Wolontariat w Kanadzie czyli pomóż innym i sobie

Wolontariat w Kanadzie to działanie dla społeczeństwa. Ale przysługa przede wszystkim sobie.

Czy wiesz, co charakteryzuje wolontariat w Kanadzie? Bo chyba czym jest wolontariat, nie trzeba wyjaśniać…

Praca społeczna na rzecz społeczności (twojej po sąsiedzku i tej bardziej rozległej), kościoła czy instytucji charytatywnej jest w Kanadzie normą.

Społecznie pracują Kanadyjczycy niezależnie od wieku, od nastolatków po emerytów. Specjalnie używam tutaj sformułowania społecznie pracują, właśnie po to, żeby słowo pracować nie kojarzyło się tylko z zarabianiem pieniędzy. Wolontariat to jest forma pracy, nieodpłatnej w przeważającej większości, ale wcale nie traktowanej gorzej. Pracy, którą w Kanadzie się ceni i w którą warto się angażować.

Wolontariat jako praca na rzecz twojej społeczności. Nowej społeczności.

Jak jest się na etapie wylądowałem w Kanadzie i co dalej, to przemyślany wolontariat może okazać się przepustką do nowego emigracyjnego życia. Bo dla Kanadyjczyków ( i Amerykanów też, żeby nie było) wolontariat jest ważnym świadectwem tego, jakim jesteś człowiekiem. Kanada to przede wszystkim społeczeństwo, i jeśli chcesz do niego dołączyć, chcesz, żeby ktoś zrobił coś dla ciebie, najpierw ty zrób coś dla niego (tego społeczeństwa).

Wolontariat to przede wszystkim giving back to the community.

Tak rozumiany wolontariat, czyli służenie innym przybiera często formę zbiórek charytatywnych (więcej pisałam o tym tutaj), przygotowania i dystrybucji żywności dla potrzebujących, prac fizycznych czy nauczania. Popularny jest mentoring, czyli regularne spotkania z drugą osobą, celem wsparcia w różnych problemach i doświadczeniach. Mentoring nie ma w Vancouver tylko korporacyjnego znaczenia – tutaj możesz zostać mentorem w wieku lat nastu dla młodszego o kilka lat kolegi i na przykład pomagać mu w relacjach z rówieśnikami. Czasami wolontariat jest wręcz wymagany jako element edukacji social studies w szkole (ale szczegółów nie znam, bo Krzysiek jeszcze nie jest na tym etapie)

Większość udziela się wolontaryjnie w sposób nieformalny. Możliwości są nieograniczone i nie ma miejsca użyteczności publicznej, które by nie organizowało takich programów. Najlepszym źródłem informacji jest tablica ogłoszeń czy też strona govolunteer.ca oraz oczywiście networking czyli wieść się niesie wśród bliższych i dalszych znajomych.

Trzy przykłady mojego kanadyjskiego wolontariatu.

Ludzie angażują się w wolontariat z różnych powodów. U mnie była to chęć pobycia wśród ludzi i nawiązania przyjaźni zaraz po przeprowadzce do Vancouver. Potrzebowałam (i nadal potrzebuję) poszerzyć grono znajomych, a nie pracując miałam ograniczone możliwości, za to sporo wolnego czasu, który mogłam z pożytkiem wykorzystać.

Zaproponowałam nauczycielce Krzysia, że przyjdę i przeczytam dzieciom w klasie bajkę o Smoku Wawelskim oraz opowiem trochę o Polsce. Przygotowanie się i przeprowadzenia takiej lekcji zajęło mi może ze 4 godziny (korzystałam z tej książki ). Radość dzieciaków i duma w oczach syna – bezcenne 🙂

Podobnie, bo również w szkole, zgłosiłam się do pomagania przy targach książki. Codziennie przez tydzień, około 40 minut dziennie. Niewielkim nakładem sił i czasu mogłam poobserwować, jak funkcjonuje biblioteka szkolna, jakie wydawnictwa i książki czytają dzieci kanadyjski, pogawędzić z bibliotekarką i rodzicami, którzy wraz z dziećmi odwiedzali targi. Ciekawe doświadczenie.

Typowym giving back to community było poświęcenie pewnej soboty i przyjście na spotkanie dla imigrantów, żeby opowiedzieć im, jak znalazłam pierwszą pracę w Vancouver. Czułam się zaszczycona, że mogę w ten sposób spłacić swój dług w stosunku do tych, którzy mi pomogli, kiedy to ja szukałam pracy.

Jak widzicie, te przykłady to tylko kilka godzin, góra cały dzień, który spędziłam próbując być pomocną dla innych. Kilkakrotnie rozmawiałam z osobami, które słysząc słowo wolontariat odrzucały ten pomysł na wejściu, wymawiając się brakiem czasu. Ok, rozumiem, ale, jak pokazuję to na swoim przykładzie, bycie wolontariuszem nie musi oznaczać pracy na cały etat za darmo. Nie w Kanadzie.

Często od wolontariatu się zaczyna. Wolontariat może być pierwszym krokiem zawodowym, pozwolić na poznanie ludzi w branży i w końcu zdobycie pracy.

Mamy tutaj do czynienia z drugim znaczeniem słowa wolontariat, rozumianym bardziej jako bezpłatna praktyka czy staż.

Ale, ale, powtórzę to z pełną mocą – tak rozumiany wolontariat nadal powinien być przede wszystkim działaniem na rzecz innych, a nie tylko kolejnym punktem do odhaczenia na drodze do pracy. Uwierzcie mi, Kanadyjczycy to zaraz wyczują.

Znam osoby, które swoją karierę zawodową rozpoczęły od wolontariatu, jednak znowu wypływał on przede wszystkim z chęci służenia innym. Takie podejście zostało docenione przez organizacje i rozwinęło się w konkretne propozycje etatu. Głównie w branży social services, na przykład ktoś za darmo prowadził stronę fundacji, i jego zaangażowanie tak się spodobało, że został wybrany jako social media coordinator, bez rekrutacji ogłaszanej na to stanowisko.

Inna historia: dziewczyna zorganizowała na UBC pierwszy klub samotnej matki i po kilku latach rozwinęła go w prężnie działający program, finansowany ze środków uczelni. Ja wyciągnęłam z tych historii następujący wniosek o wolontariacie: pomysł na swój rozwój zawodowy (czy też startowanie od zera w nowym miejscu) za pomocą wolontariatu musi wypływać z pasji, chęci zrobienia czegoś dobrego dla innych, chęci zaproponowania innym nowych rozwiązań, ulepszeń, daniu innym czegoś z siebie. Dopiero na drugim miejscu jestem ja jako potencjalny pracownik. Pracodawcy kanadyjscy nie szukają niewolników do pracy za darmo, oni chcą kogoś autentycznie zaangażowanego, będącego częścią zespołu. Kiedy poczują, że jesteś dla nich kimś ważnym, być może zaproponują pracę, a na pewno rekomendacje. I zawsze będziesz o te doświadczenia bogatszy.

Szukanie wolontariatu w Vancouver tak samo jak szukanie pracy warto zacząć wielowątkowo.

Masz pomysł, gdzie ewentualnie chciałbyś pracować czy być wolontariuszem ale akurat nie mają żadnych ofert? Brak mi doświadczenia w pytaniu się o wolontariat czy też bezpłatne praktyki, tam, gdzie nie są one ogłaszane, ale nie ma powodu, dla którego nie można by było wejść do takich miejsc i zapytać.

To co możesz zrobić od razu.

Wypisz wszystkie miejsca w Vancouver, jakie znajdziesz i o których myślisz, że mógłbyś być dla nich cennym pracownikiem. Polub ich na Facebooku, Instagramie, Twitterze i zacznij komentować, przeznacz chociaż chwilkę dziennie. Żeby zostawić swój ślad u kogoś innego, żeby pokazać, że ci zależy. Każdy biznes ma swój profil w mediach społecznościowych, a jak nie ma, to tym bardziej się do nich zgłoś i zaproponuj, że powinni mieć i że masz pomysł, jak go poprowadzić. Pokaż, że chcesz pracować dla kogoś, a nie u kogoś (czujesz różnicę?). To w sumie dość banalne uwagi, ale mają znaczenie i warto o tym pamiętać.

A potem trzeba działać osobiście. Pukać do drzwi i wracać oknem. Vancouver jest miastem bardzo przyjaznym dla energicznych.

Nawet jeśli od razu nie będzie to dream job, tylko surviving job, to nic. Ważne, żeby zacząć.

I do przodu !


Podobało się? Kliknij ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.

Jak przetrwać kanadyjską zimę w Vancouver? Jaką zimę ja się pytam?!

Co robić, gdy mamy po dziurki w nosie białego puchu, a od deszczu pokryliśmy się mchem? Weź idź na zakupy !

Wiosna już zagościła na dobre, Wielkanoc trwa, ale ja wciąż o zimie

To jest wpis w ramach projektu Klubu Polek

Blogerki z całego świata piszą o tym, jak przetrwać zimę (kanadyjską zimę w Toronto na przykład), albo dzielą się jakimiś straszno-śmiesznymi historiami ze swoich krajów (tu, tu, tu i tu też). U nas od historii budzących grozę (głównie w nas) aż się roi (o ta, o zębie, albo ta, o pączkach chińskich), więc mój post klubowy będzie o zimie. Jak jakieś 90% treści ostatnio na naszym blogu. Ekhmm.

Więc choć zimy to już prawie nie ma, mam nadzieję, że dalej przeczytacie.

Z lekka ironicznie do tytułu podchodzę, bo co jak co, ale kanadyjska zima to nie jest to samo co zima w Vancouver

Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że to są dwie tak różne rzeczy, że ciężko nie zareagować dyskretnym chichotem, kiedy ktoś z przerażeniem w oczach komentuje: Mieszkasz w Vancouver? O raju to NA PEWNO marzniesz, bo zima w Kanadzie jest długa, cicha i śniegiem bijąca.

Zima w Vancouver jest na pewno mokra. Od deszczu. Który ten oto deszcz w ilościach hurtowych nawiedza miasto położone pomiędzy Pacyfikiem a górami. Przy takim ukształtowaniu terenu tak łatwo o deszcze i d(r)eszcze, że miastu nadano oficjalną ksywkę: Raincouver.

Ale nie myślcie sobie, że jak deszcz pada,  to już z góry wiadomo, że mamy przechlapane i coby się nie robiło, zima będzie do bani i ciężko ją będzie przetrwać. O nie ! Jest bowiem jeden, niezawodny sposób, który pozwala mi nawet w deszczu dniem się zachwycić.

Przetrwać kanadyjską zimę w Vancouver pomagają zakupy

Tak, napisałam to. Zakupy zawsze poprawiają humor. Ale, ale nie takie sobie zwykłe zakupy, nieprzemyślane, czy pochopne, czy okazyjne, czy też ordynarna wyprawa do warzywniaka.

Na zimowe zakupy w mokrym Vancouver najlepszy jest jedyny taki, wielki i historyczny wręcz sklep.

MEC czyli Mountain Equipment Co-op.

To duży sklep sportowy, a właściwie rodzaj kooperatywy sportowej, który wymyśliło kilku zapaleńców z miłości do górskich wędrówek. Zdobywając w latach 80-tych amerykańską górę Mount Baker, zdecydowali, że chcą sprowadzić do Kanady dobre jakościowo i dostępne dla wielu oprzyrządowanie górskie i sprzęty sportowe. Rozpoczęli współpracę z dostawcami, ustalili marżę od sprzedaży na tyle tylko, żeby przetrwać i ruszyli z tym koksem. I mimo że przez lata nie zawsze było z biznesem różowo, to MEC do dzisiaj działa na podobnych zasadach, a żeby w nim kupować, trzeba mieć kartę członkowską. Karta traktowana jest jako nasz wkład w rozwój kooperatywy (koszt: 5 CAD, wydawana od ręki przy kasach).

To sklep ze sporym wyborem towarów. Kanadyjczycy od najmłodszego do najstarszego uwielbiają przebywać na dworze, sport uprawiać, we wszystkich możliwych odmianach i rozmiarach – kto raz próbował przejechać się latem ścieżką rowerową Seawall, ten wie, o czym piszę. Albo stał w kolejce do wyciągu na Grouse  – 1,5 h raz tak staliśmy, miodzio.

Więc w MECu zawsze jest tłum. Poza tym obsługa jest bardzo miła i często organizuje otwarte i darmowe warsztaty z cyklu “napraw swój rower”, albo “weź mapę, kompas i nie daj się zjeść niedźwiedziowi”. Byłam na takim szkoleniu z czytania mapy i obsługi kompasu, i mogę polecić z czystym sumieniem. Więc podczas tej deszczowej kanadyjskiej zimy można nabyć cennych umiejętności, które będą jak znalazł, kiedy padać przestanie!

i zawsze się człowiek czegoś nowego nauczy. To w MECu poznałam Długie Jasie czyli Long Johns.

Kręciłam się z Maćkiem po sklepie, wśród działu z odzieżą dla kilkulatków przeglądałam miłe dla oka i dobre jakościowo przeciwdeszczowe wdzianka, kiedy zagadała mnie kanadyjska mama z dwulatką. Od słowa do słowa podzieliłyśmy się naszymi patentami na to, jakie ubrania dla dzieci są przeciwdeszczowe i przeciwplamowe [chichocik w tym miejscu]. Z jej strony padło pytanie o nasze ulubione Long Johns. Myślę sobie, ki diabeł, piosenkarz country czy kolejny kanadyjski polityk, o którym nie mam pojęcia ?

Ale nie ! Long Johns’y to kalesony 🙂Kanada się nada_MEC najlepszy sklep sportowy

Znamy, znamy i nawet kilku trzymamy w szafie. Na dowód tego, jak twarzowe potrafią być kalesony, robię miniwklejkę ubraniową. Plus wielka puszka czekolady gorzkiej z MECa [nie mogłam się powstrzymać].

Wybaczcie jakość, bezczelnie ściągnęłam zdjęcie kalesonów ze strony sklepu.

 

Wygląda na to, że MEC.ca to nie tylko mekka dla sportowo zakręconych, ale i dobre miejsce na błyskawiczny kurs języka angielskiego. Jak już obejrzycie w Vancouver, co jest do obejrzenia, to warto wpaść, poczuć klimat.

Ja to lubię 🙂


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, co lubisz czytać

Ania z Zielonego Wzgórza w marcu. Wolność

Ania ? Włóczykij ? A może mewa ?

Mamy marzec.

W Vancouver kwiaty kwitną na potęgę, a zmierz zapada inaczej niż na Wyspie Księcia Edwarda. Nie ma nic w sobie z różowego mroźnego czasu, który powoli roztapia się w świetle księżyca.

March came in that winter like the meekest and mildest of lambs, bringing days that were crisp and golden and tingling, each followed by a frosty pink twilight which gradually lost itself in and elfland of moonshine.

Ania na uniwersytecie

Mimo, że na Instagramie rządzą zdjęcia z pięknymi drzewami wiśniowymi (wiem, bo sama takie robiłam), to jednak zaręczam Wam, że po tej stronie Kanady zmierzch marcowy przychodzi najczęściej owinięty szczelnie deszczową mgłą zza gór, nieco butny i wolny. Jak Włóczykij.

W marcu pytam siebie o wolność. Taką z Włóczykija. I jak u Ani.

Jak to jest, obudzić się któregoś ranka i powiedzieć sobie Jadę na koniec świata? Zdecydować w jednej chwili, tak jak bohaterka “Jedz, módl się, kochaj”. Przestać robić coś, a zacząć robić coś innego.

Powiedzieć sobie i naprawdę to usłyszeć w swoim głosie, że kto, jak nie ja, kiedy, jak nie dziś?

Nie wiem, ilu z Was jest bliska taka postawa. Nie wiem nawet, czy to jest wrodzona cecha charakteru, czy też można ją w sobie wypracować. Ja lubię sobie powtarzać, że mam ją w sobie. Tę wolność. Wolność od rzeczy, wolność od myśli, wolność od pieniędzy.

Wolność od ludzi, nieprzejmowanie się tym, co pomyślą, czy mnie polubią, czy zaakceptują moje wybory. Albo może tylko sobie tak wmawiam, że jestem wolna? Bo chciałabym być wolna?

Tego nie wiem. Za to wiem, że musiało minąć sporo czasu, żebym zrozumiała, jak ważna jest wolność, żeby żyć prawdziwie. Dobrze, że mam męża, który to rozumie. Który potrafi zapytać a może byśmy pojechali do Kanady na trochę? Zupełnie, jak byśmy byli wolnymi ptakami, bez małych dzieci, kredytu i pracy.

Ania jest jedną z tych bohaterek literackich, które mają w sobie wiele wolności i przyzwolenia na przygody.

I chociaż Ania mówiła, że przygody zdarzają się wybranym, tym co mają do nich dar, ja myślę inaczej. Jeśli tylko Ty i wolność idziecie w jednej parze, to przygoda, taka mała i taka że-tylko-jeden-raz-w-życiu na pewno dołączy. No bo jak nie, jak tak.

“Having adventures comes natural to some people,” said Anne serenely. “You just have a gift for them or you haven’t.”

Ania z Avonlea

Kanada daje wolność.

Kanada daje przestrzeń, a to oznacza sporo miejsca na wolność. Nie tylko dlatego, że jest drugim największym krajem świata. Całkiem niedawno rozmawiałam ze starszym Kanadyjczykiem (z trzeciego pokolenia Kanadyjczyków), urodzonego w małym miasteczku preryjnej prowincji Saskatchewan. Powiedział mi, że po przeprowadzce do Vancouver, przestał czuć się wolny. I to nie dlatego, że bezmiar terenu wokół niego się skurczył. Jego zdaniem w  Vancouver ludzi jest więcej i przez to wolności jest mniej. Mniej też jest przyjaźni i życzliwości w porównaniu z mniejszymi społecznościami w środkowych prowincjach Kanady, gdzie wolność nie jest ograniczona bezdusznymi biurowcami z Downtown.

Ja wolę wierzyć, że przestrzeń pomaga czuć się wolnym, ale nie jest jej niezbędnym warunkiem. To nasze wybory i wewnętrzne przekonania pokazują, ile w nas wolności.

Kanada oczyściła mi głowę. Z pytań zbędnych, z rzeczy zbędnych. Z zastanawiania się i gdybania, co by było, jeśli.

Pod tym względem stałam się wolna, żeby nie napisać wyzwolona 😀

I już wiem, że mogę być kim chcę i gdzie chcę.

Będę sobą.

Albo mewą.

Would you like to be a gull? I think I would – that is, if I couldn’t be a human girl. Don’t you think it would be nice to wake up at sunrise and swoop down over the water and away out over that lovely blue all day; and then at night fly back to one’s nest? Oh, I can just imagine myself doing it.

Ania z Zielonego Wzgórza.

Moja Ania z Zielonego Wzgórza w marcu jest wolna jak ptak, beztroska jak mewa, uskrzydlona bezmiarem oceanu.

Życząc wolności wielkiej jak Pacyfik !

Narty w Manning Park – jakby czas na chwilę stanął i zdziwiony popatrzył na góry

Dobra miejscówka na narty, to co mamy nie polecać ?! Są ciche zdjęcia.

Mało mamy doświadczenia z nartami. Do momentu przyjazdu do Kanady przekonywałam samą siebie, że ja i narty to nie jest najlepsze połączenie. Wiecie już, że zupełnie mi się odmieniło od tego zimowego sezonu, a ilość miejsc i widoków, których doświadczyłam dzięki nartom, przyprawia mnie o zawrót głowy i wielokrotny opad szczęki.

Pięknie jest patrzeć na miasto z okolicznych szczytów, gdy Pacyfik w dole taki malutki się zdaje…

A jeszcze piękniej patrzeć na góry stojące w skupieniu, niewzruszone. Takie jak w Manning Park.

Kilka faktów.

Wyjazd na narty w Manning Park to już jest grubsza sprawa, nie taka sobie wycieczka miejska na Grouse czy Seymour Mt. Manning Park położone jest prawie 3h od Vancouver, więc trzeba przygotować atrakcje podróżne (i jedzenie, nie zapominajmy o jedzeniu !).  Wyciągi położone są w znacznej odległości od cywilizacji (najbliżej do Hope, jest około 50 km), więc warto pomyśleć o noclegu. Sam kompleks narciarski ma ośrodek noclegowy (z basenem) położony przy wjeździe do parku, i autobus dowożący narciarzy na stok. Lodge (budynek hotelowy) i stok położone są w odległości kanadyjskiej, czyli daleko. Ale dzięki temu to co najbardziej widać w Manning Park to góry. Po horyzont.

Wyciągi zasadnicze są dwa, pomarańczowy i niebieski. Oldschoolowe te wyciągi i może dlatego budzą nostalgię? Bo i część schroniskowa wygląda tak, jakby niewiele się zmieniła od czasu kiedy została otwarta. Jest przytulnie, bo nienowocześnie. Na stokach nie ma lamp, więc wyciągi przestają jeździć po 16, obsługa się zwija, samochody odjeżdżają z parkingu. Spokój, cisza.

Niewiele ludzi, co jest naprawdę miłą odmianą.

I jeszcze rozwiązanie bombowe dla rodziców. Przedszkole jest, czyli child mining. I nie jest to przedszkole narciarskie, chociaż można je połączyć z nauką jazdy na nartach. Maciek po dwóch godzinach na deskach miał już serdecznie dość nart, śniegu, więc jeden rzut oka przez szybę na klocki i już wiedział, jak chce spędzić następną godzinę. W przedszkolu. Godzina opieki nad dzieckiem kosztuje 12 CAD (można już takiego 18 miesięcznego zostawić). Miła pani zabawi, klocki pobuduje, górkę narciarską wspólnie narysują. Dla dorosłego taka godzina wystarczy, żeby z trzy razy zjechać z pomarańczowego wyciągu.

Potem można młodzież zabrać na jedzenie (uwaga, drogie frytki), a potem położyć na drzemkę (wygodne szerokie ławy w kawiarni).

I właściwie tyle. Nie skorzystaliśmy z oślej górki (slow ski area), ani ze zjeżdżania na dmuchanych kołach (tubing). Jest więc powód, żeby wrócić 😀

Kanada się nada Manning Park narty

Kanada się nada Manning Park narty

Kanada się nada Manning Park narty

Kanada się nada Manning Park narty

Kanada się nada Manning Park narty

Kanada się nada Manning Park narty

Kanada się nada Manning Park narty

by Zbyszek

Kanada sie nada_Mannning Park 2016

by Zbyszek

Kanada sie nada_Mannning Park 2016


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.

Daj pan wizę czyli jedziemy do Stanów. Jak przekroczyć granicę kanadyjsko-amerykańską?

Musieliśmy pojechać do Stanów, czyli wyjechać z Kanady, żeby wrócić do Vancouver i móc zostać. Brzmi dziwnie? Jest dziwnie.

Pytanie na dzisiejsze śniadanie: Jak przejść granicę kanadyjsko-amerykańską?

I po co nam to w ogóle?

No właśnie, ciężko jest o mniej absurdalny powód przechodzenia granicy niż konieczność wymuszona przez biurokrację kanadyjską.

Sprawa wygląda tak: żeby przedłużyć/odnowić/wystąpić o inne pozwolenie na pracę w Kanadzie, trzeba się udać się na tzw. Canada Port of Entry, czyli na granicę.

Dlaczego my musimy, skoro mamy Work Permit ważny do lipca 2017?

Musimy, gdyż Kuba zmienił pracodawcę.

A jego dotychczasowy Work Permit był ważny tak długo, jak pracował dla tego jedynego, jednego pracodawcy, który go do Vancouver ściągnął.

Zatem w momencie, kiedy na horyzoncie pojawiła się inna praca (i inny pracodawca) dotychczasowe pozwolenie na pracę staje się nieważne i trzeba wystąpić o nowe.

Zrobić to można tylko w Port of Entry, czyli albo na lotnisku, albo na granicy. Tak czy inaczej trzeba z Kanady wyjechać, żeby do niej wjechać, nawet jak się już w niej jest.

Musimy na lotnisku w Kanadzie, albo na przejściu lądowym zaaplikować ponownie o dokumenty.

Ok, trzeba to trzeba, więc teraz pytanie dokąd jechać?

  • Wylecieć do Polski? Byłoby najlepiej i najprzyjemniej, jednak fakt, że rodzice przylatują lada dzień, sprawia że podróż do Polski w tym momencie mija się z celem.
  • To może do Stanów pojechać samochodem? Do granicy niedaleko, tylko ta wiza do USA, nieszczęsna wiza.

[UWAGA: żeby wyrobić dokumenty na granicy, nie musisz wjeżdżać do Stanów. Możliwe jest wykonanie tzw. flagpole, czyli wyjechanie z Kanady na przejściu granicznym, przejechanie kawałka “ziemi niczyjej” wokoło masztu z flagą, bez wjeżdżania do Stanów i zaaplikowanie o dokumenty na granicy. My chcieliśmy przy okazji zobaczyć Seattle, a o wizę amerykańską i tak planowaliśmy wystąpić]


 

Stanęło na Stanach. Wymyśliliśmy, że pojedziemy do Seattle na jeden dzień.

Żeby móc wjechać do Stanów, potrzebowaliśmy wizy turystyczne.

#1

Poniżej kilka słów o tym, jak wygląda wizyta w konsulacie USA w Vancouver.

→ Wystąpiliśmy o wizy turystyczne dla całej rodziny, pozwalające nam na wjazd do USA. Zrobiliśmy to w Vancouver, wybierając jako placówkę konsulat USA w Vancouver.

→ Najpierw jednak było wypełnianie wniosku o wizę DS-160 na tej stronie. Sporo pisania, dla każdego z nas osobna porcja, chociaż po kliknięciu w Family application część informacji się kopiuje z poprzedniego wniosku. Sporo pytań (więcej dla Kuby, np. w jakich krajach był w ciągu ostatnich 5 lat), mniej dla mnie, dla dzieci jeszcze mniej.

Po polsku info o wizie jest tu.

→ Podczas wypełniania wniosku zaznaczyliśmy, że występujemy o wizę USA w konsulacie w Vancouver. Opłata jest taka sama, jak gdybyśmy o wizę wystąpili w Warszawie.

→ Nie trzeba być rezydentem ani obywatelem Kanady, żeby wystąpić o wizę amerykańską na terenie Kanady. Na stronie jest wprawdzie napisane, żeby o wizę występować w kraju, w którym się mieszka (czyli Polak przebywający w Kanadzie na wizie turystycznej powinien aplikować z Polski), ale jednocześnie piszą, że można umówić się w konsulacie w innym kraju.

→ Po wysłaniu elektronicznej aplikacji, system wygenerował nam potwierdzenia mailowe oraz opcje płatności za wizy.

Postanowiliśmy zapłacić gotówką, co jest o tyle uciążliwe, że musisz ją wyjąć, zanieść do określonego banku i tam wpłacić na przesłane konto.

Ale o tym przekonaliśmy się już po kliknięciu, że płacimy gotówką.

Myśleliśmy, że po prostu będziemy musieli mieć te pieniądze przy sobie, podczas spotkania w konsulacie. Jednak nie, więc piszemy, jakby ktoś miał podobne założenia do naszych.

→ Oprócz aplikacji oraz płatności konieczne były też zdjęcia. Zarówno w formie elektronicznej, jak i przyniesione do konsulatu.

Niby jest tam fotobudka, ale to dla tych co wniosą zdjęcia niepasujące formatem. Więc zdjęcia lepiej mieć.

→ I jeszcze jedno zaskoczenie tuż przy wejściu do konsulatu: nie można mieć toreb ze sobą.

Ani jedzenia. Ja oczywiście zaraz zapytałam się, czy dla dzieci wodę mogę wnieść, i książkę, i klocki Lego. Wyobraźnię mam sporą i doświadczenie też, i wiedziałam, że chłopaki już po godzinie czekania w konsulacie będą głodni i znudzeni.

Zgodzili się, tyle tylko że kazali przy sobie napić się z wnoszonej butelki.

Okoliczne biznesy zwąchały pismo nosem i oferują skrytki, gdzie można torby oraz inne rzeczy, których do ambasady nie wniesiesz, zostawić. Za opłatą.

Sama rozmowa w konsulacie, chyba z trzema różnymi osobami, to już taki standard small talku. Po co do Stanów, co będziemy robić, czy mamy rodzinę w Stanach i co robimy w Kanadzie.

Rozmowa spokojna, bo chłopaki wtedy budowali z Lego na podłodze i się nie wtrącali. Na koniec dostaliśmy info, że mamy wizy i mamy czekać na maila od 3 do 5 dni.

A potem pani urzędniczka amerykańska zabrała nam paszporty.

I to już było mocne, nieprzyjemne zaskoczenie.

Zostaliśmy bez żadnego dokumentu, bo i zezwolenia na pracę były w paszportach.

Umiejętnie pokierowani przez ochronę i żegnani przez urzędniczkę nawet nie zdążyliśmy zaprotestować i otrzeźwienie przyszło dopiero na ulicy.

O żeszkuwłoski. Dobrze, że kilka godzin później na maila przyszło info, że wizy zostały wklejone i paszporty nadane do miejsca, które wskazaliśmy przy składaniu aplikacji.

Paszporty zostały wysłane pocztą (sic!) do urzędu pocztowego. Za dostarczenie do rączek własnych jest dodatkowa opłata.

#2

Ale nic to, mamy paszporty, bierzemy samochód, pakujemy dokumenty do nowego kanadyjskiego Work Permit i jedziemy na granicę.

Na przejściu celnik amerykański zadał kolejny zestaw pytań z cyklu five w’s, czyli po co, do kogo i na jak długo.

Powiedzieliśmy, że do Seattle, że wracamy wieczorem, więc celnik kiwnął głową, nalepkę przykleił na szybę i kazał jechać do drugiej kontroli. Takiej w budynku, ze sprawdzaniem odcisków i robieniem zdjęć. Kolejni urzędnicy i kolejne rozmowy, nic poważnego, możemy wjechać do Stanów, tylko jeszcze opłata za white papers. I tu nas macie – nie mamy bladego pojęcia, co to są te białe papiery, które nam obok wizy wkleili, wygląda to jak kolejny rodzaj pozwolenia, w naszym wypadku ważny do sierpnia 2016 (a same wizy ważne 10 lat).

Ten dzień spędziliśmy w Seattle, w Muzeum Lotnictwa, ale o tym będzie kiedy indziej.

#3

Na razie wracamy na granicę, wracamy do Kanady.

Zaraz na przejściu, po pytaniu ze strony celnika kanadyjskiego, jaki jest nasz status w Kanadzie, zostaliśmy skierowaniu do budynku, aby przejść ponownie procedurę aplikowania o Work Permit.

Możemy z czystym sumieniem polecić tę drogę dostania się do Kanady, całkiem inną niż przylot samolotem, a nasze wrażenia są pozytywne.

W budynku skierowano nas do odpowiedniej kolejki, która w porównaniu z kolejkami na lotnisku wyglądała wręcz pociesznie.

Dobry znak, pomyśleliśmy, może szybko pójdzie.

I rzeczywiście, w miarę szybko nas wywołano, a celnik zaraz po obejrzeniu naszych dokumentów zapytał się, po co nam nowe pozwolenie, skoro stare jest wciąż w mocy.

Kolejne tłumaczenie, poparte całym plikiem dokumentów, wydruków z nowej firmy. Ok, celnik zrozumiał, nie ma problemu.

Jeszcze jedna rzecz: ponieważ Kuba pracuje do końca marca dla poprzedniego pracodawcy, to dobrze by było, żeby miał też to stare pozwolenie. Więc zrobiliśmy oczy kota ze Shreka i celnik zostawił mu jego papier, chociaż moje i dzieci stare pozwolenia zabrał.

I już mogliśmy wjechać do Kanady, i mamy pozwolenie na pobyt i pracę do lutego 2018.

Czy zostaniemy, na jak długo zostaniemy i w ogóle co dalej, to już jest temat na osobną historię 🙂 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Droga Sea to Sky, miasto Whistler i Peak to Peak gondola zimą

Wspomnienie o śniegu w Whistler spisane drżącą ręką kobiety posuniętej w latach (to o mnie)

W Vancouver tradycyjnie nie ma śniegu zimą 2015-2016, więc wszystkie śnieżne zdjęcia, jakimi się z Wami dzielimy, są robione gdzie indziej. Na górkach okolicznych, albo w uroczych narciarskich kurortach, tylko godzinę, dwie jazdy od Vancity.

Poszukamy odpowiedzi na pytanie: Jak wygląda w Whistler zimą? I o co chodzi z tym szaleństwem zwanym Peak to Peak gondola.

Szkoda było, żeby takie piękne okołoświąteczne słońce na zdjęciach przepadło. I samochód wypożyczony na tydzień. Nie mieliśmy w planach nart ani snowboardu, bo to jeszcze był ten czas, kiedy byłam pewna, że dla mnie zjazd z górki na pazurki jest możliwy tylko na sankach.

Whistler, zimowa stolica B.C., znane z Olimpiady 2010 wydało nam się idealnym miejscem na krótką wycieczkę połączoną z saneczkowaniem. Wyczytałam, że górka (mini górka dodam), jest bezpłatna, a zaraz obok jest bezpłatne lodowisko (płatne jest tylko wypożyczenie łyżew). Decyzja była szybka i jednogłośna. Jedziemy spędzić jeden dzień w Whistler zimą.

Oczywiście tuż za rogatkami miasta okazało się, że wcale nie jesteśmy w naszym pomyśle odosobnieni, bynajmniej. Wielce oryginalnie się nie spodziewaliśmy, że w Whistler zimą będą tłumy, bo każdy chce śniegu skosztować. Były tłumy. Połowa Vancouver pewnie się zjechała i drugie tyle na amerykańskich tablicach. Zatem pierwsze zimowe doznanie w miasteczku to była próba załapania się na miejsce parkingowe. Już nieważne, ile kosztuje godzina postoju (a potrafi i 4 CAD), ważne żeby w końcu stanąć, sanki wyciągnąć, zniechęcone i znudzone dzieci wywabić z samochodu i pójść w stronę centrum. W tłumie innych, podobnych nam, odwiedzających. Dobra, trochę się pastwię tymi tłumami, nie było tak tragicznie. Bo na górce kolejek do zjeżdżania nie było, z racji tego, że zadbano o wystarczającą liczbę torów saneczkowych. Zjeżdżanie za free, na własnym sprzęcie! To jest miła odmiana po wszystkich górach, gdzie za saneczkowanie liczą sobie słono, a czasem jeszcze trzeba na miejscu wypożyczyć sprzęt, bo na własnych sankach nie pozwalają zjeżdżać, choćby nie wiem, jak były solidne.

A koło górki jest zaraz lodowisko, malutkie, ale przyjemne. Ma nawet wydzielone mini boisko do hokeja. Kaski są za darmo do pobrania, wypożyczenie łyżew kosztuje nieco powyżej średniej vankuweryjskiej, ale co tam. Ja na łyżwy jestem zawsze pierwsza.

Po uciechach zimowych wybraliśmy się na spacer w poszukiwaniu jedzenia. Bo oczywiście z przygotowanym przeze mnie w domu prowiantem, to Krzysiek może co najwyżej zapozować do zdjęcia. Jednego.

Zamiast zupy jakieś, ciepłej, pożywnej, znalazłam jednak prawdę. O sobie.

W Whistler zimą zostało mi po raz pierwszy uświadomione, jak starą kobietą jestem.

Tak, tak drodzy moi, złapał mnie pan naganiacz z salonu kosmetycznego, łowiący spacerujących na swój włoski akcent i natychmiast zadał mi pytanie: czy chcę wyglądać młodziej? No pewnie, że chcę, więc poszłam za nim, usiadłam na fotel, coś mi tam wklepał pod jedno oko. Czekam, ale najwyraźniej za wklepanie pod drugie oko trzeba by zapłacić, więc się pytam, co dalej. Czuję, że mi skóra pod okiem się naciąga, wyglądam tak, jak kiedy czasami maseczkę kładę na twarz, a Maciek komentuje: O, mama ma pajecyne.

Czy to już? Czy tylko kremy przeciwzmarszczkowe? Albo botoks? Pewnie tak. Pan kosmetyczek tłumaczy mi, dlaczego powinnam o siebie zadbać, chociaż właściwie to już i tak za późno, czas zrobił, co miał do zrobienia z twarzą moją. Się za wiele nadgonić nie da, ale można próbować przy pomocy tych wszystkich super kosmetyków, co pan je ma na półeczkach. Niestety nie dałam panu zarobić, ale nie mam wyrzutów sumienia, bo zaraz za mną do salonu wparadowała pani w futrze, z fryzurką tlenioną i okiem zrobionym, więc ona na pewno wie, jak się należy w salonie kosmetycznym zachować. I co kupić, a potem gdzie wklepać. Ja nie wiem.

Koniec offtopa kosmetycznego z Whistler.

Reszta to już zabawy na śniegu, nienachalna muzyka i góry w milczeniu patrzące na to wszystko. W nosie mają botoks. Ja też. Na razie.

Ale na wszelki wypadek wklejam zdjęcia beze mnie ;D

Whistler_Winter 2015

W Whistler zimą 2015

W Whistler zimą 2015

W Whistler zimą 2015

Whisler jest jednym z falgowych miejsc w Kolumbii Brytyjskiej, a kolejka górska Peak to Peak Gondola atrakcją dla małych i dużych.

Bo tak jest i już. Nie dyskutuj!

My postanowiliśmy przejechać się nią zimą, robiąc przy okazji rekonesans pod następny sezon narciarski.

I napiszę tak – jest co oglądać. Zdecydowanie warto wjechać na szczyt, a właściwie nawet dwa szczyty (w końcu nazwa zobowiązuje), bo najpierw kolejka wynosi nas na Whistler Mountain, a potem najdłuższym na świecie odcinkiem kolei linowej możemy dostać się na Blackcomb.

Info praktyczne

Jeśli jesteście w Whistler i nie wiecie, dokąd iść, żeby dojść, to w samym centrum jest informacja turystyczna. Peak to Peak ciężko przegapić, bo widać ją z wielu miejsc w miasteczku.

Bilety nie są tanie, ale porównując je do wjazdu na Grouse Mountain,warte swojej ceny. Nie ma biletów rodzinnych [dziwne, hm]. Ponieważ my pojechaliśmy w samym środku ferii wiosennych, było sporo narciarzy, ale na szczęście nie musieliśmy przesadnie długo czekać. Jakby ktoś się zgubił na placu, to pierwsza kolejka, do której trzeba wsiąść,  to ta po prawej stronie, stojąc w kierunku gór 🙂

Jedziemy do góry jupiiii

I potem już długa jazda do góry. Po drodze mija się część dla początkujących narciarzy, a wielkie znaki informują, żeby ci, co tylko na wycieczkę jadą, bez nart (czyli my), nie wysiadali. I chociaż kusiło, bo waniliowy zapach bobrowych ogonków dotarł aż do wagonika, grzecznie przeczekaliśmy stację w 1/3 drogi na szczyt. A na szczycie proszę państwa wszystko czego dusza zapragnie. Nawet gry komputerowe czy też gameboyowe dla dzieci. I kawa. I kafeteria.

Ale przede wszystkim widoki, w końcu to dla widoków się Peak to Peak jedzie.

Jak się napatrzymy na Whistler Mountain (czy też pospacerujemy), to czas na clue programu czyli kolejkę łączącą Whistler Mountain z Blackcomb. Można jechać wagonikiem normalnym albo wypasionym. Wypasiony to taki ze szklaną podłogą, ale nie polecamy, bo nas rozczarowało. Specjalnie czekaliśmy około 10 minut na taki wagonik, a szklana podłoga okazała się być oknem w podłodze, wielkości chusteczki do nosa i osłoniętym wysoką barierką (Maciek nie sięgnął). Nie warto.

Na szczycie Blackcomb kolejne panoramki lub sporty zimowe. Jedzenie też jest 🙂

Żeby wrócić zimą do punktu, gdzie startowaliśmy, trzeba znowu przejechać się Peak to Peak na Whistler Mountain i potem w dół. W lecie jest więcej opcji, gdzie można zacząć i skończyć przyjemną wycieczkę. Jeszcze nie byliśmy, ale jak oglądamy smakowite zdjęcia Everyday Routes to nas nosi, żeby pójść w ich ślady.

Ze zdjęć wynika –  Peak to Peak zimą robi mocne wrażenie! A po zdjęcia z lata, wpadnij do Zosi i Rubena.

Peak to Peak Gondola March 2016 Kanada się nada 6

Peak to Peak Gondola March 2016 Kanada się nada 5

Peak to Peak Gondola March 2016 Kanada się nada

Peak to Peak Gondola March 2016 Kanada się nada 3

Peak to Peak Gondola March 2016 Kanada się nada

Peak to Peak Gondola March 2016 Kanada się nada 2

Peak to Peak Gondola March 2016 Kanada się nada 4

A na koniec zostawiłam deserek, czyli co zrobić, jak chcesz góry zobaczyć, a nie chce ci się iść. Nawet do gondoli Peak to Peak się nie chce.

Czy autostrada może być atrakcją turystyczną?

Drogą Sea to Sky no musisz się przejechać. Nawet jeśli nie do Whistler, tylko gdzieś bliżej (do Squamish na ten przykład, lub Britannia Mine Museum).

Ta droga (autostrada) to zabytek sam w sobie. Ale nie bój się, że asfalt jest w stanie historycznego rozkładu, nic z tych rzeczy. Drogą jedzie się szybko, mimo kilku zwężeń po drodze i faktu, że tłumy nią jeżdżą, tłumy, co śnieg podziwiać chcą, a zimą na snowboard do Whitler wyskoczyć.

Góry wpychają się na pierwszy plan, z drugiej strony Pacyfik nie daje o sobie zapomnieć.

Możesz się zatrzymać na którymś z punktów widokowych, z mapą panoramkę zrobić. Z drogi można zjechać do wielu popularnych kempingów. My mamy zamiar wybrać się na wiosnę na taki, co się znajduje w Alice Lake Provincional Park. Kilka wyjść w góry zrobiliśmy właśnie od tej szosy wychodzących. Przy drodze są także miejsca do dziennego piknikowania, w towarzystwie np. pięknych wodospadów.

W wielu miejscach, w miastach, są najpopularniejsze fast foody i kawiarnie, więc na prawdę nie musisz się specjalnie z samochodu tarabanić, żeby wycieczkę pełną ochów i achów, a przy okazji okraszoną kawką z Timsa popełnić.

Ale jeśli jednak jesteś z tych, co to samochodem się nie wożą, tylko bardziej na sportowo, to już spieszę donieść, że Sea to Sky da się jechać rowerem.

Widzieliśmy takich, co jechali, zimą też. Chyba nie do Whistler, bo to jednak ponad 120 km w jedną stronę, ale bliżej a i owszem. Szosa do Whistler ma przewyższenia do pokonania, to dalej, w okolicach miasteczka Pemberton robi się bardziej stromo, co mi swoją drogą przypomina Norwegię i wyjazd na Drogę Trolii.

Jechaliśmy już wielokrotnie i mimo znaków, że miśki wychodzą na drogę, żaden się nam przed maską samochodu nie zatrzymał. Ale jednego widzieliśmy, jak szedł bokiem, po zboczu Szefa.

Sea to Sky winter 2015

Sea to Sky winter 2015

Sea to Sky winter 2015
Śnieg dla wygodnickich

Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.