Aaaa aquarium w Vancouver – nasze hity i kity

Jedno z takich miejsc, które trzeba odwiedzić. Zdecydowanie. A jak się mieszka w Vancouver, to należy kupić bilet roczny. Bo taniej. A na jednej wizycie się nie skończy.

Oceanarium czyli Vancouver Aquarium nieodmiennie okupuje górę listy: what to see in Vancouver.

Zastanawiasz się, dlaczego trzeba tam zajrzeć? [zwłaszcza, jeśli w życiu zobaczyłeś już trochę innych oceanariów, a wiele z nich pewnie większych niż to nasze z Vancouver].

W tym poście nieco naszej przygody z Aquarium. Przygody, która ma już wymiar historyczny, bo to jedno z pierwszych miejsc, do którego trzeba zajrzeliśmy, odwiedzając Park Stanleya.

Jak dojechać do Aquarium?

Możesz dojechać tam na trzy sposoby – my, jak zawsze, polecamy rower. Dotrzesz najszybciej, bez stania w korku, nie będzie problemu z parkowaniem. A po drodze do Aquarium zobaczysz, to co Vankuwerczycy nazwywają good vibes.

Zobaczysz miasto ze ścieżki rowerowej Seawall, która biegnie od Science World, wzdłuż zatoki, mając Downtown (Yeltown i Westend za plecami). Ścieżka jest uczęszczana, ale wystarczająco szeroka, żeby przejechał rower z przyczepką, czy  przedszkolak na rowerku trzykołowym. W weekendy bywa tłoczna, ale i tak ją polecamy.

Do Aquarium dojedziesz też autobusem miejskim nr 19. Ostatni przystanek w Parku Stanley’a, później idziesz za tłumem, albo za strzałkami.

Opcja ostatnia czyli samochód – są parkingi, wszystkie płatne, wszystkie zatłoczone, bo każdy chce odwiedzić najlepszy park świata.

Także wiesz. Rowerek i przed siebie. Widoki po drodze wynagrodzą wysiłek.

Co robić w Aquarium? Nasze kity i hity

Zanim do listy, jeszcze trochę informacji praktycznych.

Do Aquarium, tak jak do wielu miejsc w Ameryce Północnej, możesz kupić bilet roczny (zwany tutaj jako członkowski czyli membership). Zwykle zwraca się po dwóch wizytach. Nie musisz decydować się od razu, możesz kupić bilet jednorazowy, a pod koniec wizyty poprosić o wliczenie go w koszt membership. Koniecznie sprawdź przed wizytą w Aquarium, zwłaszcza jeśli wybierasz się większą grupą / rodziną, czy opcja biletu rocznego ci się nie opłaci bardziej.

W Aquarium jest szatnia, ale wiele osób wozi swoje rzeczy na wózkach dziecięcych, czy nosi ze sobą.

Są dwa bary z jedzeniem typu lepszy fast-food: jeden przy wejściu, drugi przy wybiegu (wypływie?) z bielugami. Można kupić lody oraz góry pamiątek w sklepie przy wyjściu. Czyli standard bym powiedziała.

Samo Aquarium jest podzielone na kilka stref geograficzno- klimatycznych. Zobaczysz tutaj zwierzęta z innych rejonów niż zachodnie wybrzeże Kanady. Jest niewielkie kino, także 3D, na które wstęp kosztuje dodatkowo.

Hity Aquarium w Vancouver

Aquarium po godzinach 

Świetne miejsce na event pracowniczy albo wyjście po pracy. Szczególnie polecamy, jak jesteś złakniony miejsc kids-only 😉 Nie będę ściemniać – po Aquarium w ciągu dnia przewalają się tłumy dzieci, wycieczek szkolnych czy przed-szkolnych, więc jeśli chcesz w skupieniu i ciszy pokontemplować życie zwierząt w Pacyfiku, to pozostają właśnie takie okazje.

Bardzo miło oglądało nam się nocne karmienie delfinów w towarzystwie lamki szampana.

W Aquarium można zorganizować całe mnóstwo innych wydarzeń, ba, ślub także. To, co mnie zaintersowało i wicągam na listę do-zrobienia, to zorganizowanie tam sleepover, czyli wieczornej zabawy połączonej z nocowaniem. Brzmi, jak super opcja na wieczór urodzinowy!

Clownfish Cove

To miejsce zabaw dla maluchów (tak do 6 lat). Zamknięta przestrzeń, gdzie możesz przysiąść, a dziecko w tym czasie założy biały fartuch oceanografa i zrobi prześwietlenie pluszowej foce, posłuchać, jak tam z tętnem u ryb i czy aby nie przytyły za wiele. W weekendy bywa, że brakuje pluszaków, więc jeśli dziecko masz nieciepliwe, weź ze sobą ulubioną zabawkę, żeby podczas czekania mogło ją zbadać.

Dzieci, które nie mają naukowego zacięcia, mogą pokierować szalupą badawczą albo narysować, jak sobie wyobrażają potwora morskiego.  Jest też mini kącik z księżeczkami. (Uwaga na drzwiczki wejściowe, rodem z saloonu – małe paluszki mogą utknąć i zaboleć.)

Dla super maluchów jest miniaturka tunelu wodnego, nie tak onieśmielająca, jak te wielkie, dla wszystkich. Dzieciaki chętnie się tam chowają, wpełzają i przyglądają. Polecane już dla najmłodszego.

Aquarium zimą czyli Scuba Santa.

Z dzieciństwa mi zostało, że najbardziej lubię morze zimą. (Wiem, dziwne. Dziękuję Wam, Mamo i Tato, że do Rewala i Kołobrzegu zabieraliście nas na Sylwestra.) Pewnie dlatego zimowe Aquarium ma dla mnie sporo uroku.

A zimowy nurkujący Święty Mikołaj to jest w ogóle hicior nad hiciory, cieszyłam się jak dziecko i machałam jak zwariowana, żeby do nas podpłynął.

W okresie świątecznym oprócz nurkującego Mikołaja, puszczają w kinie 20 minutową wersję Expressu Polarnego. Krótki film plus kilka efektów dodatkowych, czyli para z góry, trzęsące się fotele i drobinki śnigo-lodu na twarz spodobają się dzieciom. I oczywiście temu wewnętrznemu dziecku, które jest w każdym dorosłym też!

Osobisty hit Maćka, który po Aquarium biegnie przed siebie i żadne delfiny, rekiny, ośmiornice i kałamarnice go po drodze ciekawią, to frytki z zestawu fish & chips.

Na zdjęciach zobaczysz, jak Maciek z upodobaniem wyjadał je towarzyszącemu nam koledze Piotrkowi – za zrozumienie dla skrytożercy Maćka i podzielenie się frytami serdecznie dziękujemy 🙂

Kuba i ja nie jesteśmy jakimiś wielkimi fanami tego przysmaku, ale jeśli lubisz, to w Vancouver musisz spróbować rybki z False Creek (Go Fish), a odwiedzając Victorię, tego w pływającej wiosce.

 

Kity, a właściwie kit (jeden) Aquarium w Vancouver

Półkolonie czyli Summer Camp

To jest opinia mocno subiektywna, bo równie dobrze Summer Camp mogło okazać się wielkim hitem! Weź na to poprawkę. Aquarium jest ciekawe, położone w środku wielkiego lasu, blisko do plaży, placów zabaw oraz parku wodnego z niewielkimi zabawkami wodnymi. Czyli w teorii wymarzone miejsce na wakacje.

A jednak u nas się nie udało.

Zapisaliśmy Krzysia na półkolonie letnie w lipcu 2015, na tydzień. Codziennie była świetna pogoda. Zajęcia rozplanowano tak, żeby popołudnia dzieci spędzały na dworze. Krzyś już po dwóch dniach znał Aquarium na wylot i nie ciekawiły go inne zajęcia. Być może był za mały na niektóre eksperymenty i badania (miał prawie 8 lat). Możliwe, że czuł się nie do końca miło, nieznając nikogo i właściwie nie mając szansu na nawiązanie znajomości. PS. To jest spora wada summer camps, czy też półkolonii wogóle, ale o tym kiedy indziej.

Od tamtego czasu Krzysiek nie wykazuje entuzjazmu, kiedy wybieramy się do Aquarium.

Przejadło mu się? To trochę tak, jak z moim stosunkiem do lodów. Kuba kiedyś, w początkach naszej znajomości kupił mi wszystkie smaki owocowe Zielonej Budki z placu Unii Lubelskiej. Ponad dziesięć kulek. Zjadłam… i od tego czasu nie ciągnie mnie do lodów.

Podobnie ma Krzysiek i Aquarium. Z tamtego tygodnia najlepiej pamięta drogę powrotną rowerami przez miasto w popołudniowym słońcu. Pewnie dlatego, że zatrzymywaliśmy się na lody 😉

PS2. Lody w Aqarium mają dobre.


Zdjęcia mamy słabe, z 2015. Nie znaliśmy wtedy tego artykułu:  8 Tips for Shooting Indoors at the Vancouver Aquarium 😉

Vancouver Aquarium May 2015 Vancouver Aquarium May 2015 Vancouver Aquarium May 2015

Daj znać, co jeszcze można zrobić w Aquarium, albo w okolicy. A może wiesz, jak jest w Vancouver Zoo?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.

Pracy szukanie i znajdowanie w Vancouver – moje obserwacje na początku emigracji

Najlepiej jest oczywiście przylecieć na gotowe. No ale co, jak się nie da? Kim być (zawodowo), żeby kimś być?

Napisałam ten post latem 2015, kiedy po trzech miesiącach pracy poprzez agencję pracy, firma zatrudniła mnie na stałe. Spisałam, co przyszło mi do głowy, czytając ogłoszenia o pracę, artykuły blogowe, informacje na LinkedIn, czy wreszcie słuchając historii wokół mnie.

Szukanie pracy w Vancouver to pestka dla osób z IT

Jak jesteś tym pożądanym tutaj (czytaj: programistą) to krótka rozmowa przez skype albo przez telefon jeszcze z Polski, (twoje) negocjacje, decyzja i już.

Wszystko za ciebie radośnie załatwia firma.

A jest co załatwiać :

  • ✔ Firma musi wystąpić o rodzaj zezwolenia na sprowadzenie obcokrajowca do pracy LIMA  (czytaj: nie było Kanadyjczyków którzy się nadają, więc zapłacimy 1000 CAD urzędowi emigracyjnemu, żeby w pozwolił pracownika z Polski zatrudnić, i to jak najszybciej).
  • ✔ No i już można pakować walizki, pozwolenie na pracę (inaczej wiza pracownicza) otrzymuje się na granicy (koszt około 150 CAD).

Wszystko fajnie, o ile pracodawca jest ok. Bo jak nie jest, i chce się z tej pracy odejść, to pozwolenie na pracę wygasa z automatu i nowy pracodawca musi występować o LIMA od początku.

No ale dobrze, dla potrzeb wpisu załóżmy, że posiadacz oferty pracy i pozwolenia na nią jest na miejscu, szczęśliwy, pracuje sobie i nic go nie obchodzi. To teraz żona (albo mąż oczywiście), czyli ten, co to pracy nie miał zagwarantowanej.

Czyli ja.

Jak ma przy okazji pracy małżonka załatwione przez jego firmę open work permit (czyli pozwolenie na pracę u dowolnego pracodawcy), to już jest coś.

Nawet jak zawód wyuczony nie tego, słabo jest poszukiwany. Język węgierski to raczej nie ta strona świata (z wykształcenia jestem magistrem hungarystyki i nie, nie jest to nauka o głodzie)

  • → to zawsze jest szansa w McDonalds czy Starbucks, dlaczego nie?

Najważniejsze to zacząć szukać, zacząć od byle czego, to się tutaj nazywa surviving job, czyli byle przeżyć, byle trochę doświadczenia kanadyjskiego mieć, byle się zaczepić.

#1

Zatem jak wygląda szukanie pracy w Vancouver? – polecam bibliotekę jako punkt wyjścia.

Znajdziesz tu:

  • darmowe kursy,
  • ocena CV i listu motywacyjnego,
  • warsztaty kariery.
  • i jeszcze wsparcie, oraz pełno innego dobra (biblioteka się kiedyś doczeka swojego wpisu, bo ja jestem psychofanką biblioteki publicznej)

W każdej bibliotece się odbywają, a w Centralnej to nawet cyklicznie. A także są miejscem, gdzie mówi się o innych miejscach, gdzie można się o kanadyjskiej pracy dowiedzieć i o pracę dowiadywać.

#2

No ale jeśli z racji bycia Polakiem jest się super przywiązanym do niezapomnianej obsługi z Powiatowego Urzędu Pracy, to proszę bardzo, można się wybrać do ośrodków rządowych, które pomogą w poszukiwaniach.

Tylko nie oczekujcie po nich bezsensownie długich kolejek, sfochowanej pani w okienku i nieaktualnych ofert dla spawaczy. To raczej kameralne kafejki WorkBC Centre, gdzie można skorzystać z internetu, ksero, kawy i wiedzy fachowej wolontariuszy, którzy pomogą podrasować cefałkę pod kanadyjskie standardy. Oczywiście bezpłatne.

No dobrze, więc popijamy sobie kawę, a pracy ani widu, ani słychu, no jakże to nie chcą nas i naszych wspaniałych umiejętności??? I to zagranicą??? A miało być łatwiej o pracę, niż w Polsce?!

I wtedy przychodzi ten moment, kiedy sobie uświadamiasz, że takich imigrantów jak Ty są setki, a kolejni czekają w kolejce, że niemalże co drugi z Azji chce do Kanady, no i pracę też chce, oczywiście.

A ludzie z Europy Zachodniej, myślicie, że ich tutaj nie ma, o nie, też jest ich sporo, w końcu pozwalniali te miejsca pracy w UK i w Irlandii, które teraz Polacy zapełniają.

#3

Dalej w temacie – przydaje się networking

Czym by nie był:

  • → ściana płaczu gdzieś w polskim sklepie/kościele,
  • → znajomi zaczepieni na ulicy,
  • → czy też profil na LinkedIn (Twiterze, Instagramie, Fejsie i gdzie tam sobie jeszcze chcesz też).

Jak kogoś poznajemy przy okazji wyżej wymienionych czynności (biblio czy kawka), to kontakt zapisany, mówimy, że jesteśmy specjalistą w tym czy w tamtym, i żeby jak ktoś coś słyszał, to my jesteśmy bardzo chętni.

Ja o sobie powiedziałam m.in. pastorce z kościoła i przelotnie poznanej mamie na placu zabaw, i po jakimś czasie dostałam info o pracy, która nie była nawet ogłaszana!

#4

To, co teraz robię, również  jest zasługą rekrutacji szeptanej (hihi), ktoś mnie znał i znał kogoś, kto chciałby mnie poznać.

Miałam dwie rozmowy kwalifikacyjne, przeszłam background check (czyli pytają poprzedniego pracodawcę o mnie, i sprawdzają mój dyplom z UW) i dałam ofertę.

Na początku  byłam zatrudniona przez agencję pracy, obecnie podpisuję stały kontrakt z tutejszym pracodawcą. Robię to, co robiłam (kiedyś) w Polsce, ale o szczegółach może innym razem. Teraz cieszę się, że pracuję, choć stawka godzinowa nie powala, jak pracownik tymczasowy nie mam żadnych przywilejów pracowniczych typu płatny urlop :). Ale to jest pierwszy krok, put your feet into the door, pracuję.

Tytułem podsumowania: praca nie leży na ulicy, nie ma co śnić na jawie, tylko zrobić porządny wywiad, kogo potrzebują i z jakimi umiejętnościami. Zawsze też można zacząć od wolontariatu, to jest bardzo dobrze widziane.

Żeby zacząć. Potem się zobaczy 🙂


Przeczytaj inne posty o pracy w Kanadzie:

  1. Praca – poradnik
  2. Napisz CV czyli resume
  3. Słowo o agencji zatrudnienia
  4. 10 wskazówek co robić w Peak Hiring Season
  5. Szczegółowo jak pracy w Vancouver szukałam
  6. Kanadyjskie wykształcenie i doświadczenie – ważne?
  7. Kanadyjski start-up

Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.

Pierwszy kanadyjski kemping jupikajej ! Cultus Lake Provincial Park

To jest super uczucie, móc wsiąść do samochodu i po chwili być na wakacjach. A najlepsze są oczywiście wakacje pod namiotem. Z konserwą turystyczną. Albo paprykarzem. No dobra, paprykarza nie mieliśmy. Ale inne dobra były 😀

Obozować lubią tutaj wszyscy. Nawet zimową porą.

Nic więc dziwnego, że i my się skusiliśmy. Być w Kanadzie, tej dzikiej Kanadzie i nie pojechać pod namiot? Nie zabezpieczyć jedzenia przed niedźwiedziami, wilkami, mrówkami i kto wie jeszcze, czym?

Trzeba jechać na kemping! Padło na Cultus Lake Porvincional Park.

Żeby wypróbować, czy nam takie wakacje pasują, wystarczy wypożyczyć namiot, śpiwory, karimaty i nawet czółno, jak ktoś ma na to ochotę, w bardzo fajnym sklepie MEC. Mają tam nawet darmowe warsztaty i prelekcję, jak zorganizować kemping. To mój ulubiony sklep, nie tylko zimą!

Wypożyczenie namiotu na weekend: 30 CAD. Można też oczywiście niskobudżetowo nabyć wszystko z drugiej ręki (opcja preferowana przeze mnie) – używany namiot od 80 CAD. I już można ruszać.

Ale lepiej wcześniej zarezerwować miejsce na kempingu, online i płacąc kartą, bo zdziwilibyście się jak wiele osób wybywa na weekend pod namiot. Albo z przyczepą. No i z grillem, ze składanymi krzesełkami i czasem nawet kamizelką ratunkową dla psa, żeby się nie potopił w trakcie spływu.

Dzięki uprzejmości Z. udało się zrobić rezerwację w Cultus Lake Provincional Park. Cena za weekend dla dwóch namiotów, dwóch samochodów, 4 dorosłych i piątki dzieci to około 100 CAD. Na miejscu są łazienki z ciepłą wodą i toalety. Sklepu nie ma (zna ktoś kemping, gdzie jest? Z ciekawości pytam.) Pozostaje zaopatrzenie we własnym zakresie, i jeszcze trzeba zakupić drewno do ogniska, bo z parku nikt nie zabiera. Nie wolno zbierać i palić gałęzi z lasu i trzeba kupić (około 5 CAD za wiązkę).

No więc dobrze, my samochód też wypożyczyliśmy, załadowaliśmy po dach i hej w drogę. Oczywiście się zgubiliśmy przy zjeździe (a może to był wjazd?) na autostradę (jechaliśmy bez gpsa), ale co tam, widoki rekompensują czas w samochodzie, a i dzieci odwykłe od jazdy, jakoś tak w milczeniu kontemplują. Kuba z nowiutkim prawkiem za kierownicą toyoty z automatyczną skrzynią biegów, ja nieudolnie próbująca znaleźć muzykę country w radiu, i tak sobie jechaliśmy.

A potem to już standard kempingowy z pieczeniem kiełbasek, parówek i pianek (o dziwo na prawdę świetnie smakują z ogniska te białe gumowate ciągutki).

Kąpiele zaliczone w jeziorze, widoki pyszne, spacery po lesie miłe, a sąsiedzi na kempingu nieuciążliwi. Dziwnym trafem podczas tego wyjazdu rzeczy zmieniały swoje położenie lub właścicieli,  ale komentowaliśmy to tylko słowami rakuny zeżarły, albo dwóch takich na drążku poniosło, ewentualnie kąpielówki poszły na spacer. Jakby ktoś widział szopy pracze niosące w tobołku na drążku nasz chlebek bananowy albo kąpielówki, prosimy o zgłoszenie!

Zdjęcia zrobione przez nas i (te ładniejsze) przez Z. Wiadomo już kto ogarnia gotowanie, a kto bawi się w Hobita z Gandalfem.

Cultus Lake Provincional Park - camping June 2015 Cultus Lake Provincional Park - camping June 2015 Cultus Lake Provincional Park - camping June 2015 Cultus Lake Provincional Park - camping June 2015A jak Ty? Lubisz jeździć pod namiot?


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi! Wtedy wiem, co lubisz czytać!

3 ciekawostki , czyli gdzie pracować jak nie w kanadyjskiego korporacji?

Wpis z cyklu “ciekawostki i drobiazgi okołopracowe”. Myśli przewodniej brak. Ale za to jest coś innego 🙂

Ten post został odświeżony latem 2016 i połączony z dwoma, równie luźnymi tematami “okołopracowymi”. Mam nadzieję, że teraz będzie się dobrze czytało 🙂

W Vancouver jak się okazało, da się pracować nie tylko w korporacji !

Dobra, nie bijcie, wiem, ten lead taki se. Przecież nie każdy chce i musi pracować w korpo. To w zasadzie nie jest wcale post o kanadyjskiej korporacji i jak się w niej pracuje. Może o tym więcej będzie kiedyś.

W tym, jak widać po wstępnie, odświeżonym poście, będą trzy różne i luźne uwagi-ciekawostki. Poważnie o pracy to tutaj i tutaj, i tutaj też.

#1

Popatrzcie na małą tylko scenkę, godzinę zaledwie z dnia matki i pracownika. Szukasz w Kanadzie work-life balance? Się zastanów trzy razy.

Kończę o 16, wybiegam, trasę z google maps rozpisaną na 8 minut, przebiegam w 4, wpadam pędem na peron kolejki, trącając ludzi po bokach, wsiadam do kolejki, jadę 4 przystanki, wypadam modląc się, żeby ekspresowy autobus jeszcze nie odjechał, biegnę na przystanek, okazuje się, że właśnie ruszył (autobus), wiec biegnę do kierowcy z błagalnym spojrzeniem, on na mnie patrzy dziwnie i pokazuje na tył, gdzie właśnie podjeżdża drugi ekspresowy, wiec biegnę do drugiego, jest 16:24 i zostało mi 6 minut na odebranie Maćka ze żłobka, wiec tylko się modlę, żeby nie było robót drogowych, bo korki są na szczęście w drugą stronę, potem wyskakuję na przystanku ekspresowym, biegnę dwa przystanki zwykle,  do żłobka (dobrze, że w dół), jest 16:30, czasem 16:31, ufff, odbieram Maćka i świńskim truchtem biegniemy dwie przecznice w dół po Krisa, co jest w świetlicy, żeby go odebrać, dobiec do domu, zjeść coś, przebrać się i na 17 pójść na jujitsu na druga stronę ulicy.

no to chyba z lekka tłumaczy, czemu czasami czuję się jak zombi….

bo niestety rzeczywistość skrzeczy – jest jak w tej piosence.

W sumie to mogę zostać poddana takiemu sprintowi po-pracowemu, bo i tak korpofartuszek taki se:

W roli obuwia eleganckiego i nie tylko, występują również japonki czy sandały, nierzadko w zestawie z puchówką, bo jednak poranki zimne dość. Makijaż minimalny, wersja maxi tylko na dziewczętach w wieku na oko gimnazjalnym.  Zasada w makijażu: im młodsza dziewczyna, tym mocniejszy make up, a już koło cheerliderek to strach przejść, takie wymalowane (aż się zdziwiłam, że to przecież chyba podczas ćwiczeń, się rozmyje, choć może to jakieś specjalne kosmetyki są ???)

Szału nie ma. Zasadniczo.

kanadyjska korpomatka Kanada się nada

Ale może dlatego, że moje obserwacje dotyczą w większości ludzi poruszających się po okolicy najbliższej, czyli Mount Pleasant, gdzie jednak żyje się inaczej niż w centrum Vancouver. Domy są niższe, nawet wieżowce są przyjemniejsze jakoś tak, większe parki i szersze ulice. Biurowce światowych korporacji onieśmielają w Downtown, i pewnie korpopanie i korpopanowie mają inne, bardziej oficjalne korpofartuszki. Jak zobaczę, to obfocę i potwierdzę.

#2

Jak nie korpo, to co? Może armia kanadyjska?

Znalezione w serwisie ogłoszeń o pracę. Wymagane jest obywatelstwo, więc dla tymczasowych imigrantów nieteges. Wynagrodzenie też nie powala (minimalna stawka w BC to trochę ponad 10 CAD za godzinę).

No ale mundur jest, a za mundurem jak wiadomo panny sznurem……

#3

I w końcu żadna to praca, ale też można zarobić, czyli dorabianie przez badanie.

Dorabianie do pensji, dodatkowy dochód, albo po prostu zabawa i chęć pomagania – udział w badaniach. I nie chodzi o badania kliniczne, ani testy leków.

Zupełnie przypadkiem trafiłam na badania prowadzone online przez Uniwersytet Kolumbii Brytyjskiej, a konkretnie przez centrum badań nad rodzicielstwem.

Za wypełnienie ankietki (20 minut maks) dostałam czek na 15$. Jupikajej. Pochwaliwszy się koleżance w pracy, dowiedziałam się, że to nic specjalnego, że sporo ludzi uczestniczy w badaniach, zwłaszcza studenci. Koleżanka to nawet wybredna była, brała udział nie tylko w badaniach online, jeździła na kampus  (całkiem spory kawałek drogi), ale tylko wtedy jeśli za badania dostawała nie mniej niż 40 dolców 😉

Tak więc tak.  To koniec okołopracowych drobiazgów. Jeśli coś zainteresowało Cię bardziej, zapytaj w komentarzu. Pozdrawiamy !


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać