Hello everybody czyli Maciek idzie do preschool. Jak wygląda kanadyjskie przedszkole ?

Przed-szkole kanadyjskie różni się bardzo, bardzo od polskiego, czy tylko bardzo?

Napiszę tak. Najpiękniejsze chwile w życiu na emigracji są wtedy, kiedy czuję, że to jest moje miejsce i mój czas. Nasze miejsce i nasz czas. Taki nagły, ulotny moment, coś jak dreszcz na plecach, czy nagła łza w oku. Wiecie, o co mi chodzi, prawda? [bo coś się wysłowić nie mogę].

Poczułam coś takiego, kiedy to usłyszałam z ust Maćka owe: Hello everybody wypowiedziane ze odwagą i uśmiechem w stronę nowych kolegów przedszkolnych, w nowym preschool.

Nasz mały Maciek, spłoszony i nieśmiały podczas emigracyjnych początków, teraz z rozmachem i angielskim na ustach otwiera drzwi nowym wyzwaniom. Ani łezki nie uronił, nawet się nie zawahał. Trochę mniej chętnie poszedł do preschool w następnym tygodniu, ale mam nadzieję, że to chwilowy spadek formy 🙂

Dorósł, dojrzał, zakanadyjczykował się. W sumie wiedziałam i widziałam takie zachowanie już u niego wcześniej, ale zawsze jestem poruszona, kiedy widzę, jak chłopaki sobie dobrze radzą z kanadyjską rzeczywistością. Jakaś część mnie wtedy oddycha z ulgą, że emigracja ich nie zepsuła……

Ad rem. To jakie jest to preschool? I co to w ogóle preschool? Zaraz, zaraz, a to Maciek nie był w daycare?

Obiecuję, że napiszę taki zbiorczy poradnikowy post o formach opieki nad małymi dziećmi w Vancouver, bo widzę z maili, że jesteście chętni na takie informacje.

A na razie będzie o preschool naszym.

Preschool, jak nazwa wskazuje, to przed-szkole. Ale do przedszkola w polskim rozumieniu tego słowa niezbyt podobne. Żeby było jasne, co ja rozumiem jako polskie przedszkole. Uogólnimy sobie trochę. Takie polskie przedszkole to placówka, państwowa lub prywatna, gdzie dzieci w wieku od lat 3 do lat 5-6 mogą przebywać bez rodziców, w grupach rówieśniczych, przez cały dzień. Rodzic jest wtedy w pracy. Dziecko się bawi, uczy, je i śpi w przedszkolu. To tak z grubsza.

A kanadyjskie przedszkole wygląda trochę inaczej.

Nie ma obowiązku posyłania dziecka do przedszkola. I nie każde dziecko ma miejsce w przedszkolu zagwarantowane (w Polsce jest tak, nawet jeśli tylko w deklaracjach kuratorium)

Nasze preschool znajduje się przy budynku szkoły podstawowej, w pięknym parku. Przyprowadzam tam Maćka dwa razy w tygodniu na dwugodzinne zajęcia popołudniowe, na których go zostawiam. Podczas tych zajęć bawi się, uczy, czyta książeczki, rysuje, śpiewa i inne rzeczy też robi. Takie zajęcia byłyby w polskim przedszkolu gdzieś po 10 rano, po swobodnej zabawie dzieci, a przed zupką, ewentualnie po południu, zanim się dzieci do domu rozejdą. W takiej formie realizowane jest kanadyjskie curriculum, czyli na polskie: podstawa programowa wychowania przedszkolnego.

Preschool ma różne programy, można wybierać np. pomiędzy zajęciami w przedszkolu leśnym, albo według Montessori, albo prowadzonymi po francusku. Rodzic decyduje. Na stronie kuratorium piszą, żeby przy wyborze preschool kierować się odległością od domu, godzinami zajęć, ceną, no ale przede wszystkim określić, jak chcemy, żeby nasze dziecko było wychowywane i uczone.

W kanadyjskim preschool nie ma leżakowania, w większości nie ma też gotowanych posiłków. Preschool nie prowadzi całodniowej opieki nad dzieckiem, ma za to do zaoferowania różnej długości zajęcia, w różnych dniach tygodnia, z których, na upartego, dałoby się sklecić cały dzień, z przerwą na lunch. Jednak jeśli celem rodzica jest zapewnienie całodniowej opieki na dzieckiem, nie wybiera się preschool tylko daycare (day care) / child care.

Do daycare chodził Maciek, kiedy pracowałam na cały etat. Teraz, kiedy moja sytuacja zawodowa wygląda inaczej, wolimy, żeby chodził tylko na określone zajęcia i godziny. Rodzice decydują się na preschool również dlatego, że jest ono tańsze niż całodniowy daycare. My za nasze zajęcia na miesiąc płacimy 140 CAD, dla porównania nasze daycare kosztowało około 800 CAD.

Nasze preschool uczy dzieci, jak będzie wyglądała szkoła, bo zajęcia są bardzo podobne do tych ze szkolnej zerówki. Dzieci uczą się samoobsługi w grupie, poznają literki, cyferki, i inne takie. Wspólnie jedzą przekąski (snack) przyniesione w małym plecaku z domu. Preschool pracuje tak jak szkoła, czyli jest zamknięte w wakacje i dni kształcenia zawodowego (przynajmniej raz w miesiącu). Zapisy prowadzone są na rok szkolny.

W odróżnieniu od daycare, grupy w preschool są bardziej jednorodne wiekowo, co ma, jak wiadomo, swoje plusy i minusy. Bardzo nam się podobało, że w daycare Maciek miał starszych kolegów, to bardzo mu pomogło w początkach emigracyjnych (znalazł sobie takiego “starszego brata”, na wzór Krzyśka). Ale teraz, po 18 miesiącach, widzę, że Maćka najbardziej cieszy przebywanie z dziećmi w tym samym wieku, chociażby dlatego, że podobnie rozmawiają i siebie rozumieją. Podobnie rysują. I nie ma argumentu: weź mu ustąp, bo młodszy, weź zachowuj się, bo jesteś starszy 😉

Po pierwszym dniu w preschool koledzy Maćka znają jego imię, a on zna ich.  Jest podekscytowany i szczęśliwy, kiedy idziemy do preschool. Do daycare był przyzwyczajony, lubił je, ale entuzjazmu nadmiernego nie wykazywał. Pewnie ze względu na ilość czasu, jaką tam spędzał. W preschool jest krócej, więc bardziej mu się podoba. Upewnia się jak zawsze, czy to tam, gdzie go zostawię na zajęcia i po chwili wrócę po niego.

A zatem:

Hello everybody ! Hello world !


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.


 

Ania z Zielonego Wzgórza w kwietniu. 2 lekcje o przyjaźni bez granic

Przyjaźń tu i tam. Ktoś stąd i stamtąd. Da się? Ania pomoże. Jest też mała ściąga do pobrania

Chciałam w kwietniu pisać o Ani i jej spojrzeniu na przyjaźń. I zupełnie przypadkiem zbiegło się to z tematem przyjaźni na emigracji, zaproponowanym w Klubie Polek. Ciekawe, skąd to czasowe zgranie? Czyżby wiosna wielu prowokowała nie tylko do odnowy ciała, ale i do odnawiania więzi przyjacielskich mimo kilometrów odległości? Może…


 

Co przyjaźń na emigracji i przyjaźń mimo emigracji mają wspólnego z Anią z Zielonego Wzgórza i jej pokrewnymi duszami ?

Mała Ania rozpaczliwie pragnęła mieć wokół siebie ludzi, rodzinę, przyjaciół. Do tego stopnia, że wymyśliła sobie przyjaciółkę z lustra i dziewczynkę-echo. Przez całe życie szukała swoich pokrewnych dusz, czasami nieporadnie [pamiętacie, jak biedną Dianę upiła przez przypadek winem porzeczkowym Maryli?], czasami mniej intensywnie [bo dzieci, bo Gilbert], ale szukała. I jakoś tak się złożyło, że w każdym miejscu miała kogoś, kogo mogłaby nazwać swoją osobą.

Bo przecież wszędzie są ludzie – materiał na przyjaciół:

Kindred spirits are not so scarce as I used to think. It’s splendid to find out there are so many of them in the world.

Ania z Zielonego Wzgórza 

I to jest jest pierwsza lekcja przyjaźni z książek o Ani. Lekcja, którą również, a może przede wszystkim trzeba próbować odrobić na emigracji. Wtedy, kiedy wszystko jest takie obce, a poczucie samotności nie opuszcza nawet na najbardziej zatłoczonej ulicy w Downtown, wtedy tym bardziej, dwa razy bardziej, trzeba szukać przyjaźni i przyjaciół.

Pokrewnych dusz trzeba szukać całe życie. Niezależnie od kraju i wieku.

Tak, wiem, że wiele z takich prób okaże się nietrafionych, powierzchownych, ulotnych. Że wielu to wykorzysta. Że będzie bolało. Że najlepsi przyjaciele zostali w Polsce. Że zaprzyjaźnianie na emigracji jest nie dość, że trudniejsze, to jeszcze zupełnie bez sensu, bo… [wstaw dowolny powód, bo przecież powód, w odróżnieniu od przyjaciela, łatwiej znaleźć].

Nie przeczę, że tak się zdarza. Nawet często. Mnie też się zdarzyło. Ale to nie oznacza, że nie będę dalej próbować znaleźć swoich ludzi. Wierzę, że przyjaźń na emigracji jest możliwa.

Ania próbowała cały czas. Naiwnie, mimo braku czasu, trochę na ślepo. Miała przyjaciół od drugiego wejrzenia, a nawet takich, co to na początku byli wrogami [i ecalenie chodzi o Gilberta].

A jak już znalazła przyjaciół, to mimo odległości i obowiązków życia codziennego, pisała do nich długie listy i odwiedzała/zapraszała do siebie, kiedy tylko mogła. I to jest druga lekcja od Ani. Żeby tych znalezionych swoich ludzi nie zapomnieć, nie zaniedbać.

O przyjaciół, przyjaźnie zostawione tam, trzeba dbać. O ludzi trzeba dbać. Mimo emigracji.

Trzeba tylko wymyślić, jak dbać. Przecież znamy się tak długo. Chcę być częścią życia moich ludzi z Polski. Piszę emaile, skypuję, dostaję kroniki rodzinne i proszę o zdjęcia z codzienności. I chociaż nie tak często i regularnie jak bym chciała, to jednak się staram.

Bo przecież:

It’s really wonderful, Marilla, what you can do when you’re truly anxious to please a certain person.

Ania z Zielonego Wzgórza

To jest dopiero zadanie na kreatywność – co mogę zrobić, żeby ucieszyć mojego przyjaciela, zostawionego w Polsce ? I co mogę zrobić, żeby kandydatowi-na-przyjaciela-tutaj życie ułatwić. Nie musi to być coś wielkiego, serio.  

Tylko, że czasami łatwo zapomnieć, przesunąć na inny dzień, wrzucić na listę zadań nie tak bardzo ważnych. 

Zrobiłam taką kartkę A4 dla siebie, żeby pamiętać. Żeby przynajmniej dla czterech przyjaciół stamtąd i znajomych stąd coś w najbliższym czasie zrobić.

kartka emigracyjna ściąga z przyjaźni Ania z Zielonego Wzgórza_Kanada się nada

Tutaj możesz kartkę ściągnąć dla siebie, wydrukować i trzymać blisko [będzie miło, kiedy dasz znać, czy działa]

Kończę ten wpis jeszcze jednym cytatem z Ani. Jej zachwytem słodyczą wiosny i jej wyjątkowością.

Everything is new in the spring, said Anne. Springs themselves are always so new, too. No spring is ever just like other spring. It always has something of its own to be its own peculiar sweetness.

Ania na uniwersytecie

W Vancouver wiosna teraz to przede wszystkim zapach wiśni, z lekką nutką bzu…. W sam raz na spacer z kimś czy na chwilę przy otwartym oknie, żeby emaila napisać.

Moja Ania z Zielonego Wzgórza w kwietniu napisałaby niejeden list do przyjaciela. Albo na ciasto sąsiadkę zaprosiła [ale bez lekkiej nutki waleriany ]

A Ty co zrobisz?


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.
Sprawdź, czy Kanada się nada! Polub nas na Facebooku, śledź na Instagramie.

 

Fotograficzne podsumowanie sezonu narciarskiego naszego pierwszego kanadyjskiego w 10 punktach

Zdjęciowe podsumowanie sezonu narciarskiego w Vancouver i 10 wniosków po pierwszych nartach z dziećmi.

10 punktów – wniosków po pierwszych nartach z dziećmi :

  1. Nie zakładać z góry, że się czegoś nie lubi i nie umie (to o mnie – w zeszłym roku zareagowałabym gromkim śmiechem na wieść, że mam przypinać narty).
  2. Nie zakładać, że dziecko jest za małe, więc po co to wszystko, ale wiedzieć, że dziecko jest za małe, żeby cały dzień na stoku siedzieć. Nie wkurzać się, kiedy dziecko się wkurza i chce już iść (to o Maćku, średnio 4 godziny wytrzymywał).
  3. Zawsze mieć czekoladę w kieszeni (nigdy nie wiesz, ile ci przyjdzie dyndać na wyciągu zatrzymanym z powodu mechanicznej awarii).
  4. W związku z możliwością wystąpienia mechanicznej awarii wyciągu rozważyć noszenia w kieszeni obok czekolady mocnego elastycznego sznurka (w razie potencjalnej ewakuacji).
  5. Nie robić na stok kanapek, ani nawet super-pysznych-zdrowych ciastek owsianych – dzieci i tak poproszą o frytki.
  6. Sprzęt narciarki używany, ale posmarowany, nada się wyśmienicie dla początkujących narciarzy. Kupiony na przykład tu.
  7. Nie ma złej pogody na narty, są tylko źle dopasowane ubrania. Na przyszły rok kupić porządne ocieplane Długie Jasie i mieć przynajmniej po dwie pary rękawiczek na zmianę (dla dzieci 4 pary). Plus chusty wielofunkcyjne na twarz.
  8. Kupić walki talki, żeby być w kontakcie z Krzyśkiem, jak sam gdzieś chce zjechać (dzięki L. za pomysł !)
  9. Kaski są cool, a gogle jeszcze bardziej 🙂
  10. Cieszyć się zimą, bo boska jest ! Daję słowo – już nigdy nie powiem na zimę złego słowa !

I jeszcze kilka info:

Ponieważ ten sezon był tym pierwszym, najpierwszym, nie kupiliśmy biletu sezonowego (ski pass) na żadną z okolicznych górek. Zresztą taki rodzinny bilet kupiony w sezonie nieźle by nam dał po kieszeni (około 2000 CAD za całą rodzinę). Kupiliśmy sobie po 5 wjazdów łączonych  (multi-day snow pack) na Grouse Mountain (bo komunikację miejską da się podjechać i mają super trasy dla początkujących) oraz po 3 wjazdy łączone (3ski) na Seymour Mountain (bo tam jeździliśmy w super towarzystwie). Poza tym korzystaliśmy z biletów jednorazowych, trochę tańszych np. po godzinie 2:30 lub w ogóle bardzo tanich, kiedy akurat przypadało święto czy inna impreza, albo zupełnie darmowych w łączonych promocjach wiosennych. Maciek jeździł wszędzie za darmo, Krzyśka bilet kosztował zwykle połowę dorosłego.

Nie korzystaliśmy z lekcji ani dla nas, ani dla dzieci. Myślimy jednak nad tym w przyszłym sezonie, jeśli dane nam będzie zostać w Vancouver.

Nie wydaliśmy ogromnych pieniędzy, ale nie będziemy ściemniać, narty to nie jest tani sport [tak, zwłaszcza te frytki dla dzieci kosztują ;)].

Chyba tyle. Eh. Sezon narciarski 2015/2016 zamknięty.

Kanadasienada_narty

Kanadasienada_narty

Kanadasienada_narty

Kanadasienada_narty

Kanadasienada_narty

Kanadasienada_narty

Kanadasienada_narty

Bye, bye zimo….


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.

Jak napisać kanadyjskie CV…. wróć. Kanadyjskie resume znaczy się. I je wybielić.

W pogoni za pracą najważniejszy papier. Ten papier. I nie jest to Work Permit 😉

O raju, żebym wiedziała, że czytanie o pracy w Kanadzie cieszy się taką popularnością, zrobiłabym kurs doradcy zawodowego i coach’a kariery, zamiast raporty w Excelu obrabiać [żarcik]

Prosiliście o wpis o kanadyjskim CV. No więc jest.

Poniższe informacje pochodzą ze moich spotkań i warsztatów kariery. Takich w Vancouver nie brakuje, na pewno się na jakieś załapiecie 🙂

Zupełna podstawa czyli resume. Czyli polskie CV.

Zwykle mamy max 30 sekund, żeby czytającego nasze resume do siebie przekonać. W ciągu tego czasu zapada decyzja: zostawić czy do śmietnika. Dobre resume to podstawa jest. Ma być konkretne, czytelne, skromne, bez kłamstw. Owszem, ma być naszą reklamą jako potencjalnego pracownika, ale to taka trochę bardziej rozbudowana wizytówka. Mocno profesjonalna.

Opowiadanie o sobie zostawimy na interview, tam przydadzą się umiejętności miękkie. W resume interesują nas (ich) twarde fakty !

Takie typy resume się wyróżnia :

  1. Chronologiczny, czyli robisz to, co robisz od zarania dziejów i historia twojej pracy jest solidna oraz  bogata. Lubisz i chcesz robić to dalej.
  2. Funkcjonalny, czyli popracowałeś trochę tu, trochę tam, a jeszcze gdzieś był rok przerwy na włóczęgę po Indiach. Ciągłość pracy zaburzona, ale za to masz masę innych doświadczeń, którymi nie omieszkasz się pochwalić. Lubisz robić coś i chcesz pokazać to pracodawcy.
  3. Mieszany, moim zdaniem typ najlepszy, bo z obu powyższych wzorów wyciągasz, co potrzebne i pod konkretne stanowisko przygotowujesz. Najbardziej pracochłonne, ale też pokazujące, że ci zależy. Bo przecież ci zależy, prawda?

To teraz mała graficzka, poszalałam sobie 😉

resume_Kanada_CV_ Kanada się nda

Przykład, jak zbudowane jest kanadyjskie resume:

kanadyjskie resume

A teraz o co chodzi z tym wybielaniem? Ale cicho sza, bo to niepoprawne politycznie jest.

Jedna z pierwszych rad, jakie usłyszałam tutaj w temacie poszukiwania pracy?

Katarzyna? Katarzyna ?! Nie da się łatwo wymówić, zmień sobie !

Ano tak. Smutna prawda. Do kanadyjskiego resume nie dodaje się zdjęć, nie załącza się informacji, które mogą cię zidentyfikować, jako człowieka o określonej rasie, matkę, starca, etc. No ale imię to zazwyczaj zostawiamy w papierach.

Okazuje się jednak, że nasze imię własne, nadane nam dumnie przez rodziców, więc to imię może przeszkadzać pracę w Ameryce znaleźć. I niestety mimo że nikt się nie przyzna (grozi pozwem), to nasze imię często decyduje, czy pracodawca kanadyjski (amerykański) zadzwoni. Bo co, jeśli nie chce się wysilać mówiąc “Katarzyna” [chlip, chlip]? Albo “Kaszia”?

Badania pokazują, że problem występuje także w firmach, które chlubią się różnorodnością wśród pracowników (diversity). Nawet one nie są wolne od uprzedzeń rasowych, a osoby o obco brzmiących imionach/nazwiskach są zapraszane na rozmowę 2 – 2,5 raza rzadziej niż ci ze swojskim imieniem.

Problem dotyczy zwłaszcza Azjatów, stąd sporo z nich zangielszcza/zmienia swoje imiona na bardziej lokalnie brzmiące. Wybiela się tym sposobem. Stąd pojęcie: wybielanie resume.

A ja, chociaż Azjatką nie jestem, w swoim kanadyjskim resume występuję jako Kate. Na Linkedin mam wprawdzie Katarzyna, ale w linku do profilu jestem Kate.

Chcesz zobaczyć mój profil na LinkedIn? Kliknij tutaj

Przyznam się wam, że Kate ułatwia mi życie nie tylko podczas poszukiwania pracy. Ale to już temat na osobny post…

Na razie tyle. Wiem, wiem, ledwie liznęłam temat. Będzie więcej, tylko nie tak jednym rzutem. Najpierw testuję na sobie, żeby potem wam samą samiuśką prawdę pisać. 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

2 wizyty na pogotowiu czyli jak wygląda kanadyjski szpital?

Kciuk złamany, olaboga. Trzeba do znachora, tfu, na pogotowie. Słów kilka o tym, jak wygląda kanadyjski szpital. Tylko sprawdzone info.

Najpierw, żeby rodziny nie stresować, piszemy, że już wszystko ok.

Na pogotowiu wylądowaliśmy dwa razy tej zimo-wiosny. Najpierw ja ze złamanym palcem, potem Maciek z rozcięciem nad łukiem brwiowym.

OK, to teraz historii i histerii o zdrowiu na emigracji ciąg dalszy. Jak wygląda kanadyjski szpital ?

Najlepiej to kanadyjski szpital wygląda od zewnątrz. Jak każdy inny zresztą.

Po zabiegu zębowym [ałaaaaa] przyszedł czas na pierwszą moją wizytę na SORze [ niech mnie ktoś poprawi, czy to jest to samo, co pogotowie, czy nie? Odkąd usłyszałam tę nazwę w “Lekarzach”,  się zastanawiam]

Szpitale w Vancouver są. Kilka nawet.

Mamy to szczęście, że koło nas spacerkiem jest jeden. Mount Sain Jospeh Hospital. Jest też kolejny całkiem niedaleko, na Dziesiątej Zachodniej, Vancouver General Hospital. I na UBC, i dziecięcy też. I jeszcze jeden w Downtown, St. Paul’s Hospital (autobusem spod stacji metra Burrad można dojechać).

Złamałam palec.

W taki głupi sposób, a mianowicie podczas zabawy z chłopakami. Uderzyłam huśtawkę i trach, było po kciuku prawej ręki. Najpierw przez dwa tygodnie skutecznie go ignorowałam, ale kiedy obudziłam się z niesprawnym ramieniem, nie ma bata, trzeba było pójść na izbę przyjęć. Co ja zrobię bez kciuka przecież?

Jak było w środku izby przyjęć?

Szpital Mount Sain Jospeh Hospital wyglądał jakoś niepozornie, to nie byłam zbyt onieśmielona.

→ Weszłam na izbę, a tam spokój, cisza (niedziela rano była), ① młoda recepcjonistka wypadła zza szyby i pyta, co się dzieje. Jakbym co najmniej krwią się zalewała, albo omdlałym wzrokiem wodziła po ścianach.

Nie powiem, miłe, że się zainteresowała. Powiedziałam, co się dzieje, to kazała usiąść i czekać.

→ Potem nadeszła ② druga pielęgniarka, ta to już spisała imię, nazwisko, numer karty zdrowia (BC Health Card/ Care Card).

Gładko odpowiadałam, ale jak  zapytała o religię moją, to lekko mnie zatkało. Oczywiście się pytam, po co jej to. Okazało się, że muszą wiedzieć i jeszcze żebym podpisała, że nie pociągnę szpitala do odpowiedzialności, jeśli jakiś zabieg będzie niezgodny z moją religią.

Przypomniały mi się te wszystkie seriale, gdzie rodzice świadkowie Jehowy nie zgadzają się na transfuzję krwi choremu dziecku.

→ Po zebraniu wszystkich papierów, znowu czekam, po chwili wołają już do środka, tam gdzie są lekarze, pielęgniarze i personel pomocniczy.

→ Wchodzę i widzę sale stare, wydaje się, że trochę zaniedbane, nowoczesnym sprzętem nie porażające.

Jeśli liczycie na wnętrze rodem z “Chirurgów”, to pewnie trzeba do Seattle podjechać 😉 Ale na pocieszenie dodam, że co najmniej dwóch lekarzy wyglądało jak młodsi bracia  Mc Dream’ego, więc nie jest źle.

Łóżka pacjentów za zasłonkami, generalnie otwarta przestrzeń i wszyscy chodzą wokół wszystkich.

→ Wywiad kolejny o mnie zbiera ③lekarz stażysta, prawa ręka lekarza już-nie-stażysty.

→ Wysyłają mnie na prześwietlenie, idę, robię, czekam, przysyłają zdjęcia, ④lekarz patrzy i mówi: złamanie.Małe na szczęście, dziwne bardzo, bo jakieś 99% złamań kciuka jest w drugą stronę (nie ma to, jak być wyjątkową, hehehe). Lekarz mówi, że się zrośnie za trochę i będzie dobrze.

→ Uradowana wybiegam ze szpitala, zapominając się wypisać. Za pół godziny dostaję więc telefon, że co ja taka prędka, i że lekarz na izbie umówił mi wizytę w klinice ręki w szpitalu Świętego Pawła. I że mam się tam stawić za dwa dni.


Znasz te posty?

 


W wskazanym dniu idę do następnego szpitala.

St Paul’s Hospital jest bez porównania większy, liczniejszy, ruch jest na nim taki, jak z serialu ER. Też odnoszę wrażenie, że mało nowoczesny, ale wszystko sprawnie idzie.

Co chwila inna osoba mnie przejmuje, kieruje dalej, podpowiada, ile czekać. Lekarz w końcu mnie ogląda, wysyła na założenie opaski termoplastycznej na kciuka i każe przyjść na kontrolę za trzy tygodnie. Opaska kosztowała 35 CAD, płatne na miejscu, będę pisać do ubezpieczyciela, żeby trochę ją zrefundowali. Wszystko trwało 2 godziny.

Tyle o mnie. A teraz

Maciek i zderzenie czołowe z rowerem.

Biegł chodnikiem, upadł i nieszczęśliwie uderzył czołem w stojący rowerek. Pech. Zalewał się krwią, więc po opatrzeniu w domu, wsadziłam w nosidło i idę na znaną mi już izbę pobliskiego szpitala.

I znowu taka sama procedura:

  1. wstępny wywiad, ocena pod kątem, ile możesz jeszcze wytrzymać;
  2. podstawowe badania niemalże na korytarzu: ciśnienie, temperatura i inne takie ;
  3. papierkologia (Maćka nie pytali o religię, hmmm, ciekawe dlaczego?);
  4. wejście głębiej, gdzie jest lekarz/chirurg (hura!);
  5. badanie, leczenie, szycie i inne takie;
  6. wypis (i jeśli trzeba płatność).

Maciek rozczarowany na maksa, bo nie było plastrów z Batmanem. Ani innym Supermanem. Niestety. [Usłyszałam, jak lekarka mówi do pielęgniarki, że to niefajnie, i że ona jutro kupi, i przyniesie, bo kto to widział, żeby na pogotowiu nie mieli plastra z Batmanem. No kpina !]

Z innych przydatnych informacji :

  1. Trzeba mieć przy sobie kartę BC Health Card. To jest podstawowy dokument identyfikacyjny podczas rejestracji. Jak nie ma, to chociaż paszport trzeba mieć.
  2. Jeśli jest problem ze zrozumieniem po angielsku, o co chodzi lekarzom, to można spokojnie wejść z tłumaczem.
  3. Od razu przedstawią rachunek, ile co kosztuje, o ile nie jest zawarte w prowincjonalnym programie ubezpieczeniowym (Medical Service Plan). I od razu skasują należność (kartą/gotówką). To jest różnica w stosunku do płatności u dentysty na przykład, bo tam płaciliśmy od razu owszem, ale tylko 20% kosztów, o resztę klinika występowała sama do ubezpieczyciela. W przypadku szpitala tak nie jest. Wygląda na to, że szpitale nie zawracają sobie głowy rozmowami z towarzystwem ubezpieczeniowym. Oczywiście ta obserwacja to wynik naszych doświadczeń jedynie. Nie wiem, jak to jest w przypadku, kiedy stawia się na pogotowiu ktoś BEZ ubezpieczenia.

Co zapamiętałam najlepiej?

Nikt, absolutnie nikt, nie traktował nas jak kolejnego zadania do zliczenia, bez empatii, współczucia. Nikomu nie przeszkadzaliśmy swoją obecnością. Kiedy Maćka zabierali na badania, pielęgniarka zapytała Krzyśka, czy jego też zbadać. Ciśnienie zmierzyć i temperaturę. Miłe to było dla Krzyśka (że ktoś się nim zainteresował) i dla Maćka (no jak starszy brat taki dzielny, to ja też).

Last but not least. Myślicie, że polska służba zdrowia jest niedofinansowana? Na pierwszy rzut oka (bo tylko takie mamy doświadczenie), kanadyjska też nie jest w jakieś super kondycji.

No nie mają plastrów z Batmanem przecież !

Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Poza Vancouver – podróż służbowa w Sydney. Australia, babe

1/4 redakcji Kanada się nada przeniosła się na chwilę z Vancouver do Sydney. I stamtąd przesyła zdjęcia.

Tekst oryginalny i zdjęcia by Kuba, ja -Kasia trochę dorzuciłam słów, żeby się lepiej czytało.

W 2016 część rodziny Kanada się nada przeniosła się na chwilę z Vancouver do Sydney (dp pracy, więcej przeczytasz we wpisie o tym, jak dostaliśmy pobyt stały w Kanadzie).

Zatem trochę australijskich zdjęć.


Podróż służbowa w Sydney – skąd ten pomysł?

Jak najłatwiej zmienić miejsce przebywania, kontynent może? Zmienić pracę po prostu!

Wtedy radośnie za nas wszystko załatwi pracodawca i już możemy cieszyć się słońcem na Antypodach.

Kiedy więc nowy kanadyjski pracodawca Kuby zaproponował mu miesięczne szkolenie w centrali australijskiej, nie było właściwie nad czym się zastanawiać. Jest okazja, trzeba jechać.

Na początku myśleliśmy, żeby może pojechać całą rodziną, ale koniec końców stanęło na tym, że nie. Że lepiej zostać mi w Kanadzie z chłopakami, i z odwiedzającymi wtedy nas rodzicami, a pierwszy kontakt z Australią zostawić mężowi. Niech obada teren.

Jak widzę te wielkie pająki na zdjęciach, to wcale nie żałuję, że mnie tam nie ma. Ale te plaże , to ciepło, te fale, ach, zazdrość chwyta.

Relacja Kuby z pierwszego tygodnia w Sydney

W zeszłym tygodniu po długiej podróży wylądowałem szczęśliwie w Sydney. Hotel znajduje się w centrum obszaru Bondi Junction.

Praca znajduje się na terenie wytwórni Fox Studios, gdzie znajdują się miedzy innymi hale zdjęciowe, hale dźwiękowe oraz szkoła filmowa. Ten obszar jest ogrodzony, wymaga przepustek i niestety nie można tam robić zdjęć. Na zewnątrz znajduje się natomiast obszar ogólnie dostępny, gdzie znajdują się kino, sklepy, restauracje i okazjonalnie koncerty.

Do pracy jest niedaleko (około 4 km) także zazwyczaj idę tam spacerem przez Centennial Park. W parku sporo jest egzotycznych drzew i krzewów oraz ogromne gromady nietoperzy. Tutejsze nietoperze są sporo większe od europejskich i zaskakująco głośne.

Poniżej zamieszczam kilka zdjęć ze spaceru przez Centennial Park.

Sydney_1

Sydney_2

W sobotę wybrałem się na spacer na najbliższą plaże – Bondi. Pomimo pory jesiennej pogoda była zupełnie letnia. Idąc piękną ścieżka na południe odwiedziłem jeszcze plaże: Tamarama, Bronte, Clovelly i Coogee.

Wszędzie dużo ludzi opalających się i surfujących na falach.

Choć wycieczka nie była długa zdążyłem się bardziej opalić niż przez całe lato w Vancouver.

W niedziele było pochmurnie i padało.

Kilka zdjęć z wycieczki na plażę Bondi.

Sydney_3

Sydney_4 podróż służbowa w Sydney

 

Kuba wrócił do Vancouver i powiedział Jestem w domu.

Tak, tak, myślelibyście może, że Kanada to spora egzotyka w porównaniu do Polski, ale prawda jest taka, że i klimat (mam na myśli naszą prowincję), i roślinność, i ludzie też, wszystko dość podobne do tego, do czego przywykliśmy w Polsce. Stąd to poczucie bycia w domu .

A Australia to bajka nie z tej ziemi. Kiedy rozmawiamy o jego wrażeniach z  mieszkania tam, przewija się poczucie inności innej (ha, ha, ha) i trudniejszej do oswojenia, niż kanadyjska rzeczywistość. Bo trzeba Wam wiedzieć, że my poza Europą to niewiele widzieliśmy świata, więc australijska fauna i flora to dla nas egzotyka na maksa.

Inne spostrzeżenia (kolejność przypadkowa i w sumie mocno od czapy, ale co tam)

  1. Najbardziej jadowity wąż świata. I ta szybka taka cienka…..
  2. Widoczki na miasto podobne do tych z miast Ameryki Północnej. Downtown jakie jest, każdy widzi
  3. Opera robi wrażenie…..
  4.  Czas na …. ciastko – o trzeciej popołudniu zamiast five o’clock jest biscuit time
  5. Telewizji za dużo nie było, ale  uwagę przykuła kampania społeczna namawiająca kobiety do jedzenia mięsa. Dlaczego tylko kobiety i dlaczego mięsa? Who knows…..
  6. Więcej rodzin wielodzietnych na ulicach. Więcej niż w Vancouver i więcej niż w Warszawie
  7. Mięso kangura jest słodkie.

Podróż służbowa do Sydney 2016_Kanada_się_nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 3 Podróż służbowa do Sydney 2016_Kanada_się_nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 6

Podróż służbowa do Sydney 2016_Kanada_się_nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 5

Podróż służbowa do Sydney 2016_Kanada_się_nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 4

Podróż służbowa do Sydney 2016_Kanada_się_nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 2

Podróż służbowa do Sydney 2016_Kanada_się_nada_blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady 1

 

Do Australii to raczej nas nie ciągnie, ale Nową Zelandię chętnie byśmy zobaczyli…

Ktoś był?


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Brak kanadyjskiego wykształcenia równa się brak pracy w Kanadzie? A wcale że nie !!!

Nie masz papierka z kanadyjskiej uczelni? Nie pracowałeś nigdy w kanadyjskiej korporacji? Kilka rad, jak mimo tego pracę znaleźć.

To kolejny post, który piszę w odpowiedzi na wasze pytania mailowe o pracę w Kanadzie. Temat pracy jest jak rzeka, jak już wejdziesz, musisz płynąć 😉

Wśród pytań często przewija się prośba, żebyśmy odnieśli do powyższego stwierdzenia, czyli w sumie potwierdzili, że brak kanadyjskiego wykształcenia oznacza niemożność dostania pierwszej pracy w Kanadzie. Jeszcze niedawno sama tak myślałam, ale teraz już wiem, że to nie takie oczywiste.

Żadne z nas nie ma wykształcenia kanadyjskiego, a jednak dostaliśmy pracę w Kanadzie. Program IEC nie miałby racji bytu, bo większość ludzi, która z niego korzysta, przylatuje do Kanady  z wykształceniem zdobytym w innym kraju i bez ofert pracy na miejscu. A jednak pracują i dobrze się mają.

Oczywiście musisz zweryfikować swoje oczekiwania względem nowej pracy w nowym kraju. Jeśli w Polsce pracowałeś na niższym stanowisku, to nikt w Kanadzie nie zrobi z ciebie od razu menadżera. A jeśli byłeś w Polsce menadżerem, a przyjeżdżasz bez zagwarantowanej pracy, to licz się z tym, że mogą ci zaproponować niższe stanowisko na początku. Taka sytuacja dotyczy większość imigrantów o zawodach mało wyspecjalizowanych ( to ja ) i nie ma w tym nic zdrożnego. Z czasem wyrobisz sobie i doświadczenie, i swoją markę na rynku kanadyjskim. A wykształcenie zawsze możesz nadgonić.

Dotychczasowe doświadczenie zawodowe a brak kanadyjskiego wykształcenia

A czy w Polsce każdy pracuje zgodnie ze swoim wykształceniem? No pewnie, że nie.

Ja z wykształcenia jestem filologiem węgierskim, a pracowałam w Warszawie w outsourcingu księgowym. Ale idąc tutaj na rozmowę o pracę przypomniałam sobie skrupulatnie wszystkich Kanadyjczyków, z którymi miałam okazję pracować z Polski (niewielu) i jak tylko nadarzyła się okazja podczas rozmowy z przyszłą szefową, to o tej współpracy powiedziałam. Zdanie zaledwie powiedziałam: że kiedy dzwoniłam do kontrahentów do Montrealu, to oni zawsze pytali o pogodę w Polsce.

To wystarczyło, żeby pojawiła się malutka nić wiążąca mnie z Kanadą na gruncie biznesowym. Da się? Da się!

Więc mała rada: może kiedyś w życiu spotkałeś się z kimś z Kanady, coś dla niego zrobiłeś? Przypomnij sobie i spróbuj o tym powiedzieć kilka słów na rozmowie.

Zatem jeszcze raz: Nie musisz mieć wykształcenia ani doświadczenia kanadyjskiego, żeby znaleźć pierwszą pracę.

Musisz się ciągle rozwijać, dokształcać, działać, żeby znaleźć lepszą kanadyjską pracę. Taka sama reguła działa wszędzie.

Warto mieć ze sobą swoje dyplomy, zaświadczenia, przetłumaczone na angielski, żeby w razie czego poprzeć się papierami. Nawet jeśli nie są one kanadyjskie, to powinny być po angielsku. Tak, żeby Kanadyjczyk zrozumiał.

Brak kanadyjskiego wykształcenia, a co za tym idzie doświadczenia z Kanady, możesz zrekompensować umiejętnościami miękkimi. A nawet musisz !

Na jednym z wielu spotkań w naszym domu sąsiedzkim miałam przyjemność rozmawiać z wielce inspirującą osobą: Rodrigo. Od niego dowiedziałam się, że powszechne stwierdzenie No Canadian experience = No Canadian job w rzeczywistości oznacza:

No Canadian Experience = You do not have right soft skills !

Czyli to nie brak papierka z kanadyjską pieczątką uniemożliwia znalezienie pracy, ale ograniczają nas umiejętności nasze, inne niż techniczne, zdobyte wraz z wykształceniem.

A jakie to są te pożądane w Kanadzie umiejętności miękkie? Ano takie:

  • → Communication Skills
  • → Local Language
  • → Presentation Skills
  • → Small Talk
  • → Leadership and Initiative
  • → Conflict Resolution and Negotiation
  • → Accepting Constructive Criticism
  • → Flexibility
  • →Business Etiquette

Na pierwszym miejscu są umiejętności komunikacyjne!

Rozmawianie, prezentowanie, angielski ( francuski w innych prowincjach) i oczywiście small talk.

Potem mamy bycie liderem, najlepiej takim z inicjatywą, oraz rozwiązywanie konfliktów (tutaj doświadczenie z poligonu domowego dwójki synów mam ogromne).

Akceptowanie konstruktywnej krytyki – to myślę taki obszar, nad którym całą Polska powinna popracować, c’nie? Zwłaszcza politycy.

Poza tym musisz być elastyczny (wysportowany też, ale akurat nie o to chodzi tutaj), i oczywiście profesjonalny w zachowaniach biznesowych.

Jeśli swobodnie działasz w tych obszarach, nie masz się co obawiać. Tego właśnie oczekują od imigrantów kanadyjscy pracodawcy. Poniższa tabelka na potwierdzenie.

soft skills

Do Kanady zjeżdżają imigranci wyszkoleni, wyedukowani, z wiedzą szeroką, ale z niepasującymi do rynku kanadyjskiego umiejętnościami miękkimi. I to właśnie to niedopasowanie jest przyczyną początkowych porażek w poszukiwaniu pracy.

To co? Polski dyplom zanieś do tłumacza, a przed lustrem poćwicz elevator speach.

i daj znać, jak poszło w komentarzu poniżej 

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.