Gdzie warto mieszkać w Vancouver – subiektywny przewodnik po dzielnicach

Jak we wszystkich miastach świata, tak i w Vancouver są dzielnice lepsze i gorsze. Chcecie poczytać o tych, które my byśmy polecili jako punkt wyjścia do szukania pierwszego mieszkania?

Jak pokazują maile do nas oraz statystyki Googla :D, temat mieszkania w Vancouver cieszy się niesłabnącą popularnością blogo-czytaczy.

Nie dziwię się wcale: mieszkać każdy musi, najlepiej byłoby blisko, wygodnie, tanio i przyjemnie 🙂

Każdemu, wiadomo, pasuje coś innego. Każdy, też wiadomo, ma inną zasobność portfela, albo na inne rzeczy woli wydać pieniądze.

Jak więc odnaleźć się na mapie i gdzie warto mieszkać w Vancouver?

Jest stronka (odnaleziona dzięki blogowi Moniki), gdzie po wykonaniu szybkiego testu preferencji, system wskaże nam dzielnicę najlepszą dla nas.

Oczywiście należy to potraktować jako sugestię i to w dodatku obarczoną brakiem zrozumienia ze strony bezdusznego algorytmu, który nam to wylicza. Na marginesie: nam wyrzuciło 5 dzielnic, z czego zaakceptowalibyśmy jedną. I to też nie bez oporów.

Reguła jest następująca: najwięcej mini mieszkań dobrych na początek dla singla, pary, małej rodziny jest w środkowej części Vancouver, przy głównych ulicach dzielących miasto.

Bo mieszkanie w tzw. residential areas, czyli dzielnicach domów jednorodzinnych, w domu, nawet dzielonym z jeszcze jedną rodziną, to już, moim zdaniem, jest następny etap. Trzeba wziąć mapę Vancouver i popatrzeć, jak się rozkłada siatka ulic. To przy głównych ulicach będzie najwięcej punktów usługowych, sklepów, knajpek, galerii. To przy głównych ulicach toczy się życie w małych blokowych mieszkaniach. Tuż za rogiem zaczynają się rzędy domów jednorodzinnych, niska zabudowa i tutaj oferty wynajmu to głównie mieszkania w piwnicach, często z właścicielami, którzy zajmują górne piętro.

W samym Vancouver nie ma takich wielkich galerii handlowych, wokół których są osiedla mieszkaniowe. No dobra jest Metrotown w Burnaby, ale i tak występowanie takiego układu jest znikome w porównaniu z miastami w Polsce.

Ok, czas na konkrety. W mega uproszczeniu: im bardziej na zachód w Vancouver, tym lepiej. I czyściej. Niestety. East Van to ja na zdjęciach oglądam.

Downtown ach i och.

Kiedy przylecieliśmy do Vancouver, w pracy Kuby dano nam taki mini poradnik przygotowany przez biuro, o tym, gdzie i jak szukać mieszkania. I oczywiście na pierwszym miejscu ich listy panoszyło się Downtown, czyli ta część Vancouver, która leży na półwyspie i składa się z dzielnic: West End, Coal Harbour, Yeltown, Chinatown, Gastown i pewnie jeszcze z kilku innych town. Z wszystkich powyższych polecałabym najbardziej mieszkanie na West Endzie. Bo to coś innego niż bezduszne i z lekka onieśmielające biurowce (jak Coal Harbour), ciasnota wielkich bloków z mini balkonikami i wielkim problemem parkowania (Yaletown), mała podaż mieszkań i nieco turystyczne obejście (Gastown) czy wątpliwy urok mieszkania w pobliżu ulic, gdzie rezydują ludzie, którym się w życiu nie udało (okolice Chinatown, a zwłaszcza ulica East Hastings, w ogóle większość East Downtown). West End ma wszystkie zalety Downtown i niewiele jego wad. Plus niedaleko na plażę i do Parku Stanley’a.

Nie da się ukryć, mieszkanie w Downtown to jest coś. Blisko jest wszędzie, więc jak lubisz chodzić na piechotę, to jest to. Samochodu nie potrzebujesz (po co, jak jest car2go). Zamieszkasz w centrum Vancouver – cóż może być lepszego na początek, żeby poznać, o co w tym mieście chodzi.

My wytrzymaliśmy w Downtown miesiąc. Ale to my.

Kanada się nada

Dzielimy torcik zwany Vancouver wzdłuż ulicy Głównej. 

Reguła ta ma zastosowanie w rejonie poza Downtown, gdzie nazwy ulicy są unikatowe, a nie w trybie: Pierwsza, Druga, Trzecia… Pięćdziesiąta Ósma, itd. I tak wszystko, co jest na zachód od Main Street, to jest część West, czyli wszystkie numeryczne nazwy ulic będą miały West w nazwie, np. 8th West Ave. Analogicznie wszystko, co jest na wschód to ulice East.

Im bardziej na wschód i południe, tym mieszkanie stają się tańsze, a towarzystwo sąsiadów bardziej zróżnicowane etnicznie. Z kolei jadąc na zachód, czyli bliżej do kampusu uniwersyteckiego UBC, wśród sąsiadów będzie się miało tych, co studiują i studentów uczą. Oczywiście upraszczam bardzo, ale w ten sposób chcę dać choćby minimalną wskazówkę tym, którzy zagubieni siadają nad mapą Vancity i szukają pierwszego mieszkania do wynajęcia.

We wschodnim Vancouver są dwie dzielnice, gdzie mogłabym zamieszkać.

Pierwsze to okolice wzdłuż Commercial Drive, właściwie od ulicy Pierwszej, idąc na południe. Na Commercial zawsze się coś dzieje (festiwal, targi), jest mnóstwo młodych ludzi i młodych rodzin, zatrzęsienie sklepików, knajpek, ośrodków jogi i fitnessu, oraz różnych innych alternatyw. Do centrum jeździ autobus, a na skrzyżowaniu z Broadway znajduje się najbardziej ruchliwa stacja kolejko-metra Skytrain. “Na dzielni” jest community centre z biblioteką, basenem i lodowiskiem (Britannia Community Centre). I podobno na Commercial jest najlepsze sushi w Vancouver. Rowerem da się dojechać do pracy w centrum, i dalej na wycieczki poza miasto czy do North Van też. Dużo wyluzowanych ludzi.

Drugie miejsce w Vancouver wschodnim, gdzie moglibyśmy zamieszkać, to okolice Jeziora Pstrągowego (Trout Lake). Wprawdzie nie widziałam tam mieszkań z dwiema sypialniami, i trochę już daleko, żeby Kuba rowerem do pracy jeździł, ale rekompensuje to super community centre w parku wokół jeziora oraz szkoła podstawowa z programem French Immersion (czyli rozszerzoną nauką francuskiego już od zerówki). Od rodziców dzieci w wieku szkolnym słyszałam same dobre opinie o tym rejonie.

Wioska w mieście czyli Olimpic Village

Albo urzędowa nazwa dzielnic, czyli False Creek (choć po prawdzie False Creek to więcej niż sama Wioska)

To takie trochę Downtown, które przeskoczyło na drugą stronę zatoki. Pomiędzy ulicami Main i Cambie, od ulicy Pierwszej do Ósmej. Największa zaleta – mieszkania tam są nowe, nowiuśkie, piękne wprost. Z widokiem na zatokę, góry i Science World. W końcu Wioska nie na darmo Olimpijską się nazywa – boom budowlany w tym rejonie zaczął się od Olimpiady 2010. I trwa nadal, więc place budowy nie należą w tej dzielnicy do rzadkości. Inne minusy: mało zieleni (ale dużo wody), jeden plac wybetonowany jako serce dzielnicy (ale z dobrą knajpą), małe community centre (choć prężnie działa i ma wi-fi) i całkowity, dyskwalifikujący dla nas, brak szkół . Sory Gregory. Jednak dla młodych ludzi bez dzieci w wieku szkolnym, czemu nie?

Jeszcze tytułem dodania: Te powyższe to jest opis Olimpic Village, samo False Creek, ciągnące się na zachód od Wioski (acha, na zachód, widzicie) ma moim zdaniem więcej do zaoferowania. Przede wszystkim przy Wyspie Granville jest park, nawet z parkiem wodnym połączony, jest i community centre oraz sporo małych sklepów na Wyspie Granville. Dla rodziny z dziećmi ta część False Creek jest lepsza do zamieszkania. I szkoła też jest. Wioska to trochę nuworyszowska dzielnica, ale ja ją lubię. I często tam filmy kręcą, jak trzeba żeby Vancity udawało New York City 😀

Kanada sie nada

I love Kits. Czyli wszyscy kochają Kitsilano i dlaczego.

No właśnie. Jeszcze nie miałam okazji się przekonać, dlaczego Kitsilano uchodzi za najlepsze, bo bywam w tamtych rejonach tylko przejazdem. No ale to jest część zachodnia Vancouver i w pobliżu znajduje się bardzo prestiżowe sąsiedztwo domów a’la rezydencja Carringtonów, które kosztują tyle pieniędzy, że nawet nie patrz w ich stronę. Jednocześnie w Kits da się znaleźć mieszkanie jedno-  czy dwupokojowe, za cenę wyższą niż w dzielnicach wschodnich, no ale płacisz za adres na ulicy z West w nazwie. Jedziemy na zachód, najlepiej Czwartą. Ulica Czwarta w części Kitsilano to jeden z bardziej pożądanych adresów. To kolejna ulica, gdzie jest wszystko i dla wszystkich. I chyba nawet więcej, bo z tego co pamiętam gdzieś tam jest nawet Safeway, czyli duży sklep spożywczy typu supermarket. Blisko na plaże, nie tak zatłoczone jak te na West Endzie, blisko na uniwerek, po Czwartej i po Broadway jeżdżą autobusy. Jest klimatycznie i sympatycznie. Dzielnica jest dość homogeniczna jeśli chodzi o mieszkańców, i chyba się domyślacie dlaczego.

Kitsilano bez plaży czyli Kerrisdale.

Kolejne, młode i wibrujące miejsce, dobre dla szukających mieszkania w pojedynkę czy sparowanych, ale także dla młodych rodzin z dzieckiem. Centrum dzielnicy to okolice ulicy 41. (czyli daaaaleeeekoooo od Downtown) oraz West Boulevard. To również jedna z takich dzielnic, które mają swoją, rozpoznawalną w Vancity, tożsamość. Sporo w niej studentów, bo na kampus jest już naprawdę blisko. Blisko też do największego parku w obrębie Vancouver, czyli Pacific Spirit Park. W centralnej części dzielnicy są sklepy, punkty usługowe, kawiarnie, droższe butiki. Autobus dowiezie do stacji metro-kolejki Canada Line przy Oakridge (a przy okazji jest tutaj centrum handlowe). Rzecz ważna dla rodziców: przy pobliskiej szkole podstawowej realizującej jako jedna z nielicznych program Montessori, jest community centre oraz basen, oraz lodowisko. Czyli jest jak dzieciom zapełnić czas. Minus dzielnicy: zdecydowanie za daleko. No chyba że pracujesz w domu, albo w różnych miejscach Vancouver i przemieszczasz się autem. I mieszkania w blokach zdecydowanie trochę starszych (podobnie jak w Kits), zdarza się, że standard odbiega od naszych wyobrażeń o podstawowym minimum. Ceny wynajmu na szczęście trochę niższe niż w centrum. Sporo Azjatów.

Kanada sie nada

I na końcu Mount Pleasant czyli gdzie my mieszkamy.

Każda pliszka swój ogonek chwali. Sporo w tym prawdy. Jednak możecie mi uwierzyć, za rejonem Mount Pleasant nie przemawia ślepa miłość do akurat tej części miasta. Wręcz przeciwnie, mieszkanie tutaj to wynik chłodnej kalkulacji i trochę lenistwa. Bo jak już znaleźliśmy mieszkanie w miarę blisko pracy Kuby (dojeżdża rowerem do Downtown), wynajmowane bezpośrednio od właściciela, z widokiem na góry, w sąsiedztwie szkoły, i NIE JEST to piwnica, to ciężko zabrać się do szukania alternatywy.

Samo Mount Pleasant rozciąga się od zachodu (od ulicy Cambie) na wschód (Mount Pleasant Neighbourhood House stoi jeszcze za ulicą Fraser). My mieszkamy tuż przy Kingsway oraz Ósmej wschodniej. Jako część centralną naszej dzielnicy wyróżnia się właśnie skrzyżowanie Kingsway, Main oraz Broadway, więc poczucie, że mieszkamy w centrum jest :D.

Mount Pleasant jest często określana jako najbardziej hipsterska część miasta. I coś w tym jest. Wystarczy przejść się po Main, zajrzeć do rozlicznych wege, bio, organic, local knajpek czy sklepów, żeby zobaczyć brodaczy z laptopem z jabłuszkiem, czy dziewczyny nad sałatką z jarmuża. W wielu plebiscytach to właśnie miejscówki z Mount Pleasant wygrywają miano: the best bagle place czy the-best-hot-yoga-place-for-mom. Jeden z okolicznych parków został na wniosek mieszkańców nazwany Parkiem Relaksujących się Kolesi (Dude Chilling Park).  Rzeczywiście do chillax’owania się nasza dzielnica jest bardzo odpowiednia. Co najmniej trzy duże parki, gdzie można zalec na trawie i pogapić się na góry, albo we freesbie pograć. Jednak jest też druga strona medalu: sporo wyluzowanych państwa pod wpływem maryśki, którą łatwo dostać w wielu okolicznych sklepach, tak wyluzowanych, że wyglądających i zachowujących się tak, że ręce opadają. Niestety.

I jeszcze.

Z wyjątkiem Downtown oraz Olimpic Village w większości opisanych przeze mnie dzielnic można wynająć dwa pokoje od 1600 CAD, w zależności od standardu (wiek budynku, wyposażenie mieszkania, czy media zawarte są w cenie, a pralka jest w łazience, czy na piętrze). Niestety rynek mieszkaniowy w Vancouver jest szalony, ceny rosną, ludzie płaczą i płacą.

Uwaga, jak się nie zgadzasz z powyższymi, to super.

Napisz w komentarzu, co pominęłam i przeoczyłam. Dziękuję 🙂


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Jak siedmiolatek uczył się angielskiego. W Polsce i w Kanadzie

Jak to się Krzyś uczył angielskiego w Polsce, a jako Kris nauczył go w Kanadzie. Jak mówi Yoda: do it or not do it.

To będzie kolejny post o szkole. Konkretnie o tym, jak Krzysiek się uczył  i nauczył angielskiego.

Trochę poniekąd dlatego, że był to jeden z naszych celów, nazwijmy je, “edukacyjnych”, które mieliśmy nadzieję osiągnąć w Kanadzie.

Żeby chłopaki mówili w ogóle (to Maciek) oraz po angielsku (to Krzysio).

#1 Historia angielskiego po polsku

W Polsce Krzyś uczył się angielskiego według standardu polskiego. Czyli jak większość przedszkolaków, miał kilka godzin zajęć z lektorką (chyba dwie godziny na tydzień, o ile dobrze pamiętam). Nie wiem, jakie są wymagania dla nauczycieli angielskiego w przedszkolu, wtedy mnie one nie interesowały, gdyż wychodziliśmy z założenia, że najważniejsze jest osłuchanie się z językiem, zrozumienie przez malucha, że jest więcej niż jeden sposób komunikacji. Liczyło się to, że śpiewali wspólnie piosenki, proste wierszyki, bawili się po prostu. Ponieważ wyjazdu nie było jeszcze w tedy w planach, nic nie robiliśmy dodatkowo. Ot, miał angielski w przedszkolu. Rytmikę i religię też miał.

A później zaczął szkołę podstawową, polską.

Ale zanim zaczął, to jeszcze na etapie decydowania, do której szkoły pójdzie, wydarzyła nam się zabawna historia. Opiszę ją tutaj, bo chociaż większości przyjaciół jest znana, to jak ulał pasuje do tematu uczenie angielskiego według standardu polskiego. Niestety.

Odwiedzając którąś tam szkołę podstawową w ramach dni otwartych, mieliśmy okazję obejrzeć wnętrza klas i porozmawiać z nauczycielami. I mimo, że większość rodziców przemykała cichaczem po korytarzach, z rzadka zadając pytania, to nie ja, o nie, ja musiałam każdego wypytać. O to, czy dzieci już w pierwszej klasie czytają, kiedy na matematyce jest tabliczka mnożenia, oraz zaczepić panią od angielskiego. Zadałam pani od angielskiego proste pytanie: Czy może nam pani opowiedzieć coś o sobie? Pani wpadła w popłoch. Bo zapytałam ją po angielsku. Myślałam, że to normalne, że pytam lektorkę, która ma uczyć mojego syna języka obcego, że pytam ją w tym języku obcym. Pani mi odpowiedziała, że nie jest przygotowana. Po angielsku.

Nic więcej nie mam do dodania w temacie, a Krzysiek zaczął chodzić do innej szkoły. Po roku nie mówił po angielsku. Tzn. umiał wskazać słowa angielskie na najważniejsze rzeczowniki typu mama, klasa, chleb, ale nie budował zdań. Nie wiem, czy np. przedstawienie się komuś po angielsku było dla niego trudne, bo nie wiedział jak to powiedzieć, czy raczej był nieśmiały.

Pamiętam swoje uczenie się angielskiego i niemieckiego w podstawówce. Wkuwanie słówek, gramatyki, czytanki i ćwiczonka. I obezwładniający strach, kiedy miałam się do Niemca odezwać, po angielsku coś powiedzieć. Mi przeszło dopiero w szkole średniej. No to czego wymagać od siedmiolatka?

A potem zapadła decyzja o wyjeździe do Vancouver.

#2 Canadian immersion czyli teraz to już musisz po angielsku

Krzysiek, kiedy przyjechaliśmy do Vancouver, zmagał się nie tylko z angielskim, ale przede wszystkim z emocjami, jakie niosło życie w innym kraju i komunikowanie się w innym niż zawsze języku.

Tęsknota, niepewność, nieznane, brak kolegów i nauczyciele, którzy mimo że mili, to obcy językowo. Łatwo nie było, o czym doskonale wiecie z naszych pierwszych wpisów z jesieni 2014.

W temacie angielskiego. Zaczyna się jak wszędzie od testu. Wyniki testu otrzymuje szkoła rejonowa i w oparciu o nie decyduje o konieczności przyznania wsparcia nauczycielskiego w angielskim.

A najważniejszym zadaniem rodzica w tamtym okresie było stać obok, trzymać syna za rękę i mówić tak, żeby on widział, że mówię do kogoś po angielsku.

Cel na pierwszy okres pobytu na emigracji: znaleźć kanadyjskiego kolegę.

Najlepiej takiego, co jest fanem Lego i Star Wars.

Nie potrzeba dużej wyobraźni, żeby wiedzieć, co robić. Warto:

  • ✔  się ruszyć z domu, pójść na plac zabaw, na zajęcia dodatkowe, do miejsc, gdzie jest szansa na znalezienie kolegów (darmowa biblioteka).
  • ✔ zaczepiać innych rodziców z propozycją playdate, czyli wspólnej zabawy dzieci raz w jednym domu, raz w drugim.
  • ✔ zachęcać do zapraszania kolegów do domu;
  • ✔ odpuszczać lekcje i naukę na rzecz zabawy wspólnej na podwórku (tak, tak przez pewnie czas Krzysiek miał kolegę na podwórku, co było super i przypominało mi nasze podwórkowe dzieciństwo).

 


Zorganizowane study hours. By matka

Ale oprócz zabawy i  kumpli, uczyliśmy się angielskiego w domu, z sylabusa, codziennie troszkę, choćby to było zadanie w stylu wpisz brakującą literkę w słowie. Wypożyczaliśmy książki dla zerówkowiczów i chociaż się zżymał, że on już duży, to jak oglądałam je z Maćkiem, Krzysiek też zaglądał, zaciekawiał się i chcąc nie chcąc uczył.

Wiele razy usłyszałam, że on nie chce się uczyć, że po co.

Zniechęcenie dziecka, moje rozczarowanie, że jak to tak, sam błyskawicznie nie pojął angielskiego, że tyle historii się słyszało: wyjedź zagranicę, a dziecko samo załapie język, zobaczysz, ani się obejrzysz.

Zła byłam. Na siebie. Na niego.

Nie mam przygotowania pedagogicznego, nie wiem, jak uczyć dzieci, jak raz w życiu dawałam korki z angielskiego, to dorosłym i trwało to może z pół roku.

Każde dziecko jest inne, każda historia nauczenia się języka jest inna i nie ma co nastawiać się z góry na to, że np. po miesiącu twoje dziecko będzie szczęśliwie ćwierkało w obcym języku.

Pierwszy raz usłyszałam, jak Krzysiek mówi po angielsku w okolicy Bożego Narodzenia 2014, czyli po około 4 miesiącach regularnej nauki w szkole.

Od tego momentu poszło już z górki. Chociaż wciąż słyszę, że mówi po angielsku wyższym tonem niż po polsku, tak jakby mniej stanowczym głosem. Nie wiem, może mi się tylko wydaje?

Nauka języka szła w nierozłącznej parze z oswajaniem Kanady. A po ponad 8 miesiącach w Vancouver Krzysiek czuł się jak u siebie.


Nauka angielskiego teraz

Teraz to mnie Krzysiek poprawia, jak wymowę mam inną niż jego pani w  szkole 😀

Kawał niedawny- czytam Maćkowi coś tam po angielsku, o statkach. Krzysiek czyta sobie, ale przerywa i mówi: Mamo, to się nie mówi szip tylko szyp. No bo jak by to było: the harbour is filled with szip [port jest pełen…. hmm… owiec]

W szkole czytanie książek jest codziennie, dzieci same wybierają sobie pozycje do czytania. Mogą przez tydzień czytać tylko jedną i tę samą książkę.

Krzysiek czasami przynosi na lekcje książki po polsku i je czyta, nauczycielka nie robi problemów. Raz w tygodniu mają test ze słówek.

Na zdjęciu zobaczysz raport oceniający umiejętności ucznia w zakresie angielskiego.

Ten jest z poprzedniego semestru.Jak siedmiolatek uczy się języka obcego

  • Możecie dojrzeć, że poziom pierwszy jest już za nami, w tej chwili fazy rozwoju języka angielskiego to przede wszystkim pracowanie nad swobodną mową i wymową.
  • Czasami się waha, zanim coś powie, wyraźnie nie lubi mówienia do większej liczby osób.
  • Jednocześnie swobodnie przechodzi z jednego języka na drugi, nie miesza słówek, nie mówi polglishem.
  • Rozumie, że mówienie w dwóch językach, to nie jest używanie tych samych wyrazów i bezpośrednie tłumaczenie z polskiego na angielski  – jak w tym żarcie o spoglądaniu na kogoś z góry, czyli po angielsku look from the mountain.

 

Zawsze, ZAWSZE, jestem z niego taka dumna, kiedy słyszę, jak mówi.

Ale nie powstrzymam się, żeby nie skończyć cytacikiem 😉 To dla Ciebie, Synku !

Much to learn you still have. Yoda


Podobało się? Podziel się z innymi. Wtedy wiemy, co lubisz czytać i co jeszcze dla ciebie napisać!

Cypress Mountain na rakietach śnieżnych

Sporo zdjęć, bardzo dużo śniegu i mnogo słońca. Rakiety nie do ręki, a na nogi załóż i chodź z nami na Cypress Mountain.

Snowshoeing czyli Cypress Mountain na rakietach śnieżnych

Marzyliście kiedyś, żeby znaleźć tajemne przejście przez starą szafę do Narnii? Bo ja do dzisiaj pamiętam szafę w wiejskim domu mojej babci, jej ciężkie kożuchy i płaszcze, i nas, dzieciaki wskakujące do szafy, żeby za chwilę być w magicznej, zaśnieżonej aż po czubki drzew Narnii.

Dlaczego przywołuję to wspomnienie? To proste. W dni świąteczne, kiedy wybraliśmy się na Cypress Mountain, Narnia była moim pierwszym skojarzeniem. Nierzeczywista, piękna zimową potęgą kraina, cicha, bliska, choć jak trzeba, niebezpieczna. Zdjęcia powiedzą wam więcej, ale zanim do nich, to jeszcze kilka słów o kompleksie na Cypress.

Jakoś tak jest, że około 99 % Vancuverczyków, kiedy widzą cię z nartami, zapyta : Skiing on Cypress? Oczywiste skojarzenie: narty=Cypress, przez nas nie zostało przetestowane, bo nasz spacer odbył się na rakietach śnieżnych. Ale wiedziona ciekawością sprawdziłam, dlaczego Cypress kojarzy się tak bardzo ze zjazdówkami? I wyszło szydło z worka: najwięcej tras (także nocnych), najwięcej wyciągów (bo sześć) i śniegu pewnie też najwięcej jest właśnie na Cypress 🙂

Sam ośrodek jest tak rozległy, że aż podzielony na dwie części: tę przeznaczoną do narciarstwa zjazdowego (Downhill) oraz drugą, gdzie zaczynają się szlaki dla narciarzy biegowych oraz o wypraw na rakietach (Nordic). Droga dojazdowa rozwidla się na dwoje i do dwóch osobnych parkingów prowadzi. Warto więc wcześniej wiedzieć, co się będzie na Cypress robiło, żeby potem z ciężkimi buciorami nie spacerować nadmiernie.

Gdzie iść, żeby dojść ?

Mnie dodatkowo oprócz chęci wypróbowania rakiet ciągnęło na Cypress z powodu Hollyburn Lodge. To jest jedno z bardziej rozpoznawalnych górskich miejscówek w okolicach Vancouver, a ja  sentyment mam do schronisk wszelakich. Ze zdjęć starych wyłaniał się obraz przytulnego i ciepłego miejsca,gdzie można się wysuszyć, entuzjazm podbudować, posilić się. Niestety Hollyburn Lodge jest właśnie w remoncie i nie było nam dane wejść do środka. Ale przynajmniej popas zrobiliśmy pod 🙂 A ptaszki nam się z zaciekawieniem przyglądały. Pętla spacerowa jest zdecydowanie łatwa, przewyższenia niewielkie, a my pierwszy raz na rakietach, dwoje dorosłych, ośmiolatek (rakieta rozmiar kid) oraz 3 latek w nosidle. Tylko nie pomylcie szlaków i zamiast zielonym do Hollyburn Lodge, nie wybierzcie się czasem na Hollyburn Mountain, bo opis wskazuje, że mocno wymagający 🙂

Wyjście na szlaki jest na Cypress płatne, wpożyczenie rakiet wraz z biletem jednodniowym to wydatek około 26 CAD na dorosłego (sporo). Zdjęcie, gdzie siedzimy w środku pomieszczenia, to taka niewielka, kilkuławkowa szopa, gdzie się można ogrzać i swoje jedzenie zjeść. A jakby co obok jest Starbucks (bo gdzie go nie ma?)

Warto wyjść na Cypress Mountain na rakietach śnieżnych, no przyznajcie sami, taka zima to miodzio jest.

Cypress Mountain na rakietach śnieżnych

Cypress Mountain na rakietach śnieżnych

Cypress Mountain na rakietach śnieżnych

Cypress Mountain na rakietach śnieżnych

Cypress Mountain na rakietach śnieżnych

Cypress Mountain na rakietach śnieżnych

Cypress Mountain na rakietach śnieżnych

Cypress Mountain na rakietach śnieżnych


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.

Ania z Zielonego Wzgórza w lutym. Marzenie i śnienie

Zima idealnie nadaje się do marzeń – cudne mroźne dni i długie ciche wieczory. Nikt tak jak Ania nie śni i marzy.

W książkach o Ani wszystkiego jest dużo.

Słów, drzew, Oceanu Atlantyckiego, przyjaźni, śmiechu, smutku, miłości. Jednym taki nadmiar przeszkadza, mnie jednak taka egzaltacja wydaje się rozkoszna. Czuję, jakby na chwilę wchodziła do obrazu pełnego kolorów, takiego namalowanego grubymi pociągnięciami pędzla, z jeszcze niewyschniętą farbą.

A czego w Ani było najwięcej? Marzeń oczywiście.

Ania nie bała się śnić i marzyć, o wielkich rzeczach i sprawach zupełnie błahych (np. żeby mieć sukienkę z bufiastymi rękawami). Nie etykietkowała, nie oceniała marzeń, nie dzieliła na te skromne i wypaśne. Każde z jej marzeń było najcenniejsze, najważniejsze w danym momencie, takie, które musi, MUSI się spełnić. Wymarzony dom, wymarzona sukienka, wymarzona rodzina. Przecież mogło się okazać, że to najbłahsze minimarzonko dało najwięcej radości, zaprowadziło najdalej.

Zima piękna jak marzenie.

Piękno jako pożywkę do marzeń znajdziesz zamkniętą w słowach, jak w poniższym opisie. Czytasz i widzisz ten zachód słońca nad Zatoką Św. Wawrzyńca. Perły i szafiry błyszczące w każdej kropli wody. Zima jest cicha, przykryta futrami, ale śmiech odległy zaróżawia jej policzki. Są elfy, jest magia. Nic na przeczekanie, życie jest dziś. Twoje życie, twoje marzenie, twój sen.

…they all crowded into the big pung sleigh, amoung straw and furry robes. Anne reveled in the drive to the hall, slipping along over the satin-smooth roads with the snow crisping under the runners. There was a magnificent sunset, and the snowy hills and deep blue water of the St. Lawrence Gulf seemed to rim in the splendor like a huge bowls of pearl and sapphire brimmed with wine and fire. Tinkles of sleigh bells and distant laughter, that seemed like the mirth of wood elves, came from every quarter.

“Oh, Diana,”breathed Anne, squeezing Diana’s mittened hand under the fur robe, “isn’t it all a beautiful dream?…”

Ania z Zielonego Wzgórza

No tak, myślisz, Ania to sobie mogła na to pozwolić, żeby w spokoju śnić na jawie.

Nie miała kredytu, pracy na śmieciówkach, dzieci się same sobą zajmowały, a dodatkowo Gilbert wielbił ziemię, po której chodziła. No to miała czas na marzenia.

A u nas, kobiet współczesnych, kombajnów matko-żono-kochanko-pracownic, zawsze coś jest innego niż czas na marzenia. Zawsze jeszcze czegoś brakuje do szczęścia.

To jeszcze tylko to zrobię i tamto, zakończę, zamknę, będę wolna lub wolniejsza i już mogę zabrać się za śnienie o wielkich rzeczach. Zacznę pracę, skończę pracę, przejdę na emeryturę i umrę. Może w międzyczasie uda się spełnić wyśnione marzenie.

Marzenie zamknięte w pączku, spełni się w rozkwicie. Odpowiednio podlane.

U Ani pomysł był zawsze na początku marzeniem, takim, z którego może rozwinąć się coś pięknego. Coś, na co warto czekać, do czego warto dążyć, nie odkładać, nie przesuwać na potem

I have a little brown cocoon of an idea that might possible expand into a magnificent moth of fulfilment

Wymarzony dom Ani

Kiedy jesteśmy całkiem mali, mamy ogromne marzenia, jako młodzi moglibyśmy góry przenosić. Oczywiście zawsze znajdą się “życzliwi”, którzy będą nas hamować, nasze marzenia pomniejszać. Czasem z dobrego serca, jak to było w przypadku Maryli. Jej przecież chodziło tylko o wychowanie Ani na rozsądną dziewczynkę.

Ania rozsądnie odpowiedziała Maryli, że  samo oczekiwanie na rzeczy, o których się marzy, jest wielką przyjemnością. Nawet jak się one nie spełnią, nie dostanie się tego, co się chce, to i tak nikt i nic nie odbierze nam radości z marzenia o nich.

“You set your heart too much on things, Anne,” said Marilla with a sigh. “I am afraid there’ll be great many disappointments in store for you through life.”

“Of, Marilla, looking forward to things is half the pleasure of them,” exclaimed Anne. “You mayn’t get the things themselves; but nothing can prevent you from having the fun if looking forward to them.”

Ania z Zielonego Wzgórza

Na szczęście trendy w rodzicielstwie dzisiejszym pomagają wspierać dzieci w marzeniach, żadne nie jest zbyt śmiałe, żeby się nie miało ziścić.  Ale trendy trendami, dzieci nie będą mieć śmiałości, nie będą śnić, jeśli, my rodzice nie będziemy. Lubmy siebie i swoje marzenia.

Zatem ja będę (jeszcze więcej ) czytać, i marzyć, i wyobrażać sobie. A tutaj więcej w temacie, o czym marzy matka. Bo matka to potrafi marzyć, jak nikt, i o takich rzeczach, że Ania to by w życiu na to nie wpadła. Ot, żeby prysznic w spokoju wziąć, albo kawę cieplejszą niż wody wokół Titanica wypić. Takie małe, malutkie marzenia, co się na wielkie wyobrażenia składają.

Moja Ania z Zielonego Wzgórza w lutym powiedziałaby, że ludzie o małej wyobraźni mają małe życie.

A ja chcę, żeby moje było przyzwoitego rozmiaru 🙂 Czego i Wam życzę !

[symple_box color=”blue” fade_in=”false” float=”center” text_align=”center” width=””]Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.[/symple_box]

PODZIEL SIĘ

Dziecko kontra kanadyjski dentysta czyli po co te zęby?

Auł, mamo, ząb mnie boli !!! Grozą powieje. Historia prawdziwa.

Dentysta ogólnie

dentystą jest jak z lekarzem rodzinnym (pierwszego kontaktu). Trzeba się do niego zapisać, czyli znaleźć takiego, który przyjmuje nowych pacjentów.

Ale zanim w ogóle pójdziemy do dentysty, to trzeba sprawdzić, czy nas na niego stać. Zabiegi dentystyczne nie są niestety zawarte w prowincjonalnym planie medycznym.

Dobra wiem, że w Polsce też większość i tak korzysta z prywatnych usług dentystycznych, ale na upartego by się znalazło takie gabinety, gdzie można ząbki podrasować na NFZ. Wiem, że to wiedza tajemna, gdzie takie są, ale są. Wracając do Kanady – zatem jeśli tutejszy pracodawca wspaniałomyślnie nie dorzuci dental coverage do pakietu przywilejów pracowniczych, to wszystkie plombowania, czyszczenia i inne takie płacimy 100%.

My mamy na szczęście 80% dental coverage z ubezpieczenia w firmie K., czyli płacimy tylko 20% standardowej ceny.

W 2015 działało to tak:  Zapisujemy się do dentysty, miła pani recepcjonistka/technik dentystyczny bierze od nas numer ubezpieczenia, dzwoni do nich i dowiaduje się, ile możemy wydać na zęby rocznie. W naszym przypadku 750$ na głowę. Pierwsza wizyta: rentgen, czyszczenia, plan leczenia – 250 CAD.

Reszta ubezpieczania wystarcza na 2, może 2 i pół plomby.

Na rok. Dużo? Mało? Za mało?

Dentysta dziecięcy

Boli ząb

Przychodzi taki dzień, kiedy twoje dziecko cię budzi z płaczem, że boli. Masakra i bezsilność, i wkurzenie też. Bo plan porankowy się sypie, bo grzebiąc w głowie nie znajdujesz lekarstwa, a w szafce też pustki. Jedyne, co możesz aplikować to pocieszenie. Słabo. Mało.

Krzysia rozbolał ząb. Istne przebudzenie mocy (tej złej). Dziecko kontra kanadyjski dentysta.

Szukanie dentysty na CITO. Niby mamy jakiegoś takiego family dentist, ale dość daleko, i najczęściej jeździmy do niego rowerem. Zresztą to bardziej dentysta od dorosłych jest ( a jest różnica, o czym dalej będzie) Popołudniem w deszczu, ciągnąc Maćka i opierającego się Krzyśka,  wcale mi się nie chce tam jechać. Więc szukam w pobliżu. Jest jeden, w Olimpic Village, nowo otwarty i ma promocję na wizyty. Dzwonię, mówię, że dziecko cierpi, i że popołudniem się zgłosimy.

U dentysty nr 1

Przychodzimy, i w sumie nie powinnam być zdziwiona, bo multitasking to przecież amerykański wynalazek, ale jestem, bo wita nas pani recepcjonistka łamane na dentystka. Ok, niech i tak będzie. Krzyśka ładujemy na fotel, otwarcie paszczy i już wiem, że te wszystkie doświadczenia z naszą dentystyką panią Bogusią drogą, te wszystkie polskie doświadczenia na nic się Krzyśkowi tutaj nie przydadzą, bo cały jest w nerwach podczas tej swojej pierwszej kanadyjskiej dentystycznej wizyty. Lekarka kiwa głową, pokazuje mi dziąsło biedne obolałe (Krzyśka, nie swoje) i mówi, że ona nic tutaj nie zrobi, ząb mleczny idzie do wyrwania, a zrobić to może li i jedynie pediatric dentist. O mamo, i co po tych jej dyplomach z Harvardu, jak dziecku zęba mlecznego nie jest w stanie wyrwać?

Wkurzam się, a Krzysia nadal boli.

Lekarka, odchodzi od fotela dentystycznego, siada do telefonu na recepcji i dzwoni. Po dziecięcych klinikach dentystycznych. I to jest pierwszy raz, kiedy się dowiaduję, że takowe istnieją. Jakoś do tej pory żyłam w nieświadomości zupełnej, dentysta to dentysta. Ale nie. Miło ze strony tej naszej dentystyki, że dzwoni i próbuje coś załatwić, dla nas. A lekko nie jest, to okres świąteczny i większość lekarzy, tych dla dzieci i tych dla dorosłych, wyjechała na urlop do Kalifornii. Ewentualnie do Whistler na narty. Co tu robić, Krzysia rozbolał ząb, trza rwać, a nie ma komu. Przypomina mi się nie wiadomo czemu film “Znachor”. Dobrze chociaż, że Krzysiek dostał antybiotyk na ten ząb, jakoś mniej się słania, coś się poprawia chociaż chwilowo.

Po 20 minutach lekarce udaje się umówić nas na wizytę u dziecięcego dentysty w Richmond. Ha, to jest pod Vancouver, musimy jechać dwoma autobusami i metrem, najważniejsze jednak, że jest wizyta. Ale, ale to jest konsultacja, na której zobaczą, czy są w stanie mu pomóc, i jakby co umówią drugą wizytę, tydzień później. Cholera jasna, myślę już mało cenzuralnie, dziecko cierpi, co oni chcą oglądać? Dentystka chyba myśli podobnie, mimo tego Harvardu, bo im mówi, że konsultacje i zdjęcia już zrobiła, że im prześle i że trzeba rwać. Się zgadzają, żeby zrobić dwa w jednym i mamy się pojawić na czczo.

Znaczy się Krzysiek na czczo, ale ja też w ramach współodczuwania nie jem śniadania.

U dentysty nr 2

Bladym świtem docieramy do Richmond. Łał, oczy robią się wielkie jak spodki, i się upewniam, czy to przychodnia, czy raczej salon z playstation. Telewizory, bajki, eksboksy, czyli wszystko, żeby dziecko zapomniało, po co tu jest. Kreujemy pozytywne doświadczenia dentystyczne. Rozumiem ideę, ale jak dla mnie trochę przesada w drugą stronę. Bo co to za nauka dla dziecka, że jak zębów nie myłem i u dentysty wylądowałem, to mogę w końcu pograć w fifę? Więcej cukierków i mniej szczotkowania równa się częstsze wizyty w tym rajskim pomieszczeniu. Proste co? Logiczne co?

Ok, moje rozmyślania przerywa pani pomoc dentystyczna (albo technik dentystyczna, w sumie to nie wiem) i wzywa Krzyśka na fotel. Obok, na innych fotelach leżą inne dzieci, oglądają filmy na innych telewizorkach, inne panie pomoce dentystyczne przygotowują dziecięce buźki na nadejście doktora. Który to doktor jest jeden, chodzi od fotela do fotela, tu pogrzebie, tutaj zaordynuje, tam pokręci głową. Tak to jest pomyślane, efektywność pracy i czynnika osoboludzkiego.

Od lżejszych spraw nie jest doktor.  Od grubszych, jak się okazało, również nie.

Stomatolog patrzy na Krzyśka, zaspanego, wkurzonego, że grać nie może, z bolącym zębem i mówi, że on nie będzie rwał. Że Krzysiek sobie nie da, że on jako doktor rekomenduje zabieg. Pod pełną narkozą, w centrum chirurgicznym. Jezu, myślę, przecież to ząb mleczny jest, jak to doktor od dziecięcych zębów nie może go wyrwać? No nie może, chce kreować pozytywne doświadczenie dentystyczne, żeby nie bolało WCALE, musi być narkoza. Mówię, że Kris bardziej się przestraszy, że musi iść do szpitala, na zabieg, niż żeby mu teraz szczękę otworzyć, zęba wyrwać, rachu ciachu i po strachu. Ale lekarz się nie zgadza. Mówi, że on tego nie zrobi. Że żaden z jego kolegów tego nie zrobi. Trzeba do szpitala.

Oczywiście nasze ubezpieczenie dentystyczne nie obejmuje operacji wyrwania zęba mlecznego.

A chirurgiem przeprowadzającym operację jest syn dentysty. Milczę, bo co mam powiedzieć. Przecież chcę, żeby Krzyśka przestało boleć, nieważne jakim kosztem.

U dentysty nr 3

Zatem trzecia placówka, dobrze, że przyjęli nas jako nagły przypadek. I to jest pierwszy raz, kiedy doświadczam tego strachu rodzica dziecka, które jest zabierane na salę operacyjną. Kiedy przychodzi anestezjolog i mówi o powikłaniach. Nie słyszę tego, że są mało prawdopodobne. Że takich zabiegów wykonuje się tutaj do 6 dziennie. Że nie ma się co bać.

I rzeczywiście, po godzinie jest już po strachu. I po zębie. Okropnym, zepsutym zębie. Krzysiek się trochę słania, zamawiają nam taksówkę i w końcu jesteśmy w domu.

Bez zęba. I bez około 400 CAD, które zapłaciliśmy. Resztę kosztów, czyli 80% całości, zapłacił ubezpieczyciel z firmy Kuby. Przynajmniej taką mam nadzieję, bo przysyłają do nas i do klinik tyle korespondencji, że ciężko się połapać.

A ząb ku przestrodze leży w komodzie. Straszak, jak chłopaki zbytnio się ociągają ze szczoteczką.

Ufff. Koniec. Z pierników i słodkości pozostaje nam jedynie oglądać zdjęcia.

Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Co robić w zimowy wieczór w Vancouver? Nic tylko usiąść i płakać

Zimowych mroków rozjaśniacze – czyli pooglądajcie z nami milion światełek w Ogrodzie Botanicznym. A potem może na łyżwową dyskotekę?

Co tu można robić wieczorem, zimą? Takie pytanie (w tonie lekko poirytowanym) padło ze strony niedawno poznanej Turczynki, co z mężem od dwóch tygodni mieszka w Downtown.

Jej zdaniem Vancouver zamiera wieczorem, centrum zamknięte na głucho, żadnych rozrywek, no masakra. To jej mówię, że wieczorem to przyzwoici ludzie są już w swoich łóżeczkach [hehe, żart]. Zresztą, co ja tam wiem, jako rodzic powinnam przecież z definicji mieć bana na życie nocne miasta, więc jestem ostatnią osobą do rekomendowania rozrywek nocnych. Ale jakoś wierzyć mi się nie chce, że nic się nie dzieje.

My w każdym razie mieliśmy kilka wieczorów zimowych zorganizowanych  wielce przyjemnie. Niekoniecznie życie nocne, ale jak na dzieci późno wieczorne, a zatem atrakcyjne. Poniżej przeczytacie i obejrzycie (jeśli coś będzie widać), jak nam się w Vancouver zimowe wieczorne wyjścia udały. Zapraszam 🙂

Latarka niepotrzebna.

Wieczorny spacer w Ogrodzie Botanicznym Van Dusen podczas Festiwalu Światła

Można iść na spacer do Ogrodu Botanicznego i nic to, że zima i zasadniczo nie najlepsza pora na podziwianie roślinek. W Ogrodzie Botanicznym Van Dusen zimową porą to nie flora zielona magnetycznie przyciąga zwiedzających. W grudniu, a czasem i w styczniu do Van Dusen chodzi się wieczorem, żeby podziwiać ponad milion (!!!) lampek porozwieszanych na drzewach, instalacjach, ciągnących się długimi sznurami po ziemi, czy w specjalnie zaaranżowanych wystawach tematycznych (np na Gingerbread Garden, czyli w Ogródku Piernikowym). Spacerując niespiesznie, cieszymy oczy mrugającymi światełkami, w ręku dzierżąc kubek z gorącą kawą/czekoladą albo polukrowanym pączkiem z dziurką. Brzmi magicznie, czyż nie? I na zdjęciach ładnie wygląda . Bo wybraliśmy tylko te zdjęcia, na których nie widać tłumów. TŁUMÓW DZIKICH. A takie były, wierzcie mi na słowo. Bardzo dużo ludzi chciało lampki obejrzeć. Niektórzy, jak podsłuchałam w kolejce po bilety, przychodzą do Van Dusen z dziada pradziada, od pokoleń, najpierw z dziadkiem, a teraz z wnukami.

Więc tak, sporo ludzi było. Zimowym wieczorem trzeba się liczyć ze staniem w kolejce około 40 minut, zanim się kupi bilety (około 30 CAD za bilet rodzinny). Ale zanim trafimy do kolejki, trzeba do Van Dusen przyjechać. I tutaj rada – jedźcie autobusem, blisko jest przystanek. Samochodu i tak nie ma gdzie zaparkować, o czym przekonacie się stojąc około 30 minut w długim sznurze aut czekających na wjazd na parking.

Suma summarum, dużo czekania, ale warto. Chociaż raz. To światełka są przecież, a światełka oglądać zawsze jest miło 🙂

Festival of Lights

Spacer to za mało? To może zimowy wieczór w Vancouver na łyżwach?

Nie tylko wieczorem można wybrać się na łyżwy, ale światłem iście dyskotekowym dostać po oczach można tylko na jednym, jedynym takim lodowisku.

Wieczorem, na odkrytym lodowisku w Śródmieściu, czyli zapraszamy na Robson Ice Rink.

Największą zaletą tego lodowiska jest to, że nie trzeba płacić za wstęp. O ile masz swoje łyżwy, bo jak nie, to przydałoby się wypożyczyć, na czymś się przecież musisz ślizgać 😉 Wypożyczenie sprzętu jest tańsze niż na lodowiskach zakrytych. I pewnie dlatego, choć nie tylko dlatego, ślizgawka na Robson cieszy się wielką popularnością. Wieczorem służy głównie do lansowania się młodzieży i strzelania słitfoci na instagrama, bo tłumy nie pozwalają się porządnie rozpędzić ani przeplatanki poćwiczyć. Niemniej jednak, jak ktoś jest akurat na city breaku w Vancouver, i zobaczył już wszystko, co trzeba zobaczyć, to można pójść i na Robson Ice Rink. Dlaczego nie?

Swoją drogą ja nie wiem, jak im te zdjęcia wychodzą???

Robson Ice Rink 2016

Robson Ice Rink 2016

Za zimno na spacer w zimowy wieczór w Vancouver ? To może do kina?

Udało się ze dwa razy wyjść do kina. I od razu na wejściu zaskoczenie. Kupiliśmy bilety na “Gwiezdne wojny” dla nas wszystkich. Niech no tylko ktoś z Wam próbuje nas przekonać, że to nie dla Maćka. Maciek jest wielkim fanem Star Wars, i gdyby nie kupić dla niego biletu, to przy kasie działyby się sceny dantejskie. Zresztą co to za wybór: albo idą wszyscy, albo idą jedynie dwie osoby, a z tej dwójki pewniakiem jest tylko Krzysiek. O drugi bilet trzeba by rozsądny kompromis zawrzeć, tzn. mężowi go z ręki nie wyrywać. I cóż poradzić, że ja też chcę na “Gwiezdne wojny” ?! Koniec końców kupiliśmy 4 bilety, ale zanim je kupiliśmy, to dobre kilka minut zajęło nam rozpracowywanie, co to za bilet w opcji General, albo czym różni się 3D od UltraAVX albo od D-BOX UltraAVX 3D. I powiem Wam, że nadal nie wiem, w czym jest różnica. To znaczy, załapałam tyle, że General (najtańszy bilet) oznacza wejściówkę bez wskazania miejsca, czyli na “Przebudzenie mocy” trzeba ustawić się w kolejce około 1 h wcześniej, zanim zaczną wpuszczać !!! O nie !!! I żeby było jeszcze ciekawiej na każdy seans obowiązują inne rodzaje biletów. Nie pamiętam, jak kupiliśmy, ale na pewno miał jedną przydatną cechę – otóż można ten bilet zwrócić do 20 minut od rozpoczęcia seansu. Jak się ma szczęście, to nawet można obejrzeć kawałek filmu, po reklamach, i jak gniot, to pomknąć do kasy z reklamacją. I oddadzą pieniądze. Skąd to wiem? Bo Maćkowi po około 15 minutach się jednak odwidziało i przestał być takim gorącym fanem Star Wars, więc będąc w obowiązku, podążyłam za nim i przeczekaliśmy film na zewnątrz. A za bilety nam zwrócili.

Z innych rzeczy: pierwszy raz w kinie miałam kontrolowaną torebkę. Na okoliczność przemytu jedzenia innego niż bufetowe. Butelka z wodą dla dzieci przeszła, choć pan ochroniarz miny robił nie gorsze niż celnik na lotnisku.

Kuba z Krzysiem wyszli zadowoleni, więc wyprawa do kina udana. Zdjęć nie ma.

Zawsze też można wybrać DVD w zaciszu własnego pokoju. Gwarancja, że zimowy wieczór będzie udany.

I przynajmniej ma się opcję oglądania z podpisami 😀


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać