraz Kanada. Jutro się zobaczy…
Tego się trzymamy i to nas trzyma.

A Ty z której strony jesteś? Chcesz wyjechać czy myślisz o powrocie?


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.

Jak się w Polsce przygotować do wyjazdu do Kanady? Żeby łatwiej było

Bo dobry plan wyjazdu to podstawa. Ten nasz taki nie był, ale teraz jesteśmy mądrzejsi i możemy co nieco poradzić

Teraz to ja się mogę mądrzyć, ale prawda jest taka, że my działaliśmy bez planu, ze słabym rozeznaniem, trochę po omacku i przypuszczalnie wiele rzeczy można było uprościć i załatwić wcześniej. Mieliśmy o tyle łatwiej, ze firma Kuby wiele papierkologii, czyli całe staranie się o wizę pracowniczą, wzięła na siebie.

 

Znasz post o tym, jak dostaliśmy pobyt stały? Zajrzyj!

 

Co tam! Będziemy radzić, jak się w Polsce przygotować do wyjazdu do Kanady.

Wyjazdu na pobyt tymczasowy, dodamy.

Może coś się przyda.

O czym ten post NIE jest?

  • → Ponieważ ten opis to suma naszych doświadczeń, na pierwszym miejscu listy nie będzie: znajdź pracę w Vancouver. Założenie jest takie, że praca jest. O tym, co robić kiedy jej nie ma, będzie innym razem.
  • → Nie będzie to również post o tym, jakie formalności załatwić, żeby się w Kanadzie znaleźć.

Zanim jeszcze zacznę wyliczankę, najważniejsza moim zdaniem uwaga.

Najlepiej przygotujecie się do wyjazdu do Kanady ćwicząc, ile się da, angielski.

Właściwie nie ma co tego komentować. Im lepiej znacie angielski, tym sprawniej powiecie, czego Wam trzeba, łatwiej złapiecie kontakt, poczujecie się śmielej. I o to chodzi.

W Vancouver, przy takiej ilości osób z Azji, których wymowa naznaczona jest mocnym akcentem, angielski osób z Europy Środkowo-Wschodniej wydaje się łatwiej zrozumiały dla Kanadyjczyków [choć po akcencie od razu nas spytają, czy jesteśmy z  Rosji ;)]. Działa to na naszą korzyść.

Z naszych doświadczeń: w Polsce pracowaliśmy w języku angielskim, na co dzień. Z Amerykanami i Kanadyjczykami (to ja), z terminologią specyficzną dla branży (to Kuba). Krzysiek, jak wiecie z tego wpisu, znał angielski na poziomie ledwo, ledwo. Maciek nie mówił wcale.

Jeśli decyzja o wyjeździe zaczyna dopiero kiełkować w Waszych głowach, to najwyższy czas na naukę czy doskonalenie angielskiego. Komunikatywny angielski to minimum.

Znasz posty z cyklu Rozmówki Kanadyjskie? Tam sporo jest o gadaniu i angielskim:

  • → 3 główne grzechy komunikacyjne : LINK
  • → Akcent i czy mam na imię brama: LINK
  • → Angielski? Ale ja się boję: LINK

A teraz po kolei jak się dobrze przygotować w Polsce do wyjazdu.

Najpierw:

1. Jeszcze w Polsce bierzecie mapę Vancouver i zaznaczacie sobie biblioteki, community centre czy inne organizacje dla nowoprzybyłych (settlement services agency)

W ciągu pierwszych dni warto wybrać się do kilku takich miejsc. Gwarantuję, że zostaniecie dobrze przyjęci, ktoś się Wami zajmie, da Wam plik ulotek, poleci, gdzie szukać pracy w waszej branży,  czy przyjacielsko pogawędzi. Pokieruje na kurs angielskiego albo do kogoś w rodzaju mentora [nie zawsze wszystko jest dostępne dla osób z wizą pracowniczą, ale zapytać zawsze warto]

Taka wizyta bardzo dobrze wpływa na samopoczucie i pomaga walczyć z samotnością oraz tęsknotą pierwszych dni. Od początku wchodzicie w to, co Kanada ma najcenniejsze: społeczność.

Z innych korzyści: w takich miejscach możliwe jest darmowe lub za niewielką opłatą korzystanie z urządzeń typu drukarka, faks, skaner.

To zadanie pomaga także rozeznać się w topografii miasta i oswaja z nim. Warto wiedzieć, gdzie te miejsca znajdują się na mapie, żeby wiedzieć, jak wygląda sąsiedztwo, w którym planujemy mieszkać.

Co prowadzi do następnego zadania :

2. Będąc w Polsce, rozglądacie się za mieszkaniem na mapie i w Internecie

Żeby się zorientować, gdzie chcielibyście mieszkać, jak daleko jest do szkoły, jakie są ceny mieszkań. Jeśli nie nie ma możliwości wynajmu , sprawdzonego przez kogoś na miejscu, od razu na dłuższy czas (a standardem jest umowa roczna i nie polecamy wynajmowania na rok mieszkania, którego w życiu na oczy nie widzieliście ), dobrym rozwiązaniem będzie najem krótkoterminowy, idealny, żeby w tym czasie poszukać mieszkania docelowego. Jedna uwaga – taki wynajem często jest oferowany w dobrych lokalizacjach i przy dobrym standardzie mieszkań, gdyż właściciele liczą na wynajęcie ich ekspatom, profesjonalistom, którzy tymczasowo pracują w Vancouver. Dobrze wiedzieć o wynajmie krótkoterminowym i jeśli chcecie wypróbować jakąś dzielnicę, warto szukać mieszkań do wynajęcia na miesiąc – dwa. Jeśli żadna z opcji nie wchodzi w grę, pozostaje hotel.

Serwisy z ogłoszeniami: craiglist, airbnb, kijiiji.

Poszukiwanie już na miejscu: trochę ogłoszeń można znaleźć na tablicach w community centre czy bibliotekach. Czasami ogłoszenia o mieszkaniach są na tabliczkach przed budynkami, na trawnikach. Można spisać numer telefonu do właściciela czy agencji wynajmu. Często na tabliczkach są od razu godziny kiedy można mieszkanie obejrzeć (open house dates)

Wynajem jest w B.C regulowany przepisami, nie znamy nikogo, kto by mieszkanie wynajmował bez umowy najmu, polecam więc zapoznanie z informacjami na tej stronie, żeby być merytorycznie przygotowanym podczas house hunting.

I wiedzieć, czym się różni umowa najmu month-to-month (z miesiąca na miesiąc) od fixed terms (uzgodnione na stałe). Oraz że mieszkanie typu one bedroom, to w rzeczywistości polskiej dwupokojowe.

Możecie też spotkać się z “rekrutacją na najemcę”, która zasadniczo sprowadza się do tego, że wynajmujący preferuje najemców już sprawdzonych, z referencjami.

Ponieważ my takich nie mieliśmy, poprosiliśmy naszych sąsiadów z Polski (dzięki Matylda) o napisanie nam po angielsku kilku słów na kartce jako rekomendacji.

Można wtedy powiedzieć, że mamy referencje, nie trzeba od razu wyjaśniać, że są z polskiego adresu. Jak wynajmujący będzie chciał, to sam doczyta i się dopyta. A lepiej mieć, niż nie mieć.

O mieszkaniu i jego szukaniu na blogu było i jeszcze będzie.

[edit] obszerny wpis-poradnik ukazał się w 2017 – zajrzyj.

Kolejne zadania do zrobienia w Polsce:

3. Jeszcze w Polsce robicie kopie dokumentów polskich i ich tłumaczenia przysięgłe po angielsku.

Jak my wybraliśmy tłumacza przysięgłego?

Wyguglaliśmy panią najbliżej nas, zanieśliśmy dokumenty i po kilku dniach było gotowe. Przy wyborze nie kierowaliśmy się żadnymi innymi wytycznymi, oprócz tego, że jest ona tłumaczem przysięgłym z języka angielskiego i mieszka na warszawskiej Woli. Niestety nie pamiętam stawek za tłumaczenie strony, ale nie jest to mała kwota za komplet na czteroosobową rodzinę.

Obowiązkowo akty urodzenia dzieci oraz akt małżeństwa mieliśmy przetłumaczone. O akty urodzenia nas dorosłych nikt nie prosił w Kanadzie, ale jeśli je macie, też można przetłumaczyć i zabrać. Ostatnio dowiedzieliśmy się, że na akty urodzenia w polskich urzędach czeka się około 3 miesięcy, zatem dobrze jest mieć je zawczasu przygotowane. Nigdy nie wiesz, czy się nie przyda.

Co my jeszcze tłumaczyliśmy z dokumentów?

  • → karty szczepień z poradni dziecięcej z Polski. Trzeba się zgłosić do pielęgniarki, powiedzieć o wyjeździe za granicę, wtedy wydadzą kartkę ze szczepieniami dziecka, z odpowiednimi pieczątkami. Nie pamiętam, czy to kosztowało, ale nawet jeśli, to jakoś niewiele.
  • → świadectwo ukończenia klasy I przez Krzysia. Gdyby Krzysiek był w starszej klasie, pewnie przetłumaczylibyśmy jego ostatnie świadectwo.
  • → nasze zaświadczenia o uprawnieniu do kierowania samochodem (taki dokument A4 wydany w urzędzie, w dziale komunikacji, kosztował około 20 złotych)

Dokumenty, które zabraliśmy, ale nie tłumaczyliśmy:

  • → nasze dyplomy z uczelni (UW i ASP). Nie tłumaczyliśmy ich przysięgle, gdyż wydano nam je po angielsku. Można również poprosić o suplementy do dyplomów z wykazem szczegółowym, czego się na polskich uczelniach uczyliście. Nie zgadzamy się z powszechnym przekonaniem, że polskie papiery nic nie znaczą w Kanadzie. Mój wykaz przedmiotów ze studiów podyplomowych został skrupulatnie przejrzany podczas aplikowania o pracę. Dyplom Kuby był wymagany podczas przygotowywania się do aplikowania o work permit. Napiszę ponownie: lepiej mieć, niż nie mieć. To zawsze w jakimś stopniu potwierdza wykształcenie.
  • → akty chrztu dzieci. Nigdy nie wiadomo, czy nie przyjdzie nam szukać katolickiej placówki oświatowej.
  • → prawo jazdy polskie, międzynarodowe prawo jazdy, [zniżek OC od ubezpieczyciela nie braliśmy, dosłali nam potem, sami przetłumaczyliśmy na angielski i daliśmy do tutejszego ubezpieczyciela, ale wiemy, że w innych prowinacjach Kanady to wygląda inaczej]
  • → wszelkie dane bankowe i ubezpieczeniowe dotyczące spraw w Polsce, umowy z dostawcami mediów, słowem wszystkie nasze niepozamykane sprawy polskie, które wymagać mogą zdalnego sterowania zza oceanu

W ogóle sporo papierów zabraliśmy, w przeciwieństwie do innych rzeczy. Tego nie da się w Kanadzie kupić. Więc jeśli się zastawiacie, czy jakiś dokument wziąć, to znaczy że trzeba wziąć. Najlepiej mieć zeskanowane gdzieś, żeby łatwo było do nich trafić w razie potrzeby.  W sprawach urzędowych często wystarczy przesłać tylko skan dokumentu, więc jego posiadanie jest sporym ułatwieniem.

Dokumenty, które zostawiliśmy. W zasadzie jeden:

  • → upoważnienie notarialne dla naszych rodziców do reprezentowania nas w Polsce we wszystkich instytucjach (wszelakie urzędy, kuratorium, rada mieszkańców, banki, nasi byli polscy pracodawcy). Gdyby przyszło do sprzedaży naszych rzeczy w  Polsce, to również mogą to zrobić w naszym imieniu. Upoważnienia zostawiliśmy obu rodzinom. Od was zależy jak szerokie uprawnienia zostawicie rodzinie w Polsce i czy w ogóle. U nas się przydało.

4. W Polsce wykupujecie ubezpieczenie zdrowotne !

Jakie ubezpieczenie zdrowotne? Czy koniecznie muszę?!

Musisz, raju, lepiej nie brać nic w walizy, a kupić ubezpieczenie. No chyba, że chodzi o ryzyko i zalew adrenaliny. To wtedy nie kupujcie. Ostrzegam, ostatnio taka historia była, że się dwóch Australijczyków, żądnych mocnych wrażeń, na narty wybrało do Whistler. Mieli ubezpieczenie wykupione, żeby nie było, ale przyoszczędzili na opcji: sport ekstremalny. No i teraz łzy się leją, bo jeden po zwichnięciu czy też innym urazie, dostał taki rachunek ze szpitala, że już ogłasza upadłość konsumencką. UBEZPIECZENIE MUSI BYĆ !!!

Nie pamiętam naszego, chyba turystyczne z Hestii, ze 3 tysiące dla całej rodziny. Pochodziliśmy trochę po różnych warszawskich ubezpieczalniach i koniec końców najkorzystniejsze zaoferowało nam to towarzystwo, w którym mieliśmy już inne ubezpieczenia.

5. W Polsce sprzedajecie, co się da. Z rzeczy do zabrania do Kanady najważniejsze są pieniądze.

Naszym zdaniem nie ma sensu nic zabierać, a już na pewno nie pakować w kontener i nadawać do Kanady. No chyba, że są to rzeczy absolutnie unikatowe, bezcenne i w ogóle hoho. I sporo kosztują i są waszą lokatą pieniędzy. Ale jeśli nie, to sprzedać. A pieniądze ze sprzedaży zabrać ze sobą. Zawsze też można drobne rzeczy dosłać paczką z Polski, a jaka radocha!

Oczywiście pomijam kwestię ubrań i rzeczy pierwszej potrzeby na pierwsze dni w Vancouver. Ale kurtka puchowa nie będzie potrzebna, serio.

Co było w naszych walizkach?

  • → Klocki lego przede wszystkim 🙂 i zabawki, ale tylko te wartościowe i najukochańsze
  • → Ubrania, ale tylko te najlepsze i potrzebne na najbliższą porę roku. Jak zabraknie odzieży, zawsze jest MEC
  • → Kilka książek po polsku (nie wiedzieliśmy wtedy, że w Vancouver jest biblioteka z polskim działem książkowym). Podręczniki dla klasy II dla Krzyśka
  • → Sprawdzone lekarstwa dla nas i dla dzieci. Syrop prawoślazowy, bo dzieci lubią, jak łagodzi podrażnione gardło. Antybiotyki też. Nie wpisywaliśmy ich w deklaracje celną.
  • → Soczewki kontaktowe.
  • → Sakwy rowerowe i kilka drobiazgów rowerowych, typu lampka (bo rower to nasz podstawowy środek transportu)
  • → Pisałam, żeby nie brać nic z Polski, ale musimy się przyznać, że jednak dwie poduszki wzięliśmy. Bo nam się poszewki podobały. I pachniały domem.
  • → Telefony ze zdjętym simlockiem oraz nasze laptopy i aparat fotograficzny

Sławetną przejściówkę do elektroniki z Polski można kupić m.in. w Chinatown. I w innych miejscach też.

Kabanosów nie braliśmy 😉 Przeczytajcie też o naszym pierwszym i drugim przylocie do Vancouver. Jak wyglądało i kto z nami rozmawiał.

Jak nam coś jeszcze przyjdzie do głowy odnośnie listy rzeczy – damy znać. Na pewno. Pomóż innym i napisz, co było w Twojej walizce?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.