Jak się macie zimą 2015 ? część I

Klimat zimowo-świąteczny na śniadaniu z Mikołajem. A na podwieczorek: pierniczki !

Dla nas  druga kanadyjska zima zaczęła się już w ostatnim tygodniu listopada, bo to jest czas, kiedy pojawiają się pierwsze targi bożonarodzeniowe. Oczywiście wszystkie słodycze i ozdoby zalegają w sklepach już od początku listopada, ale klimat zimowo-gwiazdkowy pojawia się jednak trochę później.

Żeby dobrze rozpocząć zarówno dzień jak i zimę, proponujemy zacząć od śniadania 😉

Śniadanie z Mikołajem to jedna z częstszych grudniowych atrakcji dla dzieci i dorosłych.

Takich spotkań w Vancouver i całym Lower Mainland jest bardzo dużo, od wyboru do koloru, co weekend można się spotykać ze Mikołajem. W tym roku na pierwsze (sic!) zimowe spotkanie z Mikołajem, z popijaniem gorącej czekolady z piankami umówiliśmy się dokładnie 21 listopada.

Nasze zeszłoroczne, pierwsze doświadczenia z Mikołajami kanadyjskimi były fajne. Byliśmy na spotkaniach świątecznych w dwóch pobliskich community centre: Mount Pleasant i Creekside. W tym roku chcieliśmy zobaczyć, jak śniadanie z Mikołajem wygląda gdzie indziej, więc w grudniu odwiedziliśmy najbliższy Mount Pleasant Neighbourhood House (dom sąsiedzki) oraz Boys and Girls Club (świetlica popołudniowa, gdzie Krzysiek spotyka się po lekcjach z kolegami).

Strawa dla ciała i dla ducha. Ot co.

Wszystkie takie śniadania wyglądają podobnie: za drobną opłatą (albo i nie) można zjeść śniadanie w formie bufetu: jajecznica, kiełbaski/bekon, naleśniki z syropem klonowym, owoce, napoje. Jest to okazja do spotkania się z sąsiadami, rodzicami ze szkoły, znajomymi poznanymi na placu zabawach. Porozmawiania chwilkę z ludźmi, którzy nie są naszymi najbliższymi przyjaciółmi, ale pozostają w tym dalszym kręgu ludzi, którzy tworzą naszą wspólnotę (community). Dla mnie jest to najważniejsza zaleta tego typu spotkań i coś, czego brakowało mi w Warszawie. Społeczność tutaj jest czymś tak naturalnym, niewymuszonym, że nawet osoby znające się tylko z widzenia stawią dla siebie kogoś istotnego. Integracja następuje niekoniecznie na spotkaniu Mikołajkowym, ale o tym kiedy indziej.

Wracając do śniadania. Oprócz jedzenia i rozmów swobodnych w formie small talk, na śniadaniach jest zwykle Mikołaj i fotograf, który zrobi nam z nim zdjęcie. Są materiały plastyczne i możliwość przygotowania bombek, wycinanek, łańcuchów, kartek świątecznych i czego jeszcze dusza zapragnie. Jest też często miejsce dla dzieci z plastikowymi zabawkami, dmuchany zamek do skakania lub Winter Wonderland, czyli wystawa dekoracji zimowych, kojarzących się z ośnieżonym Biegunem Północnym. Nie ma szopek, ani elementów dekoracyjnych bezpośrednio odnoszących się do narodzin Chrystusa. Z jednej strony to rozumiem, ale z drugiej strony brakuje mi tej religijnej, historycznej strony Gwiazdki.

Jeden problem jest z Mikołajkowymi spotkaniami. Ile spotkań, tylu Mikołajów.

Weź wytłumacz dzieciom, dlaczego ich (Mikołajów) jest tylu, każdy z nich wygląda trochę inaczej, no i w końcu, który z nich jest prawdziwy. Niezły orzech do zgryzienia. Ja wybrnęłam tłumacząc, że prawdziwy Mikołaj jest taki super szybki, że aż niewidzialny dla dziecięcych oczu. Chyłkiem podkłada prezenty w Wigilię pod choinką, pospiesznie, bo przecież musi sporo domów obskoczyć. A ci inni Mikołajowie, czy to na spotkaniach, śniadaniach, czy na filmach świątecznych, no więc ci inni, to są po prostu jego pomocnicy/testerzy jakości/elfy poprzebierane. Te Mikołaje raportują do prawdziwego, właściwego Mikołaja. Przekazują mu życzenia dzieci. Mikołaje -pomocnicy i rodzice pozostają w stałym kontakcie z Mikołajem właściwym. I dzięki temu pod choinką są właśnie te, wymarzone prezenty. Wiwat praca zespołowa 😀

Mikołaje w ilości masowej pokazują się również podczas parad świątecznych. W Vancouver ta najsłynniejsza to Rogers Santa Claus Parade. W tym roku oglądana przez nas w strugach deszczu, ale nic to, bo w miłym towarzystwie. Dla mnie nowością było, że podczas takiej parady, sponsorowanej, jest sporo rozdawajek. Nie tylko słodycze w świątecznym wydaniu, ale również gadżety. Nasza stan posiadania powiększył się tym sposobem o termotorbę oraz kilka piłek.

A kiedy już wrócimy z parady, czy też ze śniadanka mikołajowego, kiedy już doświadczymy magii świątecznej, płynącą z poczucia wspólnego, tłumnego celebrowania, wtedy w mniejszym gronie, przychodzi czas na kolejne miłe działania.

Nasza rodzinna tradycja czyli pieczemy pierniki w Vancouver.

To taka nasza tradycja, niektórzy z Polski mogą potwierdzić 😉 Wprawdzie nikt się nie nastawiał, że upieczone w końcówce listopada pierniki dotrwają do Bożego Narodzenia, ale cóż szkodziło spróbować? Po prostu za mało ich zrobiliśmy. Oraz przecież nie można puścić na choinkę byle czego, bez kontroli jakości najpierw 😀 Wygląda na to, że w ostatni weekend przed Gwiazdką znowu przyjdzie nam ciasto zagnieść i pierniczki powykrawać. Może nie wszyscy z Was wiedzą, o pewnej tradycji tutejszej, czyli zostawianie ciasteczek dla Mikołaja, żeby się zmęczony posil po przeciskaniu się przez komin. Krzysiek już się pyta, jak my to zrobimy. Ciężko będzie bo z pierwszej partii nie zostało już nic….

Więc zamiast pisać, zabieramy się za pierniczenie 2.0. Z tego przepisu.

i garść zdjęć w porządku chaotycznym ;D

Vancouver 2015 śniadanie z Mikołajem

Vancouver 2015 śniadanie z Mikołajem

Vancouver 2015 śniadanie z Mikołajem

Śniadanie z Mikołajem to był dobry pomysł i mile spędzony czas, ale nie ma to jak Kolacja Wigilijna z Rodziną i Przyjaciółmi !

 A jak tam Wasze przygotowania do Świąt? Nastrój zimowo – mikołajowy czyniony?

Speach language patologist czyli logopeda po kanadyjsku

Maciek i jego zmagania z językami. Post podsumowujący sesje z logopedą kanadyjskim.

To będzie post o zmaganiach Maćka z mową. Przy pomocy speach language patalogist.

Pisałam już o tym kilkakrotnie, bo temat Maćka mowy spędzał (nie tylko) mi sen z powiek od początku naszego przyjazdu do Vancouver. Trochę uporządkuję wspomnienia w tym wpisie, na wypadek jakby zajrzał tu ktoś z podobnym problemem. Proszę tylko nie traktować naszej historii jako wykładni medycznej prawdy absolutnej. To spisane doświadczenia z speach language patologist czyli logopedą.

Historia, więc najpierw polski.

Przyjechaliśmy do Kanady, zanim Maciek zaczął w pełni mówić po polsku. Miał wtedy 2,5 roku. Jego mowa nie była rozwinięta, jego sposób opisywania świata, komunikacji z innymi w zasadzie ograniczał się do pojedynczych słów. Martwiło mnie to, ale nieprzesadnie, chociaż mając tyle lat, Krzyś już śpiewał i komunikował się sprawnie. Maciek okazał się być tym, który swoje zdanie wyrazi później (late talker).

Podczas przypadkowej rozmowy z kanadyjską mamą dowiedziałam się, że w okolicy jest klinika, w której mogą Maćka zbadać i w razie konieczności zalecić terapię mowy. Więc postanowiliśmy nie czekać, jak sytuacja się rozwinie, tylko zacząć działać. To był przełom roku 2014 i 2015.

Fakt, że Maciek mówił niewiele, spowodował, że jeszcze w Polsce miał badanie słuchu. Powtórzyliśmy to badanie także w Kanadzie (bezpłatnie, czekaliśmy około 2 tygodnie, wyniki zostały przesłane pocztą do nas i do logopedy). Z uszami i słuchem wszystko w porządku.

Nie zna polskiego? To z angielskim będzie nielekko.

Podczas pierwszej wizyty logopedka zrobiła nam wywiad i powiedziała, co następuje. Otóż wbrew mojemu przekonaniu, że Maciek złapie angielski szybciej niż Krzysiek, jest zupełnie inaczej. Maćkowi jest dużo trudniej nadgonić z angielskim do poziomu native speaker, ponieważ przyjechał do Kanady bez przyswojenia sobie całego polskiego. Jego polski nie był taki rozwinięty, żeby mógł dokonać tranzycji na angielski. Co więcej było mu trudniej ruszyć z mową w ogóle, ponieważ te części mózgu odpowiedzialne za mowę wciąż się rozwijały, w miarę jak rósł z niemowlaka do przedszkolaka. W dodatku poszedł do kanadyjskiego przedszkola, co oznaczało, że ma mniej o 40 godzin tygodniowo polskiego niż jego rówieśnik w Polsce.

To było dla mnie zaskoczenie. Myślałam bowiem, że im mniejsze dziecko i im więcej styczności z drugim, trzecim językiem, tym łatwiej i szybciej zacznie mówić. Otóż nie zacznie. Najpierw musi poznać dobrze jeden język, swój, ojczysty, żeby potem łapać szybko drugi. Maciek był przez 40 godzin w tygodniu otoczony tylko angielskim, czyli automatycznie pozbawiony tych 40 godzin polskiego, a to spowalnia jego rozwój mowy. Godzina, dwie, obcego języka, to nie robi wielkiej różnicy, ale już podział po połowie tak. Jesteśmy tego przykładem.

Zaczęliśmy zajęcia z logopedką jakoś na wiosnę. Były to sesje jednogodzinne, raz w tygodniu, na których Maciek pracował z terapeutką mowy w towarzystwie Kuby. Uwielbiał te zajęcia, uwielbiał logopedkę, do teraz pamięta jej imię, drogę do przychodni. Zajęcia polegały na powtarzaniu słów angielskich, ćwiczeniu wymowy specyficznych głosek angielskich, nazywaniu rzeczy i interakcji podczas zabaw. Chłopaki chodzili do Kelly przez 3 miesiące.  W domu ćwiczyliśmy z materiałami z zajęć (kolorowe wydruki na pojedynczych kartkach), jednocześnie czytając polskie książeczki.

A potem Maciek pojechał do Polski na dwa miesiące.

100% polskiego. I sporo angielskiego.

Po wakacjach w Polsce, gdzie był przez cały czas otoczony tylko polskim, Maciek mówi po polsku. Buduje zdania z trzema, czterema wyrazami, odmienia czasowniki i przymiotniki polskie, potrafi nawet dostrzec humor językowy. Śpiewa po polsku. Wymawia typowe dla polskiego głoski (np. t bez wkładania języka między zęby, które wcześniej brzmiało jak angielskie th).

Co więcej, Maciek mówi też po angielsku. Po dwóch, trzech tygodniach od naszego powrotu do Vancouver, po ponownym przyzwyczajeniu się do przedszkola, okresie trudnym, Maciek rozmawia po angielsku.

I to jest jeszcze raz dowód na to, że żeby mówić dobrze w drugim języku, trzeba najpierw mówić dobrze w pierwszym. Po angielsku mówi zdania trzywyrazowe, reaguje na polecenia i wyraża prośby typu More water please, John, come here, Look at me. W zabawie z kanadyjskimi dziećmi płynnie przechodzi na angielski. I śpiewa też 🙂 Nie umiem określić, czy jego akcent angielski jest poprawny, ale raczej nie odbiega od wymowy innych dzieci. W domu czasami czytamy po angielsku, czasami oglądamy po angielsku, ale mówimy między sobą tylko po polsku.

Co dalej?

Po wizycie kontrolnej na początku grudnia wiemy, że wszystko jest jak w najlepszym porządku, i na najlepszej drodze. Dostaliśmy obszerny raport, a w nim np. informację, że wymawia angielskie th jak f, bez wkładania języka między zęby! (najwyraźniej nie da się na tym etapie mówić prawidłowo po polsku t i po angielsku th).

Nie ma potrzeby chodzić na dodatkowe zajęcia logopedyczne. Następna wizyta kontrolna za pół roku, pielęgniarka zadzwoni i umówi termin.

Maciek kontynuuje rozmawianie po angielsku w przedszkolu, a w domu po polsku.

I świetnie rozumie, że są dwa osobne języki. Na dowód angedotka:

Kuba odprowadza Maćka do przedszkola.

Zdejmując kurtkę, Maciek mówi do niego: Tato, ja teraz będę mówił po angielsku. 

I zwracając się w stronę kolegów: Hello, everybody !!!

🙂

I jeszcze na koniec: Za standard przyjmuje się tutaj, ze obcojęzyczny 2-, 3-latek, po przyjeździe do Kanady, potrzebuje około 5 lat, żeby poziomem angielskiego dorównać rodzimemu użytkownikowi języka. W przypadku dzieci, które wyemigrowały w starszym wieku, czyli np. jak nasz Krzyś, taki poziom na ogół osiąga się po 2 latach.

Zdjątko z gatunku: Gimnastyka buzi i języka

gimnastyka buzi i języka

Jest dobrze. Pozdrawiamy wszystkich serdecznie.

I na koniec dziękujemy raz jeszcze Cioci Dorocie – bez Ciebie byłoby nam znaczniej trudniej !

[symple_box color=”blue” fade_in=”false” float=”center” text_align=”center” width=””]Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.[/symple_box]

PODZIEL SIĘ

House hunting czyli mieszkanie w Vancouver. Jak (nie) zamieszkać (pod mostem)

Nie masz miliona na domek w Vancouver? My też nie 🙁

Mieszkać każdy musi. Się nie da inaczej. Podstawowa rzecz, czyli dach nad głową. Niestety w Vancouver choć ten dach ze złota nie jest, płacisz za niego, jak za zboże.

Jak chcesz zamieszkać w Vancouver nie ma bata, czeka cię szukanie domu. A jeśli dodatkowo planujesz kupno nieruchomości to przygotuj się jak na wyprawę na grubego zwierza, czyli house hunting.

Ciekawą rzecz zaobserwowałam. Ostatnio temat mieszkaniowy pojawia się w rozmowach częściej niż zwykle. Oczywiście nie tak często jak Mikołaj, Święta, politycy i czemu tak pada, ale zawsze.

Znajomi szukają nowego mieszkania, sąsiedzi się wyprowadzają, a posty nasze (dwa) o mieszkaniu w Vancouver wzbudzają zainteresowanie odwiedzających tego bloga (wiem, bo sobie zainstalowałam wtyczkę Google Analytics hehehe).

Nas też od czasu do czasu napada chęć aby wyruszyć na house hunting, poszukać sobie innego mieszkania.

Zwłaszcza jak odwiedzamy tych, co to wnętrza mają śliczne i oświetlone odpowiednią ilością lamp.

Skoro temat ważny, to go pociągnę. Jak to czytasz, bo myślisz o wyjeździe do Kanady i ci się podoba, co piszę, podziel się wpisem, dobrze?

Ustalmy sobie, że house hunting to zasadniczo szukanie domu. W Vancouver.

Ale jeszcze częściej szukanie domu pod Vancouver.

Spytasz dlaczego pod?

Ceny, moi kochani ceny.

Słynna na wiosnę 2015 kampania Nie mam miliona (#DontHave1Million), rozpoczęta przez mieszkankę Vancouver, taką zwykłą trzydziestokilkulatkę, z pracą normalną, odbiła się szerokim echem w całej Kanadzie i nawet na chwilę obudziła rządzących, którzy problem niebotycznych cen nieruchomości znają, ale nie garną się, żeby coś z tym zrobić.

Młodzi ludzie, którzy mają pracę (dochód jednej osoby to około 40 tys. CAD na rok ) i myślą o założeniu rodziny, nie mają szans na kupno domu w Vancouver.

Możesz pomyśleć, ej no halo, a kto ma szansę, my w Polsce też raczej jako trzydziestolatkowie domów w mieście nie kupimy.

Ale trzeba tutaj o jednej rzeczy napisać: ci kanadyjscy trzydziestolatkowie w sporej części wychowali się właśnie w domach jednorodzinych, z ogródkiem z tyłu, trawnikiem z przodu, położonych wcale nie tak daleko od centrum, w tzw. residential areas, gdzie ruch jest mniejszy, dzieci bawią się na ulicy, a Downtown widać z górnego piętra.

Rzadko kto z tych trzydziestolatków wychowywany był w wieżowcach w śródmieściu (zresztą nie jestem pewna, czy takowe już wtedy były???).

Dość, że teraz jako dorośli szukając dla swojej rodziny podobnych warunków, jakie zapewnili im ich rodzice, mają ogromny problem. Kupno domu przerasta ich możliwość finansowe.

Stąd kampania, stąd rozgoryczenie.

Żeby kupić dom wolnostojący, na działce, w Vancouver trzeba mieć co najmniej 1 milion dolarów kanadyjskich (a to i tak w dzielnicy raczej na wschodzie niż na zachodzie, i dom to raczej klocek dość brzydki i do remontu).

Więc jeśli rodzina decyduje się na kredyt hipoteczny i chce kupić dom, tak, żeby dzieci miały huśtawkę z opony przed wejściem, to niestety musi się z Vancouver wyprowadzić.

I kupić dom pod. np. w Port Moody (byliśmy, ładnie tam, zielono, blisko do szlaków, ale komunikacja dość słaba).

Nie mam miliona i w sumie to nie potrzebuję dużego domu. Kto to będzie sprzątał, co?

Można jeszcze pomyśleć o (nieco) tańszej alternatywie, jaką są tzw. townhouses, czyli domki-szeregowce, jakie są budowane przez deweloperów albo w osobnych inwestycjach, albo jako przyklejone domki do bloków mieszkalnych.

Zwykle w dzielnicach bliżej śródmieścia, lub nawet w samym centrum.

Za cenę niewiele niższą niż dom wolnostojący, właściciel ma namiastkę domu i dostęp do wszelkich dóbr jakie niesie życie w centrum (nie pytajcie mnie, jakich, bo za nic bym w centrum mieszkać nie chciała).

My  mieszkamy w bloku, który ma 5 takich szeregowych domków. I mamy z nimi wspólne patio.

Takie domki mają:

  • swoje niewielkie ogródeczki,
  • osobne wejścia na ulicę,
  • a wspólny z nami parking i zarządzających.

W środku nie ma co marzyć o sporej przestrzeni, jest dość wąsko (wiem, bo odwiedzaliśmy sąsiadów), ale jest to dom. Twój. Osobny. I ma ogródeczek. Na grilla. I żeby dziecko wypuścić na pohasanie.

I właśnie do takiego miejskiego domku przeprowadzają się nasi znajomi z położonej nad zatoką i z widokiem na centrum Wioski Olimpijskiej, gdzie mieli mieszkanie dwupokojowe w nowoczesnym wieżowcu.

Zamieniają mieszkanie na domek szeregowy z trawnikiem wielkości chusteczki, sporo większą przestrzenią mieszkalną. Będą mieszkać dalej od centrum (około 20 minut dojazdu).

A cena jest o 1000 CAD niższa !

Stąd mój wniosek – Kanadyjczycy z rodziną są przyzwyczajeni i chcą przestrzeni (kto by nie chciał) więc wolą mieszkać nawet dalej, byle ją mieć.

To jest trochę pytanie w stylu: mieszkanie w centrum czy domek pod miastem? Pamiętam jak wielu z naszych warszawskich kolegów zadawało sobie te pytania i teraz dojeżdżają z Mysiadła pod Piasecznem.

Nie przeczę, trawnik dobra rzecz. Ale ja wybieram mieszkanie w (prawie) centrum.

Tylko cena za tę przyjemność zwala z nóg 🙁

Mieszkanie w centrum Vancouver a potrzeby życiowe rodziny z dziećmi.

Ok, temat dom(k)ów trochę ruszyliśmy, to jeszcze wrócę na chwilę do tego, dlaczego nie chciałabym mieszkać w Downtown, w Vancouver.

Mogę się wypowiedzieć, bo mieszkaliśmy tam na początku naszego pobytu w Kanadzie. Krótko bo krótko, ale zawsze.

Zacznę od tego, ze znam tylko jedną rodzinę, która z dwójką dzieci mieszka w Śródmieściu. Inne rodziny jakie widzę na ulicach w centrum, to są młodzi ludzie z malutkimi dziećmi, zwykle jednym, zwykle niemowlakiem.

Takich rodzin z kilkulatkami, młodszą czy trochę starszą młodzieżą, nie widuję za dużo, z powodów wymienionych powyżej (przestrzeń, chęć wychowywania dzieci w spokojnych dzielnicach).

W Centrum jest tłoczno, głośno, z parków to tylko ci, co mieszkają na West Endzie mogą w miarę wygodnie skorzystać (blisko do Parku Stanleya).

Gdzie dzieciak ma jeździć na rowerze, hę? Więc ja się bardzo cieszę, że w centrum nie mieszkamy, i do naszego parku relaksujących się kolesi Maciek spokojną uliczką pomyka na biegówce.

Miałam jeszcze kilka innych myśli w tym temacie, ale wszystkie gdzieś uciekły.

Jak złapię, to napiszę więcej. Ale ty się nie krępuj, skomentuj! Albo chociaż daj lajka 🙂


Przeczytaj jeszcze:

[symple_posts_grid unique_id=”” post_type=”post” taxonomy=”” term_slug=”inside” count=”4″ columns=”4″ pagination=”false” order=”DESC” orderby=”date” thumbnail_link=”post” img_crop=”false” img_height=”150″ img_width=”150″ title=”false” excerpt=”false” excerpt_length=”30″ read_more=”false”]


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.