MOA – Muzeum Antropologiczne w Vancouver. Jacy są Indianie kanadyjscy. Howgh!

Jacy są Indianie kanadyjscy? Plus wrażenia po pierwszej wycieczce w Muzeum Antropologicznym w Vancouver.

Ten post początkowo dotyczył naszej pierwszej wycieczki do MOA, na wiosnę 2015.  Latem 2016 roku napisałam krótki tekst o trudnej sytuacji Indian kanadyjskich dla internetowego magazynu FUSS. Postanowiłam wtedy połączyć ten post, inny, niewielki blogowy wpis o szkołach rezydencjalnych oraz artykuł z Fuss’a. I tak powstał poniższy post, na który zapraszam.

Wstyd się przy­znać, że przed emi­gra­cją cała moja wie­dza o rdzen­nych miesz­kań­cach Kanady ogra­ni­czała się do mgli­stych wyobra­żeń czer­wo­no­skó­rych, poważ­nych twa­rzy i sze­lesz­czą­cych pió­ro­pu­szy. Prze­cież wiem, jak wygląda India­nin – w książ­kach napi­sali, westerny się oglą­dało, znaki dymne, tipi, toma­hawki i w ogóle. Cepe­lia from Kanada i drżyj­cie blade twa­rze.

Teraz wiem wię­cej. Wciąż nie­wiele. Kilka wyrwa­nych z szer­szego kon­tek­stu infor­ma­cji, parę postron­nych i obar­czo­nych subiek­tyw­nym odczu­ciem obser­wa­cji na ulicy, coś tam, co Krzyś od czasu do czasu napo­mknie po lek­cji social stu­dies. Nic szcze­gól­nego.


Wiosną 2015 byli­śmy w Muzeum Antro­po­lo­gicz­nym na tere­nie Uni­wer­sy­tetu Kolum­bii Bry­tyj­skiej, ale jak to z dziećmi bywa, prze­mknę­li­śmy po kory­ta­rzach, kątem oka zer­ka­jąc na wystawy.

Muzeum Antropologiczne w Vancouver jest bardzo nowoczesne, na samiusieńkim końcu wybrzeża, bogate w zbiory, chociaż może niekoniecznie dla najmłodszych.

Maciek prędko się znudził, a ciężkie szuflady przyprawiały mnie o bezustanny niepokój, czy nie przytrzaśnie sobie palca. A kawiarnia zamknięte w godzinach działania muzeum, o nienienienie, tak się nie bawimy 🙁

Pojechaliśmy na festiwal tańców Indian z zachodniego  wybrzeża i ten pokaz, to był strzał w dziesiątkę

Dosłownie opadły nam szczęki z zachwytu na widok tańczących, staranności z jaką wykonane są ich stroje i rekwizyty [zerknijcie na zdjęcia w dalszej części posta]. Było tak niewymuszenie uroczyście. Chłopcom też udzielił się ten nastrój i w skupieniu oglądali godzinny pokaz. Krzysiek komentował historie na scenie – raz w tygodniu mają w szkole zajęcia rdzennych mieszkańcach Kanady.


Kim są rdzenni mieszkańcy Kanady?

Mówi się na nich Abo­ri­gi­nal Peoples lub Indi­ge­nous Peoples, a sta­no­wią około 4% popu­la­cji kraju. Czyli nie­wiele. Kana­dyj­ska kon­sty­tu­cja uznaje 3 grupy rdzen­nych miesz­kań­ców. Pierw­sza z nazwy to First Nations. To o nich napi­sano książki, nakrę­cono filmy i opo­wia­dano dzie­ciom histo­rie – to są India­nie, cho­ciaż „Indians” to okre­śle­nie potoczne, nie używa się go w sytu­acjach i doku­men­tach urzę­do­wych. Póź­niej mamy Mety­sów (Métis), potom­ków Indian i pierw­szych euro­pej­skich osad­ni­ków, oraz Inu­itów (Inuit), czyli miesz­kań­ców ark­tycz­nych rejo­nów Kanady.

Trochę historii kolonizacji Kanady

Pierwsi Euro­pej­czycy przy­byli do wschod­niej Kanady na początku XVII wieku i zaczęli han­dlo­wać z tubyl­cami. Na han­dlu się nie skoń­czyło. Kolo­ni­za­to­rzy zaczęli zagar­niać dla sie­bie coraz wię­cej bogactw natu­ral­nych i ziemi, zmu­sza­jąc Abo­ri­gi­nal Peoples do zamiesz­ka­nia w rezer­wa­tach. Nie­ła­twe sto­sunki mię­dzy osad­ni­kami a miesz­kań­cami pró­bo­wał (nie­udol­nie) ure­gu­lo­wać rząd kana­dyj­ski, który w 1876 roku wydał Indian Act, zachę­ca­jąc, a wła­ści­wie naka­zu­jąc, żeby tubylcy porzu­cili swoje zwy­czaje i sta­rali się zasy­mi­lo­wać z przy­by­łymi z Europy osad­ni­kami. Na mocy tego aktu praw­nego roz­wi­nęła się sieć tzw. resi­den­tial scho­ols, szkół z inter­na­tem zało­żo­nych przez bia­łych osad­ni­ków celem naucze­nia rdzen­nych miesz­kań­ców Ame­ryki, czym jest praw­dziwa cywi­li­za­cja. Rdzenna kul­tura kana­dyj­ska opie­rała się na prze­ka­zie ust­nym (oral history).

System szkół rezydencjalnych czyli wstydźcie się Europejczycy

Nie­stety, dla Euro­pej­czy­ków tra­dy­cja nie­spi­sana w księ­gach była mniej warta, uznano ją za pry­mi­tywną. Dla­tego też tysiące dzieci zostało ode­bra­nych rodzi­com i umiesz­czo­nych w szko­łach, gdzie miały nauczyć się euro­pej­skiego – lep­szego – postrze­ga­nia świata.

Ten sys­tem edu­ka­cyjny funk­cjo­no­wał w Kana­dzie aż do 1996. Spe­cjalna komi­sja rewi­zyjna wio­sną 2015 podzie­liła się rezul­ta­tem swo­ich badań. Doli­czyli się 150 tysięcy dzieci, które uczyły się w tych szko­łach. Ogromna, przy­tła­cza­jąca liczba. Dzieci, które dzi­siaj są doro­słymi nie­ra­dzą­cymi sobie ze swoją prze­szło­ścią i teraź­niej­szo­ścią. Powoli prze­ła­mują mil­cze­nie, doma­gają się wyja­śnień i zado­śćuczy­nie­nia. W szko­łach rezy­den­cjal­nych dopusz­czano się wielu podłych rze­czy wobec indiań­skich dzieci: nie wolno było mówić w języku ple­mie­nia, reli­gia i prak­tyki reli­gijne inne niż chrze­ści­jań­skie nie miały prawa bytu, część dzieci wyste­ry­li­zo­wano i dopusz­czano się wobec nich nad­użyć na tle sek­su­al­nym.

Linki do artykułów po angielsku: pierwszydrugi. I jeszcze artykuł z New York Times

Tajemnicze zaginięcia tubylczych kobiet

Reper­ku­sje na tle raso­wym przy­bie­rają nawet współ­cze­śnie formy bar­dzo opre­syjne. W naszym com­mu­nity cen­tre wisi tablica „Mis­sing Abo­ri­gi­nal Woman”. Jest o zagi­nio­nych i zamor­do­wa­nych auto­chto­nicz­nych kobie­tach, któ­rych ginie pra­wie 5 razy wię­cej niż innych Kana­dy­jek. Dla­czego? Nikt nie potrafi do końca wytłu­ma­czyć powo­dów prze­mocy, a śledz­twa kana­dyj­skiej poli­cji nie dają peł­nego obrazu tego, jak wygląda codzienne życie rdzen­nych miesz­kań­ców, ich codzienne wybory, które dla ponad 1000 kobiet skoń­czyły się tra­gicz­nie. Niek­tó­rzy winią nar­ko­tyki, inni kon­tekst spo­łeczny.

Co robić jak się spotka w Vancity Indianina?

Zda­niem Abo­ri­gi­nal People ani kon­sty­tu­cja, ani Indian Act, ani tym bar­dziej nie­sku­teczne dzia­ła­nia rządu nie służą ochro­nie inte­re­sów rdzen­nych miesz­kań­ców Kanady. Mimo że na pierw­szy rzut oka wydaje się, że tubylcy nie powinni narze­kać. Mają szer­sze upraw­nie­nia niż „zwy­kli” Kana­dyj­czycy – nie płacą podat­ków, stu­diują za darmo (kre­dyt na naukę na uczelni wyż­szej to pokaźny dług, z któ­rym absol­wenci zaczy­nają swoje doro­słe życie), a w niektó­rych zakła­dach pracy mają prio­ry­tet pod­czas zatrud­nie­nia.

Mam wra­że­nie, że mia­sto im nie służy. Dla­tego szanse wpad­nię­cia na India­nina w Van­co­uver są nie­wiel­kie, mimo że nie wszy­scy miesz­kają w rezer­wa­tach. Ale jak się już wpada na India­nina, naj­czę­ściej prze­cho­dzi się na drugą stronę ulicy.

Tak, wiem, jak to brzmi. Wygląda jesz­cze gorzej. Ale tak wła­śnie jest i żadne zakli­na­nie rze­czy­wi­sto­ści tego nie zmieni. Czę­sto bywają zanie­dbani, gło­śni, zma­gają się z oty­ło­ścią, spra­wiają wra­że­nie nie­za­rad­nych. Wyglą­dają na ludzi, któ­rym się w życiu nie udało. W niczym nie przy­po­mi­nają Indian z ksią­żek Karola Maya, ale nie to mnie smuci. W Kana­dzie nie poru­sza się tego tematu, cho­dzi się koło niego z nadzieją, że nikt nic nie powie. India­nie są więc niewi­doczni.

Z rzadka sły­szy się o nich pod­czas pro­te­stów czy gorą­cych dys­ku­sji, kiedy przedmio­tem sporu staje się rzeka, zie­mia, tama. Sły­szy się o nich czę­ściej pod­czas uro­czy­sto­ści, kiedy sta­no­wią atrak­cję tury­styczną, bo prze­cież to wszystko takie kolo­rowe i piękne.

Sami popatrzcie na zdjęcia – na pierwszy rzut oka można myśleć, że co jak co, ale Indianinem dobrze być !

Indianie kanadyjscy_2_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie i emigracji do Kanady

Indianie kanadyjscy_1_Kanada się nada_blog o polskiej rodzinie i emigracji do Kanady

Z ksią­żek o India­nach wyła­nia się obraz dum­nego, odważ­nego i chcą­cego sta­no­wić samemu o sobie narodu. Dzi­siaj są jed­nak mocno potur­bo­wani. Na siłę dopa­so­wy­wani do stan­dar­dów euro­pej­skich, zostali pozba­wieni cią­gło­ści histo­rycz­nej, spo­łecz­nej i emo­cjo­nal­nej. Dzi­siaj India­nie kana­dyj­scy, mimo że byli tutaj od zawsze, zma­gają się czę­sto z wyzwa­niami więk­szymi niż nowo przy­byli.

Histo­rii nie da się tak łatwo odkrę­cić. Nie wystar­czy powie­dzieć „prze­pra­szam”. Mleko się roz­lało i zapa­szek cią­gnie się przez lata.

O dzi­siej­szych India­nach nikt nie napi­sze pory­wa­ją­cych ksią­żek, nie nakręci bra­wu­ro­wych fil­mów akcji. Żyją „gor­szym” życiem, mimo uła­twień nie­do­stęp­nych innym Kana­dyj­czy­kom. To, jak obe­szła się z nimi histo­ria pisana ręką bia­łego czło­wieka, z pew­no­ścią wpły­nęło na ich teraź­niej­szość. Dzi­siaj są nie­przy­sto­so­wani, nie pasują do wize­runku mia­sta sta­wia­ją­cego na mło­dych, wyspor­to­wa­nych, zarad­nych i ener­gicz­nych.

Miesz­kam teraz w ich kraju, na ich ziemi. Nazwa „Canada” pocho­dzi z ich języka – kanata to wio­ska­/sie­dziba w mowie ple­mion zamiesz­ku­ją­cych oko­lice Rzeki Świę­tego Waw­rzyńca. Patrzę na te same góry, na które oni patrzyli, czuję ten sam wiatr od Pacy­fiku.

A nie znam ich wcale…


Podobało się? Kliknij ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcesz czytać

Wiosenne marcowe rowelove

Najdłuższa jak dotąd nasza wycieczka rowerowa. A okoliczności przyrody sprzyjające i nawet małoletni na rowerach się nie znudzą.

Prawie 30 kilometrów ścieżką rowerową Seawall, które wiedzie m.in. wokół Parku Stanleya. My pojechaliśmy nią w drugim kierunku, w stronę Kampusu UBC .

Wiosna się panoszy na ulicach. Rowerem po Kits.

Traska wiodła nadbrzeżem i poprzez dzielnicę Kitsilano, która jest prze-pięk-na i zamieszkana przez starszą, zamożną część Vankuwerczyków. Eh, dom nad oceanem z widokiem na góry…….

MOA March 2015 - bike pics MOA March 2015 - bike pics

[symple_box color=”blue” fade_in=”false” float=”center” text_align=”center” width=””]Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.[/symple_box]

PODZIEL SIĘ

Jesteśmy komjutersami – 6 ciekawostek zza szyby autobusu

Z ang. to commute , przemieszczać się środkami komunikacji miejskiej. Więc się przemieszczamy, dojeżdżamy, w korkach tkwimy.

Od paru dni jeździmy całą rodziną autobusami, trolejbusami i kolejko-metrem po Vancouver i nawet do Burnaby (druga strefa biletowa).

Ferie wiosenne w szkołach wymusiły taką oto aktywność naszą. Krzysiek uczestniczy w zajęciach pozaszkolnych w placówce YMCA (około 140 $ za cały tydzień od 9 do 17), zajęcia niestety są w sporej odległości od naszego domu, trzeba się przejechać do śródmieścia.

A dodatkowo obecnie w Vancouver trwa kampania zachęcająca mieszkańców do głosowania za zwiększeniem wydatków na transport miejski, niestety kosztem podniesienia podatków, co jak możecie zgadnąć, wielkiej radości wśród ludzi nie budzi. Temat na czasie zatem 🙂

Obserwowanie życia komjutersów to zajęcie fascynujące. 6 takich przemyśleń sobie spisałam:

  1. Wszyscy mają jakieś kubki, termosiki, czy wręcz kanistry z piciem, przysięgam widziałam panią ze słoikiem wody, w której pływał zielony ogórek pokrojony w plasterki, ot taka popitka ku zdrowotności.
  2. Trzeba mieć nie lada cierpliwość, żeby jeździć autobusami regularnymi, ledwo ruszy, już się zatrzymuje na następnym przystanku, ja rozumiem, że się nie chce nikomu za daleko chodzić, no ale żeby z przystanku było widać następny, to już chyba lekka przesada. Najlepiej jeździć ekspresowymi liniami.
  3. Do autobusu wsiada się przednim wejściem, uiszcza opłatę u kierowcy/kasuje bilet/pokazuje bilet/ uśmiecha się i mówi hałdujudu, po czym przesuwa się na tył autobusu (nie kierowcy). Jak się chce wysiąść, trzeba szarpnąć linkę biegnącą wzdłuż okien, wysiąść tylnym wyjściem, a wysiadając wypada podziękować i życzyć miłego dnia kierowcy (w końcu nas wpuścił, przewiózł i wypuścił). Na przystanku się czeka w kolejce, czasami wiją się owe w długich zawijasach (zwłaszcza na przystanku ekspresówki 99, przy stacji Commercial – Broadway), ale nie bój nic, są wymalowane pasy na chodniku, nie zginiesz w kolejce, która z składa się z przedkolejki, śródkolejki i tyłkolejki.
  4. Pojazd magiczny – SKYTRAIN, budzące bezustanną fascynację Maćka. Metro-kolejka, która jeździ sama, bez konduktora, bez maszynisty, ale miejsce dla konduktora i maszynisty posiada (czyli pojedyncze siedzenie tuż przy panoramicznej szybie przedniej). Jak się słusznie domyślacie miejsce to jest przedmiotem dzikiego pożądania i  chłopaki zawsze się o nie kłócą, no ale jest fajne, więc i ja czasami się przyłączam do wyścigu o nie.
  5. Koszt biletów zobacz na tej stronce, miesięczny od 99 do 150 $, pojedyncze w bloczkach (bilet jest ważny przez 90 minut) 2.10$ dla dorosłego, coś ponad 1.70$ dla Krzyśka.
  6. Moda moi drodzy, moda autobusowa, za bardzo się nie różni od mody ulicznej, ma być wygodnie. Jest jedna różnica – w autobusie da się wykonać makijaż, maznąć kreskę na zaspanym oku (ale tylko w pospiesznych, te regularne zbyt często się zatrzymują i można się nieźle dziabnąć w oko)

i jeszcze nie mogłam się powstrzymać i linka podsyłam ….. choć autobusy w Vancity są niebieskie 🙂

[symple_box color=”blue” fade_in=”false” float=”center” text_align=”center” width=””]Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać.[/symple_box]

PODZIEL SIĘ