Emigracyjny system wsparcia potrzebny od zaraz. Krąg kobiet – brak mi…

Czy w  Kanadzie brakuje mi Polski? Nie. W Kanadzie brakuje mi Polek. Mozolne budowanie systemu wsparcia, sieci samopomocy sąsiedzkiej. Ludzi potrzebni od zaraz !

Polski mi nie brak, brak mi Polek !

A konkretnie TYCH Polek, WAS, mam, babć, cioć, kuzynek, sióstr, szwagierek, przyjaciółek, koleżanek, znajomych, sąsiadek,

Wszystkie tworzycie dla mnie krąg kobiet o ogromnej sile.

Nie zdawałam sobie sprawy, jaka to siła, jaka to moc, dopóki nie znalazłam się ponad 8 000 km od Was.
Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo mi jej tutaj brakuje, zwłaszcza wczesnym wieczorem kiedy jestem w totalnej mniejszości, otoczona z wszystkich stron testosteronem.

więc dziękuję, że piszecie i skypicie….

Kobiecy krąg, to coś, za czym tęsknię i próbuję go sobie tutaj powolutku zbudować. Żeby jednak nie ograniczać się, szukamy ludzi koedukacyjnie

Mam tutaj koleżankę, Harprit, urodzoną w Kanadzie, rodzice wyemigrowali z Indii.

Namówiła mnie na sushi i tak sobie rozmawiamy, to znaczy ona opowiada jak się mieszkało w Japonii (uczyła tam biznesmenów angielskiego), a ja opowiadam jak mi się mieszka w Kanadzie, w odróżnieniu od mieszkania w Polsce.

Staram się nie brzmieć jakoś smutnawo, dołująco, czy co, no ale tęsknotę słychać w moich słowach.

Harprit powiedziała wtedy:

no tak, pewnie ci brakuje supporting system (systemu wsparcia).

I oczywiście miała rację!

Pierwszy raz w życiu, a trochę już żyję, zdałam sobie sprawę, że warto mieć taki system wsparcia.

Aktywnie go budować, od pierwszego dnia w nowym miejscu.

Nie czekać z założonymi rękami, bo może się uda, ktoś zauważy. Mam podpowiedź: nie zauważy.

# nasz początkowy, pierwszoroczny system wsparcia nie ograniczał się tylko do pań.

A nawet zupełnie odwrotnie, system ujawnił się w męskiej postaci naszego sąsiada Seana, ojca kolegi Krzyśka ze szkoły, Keana.

Cała rodzina ich okazała nam wiele życzliwości, była bardzo pomocna i otwarta. Dzieciaki okoliczne wpraszały się bezpardonowo do nich, a i mnie Tanya wspomogła nieraz dobrym słowem.

Podczas ferii wiosennych Krzyś przez pierwszy tydzień chodził na zajęcia razem z Keanem. Pierwszy dzień zajęć wypadał w poniedziałek, a wieczorem w niedzielę dostałam smsa od Seana, że ma wolne miejsce w samochodzie, czy Krzyśka też przywieźć.

Napisał mi też, że potem fead him and take them to jujitsu class (da Krzyśkowi jeść i zabierze na zajęcia dodatkowe jujitsu). P

ewnie, ucieszyłam się bardzo, nie trzeba się tłuc autobusem. Jak Krzyśka odbierałam od nich, to Sean mnie przeprasza, że codziennie nie może go przywozić, bo już innego chłopca wozi ze swoimi dziećmi, ale jakby co, to da mi znać.

Miłe, c’nie?

Drugi tydzień ferii Krzysiek był już w innym miejscu niż Keane (w tym wcześniejszym niestety nie mieli miejsc), więc wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy Sean do mnie zadzwonił i powiedział, że Krzysia odbierze we środę, żebym mu tylko adres dała.

No szok, specjalnie załadował swoje dzieciaki do auta i pojechał naszego synka odebrać. I następnego dnia tak samo.

Wzruszyłam się tą ogromną bezinteresownością, tym wysiłkiem przecież dodatkowym i kosztami (spróbuj samochód zaparkować w śródmieściu), poświęceniem dla nas, osób jakby nie było obcych, po to, żeby najzwyczajniej w świecie pomóc.

Niestety sąsiedzi wyprowadzili się po niecałym roku znajomości i teraz Krzysiek nie ma już kolegi, którego uczy W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie…


Wesprzeć. System wsparcia budować, rozwijać, podtrzymywać.


#żeby poznać ludzi na miejscu, trzeba czasu. Nie da się inaczej, nie ma bata. Ale jednocześnie można prowadzić szeroko zakrojoną akcję poznawania ludzi online.

W moim przypadku jest to czytanie blogów (uwielbiam) i poznawanie ludzi online. Widzę ich i trochę znam, bo czytam, jak piszą.

I tak, wiem, że czasami jest to kreacja na potrzeby czytaczy, ale jednak wciąż sporo autentyczności, która mnie ciekawi i przyciąga.

Kiedy uzupełniam ten post, jest lato 2016. Jestem już po wielu rozmowach, odwiedzinach, telefonicznych pogaduszkach z moimi ludźmi w Polsce. Wciąż czuję niedosyt i wciąż samej sobie przypominam napisz do tej i do tamtej, niech wie, że ja pamiętam, że chcę tę relację podtrzymać.

→ więcej o tym, jak dbać o swoich ludzi będąc na emigracji pisałam w poście o lekcji przyjaźni z Ani z Zielonego Wzgórza.


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Moje nieoczywiste kanadyjskie szkolne zdziwienia, a konkretnie 6.

Zaskoczenia kanadyjskiej szkoły, czyli trening na wypadek trzęsienia ziemi, mała próbka kanadyjskiej demokracji, pełnoprawni niepełnosprawni. Oraz że lubię wywiadówkę i jeszcze nie wiem, czy lubię, Pro-D Day.

Ten tekst powstał z połączenia kilku zdziwek a właściwie zaskoczeń na plus, przyniesionych ze szkoły podstawowej Krzysia, Mount Pleasant Elementary.

Zastanawiasz się, czy kanadyjska szkoła się różni od polskiej? No jaha!

Lista moich 6 nieoczywistych kanadyjskich szkolnych zdziwień.

#1

Obowiązkowe szkolenie o tym, co robić, jak jest trzęsienie ziemi.

 

W zamkniętej torebce foliowej powininno się znaleźć

  1. list od rodziców do dziecka,
  2. dane kontaktowe (Bartek, wpisaliśmy Twoją komórkę jako kontakt spoza regionu Vancouver, więc be prepared),
  3. jakąś rzecz, która pozwoli dziecku przetrwać czas do momentu, kiedy rodzice je odbiorą (według poniższej kartki, czas oczekiwania to do 72h, zapakowaliśmy mu klocki LEGO, co tam puszki z jedzeniem!)
  4. zdjęcia rodzinne,
  5. lekarstwa – od nas nic,
  6. powyższe rzeczy zostają w szkole, raz w roku można je wymienić.

A może nie wiesz, że Vancouver, to jedno z najpiękniejszych miast świata, może się zatrząść? Może, może.

Ale jakby co, my mieszkamy trochę wyżej i dalej od samego wybrzeża,więc pierwsza fala tsunami może zatrzymać się na megaśnych wieżowcach Wioski Olimpijskiej tuż nad zatoką English Bay.

Komentarz Krzyśka po szkoleniu:

Mamo, schowaliśmy się wszyscy pod ławki, bo jakby cegły spadały, to na biurka, a nie na głowy. Te biurka są bardzo mocne.

[uff, lżej matce się zrobiło]


#2

Mała lekcja demokracji-negocjacji Canadian style.

 

Któregoś dnia idę do szkoły z Maćkiem odebrać Krzysia.

Na korytarzu siedzi dwóch naburmuszonych starszych uczniów i dwoje nauczycieli. Najpierw myślałam, że to rodzice tych uczniów, ale nie, to nauczyciele.

Dlaczego myślałam, że to rodzice? No właśnie, dlaczego? Może dlatego, że siedzieli pomiędzy uczniami, blisko, na podłodze prawie. Może dlatego, że spoglądali z życzliwością, jakby to były ich własne dzieci?

Zero wyższość, zero rezerwy, zero patrzenia z tak typowej pozycji nauczyciela, który jest panem szkoły.

Przechodziliśmy obok, i usłyszeliśmy, jak jeden z nauczycieli powiedział spokojnie do dzieciaków: Nie musicie się lubić, ale musicie się szanować. 

Żadnego tam w stylu: cisza uczniowie, rozejść się i nie bić na przerwie !

Ale ja mam pewnie spaczone pojęcie, bo za dużo czytaliśmy Mikołajka i teraz wszędzie widzę oka. Tfu, Rosoła.


#3.

(Nie)pełnosprawni koledzy w klasie / grupie.

 

Zarówno w klasie Krzyśka jak i w grupie Maciusia są dzieci niepełnosprawne.

U Krzysia jest dziewczynka, która porusza się z pomocą balkonika, ma coś w rodzaju przenośnej pompy/kroplówki i specjalne krzesełko w klasie. Poza tym zawsze jest z nią dodatkowa osoba, a to nauczyciel, częściej wolontariusz, taki co to ledwo szkołę skończył, albo i jeszcze nie. Dziewczynka zawsze się do mnie pierwsza uśmiecha.

Jakoś tak na początku roku Krzysiek przyniósł prośbę od nauczycieli, czy rodzice dzieci z klasy wyrażają zgodę, żeby dziewczynka nagrywała swoich kolegów (robiła im zdjęcia) i później odtwarzała to sobie na Ipadzie. Że takie ćwiczenie jest wpisane w jej program nauki, ale ze względu na ochronę danych osobowych potrzebna jest zgoda i czy nam to nie przeszkadza. Oczywiście, że nie przeszkadza, niech się uczy na zdrowie.

U Maciusia z kolei jest chłopiec z niedorozwojem ręki, zawsze bardzo roześmiany i pozdrawiający wszystkich. Z tego co wiem, przedszkole Maćka może mieć do dwójki dzieci, które wymagają specjalnej opieki, takich właśnie jak ten chłopiec.

Ani klasa Krzyśka ani grupa Maćka nie są nigdzie wykazywane jako integracyjne.

Ot, po prostu niektóre dzieci potrzebują pomocy przy angielskim, bo dopiero co przyjechały do Kanady, inne przy matematyce, a jeszcze inne, żeby im ktoś zatemperował fioletową kredkę.

Wszyscy są pełnosprawni, mogą huśtać się na śmiesznych huśtawkach w parku, jeździć windą w każdym budynku i wsiadać do każdego autobusu, a nie tylko tych niskopodłogowych.

Da się? Da się!


#4

Przyjemna wywiadówka

 

Nie znam żadnego rodzica, który by lubił wywiadówki. Polskie wywiadówki, dodam.

Mimo szczytnej i potrzebnej misji, okazji, żeby porozmawiać o swoim dziecku przedszkolno-szkolnym z nauczycielami, jakoś tak te wywiadówki nie za bardzo podchodziły. Strata czasu znaczy się.

Bo jak porozmawiać na spokojnie o dziecku i jego celach, wynikach, siedząc przez 40 minut z innymi nieszczęsnymi rodzicami na mini krzesełkach w przegrzanej klasie, popołudniową porą, kiedy na złamanie karku pędziłaś z pracy, żeby zdążyć na określoną godzinę, żeby nie podpaść.

No nie da się. Więc nie, za wywiadówki dziękuję.

W Vancouver rolę szkolnej wywiadówki spełniają konferencje (conferences).

Do tej pory mieliśmy do czynienia z dwoma rodzajami: student-led conference (rozmowa, w której dziecko ma głos wiodący), oraz parent-teacher-conference (taka bardziej podobna do polskiej wywiadówki, model odchodzący powoli do lamusa).

Przede wszystkim różnica jest taka, że dla mnie kanadyjska wywiadówka, zwłaszcza ta student-led, to jest ZAPROSZENIE do rozmowy, a nie NAKAZ rozmowy o moim dziecku.

Dyrektor przysyła mi odpowiednio wcześniej informację, że będzie konferencja, że będzie trwała przez dwa dni. Nauczyciel dziecka umawia się ze mną na określoną godzinę, a nie nakazuje mi z góry, żeby być wtedy i wtedy, a jak nie, to po łapkach.

Na wywiadówce jest obecne dziecko, ba, ono się do tej wywiadówki przygotowuje!

W końcu będzie ją prowadzić i w końcu to o dziecko w tym wszystkim chodzi. Nic o nas bez nas!

Jest jeszcze jeden praktyczny aspekt uczestniczenia dzieci w wywiadówce – część rodziców nie mówi po angielsku, więc dziecko służy za tłumacza. Od razu nauczyciel ma więcej mobilizacji, żeby odpowiednio dobierać słowa rozmawiając z rodzicem, a nie tylko ochrzan, że syn nie robi zadania na czas, a w ogóle to córka ciągle gada na lekcji i przeszkadza. Się nauczyciel wysili, coś miłego powie, bez negatywów, to dziecko z chęcią przetłumaczy swojej mamie 😀

Przykładowa wywiadówka u Krzyśka – dzień przed, po południu, mówi mi, że w szkole przygotował sobie odpowiedź na trzy pytania:

  • w czym jest mocny?
  • nad czym musi popracować?
  • i czy przestrzega reguł w klasie.

Krzysia odpowiedzi to kolejno:

  • math &  Lego building (matema i budowanie z Lego),
  • wriding (pisownia oryginalna, chodziło oczywiście o writing – pisanie, czyli, że nad pisaniem musi popracować; hehehe),
  • a co do reguł, to wybrał odpowiedź, że postępuje według nich czasami (sometimes).

Później, na wywiadówce, siedzimy sobie we trójkę nad tą kartką, a Krzysiek nam opowiada, dlaczego takie odpowiedzi wybrał.

Rozmawiam  z nauczycielką i owszem ma zastrzeżenia, nie jest tak, że super lukier tylko, ale patrz punkt wyżej, jej język, jej słowa są odpowiednio dobrane tak, żeby Krzysiek nie czuł się źle.

Skoro K. nie do końca radzi sobie z wypowiedzią na forum klasy dłuższą niż zdanie, wymyślamy z nauczycielką, co możemy zrobić. Że np. my, czyli rodzice, będziemy z nim w niedzielę wieczorem ćwiczyć trzy zdania, które może powiedzieć przed wszystkimi w poniedziałek rano, trzy zdania o tym, co robił w weekend. Żeby go zachęcić do publicznego mówienia.

Cała rozmowa trwała 10 minut. Dobra nasza. Krzysiek zadowolony z wywiadówki, ja jako rodzic zachęcona, zmotywowana. Nauczyciel jako równy partner w rozmowie dla mnie i dla syna, szacunek pełen. Potem Krzysiek pokazywał mi jeszcze klasę, książki, zeszyty, można było porozmawiać z innymi rodzicami.

Tyle. Tak to wyglądało. Niezobowiązująco, bez zadęcia, bez przymusu. Na poważnie, a bez sztucznego kreowania podziału ja-nauczyciel WIEM, a ty-rodzicu SŁUCHAJ.

Wywiadówka to chyba najprzyjemniejsza pogawędka jaką miałam z nauczycielką. Ciekawe, jaka będzie matura?


#5

Professional Development Day czyli nauczyciele się uczą, jak uczyć, kiedy dzieci się nie uczą!

Co miesiąc jeden dzień jest taki, zwykle ruchomy i często w innych dniach dla różnych obwodów szkolnych. Jak nie ma szkoły, to dzieci się nie nudzą, bo mogą zostać w  klubach, na zajęciach, lub też z rodzicami, o ile ci dysponują jeszcze odpowiednio dużą liczbą wolnych dni  (nie ma tutaj ustawowych dwóch dni “na dziecko”).

Mam mieszane uczucia, co do tych wolnych dni. W takim sensie, że nie wiem, czy jestem na tak, czy na nie.

Na pierwszy rzut oka dni wolne wydają się problematyczne, bo dzieciom trzeba zapewnić opiekę. Żeby tylko opiekę! Rozrywki trzeba zapewnić, pizzę, wyjścia na basen, albo chociaż na spacer, ale jak tu iść na spacer, kiedy deszcz leje się ciurkiem. Poza tym każdy rodzic wie, że jedna rozrywka nie wystarczy, zaraz będzie apetyt na więcej. A wdzięczności po i tak nie ma żadnej, bo na basenie zawsze byliśmy za krótko, albo nie było hot dogów w bufecie, albo mamo, ja wcale nie lubię łyżew!

Dzień wymagający, żeby się zorganizować rodzinnie.

W klubie można dziecko zostawić, owszem, za dodatkową opłatą. Te ciekawsze zajęcia i całodniową opiekę na wolne dni rezerwuje się jeszcze przed początkiem roku szkolnego, kiedy tylko kuratorium publikuje kalendarz Professional  Development Days, bo interesujące programy i znane miejscówki rozchodzą się jak świeże bułeczki.

Potem rodzic, który z dzieckiem dnia spędzić nie może pozostaje jedynie na łasce

  • a) babci (odpada u nas, chyba, żeby przez Skypa pilnowała),
  • b) klubów- przechowalni, gdzie zawsze jest miejsce (a dlaczego tam zawsze jest miejsce, to już można sobie samemu wywnioskować). Więc nieteges.

Najlepiej jest tak sobie zaplanować Pro-D days, żeby powstał długi weekend. Tak nam się udało z wrześniowym dniem wolnym w 2016 i pojechaliśmy wtedy do Okanagan.

Można też zrobić sobie wtedy maintenance day (och, uwielbiam to określenie, dzięki Dorota za podsunięcie tego wspaniałego pomysłu).

Czyli np. załatwić wszystkie zaległe wizyty u lekarza. Albo z dzieckiem łazienkę umyć, niech wie, że samo się nie sprzątnie. Ewentualnie umówić się na playdate, czyli wspólną zabawę pod nadzorem jednych albo drugich rodziców.

Jak każdy inny dzień, i Pro-D day w końcu mija. I wtedy jedynie wakacji szkolnych się boję.


#6

Katering, stołówka, dieta żłobkowa, przedszkolna, parówki i danonki, czyli ogólnie co (nie)jedzą dzieci. Zwłaszcza w szkole.

Zaraz po : Co było w szkole? jest Co było na obiad? Czy zjadłeś na obiad jakieś warzywko? 

Co wiemy o jedzeniu w kanadyjskiej podstawówce?

Najpierw, jak to w Polsce wyglądało:

Z Krzyśkiem i jego jedzeniem przerabialiśmy już chyba wszystko, np naleśniki z sosem truskawkowym w środku zimy.

W szkole muzycznej w Warszawie na obiady szkolne chodziła cała klasa Krzysia, około południa. Posiłki były w stylu polskim, czyli zupa, drugie danie, soczek w kartoniku, różniące się detalami. Ogólnie Krzysiek coś tam zjadał. Cena za obiad – 6 zł. Płatność za wszystkie obiady w miesiącu z góry, ALE niewykorzystane dni można było odjąć od kwoty za następny miesiąc.

W Vancouver trzeba co miesiąc potwierdzać chęć uczestniczenia w programie lunchowym, a menu jest znane z góry.

Płaci się czekiem albo gotówką całość (można poprosić o obniżenie płatności, ze względu na niski dochód). Dzieci idą do stołówki i część je lunch przyniesiony z domu, a inne jedzą w tym samym czasie lunch z okienka. Ponieważ chcieliśmy, żeby Kris jadł coś ciepłego, też zapisaliśmy go na obiady.

Moje wielkie rozczarowanie – dzieciaki nie mogą kupować sobie lunchu same. Kiedy myślę o jedzeniu w kanadyjskiej podstawówce, to jedno z pierwszych skojarzeń.

W każdym amerykańskim filmie rodzice mówią : masz tutaj 5 baksów na lunch, a tu kicha.
Byłoby to super rozwiązanie dla nas, bo Krzysiek dostawałby 4 CAD, szedł do stołówki i na miejscu decydował co zje. I nie trzeba by płacić za cały miesiąc. Na razie na pewno zjada pizze, hot dogi, burgery i rosół, wszystko inne bleee.

A do obiadu jest mleko, a nie soczek. W wielu miejscach spotkaliśmy się z tym, że do zestawów dziecięcych (nie tylko śniadaniowych) jest dodawane mleko, zwykłe lub smakowe.

Na zdjęciu menu miesięczne: sporo makaronu/ryżu z różnymi sosami, który wybitnie Krisowi nie podchodzi.

W szkole nie ma sklepiku ze słodyczami, nie ma też sklepu w pobliżu szkoły, więc dzieci nie wydają ciężko zarobionych dolarów od rodziców na słodycze :).

Częścią programu lunchowego jest również przekąska.

W każdej klasie leży codziennie coś nowego do przegryzienia, a to jabłka, a to seler naciowy, albo krakersy, dla wszystkich dzieci, żeby żadne nie czuło się głodne. Nauczycielka Krzysia powiedziała mi wczoraj, że w następnym tygodniu przywiezie jabłka z gospodarstwa swojej siostry ?

Ponad to jest jeszcze breakfast program, czyli wspólne śniadanie o 8:45.

Nauczyciele, dzieci i rodzice mogą się spotkać na stołówce i zjeść kanapkę za symboliczną opłatą (dla dziecka chyba mniej niż 1$)

Tak więc tak. To kto jest głodny?


 

Napisałam sporo postów o szkole.

Zobacz, jeśli jeszcze nie znasz.

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

Polska lekcja – lekcja polskiego. Jak w Kanadzie realizujemy program polskiej podstawówki ?

Druga klasa po polsku. Z daleka od polskiej szkoły. Da się? Jasne !

Jak tylko zapadła decyzja o wyjeździe do Vancouver, zaczęliśmy się zastanawiać, co z nauką języka polskiego (a właściwie nauczeniem zintegrowanym, bo tak nazywa się  w praktyce trzy pierwsze klasy polskiej szkoły podstawowej).

Ponieważ na początku zakładaliśmy, że nasz pobyt w Kanadzie będzie trwał rok, chcieliśmy, żeby Krzysiek nie miał przerwy w edukacji polskiej.

W czerwcu 2014 w warszawskiej szkole wystąpiliśmy o urlop roczny – napisaliśmy w podaniu, że w roku szkolnym 2014-2015 będzie się uczył polskiego na poziomie drugoklasisty, tak, żeby w momencie, kiedy wrócimy, mógł pójść z kolegami nieprzerwanym tokiem nauczania.

Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, czy będę go sama uczyć, czy też pójdzie w Vancouver do polskiej szkoły sobotniej, przy parafii Św. Kazimierza.

W sierpniu 2014, po przeszukaniu dostępnych informacji w internecie, nasz wybór padł na ofertę Ośrodka Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą.

  • ✔ Jest to jedyny system online, który działa pod patronatem MENu (początkowo służył dzieciom polskich dyplomatów na placówkach zagranicznych).
  • ✔ Od początku spodobała nam się strona internetowa, jakaś taka mocno, wręcz uroczyście, urzędowa. A przy tym przyjazna i czytelna. Dla wnikliwych podano nawet wykaz ustaw, w oparciu o które pracuje ośrodek.
  • ✔ Siedziba ośrodka mieści się w Warszawie (dla nas to ułatwienie, m.in. ze zdawaniem egzaminów czy odbieraniem dokumentów).

Są również inne platformy umożliwiające naukę polskiego dzieciom emigrantów (na blogu Kasi, mamy w UK, poczytacie o szkole Libratus . O Libratusie jest też na szwajcarskim blogu Joanny ).

Przewagą Libratusa jest fakt, że w ich systemie mogą się uczyć już dzieci pięcioletnie, gdy tymczasem program ORPEG oferuje pierwsze zajęcia dopiero dla pierwszoklasistów. Ale w ORPEG można za to zdać maturę!


Najlepiej samemu porównać, co oferują te różne systemy i wybrać najlepszy dla swojego dziecka. Ponieważ nauka polskiego online to wciąż zagadnienie stosunkowo świeże, wciąż niewiele jest opinii rodziców dostępnych w sieci.

Jak to jest u nas?

Krzyś w tym systemie jest zapisany do szkoły im. KEN i realizuje tryb nauczania klasy drugiej w systemie uzupełniającym, to znaczy ma lekcje z języka polskiego oraz wiedzy o Polsce.

W praktyce to jest tzw. nauczanie zintegrowane, czyli realizuje taki sam program i podręcznik, jak jego koledzy w II klasie w Warszawie.

Nasze wrażenia po pierwszym zalogowaniu się do systemu

Na początku było trochę technicznych problemów z kamerką, ale później słyszeliśmy dobrze, co mówi nauczycielka. Lekcja ma formę prezentacji online (webinaru), a dzieci mogą pisać w oknie czatu lub nauczycielka oddaje na chwilę moderowanie, żeby uczeń mógł napisać odpowiedź na slajdzie. Całkiem nam się ta strona podobała, a  sesja webinarowa przebiegła sprawnie, dobrze, że MEN ma sensownych informatyków. Nauczycielka jest bardzo przyjazna, widać, że ma doświadczenie w nauczaniu na odległość.

orpeg

Lekcja trwała około godziny. Następna ku wielkiemu rozczarowaniu Krzysia miała się odbyć się za dwa tygodnie. On chciałby już mieć codziennie. Częstotliwość rzeczywiście nie jest najlepsza, a i szkoła ruszyła z miesięcznym poślizgiem (prawie jak w Kanadzie, hehe).

Jeszcze jedna rzecz do nas dotarła – Krzyś codziennie powinien pisać na komputerze, żeby się oswoić z klawiaturą i nauczyć pisać bezwzrokowo (przy okazji i ja muszę Mistrza Klawiatury odpalić).

Dzieci jest kilkoro, wszystkie oprócz Krzysia są w Europie, więc były oklaski, jak się dzieci i pani dowiedziały, że Krzysiek z tak daleka i dopiero co idzie na zajęcia do kanadyjskiej szkoły (u nas polska lekcja wypadł przed 9 rano).

Kris już poszedł do szkoły, Kuba w pracy, a my z Maćkiem zbieramy się na spacer, jest pyszne słońce.
Pozdrawiamy 🙂


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.