Paulina-z-FromNature.ca_Kanada-się-nada_Blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady.

No i proszę, Kanada się nada ma gości! Tadadam 🙂 Paulina jest od 5 lat w Kanadzie i chociaż pisze, że pisać nie lubi, nie daj się nabrać! Prawie 2000 słów o kanadyjskich początkach czeka poniżej.

Będzie optymistycznie i realistycznie!

Cześć, nazywam się Paulina i generalnie nie lubię pisać o sobie, ale Kasi się przecież nie odmawia [No ja myślę! przyp.Kasia], więc dorwij coś do picia, usiądź wygodnie i przygotuj się na emigracyjną historię.

W lipcu minie 5 lat od naszego przyjazdu do Vancouver – mojego i męża, bo była to nasza wspólna decyzja. Żadnego ubolewania, jak ten czas szybko leci. Wydarzyło się naprawdę sporo.

Zacznijmy jednak od początku. Od momentu, kiedy podjęliśmy decyzję o emigracji.

Paulina-z-FromNature.ca_Kanada-się-nada_Blog-o-polskiej-rodzinie-w-Vancouver-i-emigracji-do-Kanady.

 

Nowa Zelandia taka piękna, Polski Złoty taki tani…

Gdzieś w okolicy drugiego roku studiów, zaraz po powrocie z pierwszego wyjazdu zarobkowego do Wielkiej Brytanii, stwierdziłam, że siła nabywcza polskiego złotego absolutnie mnie nie satysfakcjonuje i chcę zamieszkać w innej części świata. Najlepiej tam, gdzie jest wyjątkowo pięknie i mówi się po angielsku.

Pomysł na Nową Zelandię pojawił się po zobaczeniu prelekcji podróżniczej. Europa w miniaturze, Władca Pierścieni – te klimaty. Gerard, wtedy jeszcze „niemąż”, przystał od razu na ten niespodziewany pomysł. I tak zaczęliśmy przygotowania do wyjazdu, czyli kończenie studiów, praca na cały etat w celu uzbierania oszczędności na wizę, bilety oraz start w nowym, dalekim kraju.

Po jakiś trzech latach nieśpiesznych przygotowań, kiedy znajomi już dawno przestali pukać się w głowę, stwierdziliśmy, że w końcu trzeba ruszyć sprawę. No, ale ta Nowa Zelandia tak daleko… Koniec świata, dwadzieścia cztery godziny lotu. Jak lecisz dalej, to praktycznie wracasz.

Wtedy okazało się, że będzie znacznie łatwiej i bliżej wyjechać do Kanady. Pewnie w głowie rodzi Ci się pytanie, a dlaczego nie Europa? Jak to mówią, jak kochać to księcia, jak kraść to miliony, czyli po tutejszemu Dream big. Nie będę Cię tu oszukiwać. Świeżynki po studiach sobie coś ubzdurały, żeby poczuć się obywatelami świata i zabłysnąć planami na życie na imprezach towarzyskich.

Wpis goscinny Palina FromNature.caKanada się nada_blog o polskiej rodzinie z Vancouver i emigracji do Kanady_zdjęcie 3Operacja „Emigrant”

Fajnie jest rzucić wszystko i wyjechać w cholerę, ale my chcieliśmy emigrować z myślą o pozostaniu na stałe, więc wszystko miało być na legalu. Porządnie przemyślane, bez żadnych niefajnych niespodzianek na obcej ziemi, ewentualnego „misia” w paszporcie i powrotu z płaczem.

Zaczęliśmy od udziału w sesji otwartej w Ambasadzie Kanadyjskiej w Warszawie, gdzie jeden z pracowników podpowiedział nam, żeby aplikować na jednoroczną Working Holiday Visa [szukaj pod: International Experience Canada, przyp. Kasia]. Następnie należałoby złożyć dokumenty o pobyt stały będąc już na terenie Kanady. Tak było we wrześniu 2011, więc pewnie sporo się zmieniło w prawie wizowym od tamtego czasu. Wizy otrzymaliśmy w okolicach maja 2012, po jakiś 3 tygodniach od złożenia wniosku.[Teraz, aby dostać zaproszenie do aplikowania IEC, trzeba zostać wylosowanym, tylu jest chętnych z Polski, przyp. Kasia]

W trakcie przygotowań znaleźliśmy polską firmę (Perfect), która w tamtym okresie pomagała w organizacji wyjazdu – złożenie wniosku wizowego, pierwsze zakwaterowanie, szukanie pracy „na przetrwanie”, rozeznanie na miejscu. Tutaj musisz wiedzieć, że jechaliśmy w ciemno. Żadne z nas nie było wcześniej w Kanadzie. W kraju klonowego liścia nie mieliśmy żadnej rodziny czy znajomych. Wybraliśmy Vancouver, bo… spodobały się nam się zdjęcia lotnicze miasta.

Minimalizm emigracyjny

Przez ostatnie tygodnie przed odlotem pozbyliśmy się wszystkiego, co wymuszałoby dodatkową logistykę oraz koszty transportu. Samochód, książki, meble, cały nasz polski dobytek. Zostały dwie walizki z rzeczami na wyjazd i pudło ubrań zimowych do późniejszego wysłania. Wieczór przed wyjazdem jeszcze na siłę upychałam szafkę łazienkową przyjaciółce, bo się nie udało się jej sprzedać.

Nigdy wcześniej nie czułam się tak wolna, a wręcz upojona tą wolnością i perspektywą nowego startu. Carte Blanche i Tabula Rasa w jednym. Na pewno było nam o wiele łatwiej, ze względu na fakt, że w tamtym czasie mieszkaliśmy w wynajmowanym mieszkaniu. Żadne z nas nie posiadało rodzinnych memorabilii. Lista przyjaciół i członków bliskiej rodziny nie była zbyt rozległa. Ograniczony bagaż pamiątkowy i emocjonalny.

Od momentu zakupu biletów nastawiliśmy się, że nie będzie łatwo i że pierwszy rok, dwa lata, to przysłowiowe „zęby w ścianę”. Założyliśmy, że zaczynanie życia od nowa na obcym kontynencie to pewnego rodzaju obóz przetrwania. Brak wygórowanych oczekiwań oraz gotowość na to, że będzie ciężko, bardzo nam pomogły w pierwszym miesiącach, a wręcz przyniosły wiele miłych zaskoczeń. Z drugiej strony nie mieliśmy absolutnie nic do stracenia, oprócz kilkuletnich oszczędności.Wpis goscinny Palina FromNature.caKanada się nada_blog o polskiej rodzinie z Vancouver i emigracji do Kanady_zdjęcie 1

Najgorszy wróg Polaka

Najgorszym wrogiem Polaka za granicą jest oczywiście inny Polak i w ogóle bez kija nawet nie podchodź. Ulubiona legenda miejska polskich ludzi na emigracji. Prawda jest taka, że „ludzie krwiopijcy” zdarzają się w każdej kulturze, niezależnie od pochodzenia. Nam najbardziej pomogli właśnie Polacy, więc absolutnie nie podpisujemy się pod tą tezą.

Krótko przed wyjazdem okazało się, że dawny pracowy kolega  szefa Gerarda mieszka w Vancouver i po kilku rozmowach na Skype zgodził się nie tylko odebrać nas z lotniska, ale również przenocować przez pierwsze trzy dni. Uchroniło nas to od korzystania z wieloosobowego hostelu studenckiego, zapewnionego przez polskiego organizatora.

A teraz przygotuj się na prawdziwa historię-totolotek. Dokładnie 2 tygodnie przed naszym odlotem do okienka w urzędzie, gdzie pracuje moja teściowa, zgłosiła się para z prośba o pomoc z dokumentami. Mieli zabukowany wylot za kilka dni, więc sprawa była pilna. Mojej teściowej szybko udało się rozwiązać ich problem. Fajna z niej babka i lubi pomagać ludziom – takie przeciwieństwo typowej Pani Halinki z dziekanatu. Polskim zwyczajem chcieli zaoferować jakąś tam bombonierkę, ale jej absolutnie nie wolno przyjmować prezentów, więc odmówiła. Grzecznościowo wręczyli jej swoją wizytówkę, z pożegnalnym zaproszeniem do odwiedzin, jeśli kiedykolwiek będzie …w Vancouver.

Ze wszystkich okienek w urzędzie. Ze wszystkich miast na świecie tych troje ludzi trafiło właśnie na siebie, krótko przed naszym przyjazdem. Zaraz po przylocie dorwało mnie chyba jedno z najgorszych przeziębień i właśnie wtedy okazało się, że jeden z naszych polskich pomocników z polecenia teściowej jest lekarzem. Obca polska para nie tylko załatwiła mi leki, ale też pozwolila nam zostać w swoim domu, aż do momentu wyzdrowienia i odebrania kluczy do naszego wynajętego mieszkania. Do tej pory jesteśmy w kontakcie i spotykamy się regularnie.

To jeszcze nie koniec zaskakująco pozytywnych historii z polskimi tubylcami. W trakcie przeglądania ofert mieszkań do wynajęcia na Craiglist (kanadyjskim odpowiedniku Gumtree) natknęliśmy się na świetne ogłoszenie podpisane polskim, kobiecym imieniem. Okazało się, że jest to Polka, która właśnie się wyprowadza do Edmonton. To właśnie ona zarekomendowała nas do zarządcy budynku, co jest niezwykle ważne w tutejszym wyborze nowego najemcy. Dodatkowo odsprzedała nam sporą cześć swoich mebli i wyposażenia, praktycznie za bezcen. Przypominam, że przyjechaliśmy tylko z dwoma walizkami, więc rozwiązało nam to problem podstawowego umeblowania.

Co jest najciekawsze, wszyscy Ci ludzie pomogli nam, bo kiedyś ktoś też służył im pomocą na początku ich własnej emigracji. Takie „podaj dalej” w wersji emigracyjnej. Oczywiście w tych wszystkich okolicznościach było też sporo szczęścia, którego się absolutnie nie spodziewaliśmy.

Wpis goscinny Palina FromNature.caKanada się nada_blog o polskiej rodzinie z Vancouver i emigracji do Kanady_zdjęcie 2Fale mózgowe takie jakieś inne…

Po wprowadzce do wynajętego mieszkania od razu wzięliśmy się za szukanie pracy „na przetrwanie”. Polska firma, która pomogła z przylotem, zorganizowała nam tu na miejscu kurs z szukania pracy oraz przygotowywania do rozmowy kwalifikacyjnej według tutejszych standardów. Sezon letni okazał się idealny na przyjazd. Pracę udało się znaleźć nam obojgu w dwa tygodnie.

Mówimy tutaj o całych dniach spędzonych przeglądając Craiglist, oraz setkach wysłanych życiorysów oraz listów motywacyjnych. Żadne prace marzeń. Gastronomia i naprawianie komputerów, ale pozwoliły na wstępną stabilizację i przygotowanie do aplikowania o stały pobyt.

Po kilku latach nadal jestem pod wrażeniem tej naszej determinacji w ciągu tych kilku pierwszych tygodni. Ja, genetyczna pesymistka, która zawsze zaczyna od rozeznania, co tu się może spieprzyć, i codziennie na nowo musi się uczyć optymizmu, w tamtym czasie absolutnie odsunęłam myśli, że może się nie udać. Może to jest właśnie efekt postawienia życia na jedna kartę? Absolutne skupienie na działaniu pod presją czasu i pieniędzy.

Lista „do nieudania”

Nasz pierwszy gospodarz w Kanadzie, bardzo nam pomógł i dobrze nas ugościł, ale jednocześnie okazało się, że jest to bardzo nieszczęśliwy człowiek, który przywitał nas stwierdzeniem, że po co przyjechaliśmy, skoro i tak nie uda się nam zdobyć stałego pobytu, powrócić do zawodu, kupić mieszkania. W ogóle wszystko jest tu takie beznadziejne.

Spędziliśmy w jego domu trzy dni, ale w ciągu tego czasu nazbierała się nam spora lista rzeczy „do nieudania” i poczucie, że może rzeczywiście to był błąd z tą emigracją. Decyzja została już przecież podjęta więc trzeba było brnąc dalej. Przez kolejne trzy lata odhaczyliśmy z tej listy wszystko, odnośnie czego pan-narzekacz nie miał racji.

Udało nam się uzyskać stały pobyt w półtora roku. W ciągu dwóch lat wrócić do zawodu, a w kolejnym roku kupić mieszkanie i otworzyć własne firmy. Kontakt na szczęście urwał się zaraz po pamiętnej trzydniówce.Wpis goscinny Palina FromNature.caKanada się nada_blog o polskiej rodzinie z Vancouver i emigracji do Kanady_zdjęcie 3

Nie ma tu żadnych cudów. Kosztowało to w cholerę pracy, planowania i wyrzeczeń, ale też byciu ciągle aktywnym w szukaniu rozwiązań. Zahartowała nas polska biurokracja, więc ta tutejsza mimo, że nie bez wad wydaje się o wiele łatwiejsza.

Przez te 5 lat zrezygnowaliśmy z wakacji na rzecz wpłaty własnej na mieszkanie. Nie byliśmy do tej pory w Polsce, a nawet na dobra sprawę nie zwiedziliśmy Kanady, no może z wyjątkiem krótkich jednodniowych wycieczek. Planujemy dłuższy wyjazd dopiero w tym roku. Wierz mi, brak dłuższego odpoczynku nieźle daje po bani i zdrowiu, zwłaszcza takim ludziom kochającym podróże, tak jak my. Zmęczenie materiału odczuwamy dość często.


Na zakończenie mam dla Ciebie takim mały bonus, kilka rad pod hasłem „Co powiedziałabym sobie na początku emigracji ?”:

  1. Optymizm jest konieczny na emigracji (oczywiście nie tylko) i naprawdę niesamowicie pomaga – Mówię to ja, optymistka z przyuczenia, urodzony malkontent, który poślubił niepoprawnego optymistę, któremu prędzej czy później udaje się, to co zaplanował, choć początkowe okoliczności wskazywały na coś innego. Tak, optymizm, ale oczywiście podparty ciężką pracą i ciągłą nauką. Bycie na emigracji bardzo często wymaga dania z siebie 150%. Dodatkowa część etatu – zawód emigrant.
  2. Nie szukaj nowych przyjaciół na siłę i natychmiast – Tęsknota jest nieodzowną częścią emigrowania. Czujemy pustkę po ludziach, którzy zostali w kraju i już nie ma z nimi tak częstego kontaktu. Próbujemy tą wolna przestrzeń załatać jak najszybciej, na już, na teraz, zapominając, że przecież te przyjaźnie z Polski potrzebowały lat, żeby okazało się, że to jest to. Gdzieś mi się obiło o uszy, że potrzeba aż 7 lat, żeby zdefiniować czy znajomość to prostu znajomość czy już prawdziwa przyjaźń. Poza tym życie, jak to życie. Trochę robaczywek człowiek napotka na swojej drodze, zanim trafi na dobry owoc.
  3. Nie bądź dla siebie tak cholernie wymagający/a i krytyczny/a- przyjeżdżamy do nowego kraju z nadzieją na lepszą przyszłość, ale człowiek chce się jak najszybciej wykazać, no bo przecież chce, żeby było lepiej, żeby można było wrócić do zawodu, albo zdobyć nowy. Do tego dochodzi ten nasz polski perfekcjonizm, samokrytyka i zaczyna się jazda po sobie, jak po łysej kobyle, podparta brakiem odpoczynku i codziennym odnajdywaniem się w nowej kulturze. Depresja gotowa na zawołanie. Przystopuj trochę. Wydziel sobie czas na odpoczywanie, odkrywanie nowych miejsc. Doceń to wewnętrze dziecko, które zostało rzucone na cholernie głęboką wodę i praktycznie zaczyna wszystko od początku. Ten człowiek potrzebuje czasu i jeśli nie uzyska wsparcia od samego siebie, będzie mu bardzo ciężko budować nową rzeczywistość.

Gratuluję, przebrnięcia przez ten emigracyjny elaborat! Mam nadzieje, że chociaż trochę się przydał.

Czy żałuje emigracji? Nie. Żałuje zwlekania z emigracją. Czuję, że byłoby łatwiej, gdybyśmy zrobili to wcześniej.

napisała dla Was Paulina Pietrykiewicz:

Wpis goscinny Palina FromNature.caKanada się nada_blog o polskiej rodzinie z Vancouver i emigracji do Kanady_zdjęcie 3Z pochodzenia pół wrocławianka, pół kobieta ze wsi. Od 5 lat w Kanadzie. Obecnie mieszkanka kanadyjskiego, New Westminster na przedmieściach Vancouver. Na co dzień lubi karmić ludzi efektami swoich eksperymentów kulinarnych i zawodowo „reperuje” skóry w swoim sklepie FromNature.Ca

Jeśli masz jakieś pytania do Pauliny lub chcesz się z nią skontatować, daj znać w komentarzu!


PS. Chcesz się podzielić swoją historią? Zapraszamy serdecznie!

Żeńska część Kanada się nada. Rządzę się i piszę, ale i tak największą robotę odwalają chłopaki. Bo inspirują.
  • Sara Kosmowska

    Czyżby to początek nowego projektu na kanada się nada? 😊

    • Hej Sara, projekt nie, ale jeśli ktoś chce się podzielić u nas swoim spojrzeniem na Kanadę i swoją historią, to zawsze jesteśmy chętni! Serdeczności 🙂

  • Bardzo dobry tekst.
    Podpisane,
    Emigrantka.

    • Cześć Ania, cieszę się, że historia Pauliny się podoba. Uściski!