Przeżyjmy to jeszcze raz czyli pierwsze święta w Kanadzie i wspomnienia po nich

Odwiedziliśmy klika ciekawych miejsc, żeby klimat świąteczny poczuć.

Nie będziemy udawać, że pierwsze święta w Kanadzie były magiczne.

Nie były.

Ale nie o emocjach będzie ten post. Innym razem.

Zapraszamy do przeczytania relacji z czasu okołoświątecznego AD 2014/2015.

Znajdziecie tu trochę miejsc, które pomogły nam nastrój świąteczny wyczarować.

Nasze przygotowania do Świąt zaczęliśmy od śniadania ze Świętym Mikołajem Breakfast with Santa, 6/12, tuż koło nas, w community centre.

Dla wszystkich chętnych było kilka godzinnych spotkań z Mikołajem, muzyką świąteczną, naleśnikami z syropem klonowym, kiełbaskami i jajecznicą – ot taki, sąsiedzki sposób, żeby wspólnie zacząć bożonarodzeniowy czas.

Koszt: 5 $ od uczestnika, dorośli rozmawiają, zacieśniają więzi sąsiedzkie, a dzieci, nasyciwszy się Mikołajem, szaleją na sali gimnastycznej. Krzysiek pograł na gitarce z Dużym Krisem, o czym już chyba pisałam….

Tydzień później, w ramach kontynuowania tematów okołojedzeniowych, wybraliśmy się robić domek z piernika Gingerbread House decorating, 20/12.

Domek był z prefabrykantów hehe, znaczy się gołe piernikowe ściany do posklejania lukrem i co wymyślniejszego ozdabiania wysokocukrowymi słodyczami. Atrakcja przygotowana również przez zespół community centre, tym razem nie naszego, tylko z Wioski Olimpijskiej, ale ponieważ blisko i chodzimy tam na gitarę, wybraliśmy się i tam.

Oprócz domku było zdobienie bombek, rysowanki, malowanki, sztuka gwiazdkowa, która później ozdobiła naszą choinkę. Koszt: 5 $ od dziecka, 12 $ piernikowy domek, zakupiony w ilościach hurtowych przez prowadzących.

Następnie po serii świątecznych koncertów, przyszedł czas na najpierwsze spotkanie mikołajowe 19/12, u Maćka w przedszkolu.

Nic się nie bał, miło to było zorganizowane, kanapki, sałatki, ciasta, rodzice i dzieci (sztuk około 20). Wszyscy chłopcy dostali Hot Wheels, wszystkie dziewczynki dostały Barbie (hehe).

Maćkowi najbardziej podobały się białe bułki podczas poczęstunku, pewnie dlatego, że w domu wyrodni rodzice dają mu tylko zdrowe pieczywko własnego wypieku, co to nawet koło mąki pięknej białej pszennej nie leżało.

Potem był jeszcze jeden zryw czynienia sztuki na sesji w community centre – Holly Jolly Holiday

20/12 – skąd chłopcy przynieśli np. czekoladę do picia w proszku, wymieszaną z piankami marshmallows (pianki owe wiadomo stanowią niezastąpiony posiłek przy ognisku, no i jak się okazało, również w czekoladzie się odnajdują).

Niestety jak to mówią uczestnicy “Ugotowanych” nie są to moje smaki i moje kubki smakowe nie doznały zaskoczenia, wszystko obrzydliwie słodkie, ale wraz z cydrem i grzanym winem, hot chocolate z piankami stanowią napitki wybitnie świąteczne, więc wypiliśmy i my.

Przy okazji pierwszy raz zastanowiło nas poczucie humoru Kanadyjczyków, którzy owe woreczki z kakaowym proszkiem i piankami nazwali resztką kupy Bałwanka… Dzieciom oczywiście oczy się świeciły na ten kupowy smakołyk, po usłyszeniu jak się nazywa, świeciły się nawet mocniej.


Jakby ktoś się zastanawiał czy możliwa jest Gwiazdka za grosze w Kanadzie, to zapraszamy do przeczytania poniższego posta z pierwszej naszej zimy w Vancouver, w 2014

Korzystając z okazji, że fundusze nam nie pozwalają a sumienie zakazuje rozbuchanej konsumpcji dóbr bożonarodzeniowych, poszliśmy z chłopakami w “czynienie” nastroju świątecznego naszymi własnymi rączkami.

Ewentualnie korzystając z zasobów sklepu ONE DOLLAR wszystko za dolara czy TRIFT STORE second hand sklep.

Kris, zwany z angielska Chrisem, stworzył niewielką świąteczną galerię prac własnych i Maćkowych, okraszając ją napisem Merry Chrismas (Wesołego Krzysiowania, literka T nam się zapodziała, a co).

 

Projekt choinka powstał zaś jako wynik bezustannej edukacji ekologicznej u Babaliny, która swoimi nauczycielskimi metodami wpoiła Krisowi zasady recyklingu i korzystania z darów natury (dziękujemy).

Choinka powstała: z 5 kijów znalezionych, z szyszek znalezionych, z łańcucha papierowego i z łańcucha sztucznej zielonej choinki za 1,99 $, laski mikołajowe rozdawane w ramach promocji wypożyczalni samochodów. Ozdoby wytworzone ręcznie w szkole i w domu kultury, inspiracje znalezione na pintereście. Chłopaki mogą bez końca przeglądać te inspiracje, ja zresztą też

Ta nasza pierwsza choineczka jest już rozebrana, a w jej miejsce stoi prawdziwa jodełka, zdobyta w Ikea (wydasz 75$, choinkę za free dostajesz i jeszcze figurujesz jako darczyńca na rzecz funduszu wspierania lasu).

I jeszcze nie do końca niskobudżetowo, bo za dychę sztuka, chłopaki dostali kalendarze adwentowe z czekoladkami. Maciek konsekwentnie wyjadł już do 21/12 w związku z tym nie mam pomysłu, jak dziurę czekoladkową zapełnić, kiedy Kris z namaszczeniem będzie odwijał swój dzienny przydział, oczywiście tak, aby Maciek wszystko widział i mu zazdrościł. Wyjedzenie przez Maćka przedterminowo czekoladek z kalendarza zrzucam na karby obciążenia genetycznego ze strony J. – Kuba mówił, że oni rzadko wytrzymywali reżim jedna czekoladka na dzień. My ze strony I. byliśmy bardziej zdyscyplinowani i wiedzieliśmy jak sobie dawkować przyjemności, hehe (Brat, potwierdź !)

last but not least – do słowniczka Maćka przybył nowy rzeczownik, którym nazywa Mikołaja. Wskazuje go w książce i na ulicy mówiąc HOHOHO

I tak minęły ten święta. A jak u Was?


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać

Keep things simple – pochwała prostoty. Rzeczy nigdy nie za mało

Ok, temat tendencyjny, w sam raz na okres gorączkowych poszukiwań prezentów po sklepach. Jedni biegają z szałem w oczach, inni potępieńczo komentują ich zachowanie, a media i kościół nawołują do umiaru, że Święta to nie od tego i nie od tamtego. Brzmi znajomo? Oczywiście.

Ten post oryginalnie ukazał się w grudniu 2014. Postawiam go przypomnieć.

Ok, temat tendencyjny, w sam raz na okres gorączkowych poszukiwań prezentów po sklepach. Jedni biegają z szałem w oczach, inni potępieńczo komentują ich zachowanie, a media i kościół nawołują do umiaru, że Święta to nie od tego i nie od tamtego. Brzmi znajomo? Oczywiście. Ja akurat po sklepach nie biegam, co nie oznacza że szału w oczach nie mam – Mikołaja muszę namówić na kupno klocków Lego. Jakie znowu keep things simple?

Ten post nie jest o tym, jaki prezent kupić w tonacji minimalistycznej. W ogóle nie ma nic o nabywaniu. Chciałam napisać o pewnej książce – Kto zabrał mój ser? 

Tematem jej nie jest bynajmniej gorączka wigilijnej nocy i nie jest to kryminał o złym Mikołaju wykradającym ser grzecznym myszom. Przede wszystkim jest to książka o zmianie.

Moim zdaniem książka jest również o prostocie, właśnie o tym, żeby życie upraszczać, keep things simple.  Dlaczego tak myślę? Bo widzę po naszej rodzinie, że zmiana jest dużo łatwiejsza, a jej zaakceptowanie przychodzi szybciej, jeśli cała reszta jest prosta, zawierająca tylko to co niezbędne, może czasami niedokończona. O ile łatwiej jest podążać za zmianą, kiedy nie ma się w życiu przedmiotów, bogactw, które wiążą cię w jednym miejscu, o ile szybciej się pakujesz, kiedy nie masz trzech płaszczy i 15 par butów, itd, itp…. Jak się przeprowadzić na koniec świata, jak mieć z tego radość, przy stosie zabawek, które zostawić/nie zostawić i kredycie na całe życie…

Więc tak właśnie myślę.

Trzeba mieć mniej niż więcej, żeby cieszyć się zmianą, a nie jej się obawiać, żeby podjąć decyzje, które zmieniają życie

Że to nie ubrania, szafki, samochód tworzą życie. Nie tylko na emigracji. Banalnie napiszę, że dom to nie cztery ściany. To ludzie i ich bycie z nami. Emocje od nich bijące i rozmowy z nimi.

Historia opowiada o dwóch parach myszy, które szukają dobrobytu w życiu , i jak już go znajdują, to jedna para wciąż konsumuje swój megaser i pozostaje w błogim przekonaniu, że tak już będzie zawsze, a druga para, choć zajada, wciąż  pozostaje otwarta na możliwość, że ser się może skończyć, albo ktoś go nam zabierze. No i jak ser znika, to obie pary myszek muszą zacząć działać – jedna z przerażeniem i niedowierzaniem, jak to się mogło skończyć, a druga, no cóż był, nie ma, trzeba szukać, żeby był znowu, bez zbędnych emocji, albo odwrotnie z emocją, że ten następny ser może okazać się mega mega serem…..

Nie mamy za wiele w Vancouver rzeczy osobistych, nie nadawaliśmy paczek z mieniem przesiedleńczym , co się dało rozdać, sprzedać, oddać czy wymienić, to poszło w świat. Czego nam brakuje? W sensie materialnym niczego. [ludzi nam brakuje, wiadomo]

Emigracja jest prostsza, kiedy masz i oczekujesz mniej niż więcej.

Edit z 2016: ten wpis mówił o moich potrzebach na początku pobytu w Vancouver, kiedy uczucia były jednak inne niż teraz, po dwóch latach. Nie zwiększyły się nasze apetyty na dobra materialne, o nie, ale mamy bardziej zdroworozsądkowe podejście do budowania życia i zaspokajania potrzeb w Kanadzie. Chcemy i oczekujemy od Kanady więcej. Czujemy mocno niedogodności, jakie niesie budowanie wszystkiego od początku. Zadowolenie ze zmiany i ekscytacja nowością zastąpiła żmudna praca na rzecz codzienności. Polepszania tej codzienności. Teraz uczymy się uważnie patrzeć na nasze emigracyjne dni, szanować cięższe momenty, które kiedyś przecież się skończą, prawda?


Zachęcam do przeczytania książki, jest dobra nie tylko dla świeżo upieczonych emigrantów.


Podobało się? Kliknij w ikonki poniżej i podziel się z innymi. Wtedy wiemy, o czym chcecie czytać