o szkole_Kanada się nada_blog po polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady

Tak sobie myślę, że jednak jak rodzina zjeżdża na emigrację, to głównym znakiem zapytania jest, jak się dzieci dostosują. I jak wygląda kanadyjska szkoła podstawowa tudzież inne przybytki oświaty kanadyjskiej.

Chyba nawet bardziej palące to pytanie, niż o matko, co z pracą, albo gdzie ja znajdę mieszkanie, które nie jest trochę bardziej posprzątaną piwnicą.

Zatem jak się zaczynało bloga emigracyjnego rok temu, to siłą rzeczy pierwsze posty były głównie o naszych dzieciach, a jak się zaczęła szkoła, to głównie o dzieciach w szkole.

Jeśli ktoś nie wierzy, zerknijcie na posty z września/października 2014 gdzie Krzyśkowo-Maćkowe emocje w placówkach wychowawczych są myślą przewodnią. I to jest naturalne, w końcu to dzieci, i to nasze. Więc pisać o nich będziemy dużo.

Szkoła się wtedy zaczęła (jesienią, tak jak wszędzie. Wróć, jednak nie tak, jak wszędzie, bo później), w postach przewijało się moje ach i och wymieszane z rozczarowaniem, żeby za słodko nie było (bo nie było). Ciężkie chwile wynikały bardziej z faktu, że to początki życia w Kanadzie, niż kanadyjską szkoła jako taką.

A w czerwcu było pytanie do Krzysia, którą szkołę woli: warszawską czy tutejszą. Zdecydować nie umiał. Przynajmniej nie tak jednoznacznie, na 100%.  Z słów jego wyłapaliśmy najważniejszą przewagę kanadyjskiej: miał więcej kolegów.

Był w klasie z dziećmi młodszymi od niego (klasa pierwszo-druga). W Warszawie był w klasie pierwszej jako sześciolatek, głównie z siedmiolatkami. I było mu tam ciężej, ze starszymi od niego.

Rok różnicy w górvę robi różnicę, się okazuje.

Nie tylko w kontaktach międzydziecięcych było ciężej, także z nauką nie było za lekko.

W takim sensie, że w polskiej szkole tej nauki było po prostu za dużo jak na przeciętnego sześciolatka.

Nauki było za dużo, zadań domowych za dużo, wymagań za dużo. Żeby siedział w ławce grzecznie, czytał z książeczki ładnie i pisał czcionką polską jedyną właściwą. W podstawówce w Vancouver zadań domowych nie miał w ogóle. Choć to z kolei też nieokreślony niepokój we mnie wzbudzało, no bo jak to, choćby zdanka, ćwiczonka, nie? Z zadań domowych to Krzysiek miał czytanie książeczek, ale nie żeby lektury obowiązkowe, i później test ze znajomości tychżetylko takie zwykłe książki o zwykłym życiu, czasami tekturowe, czasami broszurowe, z dużą czcionką i kilkoma zdaniami.

Lecimy dalej: podręczniki.

W Polsce dla jednego dziecka komplecik na rok to około 300 zł, na dwoje to już 600 zł, uchu. W Vancouver zapłaciliśmy na początku 25 CAD za wszystko, WSZYSTKO, serio, nic nie musieliśmy kupić, ni ołóweczka najmarniejszego, żadnego zeszytu. Na koniec roku Krzysiek przyniósł stertę prac plastycznych, kartek z pisaniem, matematyką, wszystko, co w szkole zrobili. Okazuje się, że dzieci wcale nie muszą mieć takich super wypasionych, podręczników, żeby się uczyć, no nie muszą.  Tak sobie myślę, że te nasze polskie kolorowe bardziej przeszkadzają, bo za dużo opowiadają, odkrywają, podają na tacy, ograniczając wyobraźnię. A pusta biała kartka, czyste formy, to wszystko aż kusi, żeby napisać więcej, pokolorować bardziej. I tutaj w księgarni kolorowych podręczników nie znajdziesz. Są czarno-białe, często na kartkach z recyklingu, ekologicznie uświadamiając jednocześnie dzieciaki.

Nie ma podręczników, zatem odpada problem ciężkiego plecaka.

Krzysiek w plecaku nosił te książeczki do domowego czytania (waga piórkowa) i pudełko śniadaniowe. I dwa razy w tygodniu strój na wf. Plecaki zostawały na wieszakach wraz z kurtkami, butami na zmianę (jak ktoś chciał i miał, nie żeby kacie szkolne były wymagane), parasolkami. Wieszaki są tuż przy wejściu do klas, nie ma żadnej groźnej woźnej co to wszystko wie i wszystko może, a najbardziej to zrugać uczniaka, że u kurtki urwany jest ten dzyndzel, co się za niego wiesza (kurtkę, nie ucznia).

Groźnego to ja nie spotkałam w szkole nikogo.

A wierzcie mi, przez rok w polskiej szkole zdarzało mi się, dorosłej, bać rozmowy z ciałem pedagogicznym. Groźne było miejscami to ciało, tak jakoś na mnie z góry patrzące, że co ja tutaj z czym do ludzi, a w ogóle to muszę napisać podanie. Nauczycieli Krzysia tutaj bardzo lubię, szanuję, z jego wychowawczynią mogłabym się zakumplować. Bo i takoż mnie, jako rodzica, po ludzku traktują bardzo, że się nie boję wcale. A przecież powodów do strachu było – czy się zaaklimatyzuje, czy mówić będzie po angielsku, czy zda do następnej klasy.

Nasza szkoła jest jakaś inna?

Nie ma jako takich sal szkolnych, w ogóle niewiele jest ścian, cała przestrzeń szkoły jest podzielona regałami z książkami, stojakami, sztalugami i lekkimi przepierzeniami. Jak się uprzeć to słychać wszystkie klasy i wszystkich uczniów naraz.
Widać, że w szkole niejeden rocznik już skończył naukę, plac przed szkołą prosił się o remont

ale tadadam, zdane, i w Kanadzie, i w Polsce. High five synku !

Przeczytaj jeszcze:

Poza Vancouver. Sunshine Coast – Ania z Zielonego Wzgórza by tu zamieszkała. Ale my mieliśmy pecha.
Jak w Kanadzie oszczędzamy, kupujemy i wydajemy
Jak mi się nie chce czyli kemping w Golden Ears Provincional Park
Kasia, jaka szkoła najlepsza w Vancouver? Ba! Chciałabym to wiedzieć!

 


Podobało się? Kliknij ikonki i podziel się z innymi. Wtedy wiem, co lubisz czytać.
Obserwuj nas na Facebooku i Instagramie. Albo zapisz się na List podlany syropem klonowym.

 

Żeńska część Kanada się nada. Rządzę się i piszę, ale i tak największą robotę odwalają chłopaki. Bo inspirują.