utopione koszty emigracji_Kanadasienada_bog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady (1)

Tytułem wstępu: to nie jest post o finansach 😉 To jest post (kolejny i na pewno nie ostatni) o rozterkach emigranta.

Taka mnie (znowu) refleksja naszła. Kilka zdarzeń miało na nią wpływ mniej lub bardziej bezpośredni. Fakt, że wizytę u kanadyjskiego neurologa mam za pół roku, przygnębił mnie i znowu otworzył puszkę z wątpliwościami. Otrzymanie statusu stałego rezydenta ucieszyło nas, owszem. Jednak smuteczek się przypałętał.

Na pewno zima i zimowy blues nie pomaga. Może sprawić, że jesteś smutny i masz SAD (Seasonal affective disorder). W Vancouver dodatkowo ktoś odkręcił na maksa kurek z deszczem.

Czasami rozczarowanie wystarczy skwitować wzruszeniem ramion i iść dalej. A czasami nie wystarczy.

Trwają losowania uczestników polskiej części programu International Experience Canada, który pozwala na roczny pobyt i pracę w Kanadzie. Na wielu grupach fejsbukowych czy forach kanadyjskich pojawiają się pytania od młodych ludzi, którzy marzą i planują wyjazd za ocean.

Entuzjazm i optymizm tych, co chcą wyjechać, bywa mocno studzony przez mieszkających już w Kanadzie. Doświadczonych, takich, co kanadyjskiego życia posmakowali i mają konkretne zdanie, jak ono smakuje. Dzielą się swoim doświadczeniem, często pokazując, że do dobrej emigracji nie wystarczy samo:”chcę wyjechać do Kanady”.

Czasem życie może napisać scenariusz:”przyjechałem, mogę zostać, mogę pracować, ale Kanady nie lubię”.

Albo nawet:”mieszkam tutaj kilka lat, całe życie, to nie jest ten sam kraj, jak bym mógł, to bym wyjechał natychmiast, nienawidzę Kanady”.

I klops. I rozmyślanie usilne, co dalej, jak dalej? Jak pisać o swojej emigracji, o swojej Kanadzie rozmawiać? Z innymi się dzielić swoim życiem, myślami?

Gdzieś tam była decyzja, a teraz ciągnie się ten wózek, z miesiąca na miesiąc coraz cięższy…

Bo wyjazd (nie tylko) do Kanady to powinno być success story, a nie zawsze jest. I to nie tylko o pieniądze chodzi, a nawet przede wszystkim nie chodzi o pieniądze, bo przecież chociaż pieniądze są ważne, to nie najważniejsze, każdy to wie, c’nie?

A co, jak nie będzie do czego wracać? Coraz trudniej wyobrazić sobie powrót, bo tam się wszystko pozamykało, oprócz pamięci i serca, a tutaj się wszystko otwiera, a serce najbardziej.

I zaczyna się pytanie o scenariusze alternatywne. Czy wyjechanie z Polski było dobrym pomysłem? Co ja zrobiłem sobie? Czy życia nie rozwaliłem dzieciom? A może trzeba było wybrać Njuziland?

Nie mamy wpływu na to, co Kanada z nami zrobi, ale mamy wpływ na to, jak sobie z tą sytuacją poradzimy. Tak, możemy zdecydować. Ja mogę, moja rodzina może. I ty też możesz.

Jednak często ciężko jest podjąć decyzję. Bo wstrzymuje  nie tylko typowo polskie”powinno się” i „co ludzie powiedzą” ale też fakt poniesienia kosztów. Właśnie tych tytułowych kosztów. Które rosną z każdym dniem spędzonym na emigracji.

Jest nawet takie pojęcie: efekt utopionych kosztów, czyli trwanie w swojej decyzji, nawet niekorzystnej, bo podjęcie jej tyle nas kosztowało. Wysiłku, czasu lub pieniędzy. 

Myślę, że każdy z nas kiedyś spotkał się z takim efektem. Ja odczułam to wyraźnie po raz pierwszy właśnie w Kanadzie. Szukając odpowiedzi i analizując swoje uczucia emigrantki, oraz słuchając innych historii, trafiłam na to pojęcie.

Trochę się przestraszyłam. Czy to już to? Utopione w syropie? Na zawsze?

Doszłam jednak do wniosku, że emigracja to projekt nieskończony. Nawet ze statusem stałego rezydenta może być niezamknięty. Na pewno odwoływalny. Daje prawo do próbowania i eksperymentowania. A także przypuszczania, że mogło być lepiej, bardziej. Inaczej.

Na emigracji ma się takie samo prawo do „gdybania” jak żyjąc w Polsce. Żaden „życzliwy” ci tego nie odbierze.

Być może uświadomienie sobie prawdy o kosztach utopionych pozwoli na swobodniejsze podejście do emigracyjnego życia?

Jak trzeba zawrócić, to zawróć. A nawet zawracaj. Więcej niż raz, a co! Nie musisz się nikomu tłumaczyć. Tylko jakoś tak często i tak się tłumaczysz. Sobie.

Bardzo trudno jest siebie sobie z decyzji wytłumaczyć. Znaleźć usprawiedliwienie dla swoich wyborów. Szczególnie w Ameryce, która stoi mitem self-mana. Weź no, jakie koszty, weź się nie mazgaj, a jak ci się nie podoba, to fora ze dwora. Prawdziwy twardziel to ten, który powoli, konsekwentnie, upadając i wstając na przemian, prze i realizuje swój Canadian Dream.

Ja wiem, że Kanada to nie jest kraj dla sprinterów. Że emigracja to jest sport długodystansowy. Jest gdzieś upragniona meta i nagroda za wytrwałość.

Tylko czasami po drodze brakuje tchu… A jeszcze pada, pada, pada deszcz !

Właśnie mamy odwiedziny z Polski rodziny, i te pytania i te emocje, siłą rzeczy są gęstsze niż 10% śmietanka…

Tak się boksuję z rzeczywistością i kosztami też… Mam nadzieję, że Cię nie przygnębiłam za bardzo. Może masz dla mnie jakieś mądre słowo? Chętnie przeczytam w komentarzu.


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi! Wtedy wiemy, co lubisz czytać.

Żeńska część Kanada się nada. Rządzę się i piszę, ale i tak największą robotę odwalają chłopaki. Bo inspirują.
  • Joanna Michalczewska

    Jakiś czas temu dostałam pozwolenie na wizę working holiday. Czytam z zaciekawieniem Twój blog. Nie jestem nowicjuszem emigracji, ponieważ kilka lat temu zdecydowałam się na parę miesięcy życia za granicami Polski. I nie jest tak kolorowo jak sobie znajomi wyobrażają. Tym bardziej zdaję sobie sprawę, że i tym razem nie będzie to takie easy, zwłaszcza aż tak daleko od domu.
    Takie blogi jak Twój są bardzo pomocne!
    Pozdrawiam serdecznie 🙂

  • Justyna

    Hej Kasiu, ja doskonale rozumiem Twoje/Wasze rozterki. Dobrze, że o nich piszesz i słuchasz opinii innych o tym jak sobie z podobnymi problemami radzą. To często pomaga. Myślę jednak, że są to bardzo osobiste sprawy i przy podejmowaniu decyzji ‚zostać czy wracać, a może obrać jeszcze inny kierunek’ nie można kierować się tym, że jeśli komuś się udało to i mi powinno. To taka pułapka, w którą ja sama często wpadam (raczej wpadałam).
    My jesteśmy na trzeciej już emigracji. Mogę więc co nieco na ten temat powiedzieć: w naszym przypadku pierwsza emigracja – do Irlandii – od początku nas nie zachwyciła, ale byliśmy młodzi i chcieliśmy jej dać szansę, głównie dlatego, że powrót do Polski nie był dla nas zbytnio atrakcyjną opcją. Poza tym mieliśmy nadzieję, że z czasem polubimy się z krajem, który wybraliśmy na miejsce do życia. Jednak po 9 latach w Dublinie, pojawieniu się córeczki i zaciągnięciu kredytu hipotecznego, nie wytrzymaliśmy i zdecydowaliśmy się na wyjazd do Kanady z nadzieją, że tam znajdziemy to, czego Irlandia nie mogła nam dać. Kanada nam się podobała, ale szybko zorientowaliśmy się, że nie uda nam się tu zaspokoić najważniejszych dla nas potrzeb. Już po niespełna dwóch latach zdecydowaliśmy się na powrót do Europy. Teraz jesteśmy w Luksemburgu. I tutaj rzeczywistość nas bardzo miło zaskoczyła. Mimo, że przyjeżdżając tutaj nie znaliśmy języków urzędowych kraju (nadal jest to znajomość na poziomie ‚Kali kochać …’), że od nowa musimy nawiązywać znajomości i budować przyjaźnie, że za męskie strzyżenie trzeba zapłacić przeciętnie około 30e, to od początku, i z dnia na dzień coraz bardziej, czujemy, że tutaj pasujemy, że znajdujemy tutaj to czego brakował nam wcześniej. Może komuś innemu takie przeprowadzki mogą wydawać się stratą czasu i pieniędzy, ale dla nas były to piękne przygody i możliwość poznania świetnych ludzi. Nie żałujemy jednak również tego, że na siłę nie próbowaliśmy znaleźć szczęścia tam, gdzie go nie czuliśmy. Warto chyba wsłuchać się w siebie i robić to co nam podpowiada nasz szósty zmysł. Pozdrawiam serdecznie i życzę jak najmniej emigracyjnych rozterek … !

  • Anna

    Super że piszesz tak wprost o tych negatywnych i kosztownych stronach emigracji. Większość osób się zwyczajnie do tego nie przyznaje, wyjechali żeby było lepiej, kolorowiej..to jak to tak, teraz się nie podoba? Wstyd żeby się przyznać przed rodziną, znajomymi, przed samymi sobą.

    • Właśnie chodzi o to, żeby pozwolić na przeżywanie rozczarowania, że to nie jest nic złego, ani wstydliwego, ludzka, normalna emocja. I jeśli trzeba wrócić, żeby być w zgodzie z samym ze sobą, to tak właśnie należy zrobić. Innym nic do tego! Pozdrowienia i dzięki Anno!

  • Agata

    Co prawda w Kanadzie bylam tylko w Montrealu i tylko dwa dni… 😉 Mieszkam za to w Stanach, od lat trzynastu. Jak narazie nie zaluje i nie wyobrazam sobie powrotu do Polski (czy wyjazdu do innego kraju). Mysle, ze moze jestem w innej sytuacji, bo wyjechalam jako mlodziutka dziewczyna, zaraz po studiach. Znalam jezyk i mialam na miejscu tate, wiec nie musialam martwic sie o dach nad glowa i natychmiastowe poszukiwania pracy… Bylam tez w Stanach kilka razy wczesniej po pare miesiecy, wiec wiedzialam mniej wiecej na co sie pisze. 😉 Meza (rowniez Polaka) poznalam juz tutaj, tutaj urodzily sie moje dzieci i w zasadzie to wsiaklam juz w tutejsza rzeczywistosc. 🙂
    Wydaje mi sie tez, ze czy to Kanada, czy jakikolwiek inny kraj, emigracja nigdy nie bedzie sprintem. Szczegolnie, kiedy wyjezdza sie cala rodzina i trzeba od nowa ukladac sobie zycie. Nowe miejsce, nowa praca, nowy dom, szkoly dzieci, sklepy gdzie mozna zrobic zakupy, itd. Do tego urzedy, biurokracja, zwyczaje… Mija sporo czasu zanim czlowiek to wszystko ogarnie, wdrozy sie i z czasem (moze) polubi. Sadze jednak, ze z czasem musi byc tylko lepiej. Dajcie sobie czas. Jestescie na emigracji krociutko… 🙂 Pozdrawiam!

    • Cześć Agata, bardzo miło, że się podzieliłaś swoją historią, dziękuję Ci! Właśnie takie słowa, takie historie z czyjegoś życia pomagają oswoić swoje, często negatywne początki emigracji. Pozdrowienia!

  • Boo

    Jak ja się utożsamiam z tym co piszesz! Nie mieszkam w Kanadzie, ale deszczowej Brytanii i największy kryzys był na początku. Z każdym rokiem niby lepiej, ale nawet dzisiaj, po 7 latach, wciąż nie czuje się tu w pełni sobą. To otoczenie jakby nie jest ze mną ‚ kompatybilne’. Ciekawe jest jak bardzo nasze dorastanie w Polsce odcisnęło piętno na tym kim jesteśmy. Jakie mamy oczekiwania od rzeczywistości. My podjęliśmy decyzje, ze wracamy, bo tutaj nie potrafimy jakoś ‚współistnieć’ z kulturą, mentalnością, a nawet z pogodą. Obaw jest całe mnóstwo bo znów trzeba zaczynać od nowa, ale muszę , musimy spróbować. Inaczej całe życie będę szukać angielskiej siebie, której chyba nigdzie nie ma.

    • Boo, bardzo dziękuję, że się u mnie zatrzymałaś i podzieliłaś swoją historią. Życzę Ci znalezienia siebie i swojego miejsca gdziekolwiek byś nie była. Bez poczucia „kompatybilności” nie da się zbudować wartościowego życia – niektórzy czują, że nie pasują w Polsce, inni z kolei źle czują się poza ojczyzną. Ehh…. Wszystkiego dobrego!

  • Jadwiga Smulska-Struzkiewicz

    Kasiu, przede wszystkim dzięki ogromne za dzielenie się Twoimi emocjami i rozterkami. Być może nawet nie do końca zdajesz sobie sprawę, jak wiele czynią one w życiu różnych ludzi – także tych za daleka, co się nie odzywają, ale czytają i myślą… Ja dla odmiany jestem z tych, co dopiero do Kanady (do Vancouver) się szykują – z mężem i dwójką synów. I także z dylematami, choć przede wszystkim z wielką nadzieją na wspaniałą przygodę z nieznanym ale interesującym finałem. Jednego możesz być pewna – już nigdy nie powiesz sobie: „Cholera, nie spróbowaliśmy, kiedy byliśmy odpowiednio młodzi i silni!” A doświadczenia z Kanady na pewno budują całą Waszą Rodzinę w sposób, którego nie moglibyście skosztować bez tej decyzji o wyjeździe. Głowa do góry!!! Pozdrawiam z „bloków startowych” 😉

    • Jadwiga, zgadzam się w 100% – nigdy nie powiemy sobie, że nie spróbowaliśmy, kiedy była możliwość.To jest źródło wielkiej siły, bez dwóch zdań. Cieszę się, że wpis i blog pomagają, i się przydają 🙂
      Mam nadzieję, że jak już będziesz w Vancouver, spotkamy się kiedyś na Polskich Babskich Spotkaniach! Serdeczności!

  • Anna Sowińska

    Takie rozterki przecież pojawiają się na każdej emigracji, to jest naturalna część tego procesu. Na pewno każdy, kto wyemigrował do UK się z nimi zmagał swego czasu, choć może nie pamiętać albo nie chcieć o tym wspominać.. Ja również się z nimi zmagam, ale to jest mój wybór, żeby nie przytakiwać, gdy ludzie mówią „O, Stambuł, ale masz szczęście mieszkać w takim super miejscu”. A właśnie, że jest do dupy i to moje prawo chcieć czegoś innego, znowu się przeprowadzać, dalej szukać szczęścia. Nikt nam nie może tego zabrać, bo to bardzo osobiste odczucia i bardzo indywidualne potrzeby, które są brane pod lupę.
    PS. (jak to ja) gęstSze 😉
    PPS. Zawsze nadal możecie jechać na Njuziland 😀

    • Tak, to są nasze emocje, nikomu nic do tego. Tylko czasem nasz własny wewnętrzny krytyk ocenia nas i nasze decyzje surowiej niż obcy dookoła.
      PS. Dziękuję
      PPS. za gorąco, Kuba nie chce.

  • Gerard

    Mi jest ciężko postawić się w twojej sytuacji. Ja nie mam czasu się martwić ani nie mam sily sie przejmowac tym na co nie mam wpływu. To na co mam wpływ to plan na przyszłość i jego realizacja.
    Pierwsze dwa lata pracy za minimalne wynagrodzenie pomimo umiejętności, tytułów i certyfikatów traktuje jako cenę/koszt „wejścia” do gry. Kolejne dwa lata „stawałam na nogi” co też kosztowało dużo pracy i poświęceń. Teraz, rok piąty, zaczynam zbierać żniwa. Ja mialem to szczescie ze wiedzialem o tym że tak będzie od siostry która wyjechała wcześniej. Teraz moze byc juz tylko lepiej.
    To co musisz zrobić, i co każdy czytający twoj artykul music zrobić to uwierzyć w siebie. Uwierzyć że masz sile, by przetrwać ten trudny okres i wierzyc ze wszystko sie ulozy. Czasami jest bardzo ciężko, sam tez nie raz płakałam do poduszki, ale potem bierzesz sie w garsc, zaciskasz zęby i jedziesz z koksem.
    Może jestem zbyt optymistyczny i z deka odcięty od „przeszłości” ale wiem jedno, z czasem wszystko się układa. W tej chwili juz nigdy bym nie wrócił, nie dlatego ze boje sie co ludzie powiedza lub ze wyglądałoby to jak porażka, bo nie obchodzą mnie negatywne myśli innych ludzi. nie wróciłbym bo teraz moje życie jest to o stokroć lepsze niż kiedykolwiek było w polsce. „Canadian dream” jest możliwy do osiągnięcia.

    • Cześć Gerard, dzięki za zajrzenie na bloga i podzielenie się swoją historią. Czytając ją, widzę potwierdzenie tezy Moniki z jej wpisu o Kanadzie jako kraju dla długodystansowców – spokojnie, powoli, upadając i wstając, będąc skupionym na celu, uda się zbudować wartościowe życie w kraju klonowego liścia. Jak najbardziej w to wierzę. Wiem też, że po drodze dopadają nas różne emocje. Wtedy świadomość, że inni mają podobnie i że innym się udało, bardzo pomaga. Serdeczności!

  • Dagmara

    oh, ja ja Cię rozumiem.
    Od października żyjemy w ciągłej niepewności, więc siłą rzeczy analizujemy rożne możliwości, wrócić-nie wrócić. A tu nas wylosowali i niby trzeba się cieszyć bo przecież na to czekaliśmy ale czy na pewno….
    I teraz to załatwianie, te papiery, lekarze, skanowanie, opłaty i w kółko pytanie – ale czy my dobrze robimy? czy to jest to?

    • Dagmara, kluczowe w Twojej wypowiedzi wydaje się być stwierdzenie: „niby trzeba się cieszyć”. Ktoś od nas tego oczekuje, często sami od siebie właśnie takiej reakcji oczekujemy, a przecież to nie jest tak, że coś musimy ! Możemy się cieszyć i możemy mieć wątpliwości. I nikomu nic do tego! Ściskam!

  • Majka

    Kasiu, trzymaj się ciepło – chyba wszyscy mamy podobne rozterki, szczególnie jak coś włączy tryb tęsknoty za domem – myślę, że on się włącza co jakiś czas każdemu. Dobrze, że o tym piszesz, bo to nie jest łatwy temat. Kto nie wyjechał daleko na długo ten tego nie rozumie. Co gorsza, podobno to już tak zostaje na zawsze, a nawet jak koś wraca do Polski, to mu się włączają „rozterki w drugą stronę.” „Once an immigrant always an immigrant” – widzimy więcej dróg, mamy więcej porównań, ale to oznacza, że mamy też trudniej 😀 Ścisk

    • Och, ten tryby to jest chyba w opcji: StandBy. Czas go wygłuszy, wiem to, tylko pytanie, czy kiedyś nie odbije się czkawką…. Weź, pożycz trochę słońca z Kalifornii, co? 🙂

  • www.kasiaekiert.pl

    nawet nie wiesz jak Cie rozumię 🙁 chociaż jesteś tutaj dłużej i pewnie już przeszliście niejedno… mnie dopadły pierwsze dołki i no.. słabo :/

    • Kasia, dziękuję! Trzymaj się i zajrzyj na grupę Oh Kanada: http://bit.ly/2mNCkji – wielu ludzi podzieliło się dobrym słowem pod moim postem o kosztach. Mnie pomogły, może i Tobie zrobi się raźniej?

      • www.kasiaekiert.pl

        czytałam właśnie… dobrze wiedzieć, że nie jestem sama z takimi myślami…

        sport – chciałam to wybiegać dziś, a jak na złość od 1,5 tyg mam problem z nogą i kuśtykam, taka dodatkowa frustracja – że wszystko przez Kanade przecież 😛

  • Na podobne rozmyślania nachodzi mnie czasem podczas norweskiej zimy… 😉
    „Gdybyania” chyba nigdy nie unikniemy niezależnie od tego, gdzie mieszkamy i co nas zmotywowało do przeprowadzki. Uważam, że to żaden wstyd, jak również zmiana zdania jeśli ktoś stwierdza, że jednak w Polsce czuje się lepiej. Mimo wszystko chyba lepiej spróbować niż żałować, że się nie podjęło ryzyka… 🙂 Pozdrowienia z Oslo.

    • Ja jestem pewna, że większość ludzi ma podobne rozterki – dlatego dobrze jest mówić o nich głośno, bo może wtedy ktoś inny skorzysta i podejmie własną decyzję! Pozdrawiam i dzięki za zajrzenie na bloga!