5 miejscówek z jedzeniem_Kanada się nada_Blog o polskiej rodzinie w Vancouver i emigracji do Kanady

Jedzenie to zawsze wdzięczny temat, każdego interesuje, prawda? I jakie ładnie historie można potem opowiadać, na przykład tę o chińskich pączkach

Poniżej znajdziecie kilka słów o innych miejscach, które sprawdziliśmy w Vancity. Lista wielce niekompletna, ale na początek się nada.

Po kanadyjsku: jedyny taki, original & legendary, czyli White Spot Restaurant.

Od pokoleń bliski mieszkańcom Kolumbii Brytyjskiej. Ludzie przychodzą całymi rodzinami, na codzień i od święta, na śniadania, lunch, kolacje. Często nawet nie patrzą w menu, bo od lat te same sprawdzone dania na pewno nie zawiodą. Nie zawiedliśmy się i my, ale też łał jakiegoś nie było. Dobre, szybko podane, przyjemna obsługa. Ceny trochę zawyżone, no ale hej, to jest restauracja. Jak się spóźnią z daniem, nie musisz za nie płacić, jak się pomylą w zamówieniu, nie musisz za nie płacić. Jest przyzwoicie. I dobre hamburgery. Ale nad ciastkiem z jagodami to musieliby jeszcze popracować. A jako opcję bardziej w stronę  fast foodową można wybrać się do Ricky’s All Day Grill, inny gastronomiczny rodzinny biznes z Kolumbii Brytyjskiej.  Próbowaliśmy tam klasycznego burgera, smak okej, porcja niewyszukana jeśli chodzi o wielkość, dla chłopca lekko powyżej średniej może być niewystarczająca.

Po japońsku, z lekka na wyrost, ale trzeba wspomnieć: sushi.

Tutaj podobno najlepsze jest na Commercial Drive. Nam zdarzyło się parę razy zajść na sushi, do miejsca mniej wyszukanego, gdzie nie trzeba się wpisywać na listę oczekujących na stolik. Wybór ogromny, wystrój jak z popowej piosenki ze skośnookimi dziewczynkami, na talerzach sztuczne kwiaty i dymiący lód.  Ot tak, żeby było ładnie. Sushi smaczne i niedrogie. Się nie znam zupełnie, bo w Warszawie może z dwa razy próbowałam, ale wydaje mi się, że tutaj receptura dania została trochę podrasowana, coby gustom miejscowym bardziej przypasować. Stąd majonez w sushi. No chyba, że zawsze jest, to mnie poprawcie.

Po żydowsku, czyli najdroższe drugie śniadanie w Vancity.

Stęsknieni za prawdziwymi plackami ziemniaczanymi z kwaśną śmietaną, i skuszeni prawdziwym ogórkiem kiszonym (prawdziwym, a nie takim a’la pikle) zajechaliśmy kiedyś do Sally. Smacznie, ale porcje maluśkie, a ceny nie. Zatem placki musimy robić sami, a na rosół przyjdzie nam poczekać do wizyty w Polsce.

Po kanadyjsku po raz drugi: restauracja/bar typu diner.

Te najlepsze są oczywiście prz szosie 66 w Sanach. Ale chociaż szosa szerokim łukiem omija zarówno Vancouver, jak i resztę Kanady (ha ha ha), to jednak owe przybytki są i tutaj, i mają się dobrze, i serwują dużo, mało wyszukanie, na swojską nutę. Przy ulicy Głównej (ta część Main po stronie Mount Pleasant) jest ich całkiem sporo. Nasze ostatnie odkrycie i do tej pory bezapelacyjny zwycięzca w tej kategorii to Lucy’s Eastside Diner. Jeśli jesteś przypadkiem w Vancouver i na dodatek należysz do osób, które lubią jeść śniadanie na obiad, to na pewno musisz spróbować tutejszych zestawów brunchowych (czy tak to się pisze???). I potem rozpowiadać o tym znajomym, dziwiąc się, że jak to, mieszkają w V. dłużej od Ciebie, a nie wiedzą co to jest Mac n Cheese and Pulled Pork Hoagie (CAD 9.5)? Kanapka grillowana z makaronem, serem i wieprzowiną zapycha skutecznie na wieeeeleeee godzin (tutaj recenzja).No i jest jeszcze w Lucy zadanie: Wujek wyzywa na pojedynek, czyli Ty kontra 6 warstwowy megaburger & frytki & koktajl. Masz dwadzieścia minut, jak zjesz i się nie pochorujesz od razu, to Twoje zdjęcie ląduje na Ścianie Chwały i nie płacisz za jedzenie. A jak nie, no to mój drogi, czeka na Ciebie Wall of Shame, wstydź się, żeś myślał, że taki chojrak, a tutaj buła z mięsem Cię pokonała. Znacie kogoś, kto by się wyzwania podjął?

I jeszcze ku przestrodze, bo oczywiście musiałam zaliczyć jakiś kulinarny wtop, a co.

Dobrze, że świadkami była li i jedynie rodzina. Najbliższa. Więc tak, na każdym niemalże restauracyjnym stojaku z menu jest wypisane drukowanymi : CEASAR.  Myślę, wszędzie można sałatkę Ceasar zjeść, nie tylko w Macdonaldzie, ale wszędzie. Zatem zamawiam i kelnerka się pyta, czy  regular czy extra. Cena ta sama, zatem nie byłaby sobą i Polką, żeby nie zamówić extra (czyli w moim mniemaniu większą porcję).

I za moment nastąpił opad szczęki, bo kelnerka przyniosła mi napój. CEASAR to jest drink.
A konkretnie drink na „dzień po”.

Stąd pewnie jego popularność i częstotliwość występowania w naszej okolicy 😉 A Ceasar extra, to jest drink extra pieprzny, coby lepiej na nogi stawiał. Olaboga. Wypiłam, dobre, nie powiem, ale paliło w gardle niemiłosiernie. I mam nauczkę, że jak chcę sałatkę, to muszę poprosić o Ceasar salad.

no to jak piszę o wtopach, to jeszcze się podzielę z tymi, co nie wiedzą, jak zamawiałam w Paryżu, wieki temu, bo w naszej podróży poślubnej, roast beef (czyli pieczoną wołowinkę). Zdziwienie wielkie nastąpiło, kiedy na talerzu przede mną wylądował…. tatar. Kelner mnie źle zrozumiał, albo mój angielski taki był słaby, ale nie, wolę zwalić winę na Francuzów, ja ich nie rozumiem, jak mówią po angielsku, więc pewnie nie(dosłyszący/douczony) kelner zamówienie przyjął na raw beef (czyli surowa wołowinka). I stąd zamiast pieczeni miałam tatara… Pewnie dobrze by się komponował z Ceasar’em do popicia….

smacznego 🙂

Żeńska część Kanada się nada. Rządzę się i piszę, ale i tak największą robotę odwalają chłopaki. Bo inspirują.